Zejście z Triglava do Domu Planika południową ścianą

marcogor o gorach

Zejście z Triglava do Domu Planika południową ścianą

Po długim szczytowaniu na wierzchołku Triglava rozpocząłem zejście inną trasą. Wybór padł na najkrótsze dojście do Domu Planika, schroniska po przeciwnej stronie szczytu, leżącego w kotlinie na Velem Polju. Trasa początkowo biegła po rumowiskach skalnych, by później przejść w via ferratę. Szlak prowadzący ściśle granią, po kilku minutach skręcił w kierunku widocznego siodła przełęczy. Było to wcięcie w bocznym grzbiecie Triglava, gdzie drogi rozdzielały się. W prawo szlak prowadził bezpośrednio do schroniska Trzaska Koca i dalej na przełęcz Luknja, a w lewo do Domu Planika przez Velem Polje. Tam też podążyłem, prosto w dół, bardzo stromym i przepaścistym żlebem. Trasa była bardzo widowiskowa, poprzez kilka ciasnych kominków, skalnych żeberek i piarżystych ścieżek.  zejście z Triglava południową ścianą Zejście bardzo przypominało mi np. tatrzańskie przejście na Zawrat z Doliny Gąsienicowej, ale było o wiele stromsze i niebezpieczne. Czułem się tam wspaniale, jak ryba w wodzie… Po godzinnej walce ze skałą, ubezpieczonej stalową liną doszedłem do jej podnóża na Velem Polu. Od dołu w pełni mogłem docenić nastromienie praktycznie pionowej ściany. Teraz czekało mnie już proste przejście po piarżystej dróżce, przez dolinę zawaloną olbrzymimi głazami. Czasami mijałem też uskoki skalne, czy nawet mini zapadliska, albo jaskinie. Trzeba było uważać, żeby w któreś nie wpaść. Ale to wapienne góry, więc taka ich budowa mnie nie dziwiła. prawie pionowa ściana zejściowa na Velie Polje Po lewej stronie mogłem podziwiać wyniosłą południową ścianę Triglava i Małego Triglava, a pod nimi olbrzymie usypiska piargów. Z prawej towarzyszył mi równie wyniosły masyw Rjaveca, czasami uważanego za trzeci wierzchołek Triglava. Dość szybko dotarłem do schroniska. Położony na wypukleniu terenu Dom Planika zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Takie schronisko z prawdziwego zdarzenia, gdzie jest wszystko co potrzeba. W jadalni była nawet winda, którą wywożono jedzenie z kuchni, podobnie jak to jest w schronisku na Magurze Małastowskiej. Dookoła pasły się owce, które przyzwyczajone do turystów bezczelnie podchodziły nawet do stołów, sępiąc za smakołykami. Moją uwagę zwrócił także wychodek na dworze, z bajecznymi widokami na okoliczne góry. Tym samym bardzo przypominał ten przy Chacie pod Rysami. trudności zejściowe via ferraty Spędziłem tutaj trochę czasu posilając się głównym posiłkiem w ciągu dnia. Dowiedziałem się również, że pierwsze schronisko, jakie tu powstało już w 1871 r. nazywane było „Triglavską światynią” (Triglavski tempelj). Obecne, które leży dokładnie na płaskowyżu Ledine pod południową ścianą Triglava jest otwarte od końca czerwca do końca września. W dwóch pomieszczeniach dla gości w jadalni jest 80 miejsc, kontuar; na ławkach koło schroniska mamy około 40 siedzeń; w 10 pokojach są 82 łóżka, w dwóch wspólnych noclegowniach zaś 41 miejsc. Jest WC na zewnątrz, umywalnia z zimną wodą. Pomieszczenia są ogrzewane piecami i centralnym ogrzewaniem (ogniwa słoneczne); agregat i ogniwa fotowoltaiczne zapewniają prąd; jest zasięg komórkowy. Woda zaś tylko deszczowa. schronisko Dom Planika na wysokości 2401 m Przepięknie stąd wygląda Triglav, Rjavec oraz całe górskie otoczenie. W dole, w niższej części Veliego Polja stoi kolejne schronisko- Vodnikov Dom, gdzie miałem się udać z towarzyszami, ale zmieniłem plany i rozdzieliliśmy się. Postanowiłem już tego dnia zejść do naszej głównej bazy w Aljażev Dom. Po prostu nie chciałem wydawać następnych trzydziestu euro na nocleg na tej wysokości. Na dole było w końcu trzy razy taniej. Główny cel został osiągnięty, więc stwierdziłem, że mam jeszcze na tyle sił, żeby zejść jednego dnia z Triglava na nocleg na wysokości 1015 m. To było ponad 1800 metrów do zejścia jednego dnia. malowniczy kibelek ze szczytem Rjavec w tle, z prawej widoczny żleb zejściowy O tym, czy dałem rady poczytacie już w kolejnej części opowieści. I jak zawsze zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego dnia pełnego ekstremalnych górskich przeżyć. Mnóstwo fotek w galerii ukaże Wam trudności tej trasy. Pierwszy prezydent Słowenii Milan Kučan powiedział kiedyś, że jest obowiązkiem każdego obywatela Słowenii wspiąć się na Triglav co najmniej raz w życiu. Ja nie jestem Słoweńcem, ale jestem bardzo szczęśliwy, że i mi się udała ta sztuka! Był też plan zobaczenia tej góry z każdej strony i ta operacja także się udawała w stu procentach. Dom Planika, Mały Triglav i Triglav widziany z doliny Velo Polje Najpierw zobaczyłem najwspanialszą północną ścianę, już z parkingu i rozpocząłem wspinanie właśnie tędy, potem zdobywałem szczyt od wschodu, przez Mały Triglav, teraz zszedłem na południowa stronę. Pozostało mi tylko obejść górę od zachodu i o tym będzie ostatnia ma alpejska opowieść ze Słowenii. Zapraszam także do czytania wcześniejszych części mej słoweńskiej opowieści o przygodach w Alpach Julijskich. Z górskim pozdrowieniem Marcogor „bezczelne” owieczki i Triglav z prawej oraz Rjavec z lewej PS. Mam dla was jeszcze ciekawą propozycję na dziś. Firma http://www.burco.pl/konkurs/ organizuje konkurs pt. „Pokaż nam swoje wakacje, a my je przedłużymy!”. Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie, wystarczy zaobserwować ich profil Instagram i dodać na swoim profilu zdjęcie przedstawiające Twoje wakacje, oznaczając ich firmę w opisie @burcopl i tagując #wydluzwakacje. Do wygrania jest weekend dla dwóch osób w apartamencie z widokiem na morze! To taki przerywnik od gór, może ciekawa alternatywa na obecną pogodę! Zachęcam do wzięcia udziału w zabawie, a może szczęście się uśmiechnie do kogoś… [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Nosal - pół godziny w Tatry

Podróże MM

Nosal - pół godziny w Tatry

Każdy miłośnik tatrzańskich wędrówek musi czasem pozwolić organizmowi się zregenerować. Ale wcale nie oznacza to siedzenia w pensjonacie. Nosal to góra dostępna łatwym i krótkim szlakiem, dzięki czemu można się dostać na jej wierzchołek w pół godziny wyruszając z Kuźnic. Ze szczytu położonego na wysokości 1206 m n.p.m. rozciąga się ciekawa panorama na Tatry Wysokie. Zielony szlak rozpoczyna swój bieg przy rondzie Murowanica. Przez chwilę idziemy asfaltową drogą, by niedługo potem skręcić w lewo. Za strumieniem znajduje się punkt informacji i kasa z biletami wstępu do TPN. Różnica wysokości między punktem początkowym a szczytem Nosala wynosi niespełna 300 metrów na odcinku ok. 1 km. Dlatego też od samego początku szlak pnie się w górę po kamiennych stopniach. Początkowo idziemy przez las, lecz z czasem droga odsłania widoki i ciekawe formacje skalne Nosala. Osobom aktywnym wejście na szczyt powinno zająć około pół godziny. Bezpieczeństwo. Nosal choć nie jest górą wysoką, to wygląda dość groźnie za sprawą swych pionowo opadających ścian. Szlak jednak uznałbym za zupełnie bezpieczny. Osoby wrażliwe na ekspozycję mogą trzymać się z dala od urwisk, ponieważ szlak jest szeroki i nie biegnie bezpośrednio po krawędzi. Wybraliśmy się na Nosal odpoczywając po poprzednim dniu, który wymagał od nas sporego wysiłku i wielu kilometrów do pokonania. Nie chcieliśmy jednak przesiedzieć całego dnia przez telewizorem, więc wyszliśmy sobie na spacer. Zdobyliśmy szczyt dla formalności. Było tam sporo osób, a cenimy sobie w górach ciszę. Wróciliśmy więc parę kroków wcześniej i usiedliśmy na jednej ze skał opadających ku Kuźnicom. Tak sobie siedzieliśmy we dwoje i patrzyliśmy na Tatry. Ze szczytu Nosala można wrócić do Zakopanego tą samą trasą, zejść do Kuźnic przez Nosalową Przełęcz, lub ruszyć dalej żółtym szlakiem ku Olczyskiej Polanie. Dolna stacja kolejki PKL KasprowyNosalowa PrzełęczPOWRÓT

