idziemy dalej

Gdzie byliśmy i gdzie Idziemy Dalej w 2017

Gdy wracamy wspomnieniami do wpisu sprzed roku, w którym snuliśmy nasze podróżnicze plany, na naszych twarzach pojawia się szczery uśmiech. W ciągu ostatnich 366 dni udało nam się zrealizować bardzo wiele z tego co sobie wymarzyliśmy, choć mówiąc szczerze – nie pamiętaliśmy o wszystkich spisanych wtedy celach! Byliśmy w podróży ponad 30 dni i odbyliśmy 8 lotów. I choć był to pierwszy rok od początku istnienia naszego bloga, w którym nie wyjechaliśmy poza Europę, to i tak uważamy że rok 2016 był bardzo udany! Na dobry początek, w ramach prezentu urodzinowego, Asia porwała mnie na ptasie safari nad Biebrzą. Udało się nam „upolować” stada batalionów, żurawie, czarnego bociana, dudka, dzięcioły i wiele innych pięknych ptaków. Nie zabrakło też oczywiście spotkanie z łosiem, za to zupełnie nieplanowana była „kąpiel” na bagiennej łące, ale wspominamy ją z ogromnym rozbawieniem. W maju udało nam się zrealizować marzenie Asi i polecieliśmy na 2 tygodnie do Portugalii. Mimo że był to podobno najzimniejszy maj w tym kraju od 25 lat, wyprawa była naprawdę udana. Dotarliśmy do większości zaplanowanych miejsc i zakochaliśmy się w wybrzeżu Algarve. Przy okazji nabraliśmy też poważnych wątpliwości czy europejską kolebką bocianów jest Polska, czy może jednak Portugalia. W lipcu kolejny wyjazd w Polskę – tym razem „polowanie” na żubra w Puszczy Białowieskiej. Co prawda żubra nie spotkaliśmy, ale zobaczyliśmy kawałek magicznego Podlasia. W sierpniu w końcu mogłem zrealizować prezent od Mikołaja i spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń – polecieliśmy na Spitsbergen. Mimo że byliśmy tam zaledwie kilka dni, muszę przyznać, że był to jeden z najwspanialszych wyjazdów w moim życiu. Longyearbyen i okolice to urzekające tereny, do których z wielką radością kiedyś jeszcze wrócę. No i niemal na zakończenie roku, w listopadzie pojechaliśmy do Barcelony, co też było jednym z punktów naszej długiej listy pragnień na 2016 rok. I na mecz też poszliśmy! A co planujemy w 2017 roku? Przede wszystkim opuszczamy Europę i ruszamy na podbój… Azji! Tak – Azji, czyli kontynentu, który zawsze starałem się omijać szerokim łukiem. Nigdy nie ciągnęło mnie do Tajlandii, Laosu czy Indii. Jeśli już miałbym lecieć w tamtym kierunku to ewentualnie do Japonii i krajów typu Nepal, Turkmenistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. I tak właśnie będzie w 2017! W kwietniu planujemy podróż po Japonii śladami kwitnących wiśni, a w październiku lecimy do Baku – to kolejny szalony pomysł Świętego Mikołaja. Oczywiście mamy nadzieję, że w między czasie uda się zorganizować jakiś wypad w Polskę. Bardzo chcielibyśmy wybrać się na zimowe liczenie łosi w Biebrzańskim Parku Narodowym (to w lutym), a we wrześniu znowu pochodzić po bieszczadzkich szczytach. Asia woła z drugiego pokoju: I dopisz jeszcze city break w Sztokholmie! Więc dopisuję – może się uda. A Wam na nadchodzący rok również życzymy wielu pięknych podróży i wspaniałych wrażeń.

idziemy dalej

Gdzie byliśmy (2016) i gdzie Idziemy Dalej (2017)

Gdy wracamy wspomnieniami do wpisu sprzed roku, w którym snuliśmy nasze podróżnicze plany, na naszych twarzach pojawia się szczery uśmiech. W ciągu ostatnich 366 dni udało nam się zrealizować bardzo wiele z tego co sobie wymarzyliśmy, choć mówiąc szczerze – nie pamiętaliśmy o wszystkich spisanych wtedy celach! Byliśmy w podróży ponad 30 dni i odbyliśmy 8 lotów. I choć był to pierwszy rok od początku istnienia naszego bloga, w którym nie wyjechaliśmy poza Europę, to i tak uważamy że rok 2016 był bardzo udany! Na dobry początek, w ramach prezentu urodzinowego, Asia porwała mnie na ptasie safari nad Biebrzą. Udało się nam „upolować” stada batalionów, żurawie, czarnego bociana, dudka, dzięcioły i wiele innych pięknych ptaków. Nie zabrakło też oczywiście spotkanie z łosiem, za to zupełnie nieplanowana była „kąpiel” na bagiennej łące, ale wspominamy ją z ogromnym rozbawieniem. W maju udało nam się zrealizować marzenie Asi i polecieliśmy na 2 tygodnie do Portugalii. Mimo że był to podobno najzimniejszy maj w tym kraju od 25 lat, wyprawa była naprawdę udana. Dotarliśmy do większości zaplanowanych miejsc i zakochaliśmy się w wybrzeżu Algarve. Przy okazji nabraliśmy też poważnych wątpliwości czy europejską kolebką bocianów jest Polska, czy może jednak Portugalia. W lipcu kolejny wyjazd w Polskę – tym razem „polowanie” na żubra w Puszczy Białowieskiej. Co prawda żubra nie spotkaliśmy, ale zobaczyliśmy kawałek magicznego Podlasia. W sierpniu w końcu mogłem zrealizować prezent od Mikołaja i spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń – polecieliśmy na Spitsbergen. Mimo że byliśmy tam zaledwie kilka dni, muszę przyznać, że był to jeden z najwspanialszych wyjazdów w moim życiu. Longyearbyen i okolice to urzekające tereny, do których z wielką radością kiedyś jeszcze wrócę. No i niemal na zakończenie roku, w listopadzie pojechaliśmy do Barcelony, co też było jednym z punktów naszej długiej listy pragnień na 2016 rok. I na mecz też poszliśmy! A co planujemy w 2017 roku? Przede wszystkim opuszczamy Europę i ruszamy na podbój… Azji! Tak – Azji, czyli kontynentu, który zawsze starałem się omijać szerokim łukiem. Nigdy nie ciągnęło mnie do Tajlandii, Laosu czy Indii. Jeśli już miałbym lecieć w tamtym kierunku to ewentualnie do Japonii i krajów typu Nepal, Turkmenistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. I tak właśnie będzie w 2017! W kwietniu planujemy podróż po Japonii śladami kwitnących wiśni, a w październiku lecimy do Baku – to kolejny szalony pomysł Świętego Mikołaja. Oczywiście mamy nadzieję, że w między czasie uda się zorganizować jakiś wypad w Polskę. Bardzo chcielibyśmy wybrać się na zimowe liczenie łosi w Biebrzańskim Parku Narodowym (to w lutym), a we wrześniu znowu pochodzić po bieszczadzkich szczytach. Asia woła z drugiego pokoju: I dopisz jeszcze city break w Sztokholmie! Więc dopisuję – może się uda. A Wam na nadchodzący rok również życzymy wielu pięknych podróży i wspaniałych wrażeń.

