Podróżniczo

Wakacje w Europie – na co zwracać uwagę

Do niedawna Polacy chętnie wybierali się w czasie wakacji na wypoczynek do Egiptu, Tunezji, Turcji czy Maroka. Zaostrzająca się sytuacja polityczna w tym regionie oraz zagrożenie atakami terrorystycznymi sprawiają, że turyści częściej decydują się na wypoczynek w Europie. Równie dobra pogoda i atrakcje turystyczne mogą korzystnie wpłynąć na podjęcie decyzji o wypoczynku w Grecji, Hiszpanii czy Chorwacji, mimo że ceny w niektórych z tych miejsc są sporo wyższe. Warto jednak pamiętać, że na cenę wypoczynku w Europie wpływ ma cena euro, w której rozliczane są wyjazdy oraz odległość od Polski, co bezpośrednio przekłada się na koszt lotu. W wielu miejscowościach dostępne są hotele o różnym standardzie, przy czym tutaj należy pamiętać, że popularny system gwiazdkowego oceniania hotelu nie zawsze się przekłada na porównywalny standard pokoju. Dlatego przed podjęciem decyzji co do miejsca noclegowego warto sprawdzić, jaki w praktyce standard oznaczają 3 gwiazdki w Grecji czy w Hiszpanii. Kolejna rzecz równie ważna w przypadku planowania wyjazdu to gotówka na wyjazd. O ile najczęściej klient nie ma realnego wpływu na koszt wyjazdu, bowiem może się zdecydować na konkretną ofertę biura podróży lub jej nie zaakceptować, o tyle ma już wpływ na kurs, po którym będzie wymieniać pieniądze na wydatki na miejscu. Oczywiście większość wymienia walutę przed samym wyjazdem, co w praktyce zwiększa koszty kumulujące się przed zaplanowanym wypoczynkiem, gdy zazwyczaj kupowana jest nowa letnia garderoba, kosmetyki i akcesoria do kąpieli i opalania, a nawet walizki. Regularne odkładanie pieniędzy na wyjazd i ich wymiana przez np. pół roku przed wyjazdem pozwala na rozłożenie wydatków w przestrzeni kilku miesięcy. Dlaczego warto wymieniać walutę regularnie, ale nie w ostatniej chwili? Sytuacja na rynku walutowym w ciągu kilku ostatnich tygodni pokazała, że euro i franki szwajcarskie mogą bardzo dynamicznie zmieniać kurs, co zwykle dla klientów oznacza wyższe ceny waluty. Planowanie wakacji należy zatem rozpisać jako plan, którego realizację warto rozłożyć w czasie. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o większe wydatki związane z rekreacją.

RUSZ W PODRÓŻ

Zdrowie w podróży: jakie leki zabrać ze sobą na wakacje

  Jadąc do innego kraju, zwłaszcza do innej strefy klimatycznej, nasz organizm jest narażony na atak ze strony bakterii zupełnie innych niż te, do których jest przyzwyczajony na co dzień. Bo w naszym organiźmie żyje całkiem komfortowo miliony bakterii. Problem w podróży pojawia się często w momencie, w którym te bakterie nie są „nasze”, a […] Zobacz również: Bla bla bla – czyli jak sami sobie utrudniamy i jak możemy sobie ułatwić Czasem wystarczy się odważyć Scam, czyli na co uważać, nie tylko w Bangkoku

Zakup biletów lotniczych Wizz Air krok po kroku

Podróże MM

Zakup biletów lotniczych Wizz Air krok po kroku

1. Wchodzimy na stronę internetową www.wizzair.com, wpisujemy cel podróży oraz miejsce wylotu, liczbę osób i tym podobne. Wcześniej trzeba założyć konto, by później się zalogować. 2. Wybieramy termin podróży, który nam odpowiada. Jeżeli chcemy uniknąć dodatkowych opłat, zaznaczamy dany lot w kolumnie "basic". Weryfikujemy zgodność w pasku po prawej stronie, po czym zaznaczamy akceptację Zasad poufności i Ogólnych warunków przewozu oraz klikamy KONTYNUUJ.Osoby nieposiadające Wizz Discount Club zapłacą tyle, ile wskazuje cena regularna. Za kartę członkowską trzeba dopłacić 123 zł (12 miesięcy ważności), jednak opusty dla stałych klientów są tak atrakcyjne, że zazwyczaj Wizz DC błyskawicznie się zwraca. Ja gdy kupowałem bilety do Barcelony dla 2 osób zakupiłem kartę dzięki której zapłaciłem za bilety jeszcze mniej, niż bez niej, mimo, że Wizz Discount Club kosztowała te 123 zł. Najlepiej obliczyć, czy rabat jest wyższy niż wartość karty członkowskiej. 3. Następnie uzupełniamy dane podróżnych, czyli imiona i nazwiska, oraz rodzaj preferowanego bagażu. Darmowy jest tylko mały bagaż podręczny o wymiarach 42 x 32 x 25 cm, czyli standardowy plecak szkolny. Duży bagaż podręczny ma wymiary 56 x 45 x 25 cm i trzeba za niego dopłacić 42-76 zł (w zależności od trasy i terminu). Bagaż rejestrowany do 23 kg, którego nie możemy zabrać na pokład, to wydatek rzędu 63-186 zł (w zależności od trasy i terminu). Cięższe walizki maks. 32 kg to koszt 105-228 zł (w zależności od trasy i terminu).Po wyborze bagażu należy zaznaczyć, czy odprawimy się przez internet, czy na lotnisku (41 zł). Ta pierwsza opcja jest darmowa.Jeżeli nie wyświetlą nam się kolumny do uzupełnienia danych drugiego pasażera, należy rozwinąć stronę poprzez kliknięcie w strzałkę na granatowym pasku.Gdy już wypełnimy wszystkie okna, klikamy KONTYNUUJ.4. Następnym krokiem jest wybór miejsc w samolocie. Jeśli nie chcemy dopłacać, akceptujemy losowo przydzielane siedzenia przez system rezerwacji. W przypadku jakiś prywatnych preferencji należy wybrać dane miejsce w samolocie wedle przedziału cenowego. Na koniec klikamy KONTYNUUJ.5. W przypadku lotu tam i z powrotem, system rezerwacyjny ponownie wyświetli nam schemat pokładu samolotu, tym razem z przydzielonymi miejscami na podróż powrotną. Należy postępować tak jak w kroku 4. 6. Po wyborze/akceptacji miejsc na pokładzie, system rezerwacyjny będzie nam oferował wszelakie opcje począwszy od ubezpieczenia przez transport, hotel, po wypożyczenie auta. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani, klikamy "Nie, dziękuję." oraz przechodzimy dalej klikając KONTYNUUJ.7. W kolejnym kroku należy uzupełnić informacje kontaktowe i dotyczące płatności. Kolumny oznaczone gwiazdką są obowiązkowe. Wpisujemy wszystkie wymagane dane i klikamy KONTYNUUJ.8. Następnie wybieramy opcję płatności: Karta kredytowa, Przelew bankowy lub kupon Wizz. Nawet jeśli nie posiadamy karty kredytowej, można zapłacić za bilety kartą debetową.Wybieramy typ karty (Visa, MasterCard...), następnie wpisujemy jej numer, datę końca ważności (miesiąc, rok) oraz nazwisko posiadacza. Na końcu należy podać numer CVC2/CVV. Tak jak jest to wyjaśnione na stronie rezerwacji, są to 3 ostatnie z 7 cyfr kodu znajdującego się obok numeru karty (patrz zdjęcie poniżej). Następnie klikamy DOKONAJ PŁATNOŚCI. 9. Płatność następuje automatycznie przez system, więc należy odczekać aż transakcja zostanie zaakceptowana. Po chwili otrzymamy potwierdzenie rezerwacji z numerem potwierdzenia. Warto zanotować kod rezerwacji, gdyż będzie on potrzebny przy odprawie. Numer ten otrzymamy również w wiadomości wysłanej na podanego przez nas maila. Jeżeli kupujemy bilety wcześniej niż na miesiąc przed wylotem, możemy od razu się odprawić. O odprawie przeczytacie w osobnym poście: >> kliknij <<To by było na tyle :) Miłego lotu!

POSZLI-POJECHALI

Co wypić #6. Alkohole – Niemcy, Meklemburgia – Pomorze Przednie

Po podróży po Meklemburgii-Pomorzu Przednim, zgodnie z tradycją przedstawiamy alkohole niemieckie, które warto w tym regionie wypróbować. Nie będziemy się tu silić na wybitnych smakoszy – nasze zakupy, także alkoholowe, zazwyczaj robimy w sieciówkach typu Lidl, czy Biedronka – nie tylko Czytaj dalej » Artykuł Co wypić #6. Alkohole – Niemcy, Meklemburgia – Pomorze Przednie pochodzi z serwisu Poszli-Pojechali.

Chcesz podróżować, ale nie masz kasy, czasu, energii…

career break

Chcesz podróżować, ale nie masz kasy, czasu, energii…

Zakup sprzętu turystycznego w Nepalu/Indiach

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Zakup sprzętu turystycznego w Nepalu/Indiach