Teal and orange

Dobas

Teal and orange

Wejście na Triglav – koronę gór Słowenii

marcogor o gorach

Wejście na Triglav – koronę gór Słowenii

Po nocy spędzonej w Domu Valentina Stanicia na wysokości 2332 m zerwałem się rano, aby obserwować mój pierwszy alpejski wschód słońca. Nie rozczarowałem się, słoneczko wyszło za pięknego masywu Rjaviny i po chwili cudownie oświetliło potężny masyw Triglava – mój cel. Już wczoraj postanowiliśmy z kolegami, żeby atakować szczyt wcześnie rano, bo potem są różne niespodzianki pogodowe, jak było właśnie na wczorajszym podejściu do schroniska. Szybko się zebraliśmy i po śniadaniu weszliśmy na ścieżkę, która w dwie godziny miała wyprowadzić nas na wierzchołek Triglava. Najpierw czekał nas trawers pod szczytem o niezwykłej nazwie „Rz”. Miałem nawet ochotę zdobyć go, ale jak zobaczyłem jak stroma, dzika ścieżka na niego prowadzi to zrezygnowałem, choć fajnie byłoby się pochwalić, że wspiąłem się na Rz! masyw Triglava w porannym słońcu widziany z Domu Stanicia Bez szaleństw więc szybko, łagodną dróżką dostaliśmy się na grzbiet, którym już mieliśmy zmierzać aż do upragnionego celu. Zaczęła się tu pojawiać chwilami via ferrata oraz stalowe kliny ułatwiające przejście najtrudniejszych technicznie odcinków. Ogólnie po ciekawym marszu, coś w stylu tatrzańskiej Orlej Perci zdobyłem swój pierwszy słoweński szczyt – Kredaricę. Jej płaski wierzchołek ma wysokość 2514 m. Doskonale z niego było widać czekające mnie podejście na główny mój cel tego dnia. Z tyłu natomiast wspaniale prezentowały się znane mi już góry: Rjavina, Begunjski Vrh czy Vrbanova Spica. A w dole między nimi błyszczało w słońcu schronisko, z którego wyszedłem o poranku. Z drugiej strony tuż pod szczytem ukazał się moim oczom olbrzymi gmach Triglavskiego Domu. Dom Valentina Stanicia u stóp Vrbanovej Spicy Triglavski Dom na Kredarici to najwyżej położone słoweńskie schronisko turystyczne i zarazem stacja meteorologiczna. Znajduje się na mniejszym wypłaszczeniu tuż pod szczytem. W pobliżu jest też lądowisko dla helikopterów. Obok schroniska leży kaplica Marii Śnieżnej, kilkadziesiąt metrów pod nimi zaś znajduje się Ivačičeva Jama. Pierwsze schronisko zostało wybudowane w 1896 według pomysłu Jakoba Aljaža, a potem trzykrotnie powiększone. Obecne schronisko ma 140 łóżek w 30 pokojach i 160 miejsc w 8 przestrzeniach zbiorowych. Zatem w pięciu przestrzeniach dla gości jest 300 miejsc i dwa kontuary. WC i umywalnie z zimną wodą są na wszystkich kondygnacjach. W jednej jadalni jest tradycyjny piec. Używana tutaj woda to deszczówka, jest też agregat prądotwórczy. Schronisko jest otwarte cały rok. Regularnie jest obsługiwane od końca czerwca do końca września. Poza sezonem jest otwarte częściowo, odwiedzającymi zajmują się meteorolodzy. Ponadto posiada generator wiatrowy, kolektory słoneczne, GSM i normalną łączność telefoniczną. schronisko Triglavski Dom pod Kredaricą ze stacją meteorologiczną, z boku kaplica Zatrzymaliśmy się tu na kawę, aby chwilę odpocząć i nacieszyć oczy widokiem pobliskiej ściany Triglava. Jej nastromienie z daleka budziło grozę i obawy, ale jak się okazało po podejściu do ściany wspinaczka była prosta i niezbyt wymagająca technicznie. Mało kto używał tam sprzętu do asekuracji na via ferratach, my też mieliśmy tylko kaski. Widoki spod schroniska są wyśmienite prawie na wszystkie strony. Na wschód są Kredarica i Rž, na oprawo Veliki i Mali Pršivec, na drugiej stronie Krmy grzbiet od Debelej peči do Draškich vrhów, które na południowej stronie przechodzą w ściany Tosca i Vernara. Na prawo widzimy część Velego polja i w tle część Spodnjich Bohinjskich gór. Na zachodzie wznosi się Triglav, na północ od północnej ściany Triglava ciągną się Pihavec, Dovški Gamsovec, Prisojnik, Razor, Stenar, Dolkova špica, Škrlatica i Martuljške gore, w pobliżu jest Begunjski vrh, z Domem Stanicia u stóp, na północ są widoczne Karawanki, daleko za nimi zaś przy dobrej pogodzie Wysokie Taury. widok z Kredaricy w stronę szczytu Rz, za nim Rjavina, z lewej Vrbanova Spica Po nabraniu sił wbiliśmy się w ścianę. Jako, że od początku była bardzo stroma prowadziła tam via ferrata. Wspinaczkę ułatwiały więc stalowe stopnie i stalowa lina. Ruch był duży, bo pogoda dopisywała, a Słoweńcy kochają tę górę. Podejście mimo, że strome było bardzo przyjemne i w moim odczuciu bezpieczne. Via ferrata zapewne bardziej jest przydatna przy mokrej skale. Zatem dość szybko, bo w pół godziny wszedłem na wierzchołek Małego Triglava – 2725 m. Tutaj zrobiło się płasko, było dużo miejsca, więc usiadłem, żeby podelektować się do woli będącym już tak blisko głównym wierzchołkiem masywu. Podziwiałem ludzi, którzy zmagali się na wąskiej grani z końcowym podejściem. Kolorowy tłum ubarwiał doskonale wapienne skały Alp Julijskich. Via ferrata prowadziła przez chwilę prostym, łagodnym odcinkiem na siodełko, gdzie znowu zaczęła się stromizna. Triglavski Dom i prawie pionowa ściana Małego Triglava, z prawej Triglav Musiałem trochę zwolnić, aby przepuszczać ludzi idących z góry, ale i tak około godziny jedenastej zameldowałem się na szczycie. Tym samym zdobycie mojej pierwszej poważnej, alpejskiej góry stało się faktem. Wierzchołek Triglava także był obszerny, a panoramy jeszcze rozleglejsze niż spod schroniska. Rzucała się w oczy popularna beczka, czyli Triglavski stolp, o której pisałem już w poprzednim opowiadaniu. Wiele osób usiłowało nań wyjść i mi też się udała ta sztuka, dzięki wyciętym okienkom. Powitał mnie tu zgiełk ludzki, ale tego się spodziewałem mijając Słoweńców, dla których obowiązkiem jest wyjść choć raz tutaj. Spośród nich wyłapałem nawet handlarza, u którego można było kupić pamiątki, napoje, batony, czy piwo! Cena 7 euro za to ostatnie trochę jednak odstraszała. Dokonałem wpisu do księgi wejść i po długiej sesji fotograficznej oddałem się błogiemu świętowaniu sukcesu. Niestety pojawiła się mgła, która ograniczała widoki, raz z jednej raz z drugiej strony! końcowy fragment via ferraty przy przejściu z Małego Triglava na główny wierzxchołek Wiatr wiejący od czasu do czasu dość porywiście przeganiał ją, ale mi nie był straszny, bo na głowę założyłem bardzo ciepłą wełnianą czapkę, która pozwoli mi przetrwać niejedno zimno w górach. Wygodna i szalenie ciepła ze starannie dobranym kolorem i wyjątkowym design nadają jej oryginalny charakter. Stworzoną z najwyższej jakości materiałów i wykonaną z ogromną precyzją czapkę można nabyć w sklepie http://pl.starlinghats.com/. Myślę, że będzie mi długo służyć podczas jesienno – zimowych wypadów górskich. autor na szczycie Triglava z panoramą Alp Julijskich Ale wracając do wycieczki, w środku Aljažev stolpa jest naklejony plan z opisaną panoramą ze szczytu. Byłem również świadkiem ciekawego wydarzenia… mianowicie chłopak ściągnął swój pasek od spodni i wymierzył kilka razów na pupę dziewczyny, która musiała wsadzić głowę przez okienko do beczki… Zaciekawiło mnie to na tyle, że ośmieliłem się zapytać, co to za zwyczaj. Wytłumaczono mi, że to taka tradycja, polegająca na tym, że dostanie lania na szczycie zapewnia następne powroty tutaj. Dowiedziałem się także tu, że nazwa Triglav, co po słoweńsku znaczy „Trójgłowy”, wiąże się ze średniowiecznymi słowiańskimi wierzeniami, które na wierzchołku góry umiejscowiały siedzibę potężnego Trojana – pogańskiego bóstwa wody, ziemi i podziemi. Po raz pierwszy nazwa Triglav pojawiła się już w 1573 roku. rozległa kopuła szczytowa Triglava – 2864 m Niektórzy nazwę tłumaczą jednak prostolinijnie od trzech wierzchołków masywu, choć góra nie posiada wcale takowych trzech, tylko dwa, które zdobyłem tego pięknego dnia. Jedynie oglądając ją z niektórych miejsc od południowego wschodu, np. z okolic Vodnikov Dom, trzecim obok głównego szczytu i Małego Triglava wierzchołkiem góry wydaje się być Rjavec (2568 m n.p.m.). Po długim zasiedzeniu się w tym cudnym miejscu i nacieszeniu ze zdobycia go przyszła pora na szukanie drogi zejściowej. Mieliśmy schodzić inną trasą, jak się okazało wybrany wariant okazał się niezwykle ciekawy i efektowny. Przeżyłem na zejściu interesujące przygody, ale o nich przeczytacie niebawem. Dzisiaj zapraszam jak zawsze na koniec na obejrzenie fotorelacji z tej części wyprawy. I zachęcam do przeczytania pierwszej części opowieści, kto jeszcze nie widział. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zakopane - miasto