idziemy dalej

Gdzie warto zjeść w Barcelonie

Jeden z popularnych blogerów podróżniczych napisał ostatnio, że nie wie o co chodzi z tym polecaniem knajp. Ja też się zastanawiam i mam od pewnego czasu mieszane uczucia, bo łatwo wpaść w „pułapkę“ i zamiast odkrywać swoje miejsca, podąża się tropem polecanych przez innych restauracji. Ale też z drugiej strony czasem można nie mieć szczęścia i przegapić naprawdę znakomite lokale, a dla osób, które cenią dobre jedzenie, może być to spora strata. Osobiście złoszczę się okrutnie, jeśli wchodzę do jakiejś restauracji i jedzenie okazuje się paskudne, bo jest to dla mnie ważny element każdej wyprawy. Lubię poznawać nowe smaki, próbować nowych dań i poznawać w ten sposób inne kultury. Dlatego zostawiamy tu nasze rekomendacje, zachęcając jednocześnie do własnych poszukiwań. NA ŚNIADANIE Brunch & Cake Zdecydowanie nasz numer jeden, jeśli chodzi o rekomendacje. Jest co prawda nie lada wyzwaniem, żeby znaleźć tam wolny stolik – bo kolejki ustawiają się od rana, a rezerwacja miejsca w zasadzie jest niemożliwa – ale warto odstać swoje, a później delektować się pysznym jedzeniem. Śniadania (brunche) są nie tylko duże i zdrowe, ale również przepięknie podane. Każdy zestaw wygląda na talerzu jak małe dzieło sztuki, można dosłownie jeść oczami. W Barcelonie znajduje się 6 filii tej kawiarni i każda – oprócz menu podstawowego – ma inny motyw przewodni, który jest inspiracją dla pozostałych dań. I tak np. w TRAVEL & CAKE znajdziemy zestawy śniadaniowe z różnych stron świata, a w CUP & CAKE kolorowe babeczki i naleśniki. Są też sałatki, koktajle pełne witamin, gofry z sadzonymi jajkami, tosty i mnóstwo innych pyszności. Gdy patrzy się na serwowane przez kelnerów dania naprawdę nie wiadomo na co się zdecydować. Zobaczcie zresztą jakie cuda tam serwują, a zrozumiecie fenomen tego lokalu. Federal Cafe Klimatyczne miejsce w rozkwitającej dzielnicy El Raval. W menu królują przede wszystkim jajka, podawane na wszystkie możliwe sposoby. Piękne, jasne wnętrze, świeże kwiaty, duży stół na dole, niezobowiązująca atmosfera. Czego chcieć więcej gdy ma się ochotę na leniwe śniadanie? NA OBIAD / KOLACJĘ / TAPAS Casa Deflin Historia tego miejsca zaczyna się ponad 100 lat temu. Znajdował się tu wówczas bar, do którego przybywali przede wszystkim robotnicy a także kupcy odwiedzający sąsiadujący market. Restauracja była czynna 24h na dobę i zasłynęła z serwowania tradycyjnych dań kuchni katalońskiej. W 2007 roku miejsce zostało odnowione, ale właścicielom zależało by zachować jak najbardziej autentyczne menu. Dlatego jeśli macie ochotę na prawdziwie hiszpańskie jedzenie – zajrzyjcie do Casa Deflin, a nie będziecie rozczarowani. CAFE DE L’ACADEMIA Bardzo przytulny lokal położony nieopodal stacji metra Jaume I. Doskonała i prosta kuchnia. Restauracja w porze lunchu oblegana jest przez pracowników ratusza. Za to wieczorem można zjeść tu bardzo romantyczną kolację. Tapas24 Jeden z najbardziej obleganych tapas barów w stolicy Katalonii. Mówi się, że właściciel restauracji, Carles Abellan, zrewolucjonizował sposób myślenia o tapas, gdy w 2001 roku otworzył swoją pierwszą restaurację Comerc 24. Jego odwaga i niekonwencjonalne podejście do tapas otworzyły zupełnie nowy rozdział w hiszpańskiej gastronomii. Ceny niestety nie należą do najniższych, ale raz można zaszaleć, bo dania, choć niewielkie, są naprawdę intrygujące i pyszne. ZDJĘCIE: HTTP://WWW.CATEDRALBCN.ORG/ Parilla Alfonsina Zdecydowanie najlepsze steki w Barcelonie. Co prawda nie próbowaliśmy steków w innych miejscach, ale byliśmy w Argentynie i wiemy co to znaczy dobry stek. Te serwowane w Parilla Alfonsina są rewelacyjne! A poza tym z restauracją wiąże się dość zabawna – z perspektywy czasu – anegdota. Pierwszego wieczoru gdy odwiedziliśmy to miejsce (kierując się odległością od domu, a mieszkaliśmy dosłownie w budynku na przeciwko, po drugiej stronie ulicy) zamówiliśmy sałatkę i empanady. Oboje tuż przed wylotem przeszliśmy grypę żołądkową, więc postawiliśmy na lekki posiłek, bo widok steka przyprawiał nas o mdłości. Kelnerka z pewnym niedowierzaniem dopytywała nas dwukrotnie czy to na pewno wszystko i czy na pewno nie chcemy zamówić już nic innego i była wyraźnie zdziwiona naszymi wyborami. Gdy wróciliśmy tam kilka dni później i spróbowaliśmy argentyńskiej wołowiny – zrozumieliśmy od razu o co chodziło. Pójść do tej restauracji i nie zjeść steka to grzech! Meson Barceloneta Niezobowiązujące miejsce w nadmorskiej dzielnicy Barceloneta. Dobre na popołudniowy lunch i na wieczorne tapasy. Duży wybór paelli – z owocami morza, z kurczakiem, wołowiną lub wegetariańskie. La Cassola Rodzinna, niewielka restauracja w Barri Gotic, serwująca tradycyjne dania kuchni katalońskiej. To tu mieliśmy okazji spróbować pa amb tomaquet, czyli chleba posmarowanego oliwą, czosnkiem i przetartymi pomidorami, czy butifarry, czyli kiełbasy z orzechami piniowymi podanej z białą fasolą. Specjalnością restauracji jest paella z owocami morza. Przy sąsiadujących stolikach siedzieli przede wszystkim Hiszpanie, a to zawsze dobry znak. I choć nie zostaniemy raczej miłośnikami tradycyjnej kuchni katalońskiej – polecamy odwiedzić to miejsce. NA SŁODKO Eyescream & Friends Chcemy być uczciwi więc nie możemy napisać, że lody są szczególnie dobre. Są bardzo przeciętne. Ale koncept nas rozczulił. Eyescream, czyli lody-stworki, przygotowywane są specjalną techniką, która pozwala na nakładanie ich płatami tworzącymi właśnie kształt potworków z oczami. Do wyboru jest kilka smaków i dodatki. Punkty przyznaję głównie za identyfikację wizualną. La Donuteria Dla miłośników polskich pączków i amerykańskich donutów. Codziennie powstaje 10 różnych smaków, a niektóre połączenia są naprawdę zaskakujące. La Pallaresa Choć nie mieliśmy zbyt miłych doświadczeń, jeśli chodzi o tę knajpkę, wspominamy o niej, bo to jedna z najbardziej tradycyjnych czekoladziarni w Barcelonie. To tu mieszkańcy przychodzą na popołudniową porcję słodyczy – czyli churrosy i czekoladę. W grudniowe przedświąteczne wieczory kolejka podobno ustawia się na zewnątrz, ale warto poczekać i poczuć atmosferę tradycyjnej pijalni czekolady.