Przed wyjazdem w kolejną podróż założenie było proste : nie kupujemy niczego co możemy kupić po drodze, jeśli nie potrzebujemy tego od samego początku. No bo po co taszczyć ze sobą dodatkowe kilogramy, jeśli mnóstwo sprzętu możemy kupić już będąc w podróży, często znacznie taniej niż na miejscu. Zrobiliśmy więc mały research "co gdzie i za ile" i ruszyliśmy.Jak tego typu podejście sprawdziło się w praktyce ?Średnio.Zacznijmy od rzeczy kupionych przed wyjazdem :-małe plecaki z mnóstwem przegródek (bo przecież wycieczki po mieście będziemy serwować sobie od początku) ;-dobre buty trekingowe + odpowiednie skarpetki (bo z butami lepiej obyć się zawczasu ) ;-wyposażenie kosmetyczki (sprawdź TU) ;-kurtka z odpinaną poszewką dla Antka (która sprawdziła się równie dobrze przy polskiej zimie, co w upalnych Indiach-po odpięciu polara zostawała dobra wiatrówka) ;-ręczniki turystyczne/typu fitness ; Prawie wszystko (za wyjątkiem moich butów, które dostałam w prezencie od rodziców) kupiliśmy w Londynie. Ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu okazało się to znacznie tańszym rozwiązaniem (a i wybór o niebo większy), niż  kupowanie ich jakościowych odpowiedników w Polsce. Resztę reczy była po prostu starych (ale za to sprawdzonych ;). Np.plecaki z biedronki, które przetrwały już kilka Woodstocków, kilka podróży po Europie, kilka obozów harcerskich i wszelkich innych wypadów, a ciągle miały się bardzo dobrze. Naczytaliśmy się o tym, jakie to tanie sprzęty trekingowe można kupić w Nepalu oraz Indiach, więc zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy wszelkie "pierdółki" typu kijki trekingowe kupić na miejscu. Częściowo wypaliło.PLUSY ZAKUPU SPRZĘTU TURYSTYCZNEGO W INDIACH/NEPALU :-faktycznie można znaleźć sporo tańszy sprzęt. Za rzeczy obecne na zdjęciu poniżej zapłaciliśmy łącznie 420zł (w przeliczeniu). Co prawda naszukaliśmy się długo, porównywaliśmy ceny i dostaliśmy dużą zniżkę za zrobienie całości zakupów w jednym sklepie. Na zdjęciu widać: parę damskich butów trekkingowych, parę męskich spodni z odpinanymi nogawkami, męską kurtkę typu soft-shell (taka niepotrzebna fanaberia, po prostu Antek świetnie w niej wygląda ;), dwie pary (męska i damska) ocieplanych leginsów, dwie pary kijków trekkingowych, damską bluzę-polar.-wysoka jakość sprzętu. No dobra, trzeba się naszukać, porównywać, wiedzieć mniej-więcej czego oczekujemy. Ale jeśli posiadamy choćby minalne pojęcie i nie wymagamy technologii godnej NASA za równowartość paczki chipsów, to możemy zostać pozytywnie zaskoczeni jakością sprzętu w stosunku do ceny. Jak np.moimi butami trekingowymi, które okazały się bodajże najwygodniejszymi butami jakie miałam w życiu (mówię to z bólem serca, ale przebiły skradzione mi Indiach, świetne treki sprezentowane przez mamę). Bałam się jak cholera, że zakładając nowe buty na treking dorobię się pęcherzy większych niż pięty, a tu nic! Ani jednego obtarcia! Może to zdolne ręce wytwórców, a może miałam szczęście. Tak czy siak, treki zdały egzamin.Podobnie jak kupione w Kerali sandały typu "jezuski" (zakupione po kilku dniach chodzenia boso, gdy moje stare sandały się rozpadły, a treki skradziono ;). Moje kosztowały odpowiednik 25zł, Anthony’ego zaś może 35ciu. Kupiliśmy je w sklepie z oznaczeniem cen, daleko od centrum miasta. Pewnie dlatego były trzykrotnie tańsze, niż to co próbowali nam wcisnąć na targu. ;) Służą nam do teraz i mają się świetnie. WADY ZAKUPU SPRZĘTU TURYSTYCZNEGO W INDIACH/NEPALU :-niska jakość sprzętu. Tak, wiem, dopiero co pisałam, że wysoka. Ale tak jak wspomniałam, trzeba wiedzieć, czego i gdzie się szuka. Inaczej z każdej strony zaleje nas fala bubli, które najpewniej nie przetrwałyby tygodnia użytkowania. Tak było w niektórych miejscach w Indiach i szczerze mówiąc, po prostu nie chciało mi się przekopywać przez stos tandety i wrzeszczących sprzedawców, by odkopać jedną rzecz wartą uwagi. Ostatecznie najlepszym miejscem na trekingowe zakupy będzie najpewniej Kathmandu (o ile porównujemy ceny u innych sprzedawców, a nie obkupujemy się jak przed Bożym Narodzeniem przy pierwszym lepszym stoisku tuż koło słynnego zabytku). Jednak my ostatecznie największe zakupy zrobiliśmy w Darjeeling (północno-wschodnie Indie) i tam chyba było nam najwygodniej. Sprzedawcy zdecydowanie mniej namolni niż w innych regionach Indii (może to efekt mieszania się kilku obecnych tam kultur?), turystów nieco mniej, na ulicach jakby spokojniej. Kathmandu jest świetne, ale trochę tam dla mnie za tłoczno. Wolę robić zakupy nie obijając się lewym bokiem o turystę z Niemieć, a prawym z Australii.-zmieniające się ceny. To ile zapłacił kolega rok temu może nie mieć nic wspólnego z tym, ile zapłacisz Ty za miesiąc. Przekonaliśmy się o tym dotkliwie, gdy okazało się, że podawane w Lonely Planet ceny mają się nijak do rzeczywistości. Oczywiście, zawsze trzeba brać na tego typu rzeczy poprawkę i my też braliśmy, ale kilkukrotna nadwyżka (np.za ceny wstępów do parków narodowych) mocno nas zaskoczyła. I tak jak rosną ceny wejściówek do rezerwatów, tak rosną też ceny sprzętu. Może i dobrze, w końcu ile można żerować na cudzej biedzie. Nawet jeśli czasem portfel przez to płacze.-małe rozmiarówki. Ja nie miałam problemu (rozmiar ubrań 38, butów 39), ale już wysoki, dość potężny Antek miał. Musieliśmy się nachodzić za japonkami, sandałami, spodniami…Jednak nic nie było az takim problemem jak zakup treków. Okazało się, że w biorąc pod uwagę zawyżone rozmiarówki musieliśmy szukać butów w rozmiarze 46 (w Europie kupuje 45, czasem 44). Bylibyśmy zdesperowani (o skradzionych wcześniej trekach można przeczytać TU), sprawdzaliśmy wszystkie możliwe sklepy w Darjeeling. W końcu znaleźliśmy jedną parę obuwia w rozmiarze 45,5, która pasowała NA STYK, kosztowała zaś trzykrotnie tyle, ile zapłaciliśmy za Antkowe buty w Londynie. Nie kupiliśmy ich, a poszukiwania wznowiliśmy w Taplejung, gdzie mieliśmy rozpocząć trekking. Nepalczycy zapewniali nas, że to bardzo duże miasto z ogromną ilością sklepów i lotniskiem. Cóż, byliśmy na tyle naiwni by wierzyć, że jak jest lotnisko to są i turyści, a jak są turyści, to są dobrze wyposażone sklepy. Przekonaliśmy się jednak na własnej skórze, iż dla Nepalczyków "duże miasto" oznacza coś zupełnie innego niż dla Europejczyka. Butów w rozmiarze 46 nie znaleźliśmy ani tam, ani w Kathmandu, gdzie pojechaliśmy specjalnie w tym celu (no dobra, w Kathmandu po dłuuuugich poszukiwaniach znaleźliśmy jedną parę średniej jakości, za którą sprzedawca zarządał równowartości 700zł, później łaskawie zszedł do 550 – podziękowaliśmy). Ostatecznie Anthony chodził po Himalajach w trekingowych sandałach, a gdy robiło się chłodniej zakładał grube skarpetki. Jak stereotypowy Polak. ;) Zanim ktoś jednak zarzuci nam lekkomyślność : trekingi to nie to samo co wspinaczka wysokogórska i tam, gdzie my chodziliśmy w specjalnych sandałach/trekach, lokalsi biegali w japonkach. Niestety, z powodu braku obuwia nie zrobiliśmy też takiej trasy o jakiej marzyliśmy, bo byłoby po prostu zbyt niebezpiecznie zapuszczać się w pewne rejony bez dobrego obuwia. Byłam rozczarowana, ale co można było poradzić – nie będę kazała partnerowi ryzykować zdrowia i życia dla moich fanaberii. Rozważaliśmy nawet zamówienie odpowiedniego obuwia do Nepalu przez internet lub poproszenie o wykonanie na miejscu tak dużego rozmiaru specjalnie dla nas (dostaliśmy taką ofertę), jednak koszty oraz czas oczekiwania zdecydowanie nas przerosły. No ale to już niczyja wina.  Chcę tylko podkreślić, jak trudno może być ze znalezieniem dużej rozmiarówki. PODSUMOWANIECzy opłaca się kupować sprzęt turystyczny w Indiach/Nepalu? Bardzo się opłaca!Jednak osobiście doradzałabym zakup wszystkich niezbędnych rzeczy już przed podróżą (chyba że zaczynamy podróż od Kathmandu i mamy sporo czasu :)), by upewnić się, iż posiadamy sprzęt dobrej jakości oraz w odpowiednim rozmiarze. Świetnym pomysłem będzie wysłanie części sprzętu to domu jako prezent dla rodziny, lub dla siebie samego. Teraz żałuję, że nie wysłaliśmy sobie w ten sposób plecaków. ;) Należy jednak pamiętać przy tym o limitach dotyczących wartości wysyłanej paczki oraz kosztach przesyłki, które przy cięższych rzeczach będą bardzo wysokie. Radziłabym również nadawanie przesyłki w Kathmandu lub Pokharze, jako że w innych miejscowościach może to być baaaaaardzo skomplikowane (uwierzcie na słowo, my wysyłaliśmy z małej miejscowości i był to czterogodzinny koszmar ;)). Za to zakupiony w podróży sprzęt wciąż sprawdza się znakomicie. :)

TROPIMY PRZYGODY

Slow travel, czyli jak zmieniło się nasze podróżowanie

W ostatnich czasach podróżowanie przechodzi w kolejną fazę rozwoju. Do niedawna dominowały dwie przeciwstawne koncepcje – backpacking oraz turystyka zorganizowana. Na temat obu powstało już tysiące artykułów, a spór która z filozofii jest lepsza pozostaje raczej akademicki. Na arenę podróżniczą wkracza... Artykuł Slow travel, czyli jak zmieniło się nasze podróżowanie pochodzi z serwisu Tropimy Przygody.

Ubezpieczenie Luśki w podróży

URLOP NA ETACIE

Ubezpieczenie Luśki w podróży

Fotopułapki

Dobas

Fotopułapki

Norymberga. Fotograficzny spacer

Zależna w podróży

Norymberga. Fotograficzny spacer

Travelerka

Jak połączyć przyjemne z pożytecznym? Podróżuj i ucz się czyli angielski na Malcie

Jeśli tak jak ja należycie do grona osób, które nie lubią bezczynności nawet podczas wypoczynku – ten post jest dla Was. Kochacie podróże, starożytne zabytki i słońce, a to wszystko otoczone turkusowym bezmiarem morza? Lubicie być aktywni nie tylko fizycznie ale również umysłowo? Zapiszcie się na kurs angielskiego na Malcie! Przyjemne z pożytecznym nabiera w tym miejscu nowego znaczenia.…

With love

Poradnik: 5 przydatnych rzeczy, które warto wrzucić do plecaka

Wiesz już, jak spakować plecak na tygodniowy wyjazd w góry. Dzisiaj opowiem Ci o kilku fajnych rzeczach, które przydały mi się podczas obozu wędrownego po Beskidzie Niskim – myślę jednak, że równie dobrze, jak w górach sprawdzą się na każdej innej wyprawie, podczas której człowiek targa ze sobą plecak i śpi w krzakach.  Ręcznik z mikrofibry Absolutnie genialny wynalazek! Ręcznik z mikrofibry zajmuje mało miejsca, jest lekki i da się go wcisnąć nawet do bardzo wypchanego plecaka – mój po zwinięciu jest wielkości dłoni i waży całe 106 gramów. Kto chodzi po górach z plecakiem, ten wie, że przy dłuższych wędrówkach każdy gram ma ogromne znaczenie, dlatego warto korzystać z postępu i brać ze sobą rzeczy z nowoczesnych materiałów, które z powodzeniem zastępują klasyki. Ręcznik świetnie wchłania wodę, szybko schnie i nie śmierdzi, jak mają w zwyczaju ręczniki z frotte. Pytając kiedyś o opinię na temat tego typu ręczników od pana w sklepie turystycznym usłyszałam, że nie nadają się do wycierania włosów. Pragnę zdementować tę plotkę – ręcznik poradził sobie z tym bez najmniejszego problemu (a pan był łysy). Camelbak Camelbak, czyli po ludzku bukłak na wodę z rurką, to kolejny gadżet, który na ostatniej wędrówce sprawdził się tak dobrze, że nie wyobrażam sobie już powrotu do zwykłej butelki. Przez długi czas byłam nastawiona sceptycznie do tego typu rozwiązania, bo wydało mi się na wyrost, ale faktycznie warto się zainteresować – nie trzeba za każdym razem ściągać plecaka, żeby dogrzebać się do wody ani robić wygibasów, by wyciągnąć ją z bocznej kieszeni (lub prosić kogoś, by to zrobił), woda nie nagrzewa się, nawet w upalne dni i nie trzeba się martwić, co zrobić z butelką, gdy się ją opróżni. Większość plecaków trekkingowych ma w środku specjalną kieszonkę, do której wsuwa się bukłak oraz specjalny otwór, przez który można przeciągnąć rurkę, by mieć ją pod ręką. Jeżeli przez całą podróż zamierzasz pić wodę, weź ze sobą dodatkowo musujące tabletki z witaminami lub rozpuszczalny izotonik – po kilku dniach picia czystej wody, będziesz miał jej serdecznie dość. Woda mimo tego, że nawadnia, wypłukuje składniki mineralne z organizmu, więc warto na bieżąco je uzupełniać. Uniwersalny żel do mycia Żel do mycia od Lagenko jeździ ze mną na wakacje od trzech lat i jest świetnym kompanem podróży, bo zastępuje kilka rodzajów kosmetyków, których zwykle używam. Sprawdza się zarówno jako żel do mycia ciała i twarzy, szampon, jak i płyn do demakijażu – nie szczypie w oczy. Żel jest super wydajny i za to najbardziej go lubię. Jedna butelka z powodzeniem wystarcza na 2-3 miesiące regularnego stosowania. Na krótsze wyjazdy przelewam żel do małej, plastikowej buteleczki, którą nabyć można w dowolnej drogerii, dzięki temu nie zajmuje wiele miejsca. Szczególnie mocno polecam go aktywnym kobietom, które są stale w ruchu, ale zależy im na właściwej pielęgnacji ciała. Żel dobrze nawilża skórę, co jest dla mnie ważne, zwłaszcza wtedy, gdy cały dzień przebywam na Słońcu i skóra szybko się przesusza. Tak, jeżdżę w góry po to, by uciec od cywilizacji, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym straszyć ludzi spotkanych na szlaku – do plecaka wrzucam też zwykle podstawowe kosmetyki do makijażu, które pozwalają mi czuć się dobrze. Poza tym: jeżeli nie narysuję sobie oczu, to nie widzę :3 Siatkowy worek na pranie Na pomysł zabrania ze sobą siatkowego worka na pranie, który przypinać można do plecaka, wpadłam podczas szperania w Internetach za trikami na sprawne pakowanie. Aby ograniczyć liczbę zabieranych ze sobą rzeczy postanowiłam regularnie prać ciuchy, które ze mną poszły. Wieszanie ich na plecaku, żeby wyschły, jest problematyczne – po pierwsze dlatego, że łatwo je zgubić, przedzierając się przez krzaki, po drugie dlatego, że powiewające na wietrze majty są dla mnie najzwyczajniej w świecie krępujące. Siatkowy worek skutecznie rozwiązuje te dylematy – kilka osób zwróciło mi uwagę, że myślały, że ta siatka to integralna część plecaka. Warto zaopatrzyć się w szybkoschnące ubrania – po całym dniu wędrówki są niemal suche, czego nie można powiedzieć o bawełnie, która długo trzyma wilgoć. Mokre ciuchy, to złe ciuchy – szybko mogą się zaśmierdzieć. Linka do suszenia prania Ciuchy, które nie wyschły podczas wędrówki wywiesić można na sznurku rozciągniętym między drzewami. Cienka linka kosztuje grosze, a przydaje się w naprawdę wielu sytuacjach: poza wspomnianym sznurkiem na pranie z powodzeniem przyda się w przytroczeniu jakichś rzeczy do plecaka, przywiązaniu płachty, którą rozciągnąć można nad namiotem czy do związania kupy gałęzi, żeby wygodnie dociągnąć ją do ogniska i nie łazić trzy razy do lasu, kiedy pójść można raz. W kryzysowych sytuacjach, np. wtedy kiedy jest mgła, można się taką linką związać w kilka osób, żeby się nie pogubić albo np. przypiąć do niej plecak i spuścić go po skale w dół, żeby potem samemu bezpiecznie zejść, bez dodatkowego obciążenia. Gadżet, który zdecydowanie warto mieć w plecaku – zawsze. Masz rzecz, którą często zabierasz do plecaka, bo ułatwia Ci życie w podróży? Chętnie dowiem się, co to Komentarze są do Waszej dyspozycji. Wpis powstał we współpracy z marką Lagenko. Post Poradnik: 5 przydatnych rzeczy, które warto wrzucić do plecaka pojawił się poraz pierwszy w WITH LOVE.