Podróże MM

Zakopane - miasto "oscypków"

Długo przymierzałem się do napisania tego posta, ale jakoś nie wiedziałem jak to ugryźć. W Zakopanem byłem już tyle razy, że nie zgubiłbym się tam nawet gdybym chodził po ciemku tyłem. Przyznaję się bez bicia - Zakopane omijam i totalnie nic mnie nie fascynuje w tym miejscu. Kiedy pytają mnie dokąd znów jadę, odpowiadam, że w Tatry. Nie do Zakopanego. Rzeczywiście, jadę w góry, a do miasta czasem zdarza mi się wrócić na noc, by następnego dnia o świcie znów wyruszyć na szlak. Nie mam pomysłu na tego posta, nie mam ukształtowanej opinii o tym miejscu, nie przepadam za tym miastem, nie do końca rozumiem jego fenomen. Zobaczymy, co z tego wyjdzie...Subiektywnie...Zakopane to nie jest miejsce dla mnie. Po prostu nie ma tu dla mnie nic do roboty. Gdy idę przez miasto, widzę tłum ludzi, którzy oglądają witryny sklepów, machają ciupagami w rytm marszu, kupują "oscypki", popijają piwo w głośnych i ruchliwych knajpach. Osobiście nie potrafię czerpać przyjemności z tego miejsca. Jest dla mnie nudne, zwyczajne. Zazwyczaj moje zwiedzanie Zakopanego kończy się na pokonaniu trasy z punktu A do punktu B. Najczęściej jest to spacer do Biedronki po prowiant, lub powrót z 20 kg na plecach do dworca kolejowego. Bywa też, że idę przez miasto na przystanek, skąd odjeżdżają busy. To tyle. Mimo mojej bierności wobec zakopiańskiej turystyki, postaram się podpowiedzieć (na ile potrafię), jak miło spędzić czas w stolicy "oscypka". W końcu o gustach się nie dyskutuje, a zapewne znajdą się tacy, który z Zakopanego wywiozą miłe wspomnienia. W końcu góry (w sensie, że góry góry) nie są dostępne dla każdego, więc miło czasem popatrzeć z dołu. O mieście słów kilkaZakopane to najwyżej położone miasto w Polsce. Najwyższym punktem leżącym w jego granicach administracyjnych jest wierzchołek Świnicy (2301 m n.p.m.). Samo miasto zaś położone jest mniej więcej na 770-1126 m n.p.m. Liczba mieszkańców to nieco ponad 27 tysiące.Wiele osób przyjeżdża do Zakopanego z myślą, by pooddychać górskim powietrzem. Niestety ukształtowanie terenu sprawia, że nad miastem unosi się smog. Według badań, Zakopane zajmuje 45. miejsce w klasyfikacji najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej. U schyłku XIX wieku miasto na Podhalu zyskało na popularności. W Zakopanem bywały i mieszkały tak wielkie osobistości jak Henryk Sienkiewicz, Stanisław Witkiewicz, Stefan Żeromski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Jan Kasprowicz, Mieczysław Karłowicz czy Karol Szymanowski. W 1873 roku utworzono Towarzystwo Tatrzańskie, które skupiało wokół siebie miłośników gór. Celem była promocja turystyki, wytyczanie szlaków, badanie i szerzenie nauki o Tatrach, oraz ochrona przyrody. W 1909 roku powołano Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (TOPR). Zabytków w Zakopanem zbyt wiele nie ma. Najczęściej są to nierzucające się w oczy miejsca związane z ważnymi osobami, artystami. Do najważniejszych miejsc będących dziedzictwem kultury zaliczyć można Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku wraz z XIX-wiecznym, barokowym kościółkiem. To tu spoczywają ludzie wybitni i zasłużeni dla Zakopanego, Tatr jak i Podhala. Cmentarz znajduje się przy ulicy Kościeliskiej, na północnym krańcu Krupówek (mapa). Komunikacja miejska. Jak poruszać się po Zakopanem?Na wstępie podkreślę, że Zakopane jest na tyle małym miasteczkiem, że spokojnie można poruszać się po nim pieszo. Od kwietnia 2016 roku po mieście kursują niebieskie autobusy komunikacji miejskiej (linia 14) na trasie przez Ustup i Olczę. Planowane są nowe połączenia. Szczegóły znajdziecie na stronie www.zakopane.eu/komunikacjamiejska.Generalnie zakopiańskie drogi zdominowane są przez prywatnych przewoźników. Spod dworca kolejowego dotrzemy busem do większości punktów, skąd bieg swój zaczynają najpopularniejsze szlaki. Ceny przejazdu wahają się od 5 do 10 zł. Ceny są uwzględnione w regulaminie, więc nie ma co się obawiać oszustów. Ja na wszelki wypadek zawsze pytam o cenę przejazdu. Jeżeli jednak będziecie mieć większe wątpliwości co do kwoty, zawsze możecie poprosić o wydruk paragonu.Wiele osób na forach internetowych czy na facebooku pyta o rozkład jazdy busów. Niby takowe istnieją, ale nie mają one żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Zasada jest taka, że jak bus zbierze chętnych, to pojedzie. Nie warto szukać przystanków po całym Zakopanem, bo kierowcy nie stosują się do rozkładów. Ponadto, nawet jak trafimy na busa, to może nie być już w nim dla nas miejsca. Dlatego najlepiej od razu startować spod dworca kolejowego.Gdy chciałem dostać się z Zakopanego do Polany Palenicy, według rozkładu busy zaczynały kursować od godz. 8. Wraz z Martyną zjawiliśmy się przy dworcu ok. godz. 7 i szukanie transportu zajęło nam ułamek sekundy (stał facet i darł się: "Morskie Oko!!! Morskie Oko!!!"). W sezonie busów jest całe mnóstwo. Poza sezonem po prostu trzeba stanąć i uzbroić się w cierpliwość. Wiem, że trochę trudno mi zaufać, ale polecam całkowitą spontaniczność. Wy chcecie dojechać, kierowcy chcą zarobić. W tej relacji nie trudno się odnaleźć.Dworzec kolejowy, ZakopaneWybrane muzea i galerie sztuki♦ Muzeum Tatrzańskie im. dra Tytusa Chałubińskiego, ul. Krupówki 10W zbiorach muzeum można obejrzeć ekspozycję skał i minerałów, tatrzańskiej fauny i flory, zbiory z dziedziny etnografii (rękodzieło, stroje, narzędzia) oraz dzieła sztuki poświęcone Podhalu. ♦ Muzeum Przyrodnicze Tatrzańskiego Parku Narodowego, ul. Chałubińskiego 42aOśrodek prowadzi głównie działalność dydaktyczną. W salach o łącznej powierzchnii 600m² oglądać można wystawy czasowe.♦ Dom Jana Kasprowicza w willi Harenda, ul. Harenda 12aMuzeum biograficzno-literackie poświęcone polskiemu poecie, Janowi Kasprowiczowi. Ekspozycja zawiera pamiątki rodzinne, przedmioty użytkowe, obrazy i pozostałości księgozbioru. Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza do dziś organizuje tu spotkania oraz wieczory literackie. ♦ Muzeum Karola Szymanowskiego w willi Atma, ul. Kasprusie 19Muzeum gromadzi pamiątki po Karolu Szymanowskim, wybitnym kompozytorze muzyki poważnej. Artysta mieszkał w willi Atma w latach 1930-1935. ♦ Miejska Galeria Sztuki, ul. Krupówki 41Galeria sztuki współczesnej prezentuje dzieła polskich artystów w budynku wzniesionym przez Władysława hr. Zamoyskiego w 1911 roku.Muzeum Przyrodnicze Tatrzańskiego Parku NarodowegoKrupówkiUlica Krupówki to główny deptak w centrum Zakopanego. Jest tu zawsze mnóstwo ludzi, przez co sielankowy spacer zamienia się w tor przeszkód. Oprócz sklepów z odzieżą i pamiątkami, knajp, czy budek z "oscypkami" to właściwie nic tu wartego uwagi nie ma. Dla niektórych największą atrakcją Krupówek wydawać się może McDonald's. Niemniej popularny jest przechadzający się wokół turystów miś. Wokół misia zaś krążą różne legendy. Jedna z nich głosi, że w Krakowie smok zionie ogniem, a zakopiański niedźwiadek alkoholem.Na Krupówkach wielu turystów kupuje "oscypki". Jeśli ktoś chce spróbować prawdziwych wyrobów w owczego mleka, to polecam jednak szukać gdzie indziej. Krupówki o świcie, ZakopaneKrupówki o świcie.ul. Krupówki, ZakopaneOscypekOscypek to twardy, wędzony ser z owczego mleka. Ma on postać brył z charakterystycznym, regionalnym wzorem. Takową formę uzyskuje się dzięki drewnianej foremce, tzw. oscypiorce. Służy ona do scypania. Drogą dedukcji docieramy do genezy nazwy podhalańskiego sera.Jeżeli zakupiliście łoscypka na Krupówkach, ino prowdopodobnie żeście zakupili gołkę, nie łoscypka. Gołka to ser robiony na wzór oscypka, lecz przypomina go jedynie wyglądem. Służy głównie do masowej produkcji i trzepania dudków na nieświadomych turystach. Gołkę robi się z krowiego mleka, przez co diametralnie różni się ona smakiem od oscypka z owczego mleka.Oscypki wyrabia się jedynie od maja do września, bo tylko wtedy wypasa się owce. Gdzie zatem szukać tych najprawdziwszych podhalańskich serów? Podążajcie za owcami! Te zawsze uśmiechnięte puchate czworonogi są pod opieką bacy. Ten z kolei pewnie ma bacówkę, z której unosi się dym niezbędny w procesie wędzenia. Nie wykluczam, że i na Krupówkach może znaleźć się uczciwy handlarz, ale jest spore ryzyko, że górale na Krupówkach wykiwają Was tak, jak górale kiwają turystów na Krupówkach. Najlepiej zatem pytać o oscypki bezpośrednio w bacówkach.Przepisy Unii Europejskiej dbające o tradycję wyrobu podhalańskich serów stanowczo regulują warunki sprzedaży regionalnych serów po nazwą oscypka. Stąd też wydawane są certyfikaty potwierdzające autentyczność produktu. Ci, którzy sprzedają "oscypki" z krowiego mleka mogą ponieść konsekwencje prawne. Górale jednak i tak wciskają turystom podróbki. Manewrują w lukach prawnych, wywieszając niby-certyfikat, lub po prostu sprzedają sery pod nazwą "Zakopiański", "Tradycyjny", "Bacowski", "Podhalański" (patrz: zdjęcia niżej). Te określone jako "Owczy", zazwyczaj zawierają mieszankę mleka owczego i krowiego w proporcji 20/80.Zawody na Wielkiej KrokwiPuchar Świata w Zakopanem to jedna z najgłośniejszych imprez sportowych w Polsce. Skoki narciarskie przyciągają pod skocznię na Wielkiej Krokwi tłumy kibiców dopingujących naszych reprezentantów w prestiżowym konkursie. Na trybunach zmieści się ok. 50 tyś. osób, jednak ze względów bezpieczeństwa na imprezę sprzedawane są bilety w liczbie do 25 tysięcy. Podstawowe wejściówki na Puchar Świata kosztują zazwyczaj w granicach 60-70 zł.© Piotr DrabikTatry dla amatorów♦ Kolejką na Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.)PKL udostępnia turystom jedyną wysokogórską kolej linową w kraju, dzięki której w 20 minut możemy wjechać na jeden z najpopularniejszych szczytów polskich Tatr. Wagoniki zabierają jednorazowo od 32 (latem) do 60 osób (zimą). Dolna stacja PLK Kasprowy znajduje się w Kuźnicach (3,3 km od Krupówek).Kolej linowa na Kasprowy Wierch to udogodnienie dla tych, którzy fizycznie nie są zdolni do długich, pieszych wędrówek, oraz tatromaniaków, którzy chcą zaoszczędzić czas, by wyruszyć z górnej stacji np. na Orlą Perć czy w stronę Czerwonych Wierchów. Warto w tym miejscu podkreślić, że pokonanie pieszego szlaku z Kuźnic na Kasprowy Wierch zajmie wprawionym turystom ok. 4 godziny.Godziny otwarcia: przejdź do stronyCennik: przejdź do stronyKolejka na Kasprowy WierchWidok z Kasprowego Wierchu♦ Propozycje łatwych i krótkich wycieczek:- Sarnia Skała (1377 m n.p.m.) przez Dolinę Strążyską lub Dolinę Białego- Nosal (1206 m n.p.m.)- Dolina Chochołowska z Siwej Polany- Dolina Kościeliska z Kirów ♦ Najpopularniejsze wśród turystów:- Kasprowy Wierch przez Myślenickie Turnie (szlak zielony)- Kasprowy Wierch przez Halę Gąsienicową- Giewont z Kuźnic przez Kondratową Dolinę- Dolina Pięciu Stawów przez Dolinę RoztokiZachęcam także do lektury pozostałych postów poświęconych tatrzańskim szlakom: kliknij tutaj.Reasumując...Zakopane można lubić, albo nie. To miasto nie zauroczy każdego. Dla miłośników Tatr Zakopane jest zwykłym miastem, bazą wylotową lub noclegownią. Ja także do takich należę. Mówiąc wprost drażni mnie tłum i wszechobecny chaos. W końcu jadę w góry, żeby obcować z przyrodą, posłuchać ciszy i odpocząć. A Zakopane jest miastem głośnym. Nie mam tu na myśli decybeli, ale ilość turystów, którzy przechadzają się, rozmawiają, śmieją, kupują, piją, jedzą. Dużo się dzieje, szczególnie w okolicy Krupówek czy Gubałówki, którą celowo w tym poście pominąłem.Jeśli chodzi o mnie, to Zakopane mnie nudzi do tego stopnia, że zamiast chodzić po mieście bez zastanowienia wybieram kurs wgłąb gór. Po prostu tam mnie ciągnie i w tej kwestii miasto nie ma szans w rywalizacji z tatrzańską przyrodą. Ale są niewątpliwie tacy, którzy nie chcą lub nie mogą chodzić po górach i decydują się na wypoczynek w Zakopanem. Co więcej - czerpią radość z pobytu na Podhalu. I właśnie do tych osób kieruję powyższego posta w nadziei, że podsunąłem kilka ciekawych pomysłów na Zakopane.Mat.GubałówkaWidok z Giewontu na Zakopane