idziemy dalej

Gdzie dobrze zjeść w Barcelonie

Jeden z popularnych blogerów podróżniczych napisał ostatnio, że nie wie o co chodzi z tym polecaniem knajp. Ja też się zastanawiam i mam od pewnego czasu mieszane uczucia, bo łatwo wpaść w „pułapkę“ i zamiast odkrywać swoje miejsca, podąża się tropem polecanych przez innych restauracji. Ale też z drugiej strony czasem można nie mieć szczęścia i przegapić naprawdę znakomite lokale, a dla osób, które cenią dobre jedzenie, może być to spora strata. Osobiście złoszczę się okrutnie, jeśli wchodzę do jakiejś restauracji i jedzenie okazuje się paskudne, bo jest to dla mnie ważny element każdej wyprawy. Lubię poznawać nowe smaki, próbować nowych dań i poznawać w ten sposób inne kultury. Dlatego zostawiamy tu nasze rekomendacje, zachęcając jednocześnie do własnych poszukiwań. NA ŚNIADANIE Brunch & Cake Zdecydowanie nasz numer jeden, jeśli chodzi o rekomendacje. Jest co prawda nie lada wyzwaniem, żeby znaleźć tam wolny stolik – bo kolejki ustawiają się od rana, a rezerwacja miejsca w zasadzie jest niemożliwa – ale warto odstać swoje, a później delektować się pysznym jedzeniem. Śniadania (brunche) są nie tylko duże i zdrowe, ale również przepięknie podane. Każdy zestaw wygląda na talerzu jak małe dzieło sztuki, można dosłownie jeść oczami. W Barcelonie znajduje się 6 filii tej kawiarni i każda – oprócz menu podstawowego – ma inny motyw przewodni, który jest inspiracją dla pozostałych dań. I tak np. w TRAVEL & CAKE znajdziemy zestawy śniadaniowe z różnych stron świata, a w CUP & CAKE kolorowe babeczki i naleśniki. Są też sałatki, koktajle pełne witamin, gofry z sadzonymi jajkami, tosty i mnóstwo innych pyszności. Gdy patrzy się na serwowane przez kelnerów dania naprawdę nie wiadomo na co się zdecydować. Zobaczcie zresztą jakie cuda tam serwują, a zrozumiecie fenomen tego lokalu. Federal Cafe Klimatyczne miejsce w rozkwitającej dzielnicy El Raval. W menu królują przede wszystkim jajka, podawane na wszystkie możliwe sposoby. Piękne, jasne wnętrze, świeże kwiaty, duży stół na dole, niezobowiązująca atmosfera. Czego chcieć więcej gdy ma się ochotę na leniwe śniadanie? NA OBIAD / KOLACJĘ / TAPAS Casa Deflin Historia tego miejsca zaczyna się ponad 100 lat temu. Znajdował się tu wówczas bar, do którego przybywali przede wszystkim robotnicy a także kupcy odwiedzający sąsiadujący market. Restauracja była czynna 24h na dobę i zasłynęła z serwowania tradycyjnych dań kuchni katalońskiej. W 2007 roku miejsce zostało odnowione, ale właścicielom zależało by zachować jak najbardziej autentyczne menu. Dlatego jeśli macie ochotę na prawdziwie hiszpańskie jedzenie – zajrzyjcie do Casa Deflin, a nie będziecie rozczarowani. CAFE DE L’ACADEMIA Bardzo przytulny lokal położony nieopodal stacji metra Jaume I. Doskonała i prosta kuchnia. Restauracja w porze lunchu oblegana jest przez pracowników ratusza. Za to wieczorem można zjeść tu bardzo romantyczną kolację. Tapas24 Jeden z najbardziej obleganych tapas barów w stolicy Katalonii. Mówi się, że właściciel restauracji, Carles Abellan, zrewolucjonizował sposób myślenia o tapas, gdy w 2001 roku otworzył swoją pierwszą restaurację Comerc 24. Jego odwaga i niekonwencjonalne podejście do tapas otworzyły zupełnie nowy rozdział w hiszpańskiej gastronomii. Ceny niestety nie należą do najniższych, ale raz można zaszaleć, bo dania, choć niewielkie, są naprawdę intrygujące i pyszne. ZDJĘCIE: HTTP://WWW.CATEDRALBCN.ORG/ Parilla Alfonsina Zdecydowanie najlepsze steki w Barcelonie. Co prawda nie próbowaliśmy steków w innych miejscach, ale byliśmy w Argentynie i wiemy co to znaczy dobry stek. Te serwowane w Parilla Alfonsina są rewelacyjne! A poza tym z restauracją wiąże się dość zabawna – z perspektywy czasu – anegdota. Pierwszego wieczoru gdy odwiedziliśmy to miejsce (kierując się odległością od domu, a mieszkaliśmy dosłownie w budynku na przeciwko, po drugiej stronie ulicy) zamówiliśmy sałatkę i empanady. Oboje tuż przed wylotem przeszliśmy grypę żołądkową, więc postawiliśmy na lekki posiłek, bo widok steka przyprawiał nas o mdłości. Kelnerka z pewnym niedowierzaniem dopytywała nas dwukrotnie czy to na pewno wszystko i czy na pewno nie chcemy zamówić już nic innego i była wyraźnie zdziwiona naszymi wyborami. Gdy wróciliśmy tam kilka dni później i spróbowaliśmy argentyńskiej wołowiny – zrozumieliśmy od razu o co chodziło. Pójść do tej restauracji i nie zjeść steka to grzech! Meson Barceloneta Niezobowiązujące miejsce w nadmorskiej dzielnicy Barceloneta. Dobre na popołudniowy lunch i na wieczorne tapasy. Duży wybór paelli – z owocami morza, z kurczakiem, wołowiną lub wegetariańskie. La Cassola Rodzinna, niewielka restauracja w Barri Gotic, serwująca tradycyjne dania kuchni katalońskiej. To tu mieliśmy okazji spróbować pa amb tomaquet, czyli chleba posmarowanego oliwą, czosnkiem i przetartymi pomidorami, czy butifarry, czyli kiełbasy z orzechami piniowymi podanej z białą fasolą. Specjalnością restauracji jest paella z owocami morza. Przy sąsiadujących stolikach siedzieli przede wszystkim Hiszpanie, a to zawsze dobry znak. I choć nie zostaniemy raczej miłośnikami tradycyjnej kuchni katalońskiej – polecamy odwiedzić to miejsce. NA SŁODKO Eyescream & Friends Chcemy być uczciwi więc nie możemy napisać, że lody są szczególnie dobre. Są bardzo przeciętne. Ale koncept nas rozczulił. Eyescream, czyli lody-stworki, przygotowywane są specjalną techniką, która pozwala na nakładanie ich płatami tworzącymi właśnie kształt potworków z oczami. Do wyboru jest kilka smaków i dodatki. Punkty przyznaję głównie za identyfikację wizualną. La Donuteria Dla miłośników polskich pączków i amerykańskich donutów. Codziennie powstaje 10 różnych smaków, a niektóre połączenia są naprawdę zaskakujące. La Pallaresa Choć nie mieliśmy zbyt miłych doświadczeń, jeśli chodzi o tę knajpkę, wspominamy o niej, bo to jedna z najbardziej tradycyjnych czekoladziarni w Barcelonie. To tu mieszkańcy przychodzą na popołudniową porcję słodyczy – czyli churrosy i czekoladę. W grudniowe przedświąteczne wieczory kolejka podobno ustawia się na zewnątrz, ale warto poczekać i poczuć atmosferę tradycyjnej pijalni czekolady.