Expert - podejście drugie - dzień 1 - bez kamery

dwa kółka i spółka

Expert - podejście drugie - dzień 1 - bez kamery

foto: motoszkola.pl15 czerwca 2015 - poniedziałekPada. I prognozy nie są optymistyczne. Chyba wieczorem było za mało whiskacza i toastów za pogodę.Mimo wszystko jemy śniadanie, pakujemy się i znosimy bagaże do sali bilardowej. Wsiadamy na motocykle i jak twardziele ruszamy na Grossglockner. Dziś już oficjalnie, w ramach Experta.Na górze pada nieco mniej, ale mimo wszystko jest ślisko, a widoczność miejscami jest mocno ograniczona. Kręcimy się trochę po trasie, ale ostatecznie ustalamy, że jedziemy na lodowiec, do knajpki. Trzeba sobie jakoś osłodzić ten dzień.Deszcz przechodzi w mżawkę, więc nie jest źle. Do tego coś ciepłego do picia i ciasto i humory się poprawiają na tyle, że podejmujemy męską decyzję - jeździmy. Z jednej strony - mało bezpiecznie, bo ślisko. Z drugiej - po suchym, to każdy umie, a ćwiczenie w trudnych warunkach bardzo dużo daje. W dodatku - jesteśmy tu prawie sami - niewielu jest takich wariatów, którzy jeżdżą w taką pogodę.Wychodząc z kawiarni zahaczamy o sklepik z pamiątkami. Nie mogę się powstrzymać przed przymierzeniem fartuszków. W końcu po przeprowadzce już nie mam takiego gadżetu kuchennego, a przecież jakieś gotowanie mi się czasami zdarza, więc może skuszę się na któryś? Ale na który? Odpuszczam na razie zakup - zrobię sondę w necie i zobaczymy, który uzyska więcej głosów :)Jeździmy "od rondka w górę". Bez kamery, bo i tak nie byłoby nic widać ze względu na deszcz. Jadę jako ostatnia. W górę jest za mało pozycji. to znaczy jest, ale "na suche warunki", a jest mokro, więc powinnam się bardziej "bujać". W dół jest sporo lepiej i feedback, że jak na te warunki to przejazd bardzo dobry. :)Spadamy do bazy. Jeszcze przecież dzisiaj tu wrócimy. Jadę gdzieś na końcu, swoim tempem, sporo wolniejszym niż ekipa. Jakoś mam włączony spory margines bezpieczeństwa i trochę (w moim odczuciu) zamulam. W jednym z zakrętów w lewo, który dobrze znam i przejeżdżałam dziesiątki razy uślizguje mi się przednie koło. Co jest? Prędkość odpowiednia, trajektoria dobra, pozycja była, bo to przecież zakręt w lewo, asfalt równy... więc co jest? Mimo wszystko czuję, że opona dała mi tylko ostrzeżenie i jeszcze był zapas przyczepności. Nawet nie zdążyłam się spocić ani nic innego. Pełne opanowanie. Lubię te opony. Dają dobry feedback, grożą lekko palcem, ale trzymają.W Fusch jemy obiad, suszymy przemoczone rzeczy (u mnie tylko rękawiczki - czy ktoś poleca jakieś naprawdę dobre, które nie przemakają? - reszta dalej daje radę!), pakujemy się na motocykle i przez Grossglockner jedziemy do Włoch. Znowu zamulam :( Nie mogę się odblokować.Na Passo Campolongo jest trochę walki - na winklach jest szuterek, bo zdarli asfalt. Mi to nie bardzo przeszkadza, ale niektórzy z grupy mają trochę trudniej. Pordoi jest wybitnie męczące i nie wchodzi tak jak powinno.Dojeżdżamy do Campitello di Fassa i kwaterujemy się w hotelu. Na kolację udajemy się do "Boskiej Joli" na pizzę boscaiola ;) Ja wybieram inną, ale niektórzy stawiają na tradycję. A inni, jak Viktorek - na całkiem awangardowe dania z szyszek ;) Przy okazji powstaje forumowa fotka urodzinowa dla WINO - będzie jak znalazł na jutro, które już za kilka godzin ;) (najlepszego!)Wieczorem jeszcze robimy małą nasiadówkę u Szwagrów - dobrze się bawiąc przy kręceniu klipu urodzinowego dla Piotrka (wszystkiego najlepszego! cmok!) - jest dużo procentowych rekwizytów i tańce "przy rurkach" czyli przy kaloryferze w wykonaniu Diablika.Naprawdę - taka ekipa to skarb!Przejechane: 342 km

HomeToGo.pl, czyli jak znaleźć wymarzony apartament lub dom na wakacje

Podróżniczo

HomeToGo.pl, czyli jak znaleźć wymarzony apartament lub dom na wakacje

Testowanie aplikacji i wyszukiwarek niezbędnych w planowaniu podróży sprawia mi ostatnio nie lada przyjemność. Na polskim rynku pojawiają się coraz to nowe narzędzia, które mają ułatwić osobom podróżującym organizację wyjazdu. Tym razem sprawdzam jak działa nowa wyszukiwarka domów i apartamentów – HomeToGo.pl. Z informacji dostępnych na stronie internetowej www.hometogo.pl dowiedziałam się, że jest to największa na świecie wyszukiwarka domów i apartamentów wakacyjnych, skupiająca ponad 150 portali internetowych, takich jak m.in.: booking.com, interhome.pl, casamundo.pl, novasol.pl, belvilla.pl. Dzięki temu użytkownicy mogą przeglądać i porównywać około trzech milionów obiektów dostępnych zarówno w kraju, jak i zagranicą, a następnie rezerwować je poprzez strony partnerów. Brzmi zachęcająco… Czas na test! Strona główna to przede wszystkim prosta wyszukiwarka. Należy wybrać cel podróży, datę oraz liczbę osób. Pod wyszukiwarką zauważyłam mały box „Porównaj: Novasol”. Nie wiem dokładnie co oznacza, ale z automatu jest zaznaczony, więc zostawiam tak, jak jest. Moje kryteria wyszukiwania to: Miasto: Lizbona Data: 4.09-11.09 Długość pobytu: 1 tydzień Ilość osób: 3 Nie przez przypadek wybrałam takie kryteria, ponieważ właśnie we wrześniu mam w planach wybrać się do Lizbony razem z dwie innymi osobami :). Oto co otrzymałam: Na samej górze dostępne są wybrane przeze mnie kryteria wyszukiwania, ale pojawiły się także dodatkowe opcje. Mam możliwość wyboru wyposażenia o takie rzeczy, jak np. basen, balkon/patio, TV, zmywarka, pralka, sauna, internet, parking itp. Nie jestem wybredna, więc nie zaznaczam nic. Pojawiły się także zakresy dla takich opcji, jak: odległość do wody, cena za 1 tydzień lub cena za noc oraz typ obiektu, gdzie do wyboru poza domem lub mieszkaniem jest resort, agroturystyka, zamek, pokój, statek lub przyczepa kempingowa. Odległość do wody nie ma dla mnie większego znaczenia, ponieważ przede wszystkim chciałabym zwiedzić Lizbonę. Brakuje mi kryterium „odległość do centrum”. Wiadomo, że na wakacjach liczy się przede wszystkim woda, ale są tacy, którzy jadą na urlop po to, aby coś zobaczyć, zwiedzić i dla nich odległość od centrum będzie miała kluczowe znaczenie. O ile typ obiektu nie ma dla mnie większego znaczenia (no dobra, może statek i przyczepa kempingowa odpada), ale najważniejsza jest dla mnie cena. Zakładam, że przy trzech osobach opłata za noc nie powinna przekraczać 240 zł, co daje 80 zł za osobę/noc. Po zawężeniu zakresu cenowego, wyniki automatycznie się zaktualizowały i otrzymałam 176 obiektów do przejrzenia. Niestety to na co zwróciłam uwagę to brak możliwość zastosowania filtra, który pokazywałby wyniki wyszukiwania „od najtańszego do najdroższego”. Nie wiem, jakie zostało zastosowane kryterium, ale osobom, którym zależy na niskiej cenie na pewno ułatwiłoby to możliwość przeszukiwania dostępnych ofert. Mimo, że samo przeglądanie zajęło trochę czasu, to udało mi się znaleźć odpowiednie mieszkanie. Wyposażone w telewizor i internet, przeznaczone dla osób niepalących. Na zdjęciach wygląda na skromne, czyste i zadbane. Jeden pokój dla 3 osób, w odległości ok. 3 kilometrów od wody, pomiędzy dwiema liniami metra, blisko centrum Lizbony w cenie 207 zł za noc (co daje 1448 zł za tydzień, za trzy osoby). Całkiem nieźle! Jestem zainteresowana tą ofertą, więc klikam Zobacz ofertę. Zostałam przekierowana na stronę only-apartments.com, gdzie mogę dokonać rezerwacji. Jestem pozytywnie zaskoczona, bo oferta różni się nieznacznie ceną, ale na moją korzyść – cena końcowa to 1443 zł! W systemie rezerwacyjnym mam szczegółowe informacje o mieszkaniu – opis mieszkania i okolicy (tłumaczenie na język polski może nie jest idealne, ale można się domyślić o co chodzi J), mapę, dane o dostępnych usługach, warunki pobytu, komentarze i oceny innych użytkowników oraz więcej zdjęć. Na co warto zwrócić uwagę to fakt, że na miejscu nie jest wymagana kaucja oraz, że płatność została podzielona na dwie raty. Warto także sprawdzić godziny zakwaterowania i wymeldowania, ponieważ w tym przypadku są one podane na sztywno i dobrze, gdyby pokryły się z godzinami przylotu do Lizbony. Wybór trafny, lokalizacja dogodna, cena korzystna – nic tylko rezerowawać i lecieć do stolicy Portugalii! Czy warto korzystać z HomeToGo.pl? Moim zdaniem idea wyszukiwarki domów i apartamentów wakacyjnych jest świetna! Zebrane oferty ze 150 stron robią wrażenie. Sama strona i interfejs także niczego sobie – prosty, intuicyjny, łatwy w obsłudze. Opcja pokazania obiektów na mapie to obowiązkowy element każdej wyszukiwarki – w tym przypadku mapa spełnia wszelkie moje oczekiwania. Z pewnością jest to dobre narzędzie dla zwolenników wyjazdów organizowanych na własną rękę oraz osób poszukających luksusowych apartamentów za przyzwoitą cenę. Dzięki temu, w szczycie sezonu wakacyjnego można znaleźć mieszkanie lub dom w dogodnej lokalizacji i atrakcyjnej (jak na szczyt sezonu) cenie. Myślę, że gdy będę znała daty mojej podróży do Lizbony to jeszcze raz skorzystam z wyszukiwarki, żeby znaleźć odpowiednie mieszkanie lub pokój dla trzech osób. Wśród minusów na pewno mogę wymienić brak możliwości filtrowania po cenie – od najtańszego do najdroższego oraz brak informacji o lokalizacji obiektu pod względem odległości do centrum. Oczywiście można to sprawdzić na mapie, ale wygodniej by było, gdyby taka opcja była dostępna w filtrach. Jeśli masz spostrzeżenia lub doświadczenia w korzystaniu z takich wyszukiwarek, podziel się opinią w komentarzu!