Chorwackie opowieści: jak zachód słońca to tylko nad Adriatykiem. :)

PO PROSTU MADUSIA

Chorwackie opowieści: jak zachód słońca to tylko nad Adriatykiem. :)

         Aż ciężko mi uwierzyć, że zaledwie tydzień temu wróciliśmy z Chorwacji. Ostatnie dni zleciały niezwykle szybko, mimo iż przepełnione były jednostajną nauką. Pogoda w Krakowie nas nie rozpieszczała, jakby chciała dać do zrozumienia, że teraz jest jesień i nie ma żadnych pięknych dni, jedynie deszcz, zimno i jeszcze raz deszcz. Po czterech dniach siedzenia na poddaszu, gdy jedynym niezmiennym dźwiękiem były krople deszczu uderzające o dach, miałam dość. Na szczęście, ostatnio się uspokoiło, nie pada i nie marudzę. ;p Ale stwierdziłam, że i tak potrzeba jakiejś większej motywacji i pięknych widoczków i stąd też wczoraj w mojej głowie narodził się pomysł na taką właśnie notkę. I dzisiaj będzie pięknie i cudownie, bo jak głosi tytuł, motywem przewodnim będą zachody słońca nad Adriatykiem. A ostatni rejs pod tym względem nas rozpieszczał, szczególnie dwa ostatnie były olśniewające. :) I tymi widokami chcę się dzisiaj z Wami podzielić, żeby ta jesień nie była tak koszmarna na jaką się zapowiada. Zapraszam zatem! :))       Zawsze uważałam, że najwięcej uroku mają właśnie zachody słońca nad morzem i moją pierwszą miłością były dziecinne wyprawy z rodzicami na obowiązkowy zachód podczas wakacji nad morzem. Wtedy szalałam za nimi i ta miłość została mi do dzisiaj, dlatego zawsze korzystam z okazji, żeby móc go podziwiać. Na jachcie jest to zdecydowanie ułatwione, szczególnie jeśli nie cumuje się w żadnej marinie, tylko na kotwicy bądź boi w jakiejś zatoczce. I ten wyjazd obfitował właśnie w takie stanie na dziko, co ma swoje wady jak i zalety, o czym kiedyś może napiszę, jak będziecie chcieli. ;) Pierwszą noc spędziliśmy w małej zatoczce tuż obok wyspy Mały Drvenik, gdzie dopływaliśmy już po zmierzchu, stąd też zachód słońca złapał nas na morzu. Podobały mi się kontrastujące ze sobą elementy - ląd, woda, niebo. I ta lekko różowawa poświata. :)        Nie będę tutaj pisała o każdym odwiedzonym przez nas miejscu ani też o trasie, bo to nie ten czas i nie to miejsce, ale zanim przejdę do dwóch najpiękniejszych wieczorów i zachodów, to najpierw jeszcze krótki mix zachodów w miejscach, gdzie nie były aż tak widoczne czy spektakularne. Niestety, nie wszędzie zawsze da się tak ustawić, żeby akurat znaleźć się w dobrym miejscu o odpowiedniej porze. Ale z drugiej strony też nie można przecież oglądać ich codziennie, bo wtedy mogą się przypadkiem znudzić i ciężko wówczas docenić piękno niektórych spektaklów. :)zachód słońca nad wyspą Zirje.jachty tuż po zachodzie słońca i moja ulubiona różowa poświata.zachód słońca na Murterze w Betiniena wyspie Solta. :)          Podczas naszej ostatniej nocy na dziko mieliśmy pewne dylematy, gdzie się zatrzymać. Pierwsza zatoka nie wywarła na nas pozytywnego wrażenia, dlatego szybciutko popłynęliśmy ciut dalej, żeby zakotwiczyć w zatoce Stari Trogir. To miejsce zachwyciło wszystkich, nawet najbardziej wybrednych. ;) A to co rozgrywało się wówczas na niebie - zapierało dech w piersiach. Dawno nie widziałam tak cudownego przedstawienia natury, tylu barw na niebie i tak niesamowitych odcieni. Przez kilkadziesiąt minut żeńska część załogi nie mogła się oderwać od aparatów, a męska dołączyła do nas od razu po bezpiecznym zaparkowaniu jachtu. ;)  (uwaga! teraz będzie ten moment, gdy pojawia się naprawdę dużo zdjęć, ale później będzie jeszcze tekst, także nie przerywajcie teraz ;p)fot. D.T.fot. M.T.          Cudne c'nie? To zdecydowanie był najpiękniejszy zachód słońca na morzu jaki widziałam w życiu. Zresztą, to zupełnie inne przeżycie widzieć zachód z lądu, a co innego z wody. Mam wrażenie, że na wodzie wszystko przeżywa się dwa razy intensywniej niż na stałym lądzie. Chociaż nie umniejszam nic zachodom słońca widzianym z lądu, bo ten który mieliśmy okazję oglądać w ostatni wieczór w Chorwacji w Trogirze też był absolutnie przecudowny. Gdyby nie fakt, że akurat wtedy kiepsko się czułam i jak najszybciej chciałam znaleźć się w marinie, to jeszcze wróciłabym na słynną trogirską promenadę, żeby popatrzeć dłużej. Ale i tak było przepięknie! :)          Eh, eh, muszę przyznać, że się rozmarzyłam sama oglądając te fotografie i zdecydowanie w moim serduszku pojawiła się ogromna tęsknota za tymi krajobrazami. Ale też z tej tęsknoty rodzi się ogromna motywacja, bo jeśli wszystko pójdzie dobrze, to jest ogromna szansa, że w przyszłym roku też się tam pojawimy i znowu będziemy mieli okazję podziwiać równie piękne (a może i piękniejsze, kto wie) widoki. A na razie - udanego tygodnia! :)fot. M.T.~~Madusia.

Stabilizacja m.ZD 12-100 PRO

Dobas

Stabilizacja m.ZD 12-100 PRO

W Alpach Julijskich – w drodze na Triglav

marcogor o gorach

W Alpach Julijskich – w drodze na Triglav

Chorwacja pod żaglami: wrześniowy instagram mix.

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: wrześniowy instagram mix.

marcogor o gorach

Drugi raz na Śnieżniku oraz na podniebnej trasie

Trzeci raz z rzędu wrześniowy urlop zaplanowałem w Sudetach. Tym razem postanowiłem zwiedzić bardziej ich czeską stronę. Spędziłem więc tydzień życia objeżdżając i wałęsając się po najciekawszych miejscach górskich. Odwiedzałem głównie atrakcje turystyczne wzdłuż granicy czesko – niemieckiej i czesko – polskiej. Po raz drugi zdobyłem też szczyt Śnieżnika, najwyższą górę Moraw. Tym razem wszedłem na nią od strony czeskiej miejscowości Horna Morawa, gdzie zaczyna swój bieg ścieżka przyrodnicza na wierzchołek. Trasa jest bardzo urozmaicona, a ja dodatkowo dodałem sobie do niej wejście na Slamenkę, gdzie zbudowano największą wieżę widokową na Morawach, zwaną Sky Walk, czyli podniebną trasą. Masyw Śnieżnika to rozległe i jedno z wyższych w Sudetach pasm górskich, które zamyka od południa Kotlinę Kłodzką. MASYW ŚNIEŻNIKA Masyw Śnieżnika stanowi rodzaj rozrogu, którego centralnym zwornikiem jest sam Śnieżnik. Odbiega od niego pięć wyraźnych ramion. Ramiona te posiadają postać obszernych, spłaszczonych grzbietów z niewyraźnymi w większości kulminacjami szczytowymi. Poszczególne ramiona