Dobas

RTFM – czyli o instrukcji

Ku mojemu zdziwieniu na każdym kroku przekonuję się że instrukcja obsługi aparatu, lampy błyskowej czy innego sprzętu fotograficznego jest chyba czymś wobec czego fotografowie demonstrują jawny sprzeciw… Spotykam zawodowców korzystających z takiego samego korpusu jak ja i zadaję im pytania jak wykorzystują swój aparat. Pytania zadaję z czystej ciekawości licząc na to, że podpatrzę jakieś ciekawe tricki.  Odpowiedź niestety w większości przypadków rozwiewa wszelkie nadzieje na mój rozwój. „shadow highlights?! A co to jest?” „ręczne ostrzenie? Tak można ? Jak to się włącza” Histogram? O jakie fajne, ja też tak mogę ? Ej? A jak robisz że obraz widzisz w wizjerze Podobnie często podczas fotowypraw użytkownicy aparatów zadają pytania dotyczące funkcji danego przycisku. Często nie jestem w stanie pomóc bo każdy aparat i każda producent ma inne rozwiązania dotyczące „guzikologii”.  Tych pytań nigdy by nie było, gdyby każdy przeczytał instrukcję obsługi swego aparatu. Co więcej rezygnując z tej lektury nie mamy zielonego pojęcia na temat funkcji oferowanych przez dany model aparatu. To że nasz sprzęt oferuje wielokrotną ekspozycję, opcję długiego naświetlania z możliwością zapisu tylko jasnych partii czy tryb zdjęć w wysokiej rozdzielczości albo korektę zbiegu perspektywicznego możemy wyczytać właśnie z instrukcji. Oczywiście nigdzie nie jest powiedziane, że będziemy potrzebowali choćby w najmniejszym stopniu tych wszystkich wodotrysków oferowanych przez nasz nowy korpus. Jednak świadomość co oferuje aparat zwiększa naszą kreatywność. Znając nowe narzędzia „kombinujemy” jak moglibyśmy je wykorzystać. Szukamy zastosowania do trybu live composite, czy podwójnej ekspozycji. Oczywiście nie ma szans żebyśmy nauczyli się instrukcji obsługi na pamięć, nie ma nawet sensu podejmować takich prób. Natomiast bardzo dobrym rozwiązaniem jest zabranie ze sobą na każdy wyjazd takiej instrukcji. Dziś wystarczy zgrać plik PDF na nasz telefon, tablet lub komputer. W najmniej oczekiwanym momencie może się okazać że aparat komunikuje jakiś bład, albo, że chcemy koniecznie zmienić coś tylko nie mamy pojęcia jak znaleźć tę funkcję w menu. Wówczas PDF z instrukcją jest w stanie uratować nam zlecenie albo wyjazd Doskonałym przykładem może być sytuacja w, której chciałem wykorzystać lampę błyskową w obudowie podwodnej do aparatu. Okazuje się że jedyne możliwe położenie lampy tak aby zmieściła się ona w obudowie to pozycja zamknięta. Niestety w pozycji zamkniętej lampy nie da się wyzwolić… Chyba, że…. zastosujemy ustawienia jakie mamy opisane w instrukcji. Gdyby nie plik PDF mogłoby się okazać że tydzień wyjazdu nurkowego będzie zmarnowany a ja nie będę w stanie wyzwolić lampy błyskowej. A o co chodzi z literkami RTFM na początku wpisu? RTFM to akronim znany od dawien dawna. Uniwersalne i ponadczasowe stwierdzenie : Read The Fucking Manual (przeczytaj tę pieprzoną instrukcję) Warto ! The post RTFM – czyli o instrukcji appeared first on Marcin Dobas.

idziemy dalej

Kuchnia katalońska

Kuchnia katalońska jest bardzo ważną częścią katalońskiej kultury. Zdaniem znanego autora i powieściopisarza Manuela Vazqueza Montalbana „kuchnia Katalonii to jeden z najwyraźniejszych przejawów jej narodowej odrębności“. To właśnie w kuchni można odnaleźć przeszłość narodu i wpływy różnych grup i kultur, które niegdyś zajmowały katalońskie ziemie, osiedlały się na nich albo z nimi graniczyły. Kuchnia katalońska odznacza się szczególnym eklektyzmem. To mieszanka przeróżnych smaków: owoców morza, ryb, wszelkiego rodzaju mięs i kiełbasy i dużej ilości przypraw. Charakter katalońskiej kuchni jest wynikiem położenia i warunków naturalnych kraju. Kluczowe składniki to orzechy, oliwa, ziemniaki, zioła, czosnek i suszone owoce. W katalońskich daniach łączą się dary morza, równin i wysokich gór, a dieta śródziemnomorska przetrwała tutaj w najczystszej postaci. Hiszpanie uwielbiają jeść i celebrować posiłki, najważniejszym posiłkiem jest wieczorna kolacja spożywana w gronie rodziny lub znajomych, pełna życia, śmiechu, rozmów, powolnego przegryzania przekąsek i popijania winem. Ale gdy dopadnie nas głód w okolicach godziny 16:00 może być trudno znaleźć otwartą restaurację, dlatego będąc w Barcelonie warto poddać się hiszpańskiemu rytmowi dnia: rano zjeść niewielkie słodkie śniadanie, następnie lekki lunch, około 16 wypić popołudniową kawę lub gorącą czekoladę i churrosy, a wieczorem udać się na obfitą kolację. Hiszpania słynie również z tapasów (po katalońsku: tapes), czyli z malutkich przekąsek, które sprzedawane są w barach za kilka euro. Choć nie jest to katalońska tradycja, w Barcelonie nie brakuje miejsc, w których można ich spróbować. Tapasy występują w dziesiątkach odmian: od oliwek, solonych migdałów, przez smażone kalmary, krewetki, kawałki omletu, plastry kiełbas i serów, pimientos (zielone papryczki) czy słynne patatas bravas. Dania większe od tapa nazywa się porcion, a porcje większe niż dla 1 osoby – racion. Tapasami trudno się najeść, bo porcje są naprawdę niewielkie, a ceny stosunkowo wysokie. Trudno dziś znaleźć miejsca, gdzie faktycznie kosztują one 1-2 euro. Zwykle ceny zaczynają się od 3 euro, a w modnych lokalach za 1 małą przystawkę zapłacimy nawet 7-10 euro. Nieodłącznym elementem większości posiłków jest wino. Oprócz doskonałych trunków z innych części Hiszpanii (La Rioja, Navarra czy Rivera de Duero) w Barcelonie również nie brakuje regionalnych win, zwłaszcza z Penedes, gdzie powstaje też cava, czyli hiszpańskie wino musujące. Z wina przyrządza się również sangrię, choć jest to napój znacznie chętniej zamawiany przez turystów niż miejscowych. O tym co i gdzie warto zjeść w Barcelonie napiszemy w kolejnym poście, choć myślę, że jeśli będziecie omijać typowo turystyczne miejsca i kierować się tam, gdzie słychać język hiszpański nie będziecie rozczarowani. Tym bardziej, że kawiarni, restauracji i barów jest w Barcelonie bez liku. Dlatego wyjechałam z Barcelony z poczuciem pewnego niedosytu i ze świadomością, że na poznanie kulinarnych tajników Barcelony nie starczyłoby życia – chciałabym zajrzeć do niemal każdej restauracji i spróbować wszystkiego. Ale to właściwie dobry powód, by do Barcelony jeszcze wrócić.