Expert - podejście drugie - trening

dwa kółka i spółka

Expert - podejście drugie - trening

14 czerwca 2015 - niedzielaExpert się jeszcze nie zaczął. Póki co trwa "Trening Grossglockner". Wczoraj ekipa katowała przełęcz Gerlos, dzisiaj atakujemy Wielkiego Dzwonnika.Pogoda nie rozpieszcza - jest pochmurno, nawet lekko mokro, ale co tam - jedziemy! Bierzemy vouchery na tańsze bilety wjazdu od naszych gospodarzy, uzbrajamy się w moto-ciuchy, niektórzy jeszcze tankują i wspinamy się do miejsca, skąd rozpoczynamy jazdy przed kamerą.Jeździmy góra-dół-góra-dół. W moim odczuciu idzie mi średnio, więc odwlekam mój przejazd  "w nieskończoność. W końcu jednak przychodzi moja kolej. Przejazd "w dół". Ok, chyba wolę w dół na tej przełęczy.Jest kwadratowo i bez dynamiki. Muszę się rozjeździć. Pogoda nie ułatwia zadania, bo coraz mocniej wieje i zaczyna padać. Podejmujemy decyzję o zjeździe na bazę.Tam oglądamy nasze poranne przejazdy. Mimo tego, że Instruktoru "chwalił" to za kilka winkli dostaje brawa od grupy. Będą jeszcze ze mnie ludzie.Za oknem deszcz pada w poziomie. Nie jest dobrze... Prognozy mówią, żę się polepszy, ale jakoś się na to nie zanosi. Oglądamy więc "Why we ride". Odpoczywamy, pijemy herbatki, bo wciąż mamy nadzieje na poprawę pogody.I rzeczywiście - to następuje. Robimy drugie podejście do Grossglocknera. Mocno wieje. Naprawdę mocno! Jest mokro, więc testuję moje nowe opony - póki co sprawują się bez zarzutu i znakomicie trzymają.Zaczynamy od Biker's Point. Odnajduję forumową naklejkę i dorzucam swoją.Pomimo kiepskiej pogody humory dopisują.Jedziemy "za tunel". Temperatura spada do 4,5 stopnia, ale nikomu to nie przeszkadza. Ba, wręcz przeciwnie. Ktoś (i czemu to jestem ja?) wpada na pomysł zrobienia fotki... o takiej:Od razu wszystkim jest cieplej!Koniec przyjemności, trzeba pojeździć przed kamerką. Tym razem jadę "w górę". Instruktoru chwali, że niektóre zakręty są "Niezłe". Perez wielkie "N". To mega komplement. Jest też chwila na relaks i wygłupy, gdy inni się "męczą" :)Wracamy do Fusch, gdzie dostajemy dyplomy ukończenia kursu - ja też dostaję, mimo, że byłam tylko na połowie.foto: motoszkola.plWieczór to kolacja, oglądanie filmów z popołudniowych przejazdów i ubaw po pachy. Jest grubo. Takiej ekipy na Expercie jeszcze nie było. I nie będzie ;) Przekonujemy Dave'a, zeby został na Experta, bo Radek nie dojedzie i jest jedno wolne miejsce. Daje się namówić!. Przyjeżdża też ostatni uczestnik kursu - Wojtek. Jesteśmy w komplecie. teraz dopiero się zacznie...Przejechane: 164 km

Expert - podejście drugie - dojazdówka

dwa kółka i spółka

Expert - podejście drugie - dojazdówka

13 czerwca 2015 - sobotaPrzede mną cały dzień jazdy i ponad tysiąc kilometrów do zrobienia. Przemili gospodarze raczą mnie pysznym śniadaniem i dużym kubkiem herbaty. Dostaję też Jacka D. w ramach podziękowania za wczorajsze wystąpienie ;) Z Dębicy ruszam koło ósmej - w chopperowej eskorcie do najbliższej stacji benzynowej. Potem wbijam się na autostradę i ruszam w kierunku Krakowa. Poprzedniego wieczoru wybrałam na dziś trasę przez Zwardoń i Bratysławę - dawno nią nie jechałam. Po drodze zahaczę o Bielsko i przybiję piątkę z Piotrkiem, który akurat w ten weekend objeżdża Beskid Śląski.Droga mija bardzo przyzwoicie i bez niespodzianek. No, prawie... Podjeżdżam do bramki na A4 w Balicach, podnoszę wizjer w kasku i podaję kasę pani z okienka. Wtedy słyszę "Cześć!" Odwracam głowę i widzę znajomą twarz - koleżanka motocyklistka (z którą wprawdzie od stu lat razem się na moto nie spotkałyśmy). Wymieniamy kilka zdań, ale tworząca się za mną kolejka nie pozwala na dłuższe pogaduchy. Dostaję życzenia szerokiej drogi i odjeżdżam. Świat jest mały ;)Dojeżdżam do Bielska, do Piotrka. Kawka/herbatka, pogadanka i sprawdzanie daty produkcji w oponach jego DLa. Na mnie powoli już czas, więc ustalamy, że pojedziemy razem do Zwardonia i tam każde ruszy w swoją stronę - ja na południe, Piotrek na objazd okolicy. Jeszcze tylko tankowanie i możemy jechać. Poza kilkoma krótkimi odcinkami, które są średnio fajne ze względu na spory ruch, remonty i korki, które sprawnie omijamy droga jest bardzo fajna. Im bliżej granicy, tym bardziej urokliwa. W Zwardoniu zatrzymujemy się na stacji benzynowej - dotankowuję odrobinę paliwa, żeby Olivier znów miał pełny bak. Siadamy jeszcze na chwilę, żeby pogadać, zrobić jakąś kawę i lodzika. Pani z obsługi stacji robi nam pamiątkową fotkę pt. "Pożegnanie z Afryką", nie szczędząc przy okazji Piotrkowi komplementów jaki to jest przystojny ;) Jest miło, ale plan trzeba realizować - Chlory i Alpy na mnie czekają, więc żegnamy się z Piotrkiem i jadę. Szkoda, że sama, jednak "z kimś" jeździ się przyjemniej.Jest bardzo ciepło. Kilometry uciekają. W Bratysławie, gdzie ordynuję sobie kolejny postój na tankowanie, siku i coś do jedzenia termometr pokazuje 33 stopnie. Kolejny przystanek to granica austriacka i kupowanie winietki. Paznokcie - a jakże - pod kolor. Młodzieniec z samochodu parkującego obok przygląda się mojemu motocyklowi i mnie, po czym po angielsku mówi coś w stylu, ze super i że dobra robota. Patrzę na polską rejestrację samochodu i odpowiadam w ojczystym języku i wtedy widzę na twarzy chłopaka lekkie zdziwienie i zmieszanie. Studiuje na krakowskim AWFie i zaprasza w odwiedziny.Czy ja naprawdę wyglądam tak młodo, że studenci mnie wyrywają, czy sobie dorabiam? ;)Kilkadziesiąt kilometrów dalej, łapie mnie burza, która szaleje nad Wiedniem. Dalsza droga mija w naprzemiennym deszczu i słońcu, z przewagą tego pierwszego im bliżej celu. Droga jest nudna. Standardowo - remonty, ograniczenia prędkości (IG-L) i smród nawozu z pól. Austria. Myśli gdzieś błądzą, biegną do różnych spraw - tego co było i tego co będzie. Znowu coś szwankuje mi z nawigacją - niby kabel wymieniony na nowy, ale wyłamany pin zarysował styki i co jakiś czas navi traci zasilanie. Upierdliwa sprawa. Co jakiś czas staję, żeby wypróbować kolejny patent, który tymczasowo rozwiąże problem. Na razie bezskutecznie.Dojeżdżam prawie na miejsce - zanim zamelduję się w pensjonacie zrobię to co robiłam w zeszłym roku - jadę na placyk przed marketem i kręcę kółka i ósemki. Świeże opony środkiem już są przetarte, ale boki jeszcze mają fabryczne "cycki". Trzeba je trochę przytrzeć. Po paru minutach, gdy już kręci mi się w głowie, sprawa jest względnie załatwiona i mogę podjechać do bazy. Jeszcze tylko tankowanie i już się melduję.Co prawda w najlepsze trwa akurat oglądanie filmów z dzisiejszych jazd szkoleniowych, ale oczywiście przeszkadzam robiąc trochę zamieszania. Kwateruję się, zjadam kolację i mogę się zintegrować z resztą ekipy. Już wiem, że będzie wesoło. Oj, bardzo!Przejechane: 1008 km