oddzielają głęboko wcięte doliny erozyjne, co nadaje masywowi prawie wysokogórski charakter. Właśnie głęboką doliną rzeki Morawa wędrowałem dość długo na początku, by po wejściu w szczytowe partie góry odkryć źródła tego wielkiego dopływu Dunaju. Miejsce to jest ładnie wydzielone i udostępnione turystom, jako jedna  z atrakcji masywu. Schodziłem natomiast jednym z bocznych ramion, zdobywając przy okazji kilka pomniejszych szczytów. ŚNIEŻNIK KŁODZKI Ale po kolei… wygodna droga doliną Morawy prowadziła mnie żółtym szlakiem obok potoku, przez liczne mostki, mijając dwie altanki turystyczne. Później szeroka leśna droga zaczęła się dość stromo wznosić by koło kolejnej chatki zmienić się w prawdziwy szlak wysokogórski. Z tego miejsca ładnie prezentowała się olbrzymia wieża widokowa na sąsiednim grzbiecie. Moja ścieżka prowadziła obok chaty Horskiej Służby, by po połączeniu z czerwonym szlakiem doprowadzić mnie do opisanego już źródła Morawy. Potem rozpoczęła się najpiękniejsza część wędrówki graniowej. Rozległa i bezleśna kopuła szczytowa  jest doskonałym punktem widokowym. Przy dobrej pogodzie można podziwiać stąd Karkonosze, Masyw Ślęży i Beskidy. Mi nie udało się tyle zobaczyć z powodu mglistej pogody. Na skłonach kopuły szczytowej występują rumowiska kamienne, dużą wartość przyrodniczą posiadają piękne o tej porze roku murawy i traworośla szczytowe. Poniżej wierzchołka rośnie też sztucznie wprowadzona kosodrzewina. BIAŁY SŁOŃ – SYMBOL ŚNIEŻNIKA Na podszczytowej łące zobaczyłem ruiny czeskiego schroniska z 1912 r. , rozebranego w 1971 r. , a dokŁadniej fundamenty i piwnice po nim. Moje spojrzenia przykuł jednak tutaj słoń! Monumentalna kamienna rzeźba białego słonia na cokole  przetrwała dłużej niż schronisko, do dziś! Dla Czechów jest ona symbolem Śnieżnika. Rzeźbę ustawili w 1932 r. członkowie grupy artystycznej Jescher zaprzyjaźnieni z dzierżawcą schroniska Liechtensteina Oskarem Gutwinskim. Po polskiej stronie stoi za to do dziś schroniska PTTK na Hali pod Śnieżnikiem z czasów Marianny Orańskiej. Zauroczony tym miejscem nie śpieszyłem się już na wierzchołek, choć był już bliski. Na szczycie czekały tłumy turystów, bowiem tak popularna jest ta góra do dziś. HISTORYCZNA WIEŻA WIDOKOWA NA SZCZYCIE Śnieżnik był tak popularny, że w latach 1895–1899 wzniesiono tutaj kamienną wieżę widokową w kształcie cylindrycznej baszty. Wzniesiona została w latach 1895–1899 z inicjatywy Kłodzkiego Towarzystwa Górskiego i miała służyć podniesieniu atrakcyjności wycieczek na szczyt. Potężna konstrukcja, nawiązująca do modnego wówczas romantycznego stylu naśladującego średniowiecze, miała 6 kondygnacji i wysokość 33,5 m. Nadano jej imię cesarza Wilhelma I i dobudowano budynek mieszczący małe schronisko. Po II wojnie światowej infrastruktura turystyczna zaczęła podupadać.  a 11 października 1973 r. wysadzono w powietrze zaniedbaną, rozpadającą się wieżę widokową. Jej resztki tworzą dziś kulminację na kopule szczytowej. Kawałek historii tej góry rozleciał się na kawałki, nad czym nie mogę przeboleć! POŁUDNIOWYM RAMIENIEM ŚNIEŻNIKA Po obejrzeniu wszystkiego na kopule szczytowej ruszyłem dalej, tym razem zielonym, granicznym szlakiem, który co chwila stykał się z czerwonym, którym podchodziłem. Nim dość szybko straciłem wysokość i stanąłem na przełęczy pod Śnieżnikiem. Stąd odchodził długi południowy grzbiet, a wraz z nim niebieski szlak, którym miałem iść do samego końca wycieczki. Od tego miejsca łagodnie, pośród wiatrołomów zdobywałem kolejne, pomniejsze szczyty z ciekawymi widokami na Masyw Śnieżnika. Były to po kolei wierzchołki Stribnicka, Cerna Kupa, Sušina i Podbělka, niestety zalesione, a więc widoki miałem tylko dzięki wiatrołomom. Tak dotarłem do chaty Babuse, by po kilku minutach trawersem Świnnej Góry dojść na zbocza Slamenki, do górskiej chaty o tej samej nazwie. SKY WALK – PODNIEBNA ŚCIEŻKA Tutaj stoi górna stacja wyciągu krzesełkowego , wspomniana chata oraz najnowsza atrakcja, która przyciąga rzesze turystów, czyli podniebna ścieżka – Sky Walk. Budowa tej olbrzymiej wieży wzbudzała wielkie kontrowersje w Czechach, bowiem bezpowrotnie zmieniła krajobraz tego pasma. Wysoka na 55 m i mająca 710 m długości do przejścia trasa, po niekończących się spiralnych metalowych podestach jest widoczna z bardzo daleka. Na środku mieszczą się z kolei strome wąskie schody do zejścia oraz rura zjazdowa dla odważnych jak w aquaparku. Sama najwyższa widokowa platforma ma na środku metalową siatkę, dzięki czemu możemy zobaczyć pod nogami ziemię. Na mnie nie zrobiła ona zbyt dużego wrażenia, ale dla rodzin z dziećmi na pewno jest to olbrzymia atrakcja. DOLNA MORAVA Choć koszty jej zdobywania są niemałe. Wstęp na wieżę dla dorosłych kosztuje 200 koron, a z wjazdem kolejką w obie strony 350 koron. Dlatego bardzo duża ilość turystów podchodziła po prostu po stromym stoku narciarskim do wieży. Ja wykorzystałem tę opcję na zejście, choć było naprawdę ostro w dół. Ale dzięki temu ominął mnie wydatek na kolejkę lub długie okrężne zejście niebieskim szlakiem. W samej miejscowości Dolna Morawa także przygotowano kilka atrakcji dla dzieci, jak park linowy, zjeżdżalnie itp. Jest też mnóstwo parkingów, a dojeżdżają tu także autobusy kursowe z większych miast. Na jednym z parkingów zakończyła się moja krajoznawcza trasa, zatrzymując się na ponad 21 km w nogach. Miejscowość ta to również jeden z większych areałów narciarstwa zjazdowego w Czechach. NOCLEGI W SUDETACH Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu oraz przeczytania opowieści o mym pierwszym wejściu na Śnieżnik Kłodzki, od polskiej strony. Muszę jeszcze dodać, że podczas swego pobytu w Czechach bardzo przydatna była dla mnie wyszukiwarka noclegów „HotelsCombined”. Dzięki niej szybko i sprawnie mogłem wyszukać sobie spanie w pobliżu miejsca, gdzie kończyłem swoje wypady. Trwająca tydzień eskapada krajoznawczo – górska po czeskich Sudetach była bardzo intensywna od rana do wieczora, więc noclegi musiałem wyszukiwać raz dwa… Wkrótce kolejne odcinki mej opowieści o przygodach z tego urlopu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Jak dobrze nam zdobywać góry: magiczna Ślęża.