Nemo a sprawa karpia

Dobas

Nemo a sprawa karpia

idziemy dalej

Co warto zobaczyć w Barcelonie

Od naszego powrotu z Barcelony minęło już kilka tygodni, ale to nie znaczy, że o niej zapomnieliśmy! Wręcz przeciwnie – w te zimowe dni, jeszcze milej wspominamy nasz wyjazd do stolicy Katalonii, gdzie nie brakowało nam słońca i w listopadzie zmoczył nas ciepły, letni deszcz. Dziś obiecana lista barcelońskich „must see“ – od zatłoczonej La Rambli, przez najwspanialszy market La Boqueria, po modną dzielnicę El Born i spacer nad brzegiem morza. Zapraszamy! La Boqueria Uwielbiam odwiedzać lokalne bazary i markety. Gdzie byśmy nie byli, zawsze staram się wyszukać takie miejsce. Muszę przyznać, ze La Boqueria wygrała chyba w kategorii targów jedzeniowych ze wszystkimi pozostałymi, której do tej pory udało nam się odwiedzić. Niektórzy twierdzą, że stała się obecnie zbyt turystyczna (czy w Barcelonie są jeszcze rzeczy nieturystyczne?:)), ale wciąż jednak jest to miejsce, gdzie zaopatrują się mieszkańcy miasta i restauratorzy. Wybór świeżych produktów jest ogromny! Warzywa, owoce, mięso, ryby, suszone owoce, wyroby z czekolady, sery, słodycze. Wszystko czego dusza zapranie. A że przy okazji sprzedają różnego rodzaju przekąski? Dla mnie nie jest to żaden minus. Warto odwiedzić w godzinach przedpołudniowych. Sagrada Familia Pisząc o Barcelonie nie sposób nie wspomnieć o Antonim Gaudim – słynnym architekcie miasta, którego projekty budzą skrajne emocje. Niektórych zachwycają, innych oburzają, ale nikogo raczej nie pozostawiają obojętnym. Prace Gaudiego są bardzo specyficzne. Nawiązują do natury, są bardzo kolorowe, mają zaokrąglone kształty i często pokrywają je barwne płytki. Bez wątpienia są jednym z najważniejszych symboli Barcelony. Sagrada Familia jest dziełem niezwykłym. Jej budowę rozpoczęto w 1882 roku, a rok później przejął ją architekt Antoni Gaudi i uznawana jest ona za jego największe osiągnięcie. Co ciekawe budowa kościoła wciąż nie została ukończona. Po śmierci artysty kilku artystów i rzeźbiarzy zajmowało się dalszymi pracami, starając się wprowadzić jak najwięcej z wizji mistrza. Koniec budowy przewidziany jest na 2026 rok. Bilety są niestety dość drogie i warto kupić je online – dzięki temu zaoszczędzimy kilka euro i unikniemy stania w długiej kolejce. Park Guell Według pierwotnych założeń Park Guell miał być ogrodem mieszkalnym dla bogatych obywateli Barcelony. Antoni Gaudi z ogromny zapałem podszedł do realizacji otrzymanego zlecenia, jednak niedługo potem okazało się, że nikt nie chce tam mieszkać. W jednym z dwóch wybudowanych pałacyków zamieszkał więc sam Gaudi, a w drugim Guell. Reszta terenu to ogromny park z widokiem na miasto i pięknymi mozaikami układanymi przez samego artystę. Najbardziej znany widok z Barcelony pochodzi właśnie z Parku Guell – wstęp do tej części płatny jest 8 euro (warto kupić bilet online), ale pozostała część parku wcale nie jest gorsza, dlatego jest to idealne miejsce na niespieszny spacer, podziwianie przyrody i nietypowych wizji artysty. Casa Batlló i Casa Milà Na ulicy Passeig de Gracia znajdują się dwa najbardziej znane budynki zaprojektowane przez Antionio Gaudiego – Casa Batlló i Casa Milà. Spacer po dzielnicy Eixample daje wgląd w architekturę XIX i początku XX wieku i choć wspomniane budynki są najpopularniejsze, wiele innych fasad i bram zasługuje na uwagę. Bilety kosztują aż 30 euro, ale w cenie otrzymujemy interaktywny przewodnik, z którego można dowiedzieć się wielu ciekawostek o inspiracjach i projekcie Gaudiego. Budynek jest szalenie spójny pod względem artystycznym i Gaudi zaplanował w nim każdy szczegół – meble, windy, okna, dach, żyrandole czy nawet klamki o ergonomicznym kształcie. Choć nie jestem fanką Gaudiego wizyta w Casa Batllo zrobiła na mnie duże wrażenie. Camp Nou Stadion FC Barcelony to największy stadion piłkarski w Europie i jeden z największych na świecie. Znajduje się tu również ogromne muzeum klubu oraz oficjalny sklep z pamiątkami. Obserwując tłumy kibiców, którzy przyszli na mecz, nie mogłam się nadziwić jak niesamowitym przemysłem jest piłka nożna. Bilet na mecz to koszt od 60 euro w górę, a zakup byle gadżetu to kolejne kilkanaście euro. Przy pełnym obłożeniu (prawie 100 tys miejsc) zyski idą w kwoty o jakich przeciętnemu człowiekowi się nawet nie śniło. Nasze wrażenie z meczu opisywaliśmy już wcześniej. La Rambla La Rambla to główna arteria Barcelony. Szeroka, zielona aleja, wzdłuż której ulokowane są zabytki, kawiarnie, mnóstwo straganów z pamiątkami i kwiaciarnie. Prowadzi z Eixample aż nad morze i zawsze jest na niej mnóstwo turystów. Ale są też mieszkańcy, którzy w listopadzie siadają na ławeczkach i łapią promienie słońca. Na końcu znajduje się Kolumna Kolumba (Monument a Colom), wewnątrz której znajduje się malusieńka winda, dzięki czemu można wjechać na samą górę (52 metry) i podziwiać z niej piękną panoramę miasta. El Born To dzielnica, do której wracaliśmy najczęściej. Nie tylko dlatego, że jest tu sporo do zobaczenia (o tym pisałam w poprzedniej notce), ale przede wszystkim dlatego, że to miejsce, które od rana do nocy (no dobrze, za wyjątkiem sjesty) tętni życiem i które jest dla mnie esencją tego co w Barcelonie najlepsze – wspaniałej architektury, pysznego jedzenia i, nazwijmy to, artystycznej atmosfery. Dziesiątki małych muzeów i galerii, mnóstwo doskonałych (co nie znaczy drogich!) restauracji i wąskie uliczki zachęcają do tego, by się tam po prostu zgubić. La Barceloneta Nadmorska dzielnica Barcelony. Młoda, dynamiczna, nowoczesna. Fajnie tu przyjść na plażę lub pójść na spacer wzdłuż wybrzeża. Miasta położone nad wodą mają dla mnie zawsze niesamowity urok i zawsze zazdroszczę ich mieszkańcom, że po ciężkim dniu w pracy mogą się zrelaksować nad wodą będąc nadal w centrum miasta. Na pewno wiele atrakcji w tym wpisie pominęłam, ale to w końcu nasza subiektywna lista. Do Barcelony bardzo chętnie jeszcze wrócimy, bo po tych kilku dniach czujemy wciąż ogromny niedosyt i jesteśmy przekonani, że miasto kryje jeszcze wiele urokliwych miejsc.

Wyrzuć stare karty

Dobas

Wyrzuć stare karty

Włochy by Obserwatore

Pomysł na biznes – pizzeria

By http://obserwatore.euMałe biznesy królują na południu Włoch. Mam wrażenie, że każdy ma tu żyłkę do interesów. Może dlatego tak niewielu kończy uniwersytetu a zaraz po szkole wciągany jest w rodzinny biznes albo kombinuje jak otworzyć swoją malutką działalność. Rodzinną albo rodzinno-przyjacielską. Na przykład niewielką pizzerię. Twoja pizzeria – tak czy nie? Dlaczego nie? Świetny pomysł. Dzięki temu […]Czytaj oryginalny wpis: http://obserwatore.eu.