With love

Poradnik: 5 klimatycznych miejsc w Beskidzie Niskim, które warto odwiedzić

Łąka była pusta i cicha. Na jej środku stało dwóch mężczyzn. Wyciągnięte ręce jednego z nich zaciskały się na szyi drugiego. Trwało to może z pięć minut. Monochromatyczność barw potęgowała efekt dziwności. Stałam jak wryta. Komańcza, Bar Wanda - Japoński dramat – rzucił zza baru mężczyzna, wyglądający jakby przed chwilą ktoś wyciągnął go z PRL-u. – To już połowa i cały czas tak. – Aaa… A-ha – spojrzałam jeszcze raz na telewizor. Jeden koleś nadal dusił drugiego. – Piwo proszę. Wróciłam chwilę później. - Ponoć robi pan tu jakiegoś magicznego drinka. Przyszłam popatrzeć. Co jest w składzie? – zainteresowałam się specjalnością zakładu, Łemkowskim Młotem. – Wszystko – barman, inny niż wcześniej (ponoć ekspert), rzucił mi szybkie spojrzenie i wrócił do swoich eksperymentów. Spokojnie mógłby robić za alchemika. – Pięćdziesiątka tequli, dwudziestkapiątka białego rumu, dwudziestkapiątka wódki, dwudziestkapiątka dżinu, dwudziestkapiątka triple sec. Do tego sok z cytryny, lód i cola. Ale tylko odrobina, na kolor. Wywala z butów. Rekordzista wypił trzy i wracał do domu o jednym klapku. Po dwóch łykach zaczęło kręcić mi się w głowie. Jawornik Najgorzej, kiedy zachce Ci się sikać w środku nocy. Wygramoliłam się ze śpiwora, znalazłam czołówkę i wylazłam z namiotu, kierując się w stronę ścieżki. Było ciemno i cicho, w trawie niestrudzenie cykały świerszcze. Podniosłam głowę i przez długą chwilę gapiłam się w niebo. Mleczna Droga była doskonale widoczna. Nie zdążyłam zastanowić się nad marnością swojego istnienia we Wszechświecie, bo przypomniało mi się, dlaczego się obudziłam. Odganiając ćmy, które jak głupie leciały do światła latarki, znalazłam w końcu kibel. Oddając się radosnemu zaspokajaniu podstawowej czynności fizjologicznej jęłam rozmyślać nad przeszłością wsi, która zniknęła wraz z wysiedleniem Łemków. Kilkaset metrów dalej był cmentarz. Ponoć „nie ma jednego człowieka pochowanego na nim, który by nie miał wbitego w głowę ćwieka lub uciętej, i u nóg położonej, głowy”. Myślicie, że to zwyczaje rodem z czasów pogańskich wierzeń? A, takiego. Pochówki wampiryczne praktykowano jeszcze początkiem XX wieku. Zaczęłam sobie je wyobrażać. A potem bezgłowe trupy zakopane w ziemi. Przeszedł mnie dreszcz. Uchyliłam powoli drzwi wychodka i wyjrzałam na zewnątrz. Coś poruszyło się w krzakach. Trzy sekundy później byłam w namiocie. Jaśliska Kiedy Dariusz Jabłoński, reżyser „Wina truskawkowego”,  przyjechał do Jaślisk na dokumentację, nie zastanawiał się długo. Andrzej Stasiuk, autor „Opowieści galicyjskich”, na których został oparty film, nie był pewien. „Opisałeś wszystko tak precyzyjnie, a ja ci udowodnię, że to wszystko tu jest” – przekonywał pisarza Jabłoński. I miał rację. Był środek dnia. Upał lał się z nieba. Siedzieliśmy pod parasolami na rynku i sączyliśmy zimne piwo. To samo, kawałek dalej, robili mieszkańcy, przytupując bezwiednie do muzyki, która wypełniała niewielką przestrzeń miasteczka. Tego dnia miał odbyć się festyn. Scena już stała. Rysiek Riedel śpiewał którąś ze swoich smętnych piosenek. Kolorowe, nadmuchiwane zwierzęta patrzyły tępo przed siebie. Egzotyka żyrafy, zebry i hipopotama zaskakująco dobrze komponowała się ze swojskością świni, konia i jelenia. Bezczelnie podglądałam dwóch jegomości, którzy rozsiedli się na przystanku. Zamyśleni (nad czym?), spoglądali gdzieś w dal, każdy w swoją stronę. Wyjęci z życia, zatrzymani w czasie. Żywe pomniki teraźniejszości. Miałam wielką ochotę się do nich przyłączyć. Następnym razem. Nieznajowa Dolina Wisłoki jest pusta. Wyobrażałam sobie, jak mogła wyglądać kiedyś. Na słynne na całą okolice targi musieli ściągać ludzie z sąsiednich wiosek. Gwar ludzkich głosów mieszał się z muczeniem krów i odgłosami rżniętego w tartaku drewna. Przekupki zachwalały swoje towary, a ktoś mówił, że za drogo. Żydowscy kupcy, którzy przyjeżdżali tu ze Żmigrodu i Gorlic, targowali się. Ktoś na kogoś nakrzyczał. Ktoś kogoś popchnął. Ktoś przeprosił. Wieczorem wszystko cichło. Mieszkańcy wracali do swoich domostw. W powietrzu unosił się ciepły zapach domowych zwierząt. Żyli obok siebie i obok siebie zasypiali. W ’46 spakowali swój dobytek i ruszyli na wschód w poszukiwaniu lepszego jutra. Wieś opustoszała. Do dzisiaj pozostało po niej niewiele śladów. Natalia Hładyk, autorka projektu „Drzwi do zaginionego świata”, postawiła w Beskidzie Niskim kilka futryn. Stoją w miejscach, gdzie niegdyś stały łemkowskie chaty.  Prosty i wymowny symbol, zaproszenie do wejścia w świat, który przestał istnieć. Bardzo chciałam je zobaczyć, nacisnąć klamkę, przekroczyć próg. Prosta rzecz. Niezwykła. Radocyna Rozstajne. Nieznajowa. Radocyna. Jest coś w tych nazwach. Jakaś melancholia, które każe się zatrzymać. Zwolnić. Czas tutaj płynie inaczej. A może wcale nie istnieje. Szłam zakurzoną drogą i myślałam sobie, że mogłabym nie przestawać. Że nie ma tutaj nic, a jednocześnie jest wszystko. Hej, zobaczcie! Jakie piękne miejsce. A potem naszła mnie wątpliwość. Może lepiej nie pokazywać tego nikomu? Żeby nie zadeptali, nie hałasowali, nie przyjeżdżali. Chwilę później odetchnęłam z ulgą. Nie będą. Żeby dotrzeć na koniec świata, trzeba się postarać. Beskid Niski jest dla wybranych. Dla tych, którym naprawdę zależy. Dla Ciebie, Ciebie i Ciebie. A dla Ciebie nie. Post Poradnik: 5 klimatycznych miejsc w Beskidzie Niskim, które warto odwiedzić pojawił się poraz pierwszy w WITH LOVE.

Gdzie wyjechać

Podróż to nie odległości. Podróżuj do tutaj. Bo możesz

Podróż to nie odległości. Podróżuj do tutaj. Bo możesz Adam wrócił ze Sri Lanki. Nigdy tam nie byliśmy. Gdy zapytałem go jak było odpowiedział, że „zajebiście, spoko jedzenie, super klimat”. Gdy byłem ciekaw jak tam jest, odpowiedział, że „inny świat człowieku, to trzeba zobaczyć”. Adam nie zaskoczył mnie. Kasia wróciła z Suwalszczyzny. Nigdy tam nie byliśmy. Gdy zapytałem ją jak było, odpowiedziała „wyobraź sobie […]

Kazachstan: wiza turystyczna i diabeł, co taki niestraszny

Zależna w podróży

Kazachstan: wiza turystyczna i diabeł, co taki niestraszny

Mieszkanie inspirowane podróżą? Oto 3 pomysły na podróżnicze style

Podróżniczo

Mieszkanie inspirowane podróżą? Oto 3 pomysły na podróżnicze style

KOŁEM SIĘ TOCZY

8 rzeczy, które mogą zaważyć na jakości twojej podróży

Wielu z Was zapewne planuje jakąś podróż, właśnie dopina ją na ostatni guzik, albo już gdzieś wozi się po świecie. Napisałem o kilku kwestiach, o których musicie pamiętać wychodząc w świat.  Kwestiach z pogranicza przygotowania, planowania, ale nie tylko. Siłą rzeczy będę też nawiązywał do mojej podróży, która zacznie się na dniach! 1. Brak przygotowania merytorycznego  The post 8 rzeczy, które mogą zaważyć na jakości twojej podróży appeared first on Kołem Się Toczy.

WEEKENDOWI PODRÓŻNICY

Transport w Gruzji. Jak i za ile wynająć auto? A może lepsza marszrutka? Poradnik

Zarówno auto jak i popularne busiki mają swoje niezaprzeczalne zalety i wady. Marszrutka jest tańsza i sprzyja spontaniczności zamiast dokładnego planowania, auto zaś daje większą swobodę i możliwość zobaczenia większej liczby miejsc w krótszym czasie. W teorii odpowiedź na pytanie auto czy marszrutka jest oczywista. Marszrutki (czy tylko mnie irytuje ten wyraz?), to kursujące między wszystkimi interesującymi was punktami minibusy o – pisząc eufemistycznie – mocno zróżnicowanym zaawansowaniu wiekowym i poziomie technicznym. Ich największą zaletą jest cena – ponad 250 km z Kutaisi do Tbilisi pokonasz już za ok. 50 zł od osoby (a można i taniej), z kolei marszrutka z Tbilisi do Dawid Garedża (dobre 3 godziny drogi) kosztuje 25 lari, czyli ok. 40 zł. Dodatkową zaletą marszrutek jest rozbudowany wachlarz możliwości towarzysko-bytowych – praktycznie każdy kierowca takiej marszrutki zna kogoś, kto ma do wynajęcia kąt do spania, a może się też zdarzyć, że kierowca zaproponuje wam, że za drobną dopłatą zostanie waszym kierowcą i przewodnikiem przez cały czas waszego pobytu w Gruzji. I to pewnie nie jest zły pomysł, Taki tam widoczek z trasy Ale marszrutki mają swoje wady. Największa to strata czasu: busiki jeżdżą w ściśle określonych godzinach albo do czasu, aż zbierze się wystarczająca liczba chętnych. Czasem trzeba czekać, i czekać, i jeszcze trochę czekać. A choć Dawid Garedża wymiata, to ile czasu można się gapić na tą cholerną łąkę i wąwóz w oddali? To rozwala trochę cały dzień i nie pozwala efektywnie wykorzystać wyjazdu. Drugą wadą jest mityczny brak kultury jazdy Gruzinów, szczególnie widoczny właśnie u marsz(czd)ruciarzy (zabawne, co?), którzy wyprawiają na drogach takie herce, że mózg się lasuje. Choć dla niektórych może to być argument za tym, żeby właśnie jeździć busikiem, a nie autem, bo lepiej mieć takiego wariata po swojej, a nie przeciwnej stronie szosy, to my upieramy się przy swoim – ułańska fantazja to w tym przypadku jednak wada. No i jeszcze jeden antymarszrutkowy argument – busiarz się w tańcu nie pierniczy i jak ma cię dowieźć na miejsce, to dowiezie. Żadnych postojów w fajnych miejscach, żadnych zdjęć. A po drodze widoki bywają zjawiskowej. Kilka kilometrów przed Vardzią Drugą i naszym zdaniem chyba lepszą opcją jest wynajem auta, zwłaszcza jeśli jedziecie w 3-4 osoby. Auto daje większą niezależność i elastyczność – pozwala pokonywać większe odległości i efektywnie obejrzeć więcej w czasie waszej wyprawy. Ale też ma liczne minusy. Największym jest cena, bo przeglądając internet trudno będzie wam znaleźć ofertę tańszą niż 50 dol. za dobę (dotyczy oczywiście najtańszych aut z kategorii super economy). Doliczcie sobie do tego ubezpieczenie (a w myśl tego, co napisałem u góry, warto się w takie zaopatrzyć) i w naszym przypadku fotelik dla dziecka (cena minimalna 35 dol. za tydzień), może GPS i jeszcze obowiązkowy depozyt najczęściej w kwocie 200 dol. i wychodzi wam z tego całkiem okrągła sumka. A jakże! Byliśmy :) Co wybrać? Tak szczerze, gdybym do Gruzji jechał sam albo tylko z Izą to pewnie postawilibyśmy na marszrutki lub ewentualnie rzucili się na totalny żywioł i pojechali bez żadnych rezerwacji. Bo przy odrobinie szczęścia na tej opcji można wyjść najlepiej finansowo. Jak to możliwe? Ano tak, że wychodząc z hali przylotów mikroskopijnego lotniska w Kutaisi czujesz się jak gwiazda rocka, bo tuż za drzwiami wejściowymi tłoczy się mały tłumek zdesperowanych i rozentuzjazmowanych mężczyzn, których oddziela od ciebie kilkuosobowy kordon ochroniarzy. Ci faceci to oczywiście miejscowi taksówkarze i marszrutkarze, którzy trzymają w rękach tekturowe karteczki z napisami miejscowości i wykrzykują zapamiętale najbardziej nośne hasła, w których powtarza się wyraz „cheap”. I niekiedy rzeczywiście idzie się z nimi dogadać. Czekając na lot powrotny do Polski (a czasu było sporo, bo jak większość rodaków przekoczowaliśmy na lotnisku prawie całą noc) gadaliśmy z przypadkowo poznaną grupą, która dogadała się z właścicielem busa. Przez 3 dni woził ich, gdzie tylko chcieli i ostatecznie zainkasował za to jakieś 1200 zł. Ale tu znowu wychodzi różnica skali: im większa jest wasza wycieczka, tym taniej zapłacicie. Droga do Dawid Garedża SAMSUNG CSC My jadąc z Helką nie mogliśmy sobie pozwolić na takie ekstrawagancje i wynajęliśmy auto. W sieci znaleźliśmy tanią gruzińską wypożyczalnię z Tbilisi i wynegocjowaliśmy całkiem sympatyczne warunki – za wynajęcie Hondy Civic na 7 dni zapłaciliśmy w sumie 270 dol. (w cenie był już fotelik i lichy, ale jednak GPS). Do tego trzeba doliczyć jakieś 300-400 zł za paliwo, które na szczęście jest śmiesznie tanie i obecnie kosztuje ok. 3 zł za litr. Tanio nie jest, ale w porównaniu do innych ofert ta i tak jest wyjątkowo atrakcyjna. Fakt, na początku doszło do sporego zgrzytu, który opisywaliśmy tutaj. Ale jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, poza tym, że zrobiono nas w jajo, nie mamy żadnych innych negatywnych uwag. Sam zgrzyt miał tę zaletę, że pan z wypożyczalni jako szofer pozwolił nam się oswoić z fatalnie jeżdżącymi gruzińskimi kierowcami. Na początku ich nieprzewidywalność może stanowić pewien problem dla przybyszów, ale z naszego doświadczenia wystarczy kilka godzin, żeby się przyzwyczaić. Choć i tak wyprzedzanie na trzeciego i desperackie zajeżdżanie ci drogi na widok masywnego tira nie są komfortowymi sytuacjami. „Zabawnie” jest też w pewnym momencie trasy z Gori do Kutaisi, gdzie drogowcy zaproponowali kierowcom wariant 2+1, jednak…zapomnieli pomalować pasy. W efekcie mamy sytuację, gdy po każdej stronie mamy do dyspozycji jeden pas, a ten umowny środkowy należy do auta, które…bardziej potrzebuje w danej chwili wyprzedzić lub dysponuje kierowcą o mocniejszych nerwach od kierowcy jadącego z naprzeciwka. Najważniejszy pasażer zadowolony. Najważniejsze :) No a oprócz tego, że trochę nas zrobił w chuja, nasz kierowca Kaha był też spoko ziomem – trzy godziny przegadaliśmy o Polsce, Gruzji, no…o życiu, z czego tyllko godzinę o Smoleńsku. Z czego tylko 10 minut Kaha przekonywał mnie o istnieniu w sieci filmu, na którym rosyjscy żołnierze strzelają do…ehhh….nieważne. Na koniec jeszcze kilka cennych rad dla wypożyczających auto. W dużych miastach nie ma większego problemu z zaparkowaniem auta. Nawet w Tbilisi, choć czasem zwłaszcza w gąszczu jednokierunkowych uliczek centrum trzeba trochę pokluczyć. Jak na tak mały kraj patroli drogówki jest bardzo dużo, zwłaszcza na głównych drogach. Bylem w ciężkim szoku, gdy w poniedziałek o 6 rano na trasie z Kutaisi do Tbilisi naliczyłem przynajmniej 10 patroli. Było to tym łatwiejsze, że… …w przeciwieństwie do kolegów z Polski panowie policjanci nie chowają się po krzakach ani w bocznych dróżkach i najczęściej są doskonale widoczni z daleka, bo gruzińskie radiowozy mają przez cały czas pracy włączone koguty przez co wyglądają jak małe choinki. Jeśli nie będziecie za bardzo szaleć na drogach, nie macie się czego obawiać. A szaleć pewnie nie będziecie… ...bo gruzińskie drogi są generalnie kiepskie. Autostrady Gruzini mają całe 80 kilometrów (od Tbilisi do kilka kilometrów za Gori). Reszta to średniej jakości jednopasmówki na głównych trasach i pozostałe, absolutnie tragiczne trasy. Najbardziej pełna dziur była chyba droga do Dawid Garedża, (w stronę Sagarejo), a także trasa do Uplistsikhe (kilka kilometrów za Gori) i Gruzińska Droga Wojenna na wysokości Przełęczy Krzyżowej. Droga do Batumi też jest momentami bardzo niekomfortowa. Ale nawet, jeśli będziecie naginać przepisy, to policja najpewniej was nie zgarnie. Bo największym paradoksem gruzińskich dróg jest to, że kierowcy nic sobie nie robią z bliskości policyjnego patrolu i dokazują w najlepsze: przerywane linie, wyprzedzanie poboczem od prawej strony albo na trzeciego-czwartego. Przy zerowej reakcji policjantów, którzy owszem, zatrzymują jakichś kierowców, ale nie mamy pojęcia za jakie przewiny. Zresztą, nasz pan z wypożyczalni jest święcie przekonany i ręczy za to zdrowiem własnych dzieci, których nie ma, ale planuje, że zagraniczniakom nie wlepiają mandatów. Po prostu – kiepski szpreching po angielsku sprawia, że kończy się na niezrozumiałym pouczeniu w niezrozumiałym języku, byle sobie oszczędzić kłopotu.