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: magiczna Ślęża.

     Wtorek rano to dobra pora na notkę - pomyślałam wstając dzisiaj z łóżka i po wyprawieniu mojego mężczyzny do pracy szybciutko przystąpiłam do pisania. Co prawda, jako pierwsza czekała mnie przeprawa ze zdjęciami, gdyż z powodu nagłej śmierci mojego laptoka dostęp do nich stał się dość utrudniony. I tak wyszło, że dzisiaj do pracy z Tomaszem powędrował dysk, na którym wszystkie je składuję. Ale nie załamujmy się, szybko sobie przypomniałam, że przecież zdjęcia z ostatnich wypraw górskich ciągle są na aparacie, więc wystarczy znaleźć kabelek i podłączyć go do komputera (na szczęście, Tomasz jako wiano do wspólnego mieszkania wniósł stacjonarny komputer, więc przynajmniej mam z czego korzystać w tych smutnych samotnych chwilach). Oczywiście wcale nie było to takie proste, ponieważ jestem w połowie zmiany aranżacji dolnego poziomu mieszkania, więc szukanie kabla trochę mi zajęło w panującym tam bałaganie. Wreszcie szczęśliwa przybiegłam z aparatem do komputera na górę, podłączyłam go i już chcę radośnie zgrywać odpowiednie zdjęcia, gdy nagle pokazuje mi, że wszystko fajnie spoko, tylko brakuje karty pamięci. I zdjęć nie ma. Chwila paniki, zastanowienia i odkrycie, że karta (jak praktycznie zawsze) została w laptoku. Kolejna runda po schodach, pod którymi między stertami różnych dziwnych rzeczy mieszka obecnie mój niedziałający sprzęt i wreszcie okrzyk radości, bo mam kartę. I są zdjęcia. I tak oto powstała właśnie ta notka. Zapraszam serdecznie, doceńcie poświęcenie. ;p       Wyjątkowo w tym roku sezon górski nam nie dopisuje, dlatego wymyśliłam, że po powrocie z Hiszpanii możemy jeszcze skoczyć w Sudety na trzy dni. Do Krakowa przylecieliśmy w czwartek wieczorem, przepakowaliśmy się, przespaliśmy we własnym łóżku i w piątek rano wyruszyliśmy w drogę. Nocleg mieliśmy w Pisarzowicach nieopodal Kamiennej Góry, ale przed przyjazdem tam chcieliśmy jeszcze radośnie wtuptać na Ślężę. Miało to być nasze drugiej starcie z nią, bowiem w zeszłym roku sztuka ta nam się nie udała. Wielka Sowa trochę nas zmęczyła, pogoda była niepewna i koniec końców w Sobótce wylądowaliśmy dość późno, a wejście na Wieżycę okazało się zbyt strome, żebyśmy mieli siłę iść dalej. W drodze powrotnej okazało się, że rezygnacja była naprawdę dobrym wyjściem, gdyż rozpętała się tak szalona burza, że niechybnie byśmy tam na górze mieli niezwykle wesoło. Zwłaszcza że przecież Ślęża to góra czarownic, a ja głosi legenda podczas burz diabły próbują dostać się do piekła. ;)tutaj tekst legendy, który wita nas na wejściu.        Tym razem postanowiliśmy wejść od łatwiejszej strony, bo jednak zmęczenie po Hiszpanii gdzieś tam w nas tkwiło i woleliśmy nie ryzykować dzikich wędrówek, zwłaszcza w perspektywie tego, że w następnym dniu mieliśmy w planach królową Sudetów, czyli Śnieżkę.        Podróż przez nas piękny kraj niestety nie należy do przyjemnych, bowiem jazda po autostradzie to chyba najbardziej stresująca rzecz na świecie. W Hiszpanii i generalnie za granicą ludzie jeżdżą zdecydowanie spokojniej i bezpieczniej (nawet szaleni Włosi), zaś u nas drżę niemal na każdym kilometrze. Paradoksalnie najbezpieczniej czułam się pod koniec drogi, gdy GPS wysłał nas w podróż po malutkich wioseczkach dolnośląskich. Tam zdecydowanie spokojniej było, a i widoki dopisywały i był czas je podziwiać. Szczególnie, że na horyzoncie pojawiła się bohaterka dnia, która z każdym kolejnym kilometrem wyglądała coraz dostojniej.          Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy na Przełęczy Tąpadła, gdzie znajduje się wielki bezpłatny parking, więc nie było problemu z zostawienie samochodu ani z przebraniem się w strój roboczy. ;) Dochodziła godzina szesnasta, słońce pięknie świeciło, był piątek i przed nami była góra do zdobycia - czego można więcej chcieć. ;) Szlak żółty od samego początku nie należał do wyjątkowo wymagających, prowadził prosto na górę w godzinkę. Trochę nas irytował fakt, że była to również droga wjazdowa na szczyt i do tego dość mocno użytkowana przez przeróżne środki transportu. Dodatkowo jeszcze odbywał się w kościółku na górze ślub, bowiem mijała nas para młoda w dżipie, zaś na dole przy ośrodku czekał tłum gości. Naprawdę fajnie wyglądaliśmy w krótkich spodenkach, górskich butach, z plecakami na plecach przechodząc obok grupy wystrojonych w kiecki, szpilki bądź garnitury i lśniące lakierki ludzi. ;) Swoją drogą ciekawe miejsce na ślub. ;)       Jak się okazało w trakcie drogi na Ślężę wiodą także szlaki archeologiczne oznaczone symbolem niedźwiedzicy, które mnie osobiście zafascynowały. Nie mieliśmy jednak na tyle czasu, żeby zgłębić go w całości, jedynie troszku widzieliśmy. Mniej więcej w połowie drogi odbiliśmy kawałek w bok, na skałki należące do zespołu "Skalna". Tablica informowała, że łatwo się wśród nich zgubić, dlatego też nie zapuszczaliśmy się w nie głębiej.        Droga na szczyt nie była zbyt wymagająca, zajęła nam niecałą godzinę. Widoczków praktycznie żadnych w trakcie nie było, jedynie wzrok przykuwały formacje skalne. I coraz większe tłumy ludzi, których tutaj naprawdę nie brakowało, mimo faktu, iż był piątek. ;)         Na szczycie naszą uwagę przykuł kościółek, spodziewaliśmy się, że będzie można wejść na jego wieżę i rozejrzeć się dookoła. Niestety, wszystko było pozamykane na cztery spusty. Świetnym punktem widokowym byłaby także wieża radiowo-telewizyjna, tam jednak też nie można było wejść. Schronisko zaś żadną wieżą nie dysponowało, więc jedynie zakupiliśmy w nim pocztówkę i przybiliśmy na niej pamiątkową pieczątkę. Usiedliśmy w jednym miejscu skąd roztaczał się widok na okolicę (gdzie można było dojrzeć Wrocław) i zjedliśmy kanapki. Trochę nas ten szczyt rozczarował, dlatego bardzo ucieszył nas szlakowskaz przy schronisku pokazujący, że generalnie na szczyt Ślęży to jeszcze pięć minut stąd jest. Znaczy się - może coś jeszcze ciekawego będzie. Bo tutaj poza słynną niedźwiedzicą, niewiele mi się podobało. ;)słynna niedźwiedzica, piękna nieprawdaż?        Po kilkunastu krokach szlakiem za kościółkiem okazało się, że jednak jeszcze będzie przepięknie. Naszym oczom bowiem ukazała się wieża. I do tego otwarta, wystarczyło tylko wspiąć się po wąskich stopniach na samą górę. Ogromnym plusem był także fakt, że zaskakująco mało osób o niej wie, bo spędziliśmy na niej w samotności kilka ładnych minut. Nie, żebym jakoś szczególnie rozpaczała na tym faktem. ;) Jedyne co mnie smuciło to fakt, że nigdy (ale to absolutnie nigdzie) nie spotkaliśmy żadnej tabliczki z nazwą i wysokością góry. Trochę smuteczek, ale i tak było pięknie, a widoki w pełni nas usatysfakcjonowały. ;)obowiązkowe selfie na szczycie. :)na szczycie Ślęży - 718 m.n.p.m.                W drodze powrotnej planowaliśmy zrobić jakąś pętelkę, ale skończyło się na powrocie tą samą trasą, bo mimo wszystko zmęczenie trochę nas (a głównie mnie ;p) już łapało. Cała trasa naprawdę nie była wymagająca, praktycznie żadnego podejścia (mimo iż różnica wysokości to mniej więcej czterysta metrów). Łącznie kilometrów wyszło nam koło 7-8 (ciężko niestety dokładnie powiedzieć, bo w pewnym momencie GPS przerwał nam naliczanie trasy i nie do końca wiemy ile w końcu było ;p). Była to taka idealna przebieżka przed następnym dniem i Śnieżką, która miała być zdecydowanie bardziej wymagająca. I taka też była, ale o tym w kolejnych opowieściach. ;*wszędzie wlezę ;p~~Madusia.Ps. Szczyt nr 11 w naszej wspólnej Koronie Gór Polski. Jeszcze 17 do końca. ;p