Pod wodą

Dobas

Pod wodą

DJI Mavic Pro

Dobas

DJI Mavic Pro

idziemy dalej

Visca El Barça

Nigdy nie byłem, ani już raczej nie będę, wielkim kibicem piłki nożnej. Owszem, czasem lubię obejrzeć w telewizji jakiś dobry mecz w Lidze Mistrzów. Ba, zdarza się nawet, że i polskie kluby w walce o puchary zobaczę. Na stadionie też kilka razy byłem. Na Euro 2008 i 2012 nawet widziałem na żywo wszystkie mecze naszej reprezentacji. I kilka innych bardziej lub mniej ważnych pojedynków też miałem okazję oglądać na własne oczy. Z ligowymi spotkaniami jest trochę gorzej. Jakieś 15 lat temu byłem na derbach Budapesztu i chyba kiedyś na meczu Polonia Warszawa – Wisła Kraków. I to właściwie koniec mojej styczności z jakąkolwiek ligową piłką. W planach był jeszcze mecz w Buenos Aires, ale ostatecznie niestety poskąpiłem grosza, czego do dziś żałuję. No ale gdy jest się w Barcelonie i akurat gra tutejszy klub, to pomyślałem, że może warto. W końcu Messi, Neymar, Suarez w jednym składzie (swoją drogą to żaden z nich nie jest Hiszpanem – Argentyńczyk, Brazylijczyk i Urugwajczyk). A to wszystko na Camp Nou – największym stadionie piłkarskim w Europie i jednym z największych na świecie. W dodatku przeciwnik nie jakiś wybitny, bo ze środka tabeli. To przecież musi być grad goli, fantastyczna atmosfera i widowisko niezapomniane do końca życia. Pomyślałem, że zobaczę jak świętują Barcelońscy kibice i zanurzę się razem z nimi w szalonym tańcu zwycięstwa nad Malagą. Chyba warto. Na mieście pełno plakatów z Messim zachęcających do kupienia biletu. Ceny – no cóż nieco odstraszające – od 59 euro w górę, ale w końcu raz się żyje. Ronaldo i Lewandowskiego na żywo już widziałem… Messiego jeszcze nie. Kupuję! Idziemy! Problemy zaczęły się już na początku, gdy okazało się, że Suarez nie mógł wystąpić w tym spotkaniu, bo musiał pauzować za kartki. Oczywiście sprawdziłem to dopiero po kupieniu biletów, no ale mówi się trudno. Przecież zostają jeszcze najwięksi, a Suareza i tak każdy bardziej kojarzy z gryzienia przeciwników niż z gry. Gdy byliśmy już na stadionie dotarła do nas kolejna smutna wiadomość. Na oficjalnym twitterze FC Barcelony pojawił się komunikat, że nie wystąpi także Messi, bo ma kłopoty z żołądkiem! No pech! Prawdziwy pech kibica amatora. Ale skoro już dotarliśmy na ten stadion to postanowiliśmy zostać, w końcu jeszcze miał być Neymar, grad goli, atmosfera, widowisko, szalony taniec, itd. Na blisko stutysięcznym stadionie zasiadło około 84 tysięcy widzów. Mało? To i tak drugi najlepszy wynik w tym sezonie ligowym, więc powinno być gorąco. Na oko byli to jednak głównie turyści, bo prawdziwy chóralny doping rozlegał się jedynie z niewielkiego sektora za jedną z bramek. Reszta widzów raczej nie okazywała emocji i zdawało się, że przyszli na piknik, a nie na piłkarskie święto. Co gorsza samo widowisko też rozczarowało. Mecz nie dość, że bardzo jednostronny to jeszcze bezbramkowy. Barcelona cały czas atakowała, ale nie przynosiło to żadnych rezultatów. Nie pomógł nawet fakt że końcówkę meczu zawodnicy gości, przez czerwoną kartkę, musieli grać w osłabieniu. Co prawda ożywiło to nieco uśpioną publiczność, ale zamiast gola mogliśmy jedynie obserwować doskonałą „malagijską obronę Częstochowy”. I tak to właśnie jest – człowiek nastawia się na wielkie widowisko, na gwiazdy światowego futbolu, wspaniałe bramki i szał kibiców, a dostaje zaledwie przeciętny mecz z kilkoma dynamicznymi akcjami Neymara w polu karnym, bezbramkowym remisem i zrezygnowanym tłumem kibiców-turystów. Teraz jeszcze bardziej żałuję meczu w Buenos Aires, tam atmosfera nawet przed stadionem była kilka razy bardziej porywająca niż w Barcelonie na Camp Nou. To znak, że trzeba wrócić do Ameryki Południowej! Skrót meczu FC Barcelona – Malaga CF A to plan rozbudowy Camp Nou