Konkurs – nagrody dla prawdziwych podróżników!

Republika Podróży

Konkurs – nagrody dla prawdziwych podróżników!

WEEKENDOWI PODRÓŻNICY

Gruzja: 28 dobrych rad, które musisz przeczytać przed wyjazdem

Wszystkie rzeczy, które warto wiedzieć, aby twój wyjazd do Gruzji upłynął przyjemnie i bez zbędnych problemów. Bo choć jak już pisaliśmy tutaj, Gruzja nie jest stereotypowo idealną krainą, to jednak naprawdę da się lubić. 1. Spakuj ciepłe łachy… W Tbilisi i  Batumi może być upał, ale na turystycznej liście „must see” są takie punkty, gdzie bez ciepłej kurtki lepiej się nie zapuszczać. Z pewnością znacznie przyjemniej by nam się kontemplowało Gruzińską Drogę Wojenną, gdyby nie gigantyczna śnieżyca i temperatury na poziomie zera w połowie maja w jej najwyższej części za Guduari. Droga powrotna ze Stepantsminda. Wyglądała tak… A jeszcze 3 godziny wcześniej było tak 2. …i pamiętaj o nogach (i cyckach) Gruzja to kraina pięknych, wczesnośredniowiecznych monastyrów. A to oznacza konieczność zachowania odpowiedniego ubioru. W przypadku kobiet to nie problem – wystarczy nie świecić cyckami, a w razie czego przy większości świątyń w pudełeczkach leżą sobie wyświechtane suknie i chusty, które przed wejściem do świątyni zbyt skąpo ubrana kobieta powinna założyć. Ale kościelny dress code, zwłaszcza w upały, dopadnie też panów – mając krótkie spodenki ryzykujecie, że pilnujący świątyni mnich miło acz stanowczo odmówi wam wejścia. I nie ma znaczenia czy spodenki są do kolan czy tak jak w moim przypadku 3/4. Uparł się taki i co zrobisz? Nic nie zrobisz. W ten oto sposób nie udało mi się wejść do środka Cminda Sameba i byłem skazany na oglądanie imponującego wnętrza z poziomu przedsionka. Bo mnich pozostał nieczuły na moje propozycje, wśród których była m.in. genderowa opcja założenia sukienki. 3. I nie powielaj naszego błędu, jakim było zrobienie trasy Tbilisi – Stepantsminda – Tbilisi w jeden dzień. U podnóża Kazbegu koniecznie trzeba zatrzymać się na nocleg, ot choćby, żeby tylko podelektować się przyrodą i nie dymać 300 kilometrów po raczej średniej jakości drodze w jeden dzień. Inna sprawa, że z racji krótkiego pobytu my nie mieliśmy za bardzo wyboru: ale jeśli macie większą elastyczność, to z niej skorzystajcie. Ojj,było warto. A jakby jeszcze było widać Kazbek…ehhh… :) 4. Okolice Kutaisi obfitują w fantastyczne miejscówki. Wąwóz Marvili, Sataplia czy Jaskinia Prometeusza to tylko najważniejsze z okolicznych hajlajtów i na każde z nich warto poświęcić kilka godzin. Ale do samego Kutaisi (które jako low-costowi turyści będziecie zapewne zwiedzali na końcu) wpadnijcie jak po ogień i broń Boże nie rezerwujcie sobie całego dnia na zwiedzanie. Powód? Ja wiem, w Gruzji najważniejsi są ludzie, ale cholera…drugiego równie brzydkiego miasta jak Kutaisi ze świecą szukać. Jest tak brzydkie, że detronizuje nawet Włocławek.  Jest tak brzydkie, że gdyby je zaorano, świat nie odczułby różnicy i stałby się nieco ładniejszy. Podejrzewamy zresztą, że nazwę miasta wymyślili złośliwi Polacy, tylko dla niepoznaki dodali dwa razy literkę „i”, żeby nikt się nie czepiał. No dobra, a teraz poważnie – obowiązkowe miejsca do zobaczenia to górująca nad miastem katedra Bagrati. Jest pięknie położona, ale jak się domyślacie – widok z góry na Kutaisi to nie jest coś, co zapierałoby dech w piersiach. Katedrę oczywiście warto zobaczyć, ot choćby po to, jak Gruzini modelowo skopali jej modernizację. No i nie zdziwcie się, że im dalej się od niej znajdujemy, tym jest ładniejsza. Tutaj jeszcze spoko. Tym bardziej, że nie widać ochydnej dobudówki 5. Monastyr Gelati to zupełnie inna bajka – zdecydowanie najpiękniejsza świątynia ze wszystkich, które widzieliśmy. Wybudowana w XII wieku na zupełnym odludziu i świetnie zachowana, z masą kolorowych fresków w środku. To pozycja obowiązkowa, choć żeby tam dojechać z Kutaisi trzeba przejechać przez nie lada wertepy, pełne kilku (czasem nasto) metrowych dziur i kolein. Czy w Kutaisi jest coś jeszcze do zobaczenia? Niby Muzeum Historyczne ze słynnym „złotem Kolchidy”, ale po obejrzeniu zdjęć stwierdziliśmy, że odpuszczamy. I nie żałujemy, bo już ta „kolczydzka” fontanna w centrum zrobiona na bogato skutecznie odstrasza od zwiedzania. Choć miłośnicy starożytnych artefaktów pewnie będą zadowoleni. SAMSUNG CSC SAMSUNG CSC 6. Aczkolwiek przy całej swej brzydocie jedno trzeba przyznać – w Kutaisi jest masa fajnych parków i terenów zielonych. Sympatyczny jest zarówno „Central Park” w samym śródmieściu jak i położony po drugiej stronie rzeki Besik Gabashvili. Ale nam najbardziej podobało się w parku…którego nazwy za cholerę nie pamiętamy. Pamiętamy za to, że park jest brzydki, socrealistyczny, ale na swój sposób ujmujący. I to będzie dla was idealne miejsce na ostatni dzień, jeśli akurat podróżujecie z dziećmi. Czemu? Bo jest tam masa atrakcji – a to pan z samochodzikami, a to trampoliny i nawet sporych rozmiarów elektryczna ciuchcia. Helka była zachwycona. No dobra, tata też. Gruzińskie Pendolino :) 7. No i ponarzekaliśmy na muzeum, w którym nie byliśmy, ale faktem jest, że w Kutaisi koło muzeum jest sympatyczna knajpka – Zedazeni się nazywa i karmią w niej co najmniej przyzwoicie. Koniecznie zapijać tym zielonym Ludwikiem jak na zdjęciu :) 8. A skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to polecamy też lokal w Tbilisi. Bardzo dobrą tradycyjną gruzińską kuchnię dostaniecie w restauracji Machakhela przy Kote Abkhazi (czyli dawnej Leselidze) będącej główną arterią starego miasta prowadzącej do placu Wolności i dalej do reprezentacyjnej alei Szoty Rustavelego. Jedzenie jest przepyszne, ceny umiarkowane, a porcje ogromne. I nic nie szkodzi, że to sieciówka – my trafiliśmy tam przypadkiem, bo akurat po drugiej stronie ulicy był nasz hotel. A ponieważ idealnie trafiliśmy, to potem zmienialiśmy ten lokal tylko, gdy mieliśmy ochotę np. na chinkali lub inne, ponadstandardowe dania. A na miejscu zawsze było pełno Gruzinów (i Polaków ;) ), więc to chyba najlepsza rekomendacja. Tym bardziej, że trudno nam sobie wyobrazić, żeby gdziekolwiek serwowali lepsze chaczapuri. 9. I jeszcze słówko o porcjach – nawet jeśli jesteś prawdziwym pasibrzuchem, to nie zamawiaj u nich  największych porcji. W menu są bodaj cztery – największą, czyli tzw. tytanikiem, naje się spokojnie 5-osobowa rodzina. Ale duża porcja też jest ogromna – kiedy zamawiałem przy barze, pani kelnerka zaczęła kręcić głową i pokazywać na migi, jak duży jest placek. Niestety, potraktowałem to jak prowokację i zamach na moją ambicję nie przeczuwając, że miła pani przejawia po prostu zwykłą troskę o mój żołądek. Postawiłem więc na swoim i w efekcie w połowie dania byłem już najedzony, a potem jeszcze dojadłem 3 spore kawały ze zwykłego łakomstwa, zostawiając resztę. A kto mnie zna ten wie, że ja w restauracjach ZAWSZE dojadam – ot, taki niezbyt chlubny nawyk ze studenckich czasów 10. Po jedzeniu czas na deser, a jeśli coś słodkiego to koniecznie czurczchełła, czyli orzechy zatopione w gotowanym soku z winogron. Pyszne to, ale są dziesiątki rodzajów: jedne lepsze, inne blah. Naszym zdaniem najsmaczniejsza była taka o intensywnie buraczkowym kolorze. Problem w tym, że nie jest łatwo dostępna – my znaleźliśmy taką tylko w Mccheta. 