Hiszpańskie opowieści: najpiękniejsza plaża w Galicji.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: najpiękniejsza plaża w Galicji.

       Zaczął się wrzesień, egzamin zbliża się wielkimi krokami, z każdym kolejnym dniem stresuję się coraz bardziej, ale staram się jakoś trzymać i nie wpadać w panikę częściej niż co kilka dni. ;) Cieszy mnie też niezmiernie fakt, że jeszcze pod koniec tego miesiąca pojedziemy na tydzień do Chorwacji pożeglować sobie beztrosko po Adriatyku. Co prawda, znaczną część mojego bagażu będą zajmowały książki i notatki, ale zdecydowanie przyjemniej będzie się uczyć leżąc na dziobie jachtu niż w domu przy biurku (albo prędzej na łóżku, bo generalnie biurka to nie mamy ;p). Pozostając zaś w temacie mórz i oceanów, dzisiaj na blogasku będzie wyjątkowo. Przeniesiemy się bowiem na niezwykłą plażę w Galicji, chyba najpopularniejszą w tym regionie. Generalnie do Galicji raczej nie jeździ się po to, żeby plażować, bowiem pogoda nawet w wakacje jest tam dość niepewna, a morze/ocean zimniejsze niż nasz Bałtyk. Ale, ale... jest tu dużo pięknych miejsc, a jednym z nich jest właśnie plaża As Catedrais (Playa de las Catedrales), czyli po prostu Plaża Katedr. To miejsce koniecznie trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu. A kto nie widział go jeszcze na żywo, to serdecznie zapraszam do dalszej części, gdzie zdjęć będzie pod dostatkiem. ;)       Plaża znajduje się w prowincji Lugo między miasteczkami Ribadeo i Foz. Dojazd do niej jest pięknie oznaczony i nie ma z nim żadnego problemu, zaś otoczone jest kilkoma wielkimi (i do tego bezpłatnymi!!!) parkingami, więc nawet przy dużym tłoku, nie ma problemu z zatrzymaniem się. Popularność tego miejsca w Galicji jest ogromna i ludzie specjalnie tutaj przyjeżdżają, nawet niekoniecznie mając je po drodze. Myśmy przykładowo mieli tutaj od miejsca gdzie mieszkaliśmy ponad 120 km, które pokonuje się średnio w nieco ponad godzinę. Ale zdecydowanie warto nadłożyć tyle kilometrów, żeby ujrzeć to miejsce na własne oczy.       Jest to naprawdę wyjątkowe miejsce w Galicji, gdzie swoje piętno odcisnęła dzikość fal, wiatr i powtarzalność pływów Morza Kantabryjskiego. To własnie te pływy sprawiają, że miejsce jest tak absolutnie przecudowne, a chwilami nawet niedostępne, bowiem w trakcie przypływów zejście na plażę staje się niemożliwe, gdyż cała jest zalana morską wodą. Dlatego koniecznie przed przyjazdem tutaj trzeba się zapoznać z informacjami w internecie, kiedy są największe pływy i kiedy plaża jest zamknięta dla zwiedzających. Obecnie powinno się właśnie w internecie pobrać bezpłatną wejściówkę na konkretny dzień (co też zrobiliśmy), ale na miejscu okazało się, że nikt tego nie sprawdzał. ;) Bo mimo iż z wysokich klifów otaczających plażę widoki również są bajeczne, to jednak największą frajdą jest spacer po niej i zobaczenie z bliska olbrzymich ponad trzydziestometrowych łupkowych łuków przypominających architekturę wnętrza katedr, od których plaża wzięła swoją nazwę.        Równie niesamowite wrażenie robią wydrążone na skutek erozji wodno-wietrznej głębokie groty i jaskinie wydrążone w skałach. Myśmy akurat byli tutaj już w momencie, gdy przypływ się rozpoczął, dlatego część z nich była już zalana wodą i aby przez nie przejść, należało brodzić w niej po kolana. Ale co to dla nas, przecież wiadomym było, że ja to muszę wejść w każdą dziurę. ;p Tak też było i tym razem, a moim zachwytom nie było końca. Trochę żałowałam, że nie nakręciliśmy żadnego filmiku, bowiem panuje tutaj naprawdę niesamowita akustyka i odgłos rozbijających się o skały fal robił mocne wrażenie. ;)         Wspomniane groty i jaskinie służyły mi osobiście jako fantastyczne ramki do zdjęć z widokiem na morze. Jak powszechnie wiadomo, wszelkie rameczki uwielbiam i tutaj też nie mogłam oprzeć się okazji, żeby nie skorzystać z tego, co sama natura podsuwa mi pod nosek. I to zdecydowanie są jedne z moich ulubionych zdjęć. :)          Niestety przypływ na nikogo nie czeka i przebywając na plaży ciągle miałam wrażenie, że jest to walka z upływającym czasem, walka o każdą kolejną minutę pobytu tutaj. Oczywiście, do samego momentu zamknięcia plaży, gdy poziom wody nie będzie pozwalał już na zejście, jeszcze było daleko, ale takie uczucie cały czas we mnie było. Szczególnie, gdy zaciągałam Tomasza w takie miejsca, gdzie wody było naprawdę sporo i nie spieszyłam się z wyjściem, bo jeszcze przecież trzeba się napatrzeć. ;) A jest to miejsce, gdzie ciągle ma się uczucie, że widział się go za mało i za krótko i wcale nie chce się stąd wychodzić. ;)         Zdecydowanym też plusem naszej wyprawy był fakt, że naprawdę dopisała nam pogoda, co jak już wspomniałam na wstępie, w Galicji nie zdarza się zbyt często. Zaś piękna pogoda na plaży As Catedrais sprawia, że można ją podziwiać w spokoju, bowiem żaden wiatr nie chce urwać ci głowy. ;) Naprawdę, aż wychodzić stąd nie chciałam i przeciągałam tą chwilę długo, aż część naszej wycieczki zaczęła się niecierpliwić. ;) Ale jak tu można tak szybko tylko przelecieć takie cudne miejsce i nie poświęcić mu chociaż dłużej chwili. W końcu nazwa "plaża katedr" sama w sobie zmusza do kontemplacji, c'nie? ;p         I teraz zadanie bojowe: spójrzcie na powyższe zdjęcie, a następnie przewińcie notkę do góry i skupcie się na drugim zdjęciu. Można na nich zobaczyć jak szybko w ciągu kilkunastu minut przybliżyło się morze do lądu. Tak mocne są właśnie pływy na As Catedrais. ;) Akurat jak wchodziliśmy po schodach na górę, minęliśmy się z ratownikiem, który szedł już ustawiać znaki zakazujące wejścia. Można powiedzieć, że w ostatnim momencie zdążyliśmy, chociaż ludzi dopiero schodzących na plażę nie brakowało, nawet z wózkami. ;)        Podsumowując, zdjęcia chyba mówią same za siebie - jest to naprawdę niesamowite miejsce, jedno z tych magicznych, które na zawsze zostają w naszym serduszku i które koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy. I zdecydowanie jest to powód (obok przepysznej ośmiornicy), żeby przyjechać chociaż na kilka chwil do Galicji. A najlepiej zostać dłużej i zakochać się w niej od pierwszego wejrzenia tak, jak ja to zrobiłam. :)~~Madusia.