idziemy dalej

Różne oblicza Barcelony

Zanim szczegółowo napiszemy o barcelońskich „must see“, chcemy przybliżyć Wam klimat poszczególnych części miasta – na tyle na ile możliwe to „na papierze“. Barcelona jest tak różnorodna, że każdy w pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Jeśli byliście w Barcelonie ciekawi jesteśmy Waszych wrażeń. Kolejność przedstawianych dzielnic jest przypadkowa. Z wyjątkiem El Born, bo to chyba nasz faworyt (i zdaje się, że nie jesteśmy tu zbyt oryginalni), więc nie bez powodu jest to numer jeden.   El Born Born to dawna nadmorska część Barcelony. W przeszłości ważna dzielnica handlowa, dziś jedno z najmodniejszych miejsc do życia w katalońskiej stolicy. Turystycznie niezwykle ciekawa okolica. W pierwszej kolejności przyciąga przepiękna katedra Santa Maria del Mar. Choć z zewnątrz wygląda dość niepozornie, robi niesamowite wrażenie, gdy wejdzie się do środka. To jeden z najwspanialszych przykładów katalońskiego gotyku. Gdy podziwiam takie perełki zawsze, ale to zawsze, zastanawiam się dlaczego dzisiejsze świątynie nie wzorują się na tym co najlepsze? El Born to  wąskie uliczki, romantyczne place, ale również muzeum Picassa, w którym zgromadzono kilkadziesiąt prac ze wszystkich okresów jego twórczości. Nie ma w nim co prawda najbardziej znanych obrazów, za to doskonale widać jak kształtowała się wrażliwość tego artysty i co miało wpływ na jego rozwój. Dodatkowym atutem jest piękna lokalizacja muzeum, które znajduje się we wnętrzach średniowiecznych pałaców. El Born spodoba się również fanom dobrej kuchni. Roi się tu bowiem od wyrafinowanych lokali i nowoczesnych barów, które zapełniają się od wczesnych godzin wieczornych. Passeig del Born to z kolei doskonałe miejsce na zakupy – znajdziecie tu wiele butików oferujących oryginalne prezenty i pamiątki wytwarzane przez lokalnych twórców. Jest też targ z kolorowym dachem Santa Caterina i dawny targ – obecnie Centrum Kulturalne Born, które skrywa historię Katalonii w pigułce.   Barceloneta Nadmorska dzielnica, z pięknymi piaszczystymi plażami. Młoda, energetyczna i sportowa (uwielbiam miasta położone nad morzem!). Niegdyś, ze względu na swoją lokalizację, zamieszkiwana głównie przez rybaków i pracowników portu, następnie przekształcona w dzielnicę przemysłową. Ale z pierwotnej La Barcelonety zachował się jedynie układ ulic oraz kościół Sant Miguel. Budynki, które się tam znajdują, pochodzą z XIX wieku. Prawdziwą rewitalizację La Barceloneta przeszła przed Igrzyskami Olimpijskimi, bo nieopodal znajdowała się wioska dla sportowców. W tym wszystkim najlepsze jest to, że będąc niemal w centrum miasta można totalnie odciąć się od zgiełku i poleżeć na leżaku. Po prostu. Można też posurfować, jeśli ktoś ma ochotę. Na plaży nie brakuje knajpek i barów, zresztą w całej dzielnicy jest szeroki wybór różnego rodzaju restauracji. Jesienią, gdy pogoda nie sprzyja plażowaniu wybierzcie się na spacer wzdłuż wybrzeża. Najlepiej tuż przed zachodem słońca.   Barri Gotic Klejnot starówki, czyli Dzielnica Gotycka, to miejsce, którego nie można ominąć. Nie ma nic lepszego, niż przechadzka labiryntem wąskich uliczek, tworzących najstarszą część miasta. My spacerowaliśmy zgodnie z mapą zamieszczoną w przewodniku, ale właściwie nieważne którędy dotrze się do najważniejszych atrakcji tej dzielnicy. Wycieczkę można zacząć od Katedry. To jeden z najcenniejszych przykładów architektury gotyckiej w Hiszpanii. Budowana w kilku etapach (XIII-XV wiek), w XIX wieku otrzymała neogotycką fasadę zachodnią. Świątynia poświęcona jest świętej Eulalii, która zginęła w Barcelonie w czasie ostatnich prześladowań chrześcijan. W krużgankach Katedry trzymanych jest 13 gęsi, bo Eulalia miała trzynaści lat gdy zginęła męczeńską śmiercią. Wewnątrz katedry znajduje się jej nagrobek. Miejsce jest niesamowite, urocze i piękne. Gdy chce się uniknąć turystów warto przyjść tu z samego rana. zdjęcie: http://www.catedralbcn.org/ Następnym przystankiem jest Placa de Sant Felip. Stoi tam kościół, na którego ścianach widać ślady kul. Co ciekawe nie ma zgody co do tego, skąd one się wzięły, choć to przecież historia współczesna. Według oficjalnej wersji na plac spadła bomba faszystów zabijając 42 osoby chroniące się w kościele (w tym połowa to były dzieci). Z placu kierujemy się na Placa del Pi, którego nazwa pochodzi od rosnącej na nim sosny. Znajduje się tam Bazylika o tej samej nazwie. Od placu odchodzi najpiękniejsza, i według wielu mieszkańców Barcelony najciekawsza, wąziutka (3 metrowa) uliczka Petritxol. Wiele jej elementów zasługuje tu na uwagę. Są to na przykład kafelki mayolicas na domach, które przedstawiają ważne wydarzenia historyczne lub upamiętniają ważne osoby, które niegdyś tu mieszkały. Warto też zwrócić uwagę na metalowe płyty chodnikowe przed najstarszymi przedsiębiorstwami. Uliczka słynie też z dwóch pijalni czekolady: Granja Dulcinea i La Palleresa, w których można też zjeść tradycyjne churros i w których gościł podobno sam Salvador Dali. Co prawda nasza wizyta w tej drugiej nie należała do zbyt udanych (choć churosy i czekolada pyszne), ale zrzućmy to na karb zmęczenia pracowników po porannej zmianie i na fakt, że wpadliśmy tam tuż przed sjestą (to zresztą ważna informacja, że obie pijalnie czekolady czynne są od 9 do 13, a później dopiero od 16 do 21). Nie brakuje też malutkich sklepików z rękodziełem i miejsc, w których można nabyć kulinarne pamiątki. Warto zatrzymać się tu na dłuższą chwilę. Kontynuując nasz spacer idziemy na Placa Reial, który wypełniony jest palmami i ludźmi. Położony jest na tyłach gwarnej La Rambli, ale panuje tu zupełny spokój. Z placu droga prowadzi w kierunku dzielnicy żydowskiej i Synagogi, choć właściwie określenie „dzielnica“ jest pewnym nadużyciem, bo Synagogi zostały tu całkiem zniszczone w XIV wieku i dopiero kilkanaście lat temu postanowiono przywrócić pamięć o tym fragmencie historii. Dzielnica żydowska to kilka hebrajskich napisów na ścianach i wejście do świątyni. Wycieczkę kończymy na Placa del Rei, czyli na Placu Królewskim. Ale tak naprawdę warto po prostu pochodzić po całej okolicy i pójść tam, gdzie nogi i serce nas poniosą. Nie omijać zatłoczonych ulic, ale zbaczać też w małe zaułki i niespiesznie kontemplować piękno stolicy Kataloii.   El Raval & Sant Antoni Niektóre przewodniki i niektórzy blogerzy przestrzegają przed tymi okolicami, inne umieszczają je w kategorii „koniecznie trzeba zobaczyć“. Są to najbardziej różnorodne etnicznie dzielnice Barcelony, ale widać że coraz częściej zaczynają przyciągać artystyczne dusze i młodych katalończyków. Nazwa El Raval pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego ni mniej ni więcej tylko przedmieścia i w pełni oddaje to charakter tego miejsca. Ale obok budek z kebabami zaczynają wyrastać bardzo ekskluzywne restauracje, jest też wiele modnych butików, niewielkich galerii czy atelier projektantów i czuć że jest to miejsce przyciągające ludzi niepokornych. Oblicze dzielnicy zmieniło też wybudowane Muzeum Sztuki Współczesnej, (MACBA). Zachowując czujność spokojnie można pójść na spacer w ciągu dnia, ale w nocy faktycznie chyba omijałabym tę okolicę.   L’Exiample i Gracia Exiample to przede wszystkim modernizm, bo dzielnicę zaprojektowali architekci, wśród których był m.in. Antonio Gaudi. To tu znajdują się najbardziej znane budynki jego autorstwa: Casa Batllo i La Pedrera oraz oczywiście Sagrada Familia. Dla Exiample charakterystyczna jest regularna, geometryczna zabudowa, w systemie kwadratów o bokach 133,3 metra. Szerokie ulice (10m) i chodniki (po 5m z każdej strony) dają wrażenie przestrzeni. Dzielnica zamieszkiwana jest przez tych bogatszych mieszkańców miasta, w witrynach sklepowych widać swego rodzaju przepych, a ceny większości produktów są raczej nieosiągalne dla przeciętnego człowieka. Z kolei Gracia jest znacznie bardziej kameralna. Do 1800 roku była niezależnym miastem i najstarsi mieszkańcy do dziś mówią, że pochodzą z Gracii – nie z Barcelony. Na uwagę zasługują liczne place, które latem z pewnością tętnią życiem, jednak w listopadzie świeciły pustkami i z tego powodu nie zrobiły na nas szczególnego wrażenia. Największą atrakcją jest na pewno Park Guell, który znajduje się w północnej części dzielnicy. Na koniec nasz mały wyrzut sumienia, czyli Wzgórze Montjuic. Udało nam się dotrzeć tylko do Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej, a na resztę niestety nie wystarczyło czasu. Gdyby nie to, prawdopodobnie miejsce powalczyłoby o palmę pierwszeństwa ze wspomnianą wcześniej dzielnicą Born. Mimo wszystko cieszymy się, że weszliśmy na samą górę, bo rozpościera się stamtąd przepiękny widok na Barcelonę. Więc nawet jeśli nie macie czasu na pozostałe atrakcje (ogrody i zamek) warto zobaczyć panoramę miasta. a w sobotni wieczór zobaczyć pokaz fontann.

idziemy dalej

Hola Barcelona!

Barcelona ma jedną z najdłuższych list miejsc do odwiedzenia jakie widziałam. Przewodnik Lonely Planet w rozdziale „Top experiences“ wymienia prawie 30 miejsc (dzielnic, ulic, muzeów, targów), które warto odwiedzić. W czasie naszego krótkiego pobytu udało nam się zobaczyć większość z nich, ale tak naprawdę miasto jest atrakcją samą w sobie. Niesamowita architektura, której można zazdrościć Hiszpanom z całego serca, sprawia, że Barcelona jest jedną wielką galerią sztuki. I nie chodzi tylko o miejsca zaprojektowane przez Gaudiego, ale również o wiele innych magicznych ulic i dzielnic, po których można chodzić bez końca. W ciągu 6 dni zrobiliśmy pieszo ponad 80 km (plus nie wiem ile metrem) i właściwie nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że wszędzie było pięknie. I bardzo różnorodnie. Z jednej strony szerokie arterie miejskie, z drugiej – gdy zboczy się z głównego szlaku – wąskie uliczki dzielnicy gotyckiej. Nieopodal wybrzeże i piaszczyste plaże, zaraz obok wielokulturowa dzielnica Raval, nowoczesne El Born i Barceloneta, ekskluzywne Eixample czy kameralna Gracia. I otaczające Barcelonę 3 wzgórza. Tradycja spotyka nowoczesność, a miasto nieustannie tętni życiem. Gwarne, kolorowe, z duszą. Ma w sobie to coś. Przepełnione jest restauracjami, kawiarniami, cukierniami i barami. Miłośnikom sztuki oferuje świetne muzea, a miłośnikom zakupów – mnóstwo oryginalnych butików sprzedających produkty lokalnych twórców, a zaraz obok sklepy największych projektantów. Barcelona dostarcza turyście tak wielu możliwości, że czasem nie wiadomo na co się zdecydować. Choć można by uznać, że tydzień to stosunkowo dużo czasu na zwiedzenie miasta, to mam wrażenie, że zobaczyliśmy tylko ułamek tego, co Barcelona oferuje. O największych atrakcjach przeczytacie w każdym przewodniku, a na temat tego co warto zobaczyć powstało zapewne tysiące wpisów na blogach. Ale chcemy dołożyć tu swoją cegiełkę i przedstawimy subiektywną listę miejsc, które naszym zdaniem warto w Barcelonie odwiedzić w pierwszej kolejności. Napiszemy też o pysznych restauracjach, które udało nam się znaleźć. Nie zabraknie też informacji praktycznych. Kiedy najlepiej jechać do Barcelony? Zdecydowanie poza sezonem, który trwa mniej więcej od maja do października. Listopad jest naszym zdaniem świetnym wyborem. Oznacza bowiem mniej turystów (a i tak było ich sporo, bo stolica Katalonii jest najpopularniejszym kierunkiem w Hiszpanii, a Hiszpania trzecim najpopularniejszym kierunkiem wśród turystów na świecie), a więc mniejsze kolejki do głównych atrakcji turystycznych i przepiękną jesień z temperaturami oscylującymi wokół 18-20 stopni Celsjusza. Gdy mieszka się w Polsce jest to absolutnie satysfakcjonujące. Do Barcelony dolecicie tanimi, hiszpańskimi liniami Vueling, bezpośrednio z Warszawy. Loty bez przesiadek oferuje także Wizzair, Ryanair, Norwegian i LOT. Jest w czym wybierać i gdzie szukać okazji na atrakcją cenę za przelot.