11. A jak już przy niej jesteśmy, to napiszemy, że jest piękna i gruntownie odnowiona. Momentami aż za bardzo. Tak bardzo, że w 2009 r. UNESCO usunęło stare miasto ze swojej listy. Powody były dwa: zagrożenie zniszczenia historycznych fresków i liczne budowlane „samowole”, czyli budowanie w obrębie starego miasta, co popadnie. Skruszeni Gruzini w końcu poszli po rozum do głowy i posłuchali UNESCO, wdrażając plan naprawczy i jeśli tylko kulturalne ciało będzie zadowolone, Mccheta już w przyszłym roku wróci na listę światowego dziedzictwa. SAMSUNG CSC 12. A jak już będziecie w Mcchecie, to koniecznie musicie podjechać na górę do monastyru Jvari. Widok starego miasta z góry w widłach rzek jest nie do opisania. Tak Jvari wygląda z góry… … a tak widok z Jvari na Mcchetę 13. Wśród głównych atrakcji Gruzji są skalne miasta Uplistsikhe i Vardzia. Zdania na ich temat są podzielone: wszyscy zgadzają się, że Vardzia jest niesamowita, ale część uważa, że tą pierwszą można odpuścić. Absolutnie się z tym nie zgadzamy:Uplistsikhe nie jest tak imponujące jak Vardzia, ale położone jest w tak malowniczej okolicy, że grzechem jest tam nie pojechać. Tym bardziej, jeśli odwiedzicie Gori, czyli… SAMSUNG CSC SAMSUNG CSC 14. …rodzinne miasto Stalina. Dom, w którym przyszedł na świat i muzeum jego imienia to miejsca warte zobaczenia. Pamiętajcie jednak, że muzeum i wystawa wyglądają, jakby czas się zatrzymał. Nie znajdziecie więc tu informacji o mordach politycznych, masowych czystkach czy Katyniu. Prędzej ciekawostki w stylu, że Stalin był w seminarium, ale uczył się średnio itp. Czy to dobrze? Naszym zdaniem niekoniecznie – zwiedzaliśmy muzeum z parą Koreańczyków i Nepalczykiem, którzy pewnie o Stalinie mają blade pojęcie. Ale po wizycie w Gori mogą wykształcić w sobie błędne przeświadczenie, że to był spoko ziom. Także sami rozumiecie. SAMSUNG CSC 15. W Gori warto też zatrzymać się w okolicy potężnej fortecy. Zresztą, w Gruzji takich „zameczków” jest znacznie więcej. Skalne miasto Vardzia z daleka… …i z bliska 16. A po drodze do skalnego miasta Vardzia koniecznie zatrzymajcie się na pół godziny w Akhaltsikhe, nad którym góruje ogromna forteca. Jej niezwykłość polega na tym, że wygląda jakby została zbudowana wczoraj – jest sterylnie czysto, ładnie i…trochę pusto. To akurat przykład świetnej renowacji zabytkowej budowli, choć trochę odstraszają totalne pustki na ulicach. Ale trochę to nie dziwi, bo to miejsce skrojone pod europejskiego turystę. I to niekoniecznie budżetowego – jest eksluzywny sklep z winami, galeria obrazów, droga restauracja i jeszcze droższy hotel ze SPA. Czyli nic, co zainteresowałoby przeciętnego Gruzina. SAMSUNG CSC SAMSUNG CSC 17. Jeśli czas Was goni i zastanawiacie się, który punkt Waszej wyprawy wyciąć, może warto postawić na Batumi. Miasto oczywiście robi wrażenie architektonicznym rozmachem, ale przypomina to sen pijanego planisty, bo monumentalne budowle stawia się tutaj bez krzty ładu i składu. Poza tym jest trochę nie po drodze takiego niepisanego szlaku głównych atrakcji. Owszem, w nocy wszystko jest pięknie oświetlone, ale z drugiej strony w nocy wszystko wygląda ładnie. Mamy więc takie chaotyczne czarnomorskie Las Vegas, gdzie wyczesane marmurowe wieżowce i nowoczesne kasyna sąsiadują ze slumsowymi blokami i innymi architektonicznymi potworkami. Naszym faworytem jest fragment alei Sherif Khimshiashivili, gdzie obok siebie znajduje się „antyczny” pałac z kolumnadą, (nie)wierna replika rzymskiego Koloseum i Biały Dom postawiony do góry nogami. Ludzie ludziom zgotowali ten los ;) SAMSUNG CSC SAMSUNG CSC 18.Chociaż trochę cofamy punkt 17, bo to miasto ma swoje momenty. Nie wszystkie chlubne, ale i tak trzeba je zobaczyć na własne oczy, żeby uwierzyć. Najpierw trochę o pozytywach: plaże są przyjemne, hotele mają zazwyczaj fajny europejski standard i przyzwoite ceny, a promenada morska przyjemna. Dla Helki największą atrakcją było tańczące w rytm muzyki fontanny, których w centrum miasta jest kilka i trzeba przyznać, że robią „dobry show”. 20. Tyle, że duża część atrakcji jest kompletnie bez sensu. Weźmy choćby słynną 130-metrową Wieżę Alfabetu. Co z tego, że pomysł może i oryginalny (celebracja…alfabetu), skoro wieża jest zamknięta na cztery spusty. Windy nie działają, schody jest zamknięte, a nawet gdyby przyszło ci do głowy sforsować wejście, to na twojej drodze stanie pan cieć i jego mały acz mega nadpobudliwy czworonóg. A przecież tam jest jakiś taras widokowy…można by coś fajnego z tego zrobić. Szkoda… SAMSUNG CSC 21. Albo najbardziej charakterystyczny punkt Batumi, czyli wyglądający jak Oko Saurona wieżowiec, który jest siedzibą…uniwersytetu technicznego w Batumi.Czego tu nie ma? Budynek ma 200-metrów wysokości, ogromny LED-owy ekran, na którym łopocze animowana flaga Gruzji i…diabelski młyn z ośmioma kabinami usytuowany na wysokości 100 metrów. Gruzini szybko połapali się, że otwarta w 2012 roku wieża nadaje się do wielu rzeczy, ale nie do edukacji i postanowili ją sprzedać. W marcu wieżę za 25 mln dol. kupiła jakaś anonimowa firma z Ameryki, która planuje tu zbudować wielki hotel. Też wygląda pięknie, ale też po zmroku. SAMSUNG CSC 22. Czytamy opinię, że najbardziej niesamowitą atrakcją Batumi jest Delfinarium – świetne pokazy i możliwość popływania z delfinami. Tyle, że w połowie maja było zamknięte (jakieś remonty przedsezonowe) i trudno nam potwierdzić czy to prawda. Ale wygląda obiecująco. 23. I choćby Was ciągnęli wołami nie dajcie się skusić na wyjazd do odległej o jakieś 15 kilometrów twierdzy Gonio, która w przeszłości była rzymską warownią. Może i kiedyś była, ale dziś wygląda tak, że najbardziej trafnie podsumowałby ją były minister Bartłomiej Sienkiewicz.  24. Jednak dobrze jest, żebyście jadąc do Gruzji choć trochę gawari pa ruski. Wystarczy kilka zwrotów, żeby bez problemu się dogadać i załatwić prawie każdą sprawę. Spik inglisz nie jest w Gruzji atutem, a nawet może być pewną przeszkodą – w dyskusji pod naszym pierwszym tekstem o Gruzji doszliśmy do jedynego słusznego wniosku, że spikanie ingliszem może (ale wcale nie musi) negatywnie wpłynąć np. na cenę zamawianej usługi czy noclegu. 25. Tak, do Gruzji bez problemu można wybrać się z dzieckiem, a cała podróż upływa absolutnie bezpiecznie. Aczkolwiek sporo się naoglądaliśmy i nasłuchaliśmy relacji o tym, jak jeżdżą kierowcy marszrutek, więc z całą stanowczością polecamy jednak wynajęcie auta. Bo nic nie ujmując marszrutkom, to patrząc na stan niektórych z nich i kulturę jazdy właścicieli to z Izą byśmy pewnie się przemęczyli (bo tanio i szybko), ale dziecka byśmy tam nie usadowili za żadne skarby. Choć oczywiście dopuszczamy istnienie „ludzi” i „taboretów” i może tylko przy nas się zdarzali tak pełni ułańskiej fantazji kierowcy. 26. Z wynajmem auta w Gruzji sprawa jest dość skomplikowana (i napiszemy o niej więcej w kolejnym wpisie). Bo brandowe wypożyczalnie są cholernie drogie (powyżej 50 dol. za dobę plus jakieś kaucje z kosmosu rzędu kilkuset dol.), a mniejsze wypożyczalnie trochę strach brać. Na pewno jeśli chcecie jeździć po Gruzji autem, musicie sobie wcześniej zarezerwować auto i dokładnie sprawdzić czy wybrana przez was wypożyczalnia ma dobrą opinię w sieci. Jeśli nie ma żadnych opinii, to też jest raczej sygnał ostrzegawczy, żeby zastanowić się nad wynajmem właśnie tutaj. 27. Nie mamy żadnych złotych rad dotyczących szukania noclegów, bo już nas pouczono, że korzystanie z portali typu Booking.com w kraju takim jak Gruzja to przejaw zachodniego rozpuszczenia i „chcenia”, żeby było jak w Paryżu. Ale i tak zaskoczyło nas jak wielu ludzi jedzie do Gruzji na absolutnym spontanie z przekonaniem, że na pewno coś znajdą. I z drugiej strony mają rację, bo nie ma chyba taksówkarza czy kierowcy marszrutki, który nie znałby kogoś lub sam nie oferowałby mieszkania na wynajem w dobrej cenie. Częstym patentem, jeśli podrózujecie większą grupą, jest też zwyczajne wynajęcie busika wprost z lotniska na 4-5 dni i posiadanie w jednej osobie kierowcy, tłumacza, przewodnika i negocjatora cen w noclegowniach. Nie próbowaliśmy, ale ci, którzy próbowali, byli co do zasady zadowoleni. 28. Pozostaje jeszcze drażliwy temat powrotu z Kutaisi. Niezależnie od tego czy wracacie do Katowic (wylot 5:15) czy Warszawy (wylot 5:50) czeka was alternatywa w postaci bardzo wczesnego wymaldowania z hotelu lub koczowania na lotnisku, co robi właściwie 95 proc. podróżnych. Jeśli zdecydujecie się na koczowanie to warto, żebyście byli na lotnisku najpóźniej do 22, bo potem wszystkie miejsca jako tako nadające się do spania są już dawno zajęte. Bo i lotnisko w Kutaisi to raczej taki lekko przerośnięty dworzec autobusowy niż port prawdziwego zdarzenia. Ogólnie jest w porządku, ale przyczepię się do jednej rzeczy (choć wiem, że to przejaw mojego wygodnictwa): Gruzini, jak już budujecie lotnicho za ciężkie miliony, to wydajcie jeszcze 20 euro na przewijak dla niemowląt w toalecie. Bo to jednak powinien być standard. Nawet w tej dzikiej Gruzji…

10 książek o Sycylii, które warto przeczytać

Zależna w podróży

10 książek o Sycylii, które warto przeczytać

Jak sfinansować swoje podróże?

wszedobylscy

Jak sfinansować swoje podróże?

Jak sfinansować podróż, gdy ma się kredyt na głowie, szef nie da podwyżki, a podróżujecie w trzy osoby? Odpowiedź jest prosta: trzeba oszczędzać i wydawać pieniądze z głową. Czy zawsze się da? Nie zawsze. Ale mając wytyczony cel podróży, nawet odległy, jest po prostu łatwiej. Tyle potrzebujemy Zaczynamy od określenia, jaką kwota będzie nam potrzebna na daną podróż – czy lecimy samolotem, jedziemy pociągiem lub samochodem? Przy planowaniu wycieczki sprawdzam średnie ceny noclegów w danym mieście oraz jakie koszty musimy ponieść na miejscu: transfer z lotniska, komunikacja miejska, jedzenie itd. Wtedy już wiemy, ile mniej więcej potrzebujemy na podróż dla trzech osób i zaczynamy odkładać pieniądze na osobne konto. Podróżujemy raczej niskokosztowo, korzystamy z promocji lotniczych i zawsze zakładamy konkretny budżet na daną wyprawę, którego nie przekraczamy. Mam cel na oku To najważniejszy punkt przy zbieraniu funduszy na swoją wymarzoną podróż – nawet niech będzie to tylko weekendowy wypad do jednego z europejskich miast. Jeśli oszczędzasz w konkretnym celu, jest łatwiej czasami z czegoś zrezygnować. Jeden bilet do kina to nocleg albo pyszna kolacja dla kilku osób w azjatyckim kraju. Oszczędzam Pensja ląduje na moim koncie? Odkładam od razu od tej kwoty 10% (lub jakiś wcześniej ustalony przez siebie procent) i przelewam ją na osobne konto z dobrym oprocentowaniem lub wpłacam na bezpieczny fundusz inwestycyjny. Mam konto w mBanku i włączoną opcję automatycznego oszczędzania mSaver, która przy każdej transakcji automatycznie odkłada mi określoną kwotę pieniędzy na osobny rachunek, pod koniec miesiąca może uzbierać się tam całkiem pokaźna suma, którą można dalej inwestować. Ograniczam wydatki Kredyt, ZUS (uroki własnej działalności), opłaty za mieszkanie, prąd, wodę, telefon, telewizja, internet, paliwo, przedszkole – to są miesięczne koszty stałe, których raczej nie jesteśmy w stanie znacznie ograniczyć. Choć akurat udało nam się obniżyć rachunki za wodę po zakupie zmywarki do naczyń, dzięki czemu przez ostatnie lata dużo zaoszczędziliśmy trochę grosza. Samochód jest niezbędny do pracy, więc niestety nie możemy przesiąść się na komunikację miejską. Jak zatem zaoszczędzić parę groszy? Kupuj z głową, szczególnie jak wybierasz się do sklepu spożywczego i to z dzieckiem, które zawsze chciałoby coś sobie kupić (wiecie ile w miesiącu można wydać na lizaczki, gumy do żucia, jajka niespodzianki itd.?). Korzystaj z promocji, zakupy rób na lokalnym targu, a nie w delikatesach. Idąc do centrum handlowego zawsze trzy razy zastanawiam się, czy aby na pewno potrzebuję kolejnej bluzki/torebki/butów i wtedy przypominam sobie, że właściwie to szafa mi się nie domyka, podobnych bluzek mam już ze trzy, a w końcu i tak chodzę tylko z jedną torebką. Rodzicom często trudno jest ograniczyć zakup nowych rzeczy dla swoich dzieci – markowe ubranka, wypasione zabawki, zupełnie zbędne gadżety. A ciuchy niestety brudzą się tak samo, pluszaki leżą zakurzone po kątach, bo i tak najlepszą zabawką jest opakowanie po zabawce. Ciuchy dla córki kupuję na wyprzedażach w sieciówkach, zabawek praktycznie już żadnych od nas nie dostaje, bo kochane babcie obdarowują ją prezentami na święta i na urodziny. Większe zabawki oraz akcesoria i duży wózek sprzedałam na Allegro. Nie palimy, nie mamy więc czego rzucać i na tym oszczędzać. Szalone weekendy i zakrapiane imprezy dawno mamy już za sobą, okazjonalnie lubimy teraz spędzać czas w gronie przyjaciół przy alkoholu w raczej skromniejszych ilościach. Nie rezygnujemy z wszystkich przyjemności, chodzimy czasem do kina, ale nie w weekendy i staramy się korzystać z promocji (np. środy z Orange). Znacznie ograniczyliśmy także wyjścia do restauracji – czasami zjemy coś na mieście, ale zdecydowanie najczęściej posiłki przygotowujemy w domu. Wiecie, że jedno wyjście na kawę z ciastkiem to czasami ponad połowa ceny biletu na samolot? Jeden rodzinny obiad na mieście (~ 70 PLN) i jedno wyjście na kawę (~35 PLN), a można już ubierać na bilet w dwie strony! Kiedy wychodzimy wieczorami do pubu (co czasem jeszcze nam się zdarza), to do domu nie wracamy taksówką, ale autobusem nocnym. Nie jesteśmy gadżeciarzami, nie musimy mieć najnowszych modeli telefonów czy drogich kaloszy, ale to już osobista kwestia priorytetów. Inne źródła Masz czas, żeby dorabiać? Dobrze dla Ciebie, poszukaj zatem dodatkowego źródła dochodu: pracuj zdalnie, opiekuj się dziećmi na godziny, udzielaj korepetycji. Dzięki pracy zdalnej możesz również zarabiać podczas samej podróży – pisanie artykułów dla serwisów internetowych może całkiem znacząco zasilić budżet. Kiedy sam jesteś sobie szefem i prowadzisz własną działalność to trudno wyobrazić sobie rozmowę o podwyżkę. Nie zarabiając tych przysłowiowych kokosów też można jednak zawsze oszczędzić parę groszy, choć trzeba się po prostu uzbroić w cierpliwość. Oszczędzania uczymy też naszą córkę – ma swoją skarbonkę, do której zbiera pieniążki na podróż: czasami mówi, że na Pendolino do Warszawy lub na samolot na Kos. Sprawdź, co masz w domu, a czego nie używasz i sprzedaj np. na Allegro. Przy kolejnej przeprowadzce musiałam zrobić porządek w swojej biblioteczce i sprzedałam kilkadziesiąt książek, trochę pieniędzy z tego mi się zebrało i powędrowało na fundusz wycieczkowy. Wyjeżdżasz w dłuższą podróż? Możesz na ten czas wynająć swój pokój lub mieszkanie, choć warto mieć wtedy na miejscu zaufaną osobę, która dopilnuje, że z naszym lokum jest wszystko w porządku podczas naszej nieobecności. Czasem na swoją wymarzoną podróż trzeba odkładać długo, czasem wymaga to pewnych poświęceń i rezygnacji z niektórych przyjemności, ale zawsze warto! Jakie Wy macie sprawdzony sposoby na finansowanie swoich wypraw? Przeczytaj równieżDzień Kobiet: Idealny prezent dla podróżującejTanie podróżowanie, czyli pakujemy się w bagaż podręcznySardynia. Informacje praktycznePomysł na prezent dla małego podróżnika Post Jak sfinansować swoje podróże? pojawił się poraz pierwszy w Wszędobylscy.

Tajniki pracy blogera: Pozyskiwanie nowych czytelników

SISTERS92

Tajniki pracy blogera: Pozyskiwanie nowych czytelników

Steve McCurry – wnioski

Dobas

Steve McCurry – wnioski

Interrail Global Pass: Jedź w Europę pociągiem!

Zależna w podróży

Interrail Global Pass: Jedź w Europę pociągiem!

Obserwatorium kultury i świata podróży

Co warto zobaczyć w Paryżu – dzień II

Kolejny dzień w Paryżu. Wstajemy bardzo wcześnie i rozpoczynamy naszą wędrówkę. Cały dzień poruszamy się metrem i na piechotę. Jeżeli chcemy zrealizować dzisiejszy plan, nie ma żartów. Najpóźniej wychodzimy o 9.00 i atakujemy Paryż do nocy.  Wieża Eiffla Start ma miejsce pod wieżą Eiffla. I tu uczulam na kilometrowe kolejki w celu udania się za niecałe 20 euro na górę. Stania mniej więcej na 4 h. Odpuściłam, bo szkoda czasu i nerwów. Dodam, że bycie tuż pod samą wieżą Eiffla robi wrażenie. Z daleka wydaje się być ciut mniejsza niż jest w rzeczywistości. Bazylika Sacre Coeur Kolejnym punktem w podróży jest bazylika, usytuowana na wzgórzu, z którego mamy możliwość podziwiania pięknej panoramy Paryża. Wejście do środka jest bezpłatne, warto zobaczyć – robi wrażenie. Co ciekawe przy bazylice rozpościera się zielony trawiasty teren, na którym turyści i miejscowi wylegują :) Każdy kto siedział na trawce jadł sobie drugie śniadanie, ktoś inny czytał książkę, a jeszcze ktoś inny siedział w zamyśleniu. Fajne miejsce na odpoczynek i podziwianie okolicy. Montmartre  Z bazyliki udajemy się na spacer malowniczymi uliczkami przez dzielnicę artystów. To tutaj właśnie możecie stanąć oko w oko z malarzami. Cudowny panuje tu klimat i spotkacie wiele uzdolnionych ludzi. To co tworzą jest naprawdę sztuką i to w cenie! Małe obrazki kosztowały po 200 euro! Obserwacja malarzy w akcji była bardzo ciekawa. Wiele osób korzystało z ich usług i pozowało. Fajne doświadczenie – patrzeć na ręce artyście. Dookoła mijać będziecie mnóstwo przyjemnych wąskich uliczek. Wejdziecie także w pewnym momencie na ścianę miłości – na której znajduje się w kilkudziesięciu językach słowo „kocham cię”. Fajne miejsce, przyciąga wielu turystów. Plac Pigalle i Moulin Rouge Wsiadamy w metro i wybieramy się na plac Pigalle, skąd idziemy pieszo kontrowersyjną dzielnicą. Na szczęście jest jeszcze popołudnie, dlatego nikt nas nie zaczepia. Mijamy sex shop za sex shopem. Wszystkie sklepy i chodzący tu ludzie zioną seksem. Można obkupić się tu w chyba wszystkie erotyczne gadżety. Wystawy sklepów są odważne, jak na ich tematykę przystało. Docieramy do Moulin Rouge, gdzie przepychamy się przez grono turystów by zrobić sobie zdjęcie. Dobrze, że nie jesteśmy tu w nocy, bo podobno prostytutki widząc zatrzymujące się kobiety widzą w nich konkurencję i robią awantury. A my przecież tylko po zdjęcie i spadamy. Co ciekawe pod samym Moulin Rouge zatrzymuje się autokar za autokarem, ludzie wchodzą d środka masowo, a nas zaczyna to męczyć, więc jedziemy dalej. Cmentarz Pere Lachaise Tu Was interesują dwie kwestie: godziny otwarcia i możliwość bezpłatnego zwiedzania. Są różne godziny otwarcia w zależności od pory roku, proponuję na internecie przed zwiedzaniem doczytać, ja niestety weszłam na 40 min przed zamknięciem i przez cmentarz biegłam, szukając Chopina, Morrisona i Edith Piaf. Na sam koniec przed zamknięciem wyganiają. Chopin chyba był w 11, Morrison 13 lub 15 – nie udało się znaleźć. Uparłam się na Edith Piaf i znalazłyśmy jej grób w 97 alei, biegnąc. Cmentarz jest ogromny. Wydaje mi się, że aby go zwiedzić na spokojnie, należy poświęcić co najmniej 2 jak nie 3 godziny. Nazwiska sławnych osób są na tabliczce przy wejściu rozpisane alejami, jednak te groby są tak do siebie podobne i jest ich tak dużo, że w szale 40 minut naprawdę cudem udało się dotrzeć do Edith. Pomógł nam tłum pod jej grobem, od razu wiedziałyśmy, że to musi być ona. Cmentarz można zwiedzać z przewodnikiem, trzeba chyba wcześniej umówić się na zwiedzanie, koszt ok. 6 euro. Dla osób, które się interesują lub lubią te klimaty wydatek warty zachodu. Ja przebiegłam przez cmentarz czując jego mroczny klimat i ciszę się, że udało się aby zobaczyć Edith. Centrum Pompidou Docieramy do miejsca, gdzie znajduje się budynek mieszczący muzeum sztuki współczesnej, a także główną bibliotekę publiczną. Nie umiemy wyjść z zachwytu, gdyż Pompidou wygląda jak wielka mechaniczna konstrukcja, kojarzy się z jakąś fabryką i ma dwie twarze. Tył budynku stanowią kolorowe rury, całkowicie architektura ma charakter industrialny. Wejście główne kojarzy się z wielkim centrum handlowym i korytarzami, które jak labirynty błądzą ku górze. W pobliżu znajduje się kolorowa surrealistyczna fontanna Strawińskiego, która trochę przypomina twórczość Slavadore Dali-ego. Została zaprojektowana przez  Niki de Saint Phalle i Jeana Tinguely. Tym oto sposobem kończymy dzień 2 zwiedzania Paryża. Wybieramy się jeszcze na coś do zjedzenia i jedziemy do hostelu. Udało się dzięki metrze zwiedzić bardzo dużo, a kolejny wpis, na dzień 3 poświęcony będzie targu staroci. Jeżeli chcesz zobaczyć co zwiedziłam w dniu pierwszym, kliknij TUTAJ Kategoria: Muzyka na Świecie Tagged: atrakcje paryża, Bazylika Sacre Coeur, Centrum Pompidou, Cmentarz Pere Lachaise, co warto zobaczyć w paryżu, Montmartre, Plac Pigalle i Moulin Rouge, Wieża Eiffla, ściana miłości paryż