Grand Press Photo 2016

Dobas

Grand Press Photo 2016

PRO CAPTURE mode

Dobas

PRO CAPTURE mode

Teal and orange

Dobas

Teal and orange

Stabilizacja m.ZD 12-100 PRO

Dobas

Stabilizacja m.ZD 12-100 PRO

Co zabrać ze sobą na Spitsbergen (latem)

idziemy dalej

Co zabrać ze sobą na Spitsbergen (latem)

Kiedy czytacie te słowa dawno już jesteśmy w Warszawie i z łezką w oku wspominamy wyjazd na Svalbard. Choć były to zaledwie cztery letnie dni, musieliśmy się do nich trochę przygotować. W poniższym wpisie kilka słów o tym na co warto zwrócić uwagę jadąc na wyprawę w te zimne rejony i co warto spakować do plecaka. Odpowiednia odzież i obuwie. Dobre ubrania na Svalbardzie to podstawa. Nawet jeśli wasza wyprawa nie wpisuje się w kategorię wyjazdów ekstremalnych warto zadbać o komfort termiczny w tych niesprzyjających warunkach, bo trudno czerpać przyjemność ze zwiedzania, gdy jesteśmy permanentnie zmarznięci. Temperatury latem sięgają zwykle kilku stopni powyżej zera, choć w sierpniu mogą pojawiać się pierwsze przymrozki. Ale najgorszym wrogiem turysty nie są wcale niskie temperatury (tym bardziej polskiego turysty, który przecież wie co to siarczysty mróz!), ale przeszywający na wskroś arktyczny wiatr. Opadów jest niewiele (nie bez powodu Svalbard nazywany jest pustynią północy), więc odzież musi przede wszystkim chronić przed silnymi podmuchami zimnego powietrza, a nie przed deszczem (choć powinna być to mimo wszystko kurtka nieprzemakająca). Warto zainwestować w bieliznę termiczną, ciepłe skarpety trekkingowe i porządne buty, za kostkę, najlepiej z Goretex’u. To ważne, zwłaszcza jeśli wybieracie się w góry. Biuro podróży, które organizowało nasz trekking zaznaczyło w mailu, że bez dobrych butów ani rusz. Koniecznie czapka, rękawiczki i coś na szyję (np. komin z polarem). Dodatkowo zabieramy ze sobą kilka warstw różnej grubości i ubieramy się na cebulkę, by podczas większego wysiłku pozbywać się zbędnych ubrań. Opaska na oczy. Człowiek nieprzyzwyczajony do dnia polarnego ma trochę problemów z zaśnięciem, gdy słońce nie zachodzi. Co prawda w hotelach powinny być grube zasłony, które umożliwią zaciemnienie pokoju, jednak rezerwując nocleg czytaliśmy opinie turystów, że różnie z tym bywa. Dlatego lepiej się zabezpieczyć i nie walczyć z bezsennością. Dla tych co z opaską na oczach zasnąć nie potrafią, alternatywą jest rolka folii aluminiowej i taśma klejąca, by zasłaniać okna. Niestety na pomysł z folią wpadliśmy po fakcie, więc tym chętniej się dzielimy, bo to w gruncie rzeczy dość prosty patent (stosowany przez wielu miejscowych), który może ułatwić życie. Jedzenie. Ceny na Spitsbergenie są, mówiąc wprost, koszmarnie wysokie. Byle obiad to wydatek rzędu 100-150 zł/osobę, a ponieważ kuchnia norweska w moim odczuciu nie jest szczególnie interesująca, można łatwo w tym miejscu trochę zaoszczędzić. Sprawdzą się tradycyjne puszki czy kabanosy. My osobiście polecamy bardzo nasze nowe odkrycie – jedzenie liofilizowane. Są to naturalnie przygotowane dania, które w odpowiednich procesach pozbawiane są całkowicie wody. Dzięki temu zachowują świeżość i są dobre do spożycia w każdej chwili. Wystarczy torebkę zalać gorącą wodą (tu naturalnie pojawia się kolejna ważna rzecz, a mianowicie termos!) i po kilku minutach otrzymujemy wartościowy, sycący posiłek. W Polsce dostępne są produkty m.in. firmy LYO Food oraz Adventure Food. Posiłki są różnej wielkości i mają różną kaloryczność, a ceny wahają się od 20-40 zł za 1 porcję. Jest to naprawdę bardzo wygodne rozwiązanie. Na miejscu spróbowaliśmy również norweskich produktów firmy drytech i musimy przyznać, że były pyszne – o niebo lepsze od polskich odpowiedników. zdjęcia: http://adventurefood.com i http://lyofood.pl Warto też, rezerwując hotel, zwrócić uwagę czy śniadanie zawarte jest w cenie. W takiej sytuacji jeden posiłek mamy z głowy i nie musimy się o niego martwić ;)

Włochy by Obserwatore

Moje powroty na Wybrzeże Sorrento

By http://obserwatore.euWakacje się skończyły i nastały spokojniejsze, powolniejsze i cichsze, choć nadal jeszcze słoneczne i ciepłe dni. To najlepszy moment, żeby wybrać się na urocze i malownicze wycieczki w miejsca, które w sezonie unikam omijam baaardzo szerokim łukiem. Jednym z takich uroczych ale zdecydowanie pozasezonowych miejsc jest Costiera Sorrentina – Wybrzeże  Sorrento rozciągające się na południe od Neapolu.   […]Czytaj oryginalny wpis: http://obserwatore.eu.

Svalbard – 25 ciekawostek o archipelagu

idziemy dalej

Svalbard – 25 ciekawostek o archipelagu

Pyramiden – opuszczone miasto na końcu świata

idziemy dalej

Pyramiden – opuszczone miasto na końcu świata

WD MyPassport Wireless

Dobas

WD MyPassport Wireless

Trekking wśród reniferów

idziemy dalej

Trekking wśród reniferów

78°13′N – najbardziej na północ!

idziemy dalej

78°13′N – najbardziej na północ!

Przystanek Longyearbyen

idziemy dalej

Przystanek Longyearbyen

Przystanek Longyerabyen

idziemy dalej

Przystanek Longyerabyen

Religijny jarmark w Odrynkach

idziemy dalej

Religijny jarmark w Odrynkach

Podlaska mozaika kultur

idziemy dalej

Podlaska mozaika kultur