Podróże MM

Literatura podróżnicza - polecam!

Brak funduszy, odwagi czy czasu nie oznacza, że nie możemy wybrać się na krańce świata. Kiedy jesteśmy przykuci do jednego miejsca, jedyną drogą ucieczki w świat jest książka. Ponoć w dobie technologii czytamy coraz mniej. W internecie jest wszystko - treść, zdjęcia, filmy. Dlaczego zatem sięgam po książki? Oprócz tego, że uwielbiam zapach zadrukowanego papieru, to lektura jest dla mnie spotkaniem z autorem. Choć on nie za mnie osobiście, to opowiada mi o swoich przygodach tak, jakbyśmy siedzieli przy herbacie. Siedząc w domowym fotelu czy na uniwersyteckiej auli, mogę polecieć do Hiszpanii, Argentyny, Chile, Gwatemali, Stanów, Tajlandii, Kenii, gdziekolwiek. Choć brzmi to abstrakcyjnie, to jest to czysta prawda. Gdy czytam, mój mózg skupia się wyłącznie na treści. Nie ma mnie tam, gdzie jestem, bo moje myśli podróżują po całym świecie. Wiem, że przez grono czytelników jestem dobrze rozumiany. A jeśli Ty nie wiesz o czym mówię, to daj się namówić na lekturę choćby jednej z poniższych publikacji!Wojciech Cejrowski, Podróżnik WC. Wydanie II poprawioneWojciech Cejrowski to postać bardzo wyrazista. Otwarcie mówi o swoich poglądach narażając się na krytykę społeczeństwa. Z panem Cejrowskim można się zgadzać lub nie, lecz nie można mu zabrać tego, że o świecie opowiada tak, że chciałoby się usiąść przy domowym kominku i słuchać. Wydana w 2010 roku książka pt. Podróżnik WC. Wydanie II poprawione to pierwsza podróżnicza publikacja Wojciecha Cejrowskiego. Wraz z autorem udamy się do Stanów Zjednoczonych, Meksyku oraz towarzyszyć będziemy w wędrówce przez dżunglę w poszukiwaniu Zaginionego Miasta gdzieś w Ameryce Południowej. Groteska, humor, świetne zdjęcia, niezwykłe przygody... Lektura obowiązkowa!Wojciech Cejrowski, Wyspa na preriiCiężko przejdzie mi przez gardło stwierdzenie, że to moja ulubiona książka Wojciecha Cejrowskiego, ponieważ wszystkie jego publikacje są wybitne. Wyspa na prerii (Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2014) to moje niespełnione marzenie. Autor książki zaprasza nas na swoje rancho gdzieś w Arizonie opisując życie na prerii. Słowo klucz to wolność, w szerokim rozumieniu znaczenia tego słowa. To właśnie ona sprawia, że południowe stany USA są dla mnie miejscem, gdzie chciałbym żyć. Wojciech Cejrowski po raz kolejny uświadamia czytelnikom, że nasza cywilizacja zmierza w złym kierunku. Są jednak takie miejsca jak arizońska preria, gdzie czas zatrzymał się, gdy nie było jeszcze na to za późno.Wojciech Cejrowski, Gringo wśród dzikich plemionTo ulubiona książka Wojciecha Cejrowskiego i wielki bestseller, którego nakład już dawno przekroczył pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Nic dziwnego. Ta książka to podróż, na którą niewielu z nas może sobie pozwolić. Tym razem Wojciech Cejrowski zabiera nas do amazońskiej dżungli w poszukiwaniu dzikich plemion. Książka ta to filozofia życia widziana oczami Indian, przez co także i nas skłania ku głębokiej refleksji i może okazać się cenną lekcją. Oprócz dzikich ziem Amazonii, wybierzemy się z autorem do Belize, Gwatemali, Hondurasu, na Karaiby czy na kraniec świata zwany Przesmykiem Darien.   Wojciech Cejrowski, Rio AnacondaWracamy z Wojciechem Cejrowskim na dzikie ziemie gdzieś na pograniczu Kolumbii i Brazylii. Tym razem w poszukiwaniu plemienia Carapana. Będzie magicznie, zabawnie i niebezpiecznie - czyli standard w wydaniu jednego z moich ulubionych autorów. Po raz kolejny Wojciech Cejrowski pisze o ostatnich dzikich plemionach zamieszkujących lasy Amazonii. Choć w książce nie brakuje dobrego humoru, to ostatecznie jest to smutna publikacja, która uświadamia nam, że dawno temu zgubiliśmy drogę i nie potrafimy się odnaleźć w tym co robimy ze światem. Choć zwiemy Indian "dzikimi", to możemy się od nich naprawdę wiele nauczyć. Czasu na to zostało naprawdę niewiele.Stefan Czerniecki, Dalej od BuenosKolejna książka Biblioteki Poznaj Świat na mojej półce. Stefan Czerniecki zabierze nas do Buenos Aires, gdzie poznamy latynoski (czyt. specyficzny) styl życia w wielkim mieście. Udamy się autobusem do malowniczej Patagonii, odwiedzimy Chile, przekroczymy wraz z autorem granicę udając się ze sceptycznym nastawieniem do Boliwii. Książkę Czernieckiego czyta się bardzo przyjemnie. Tekst uzupełniają przepiękne zdjęcia. Książka Dalej od Buenos zaraża latynoamerykańską kulturą. To była pierwsza książka Stefana Czernieckiego, którą przeczytałem. Spodobała mi się na tyle, że zaraz potem nabyłem drugą publikację tego autora. Stefan Czerniecki, CiszaKolejną podróż ze Stefanem Czernieckim odbyłem w Peru i Ekwadorze. Cenię sobie tego autora między innymi za fakt, że jest szczery w kontakcie z czytelnikiem. Nie opisuje Ameryki Południowej jedynie w samych superlatywach. Ukazuje latynoską kulturę ze wszystkimi jej zaletami i wadami. Mimo wszystko coraz to bardziej zakochuję się w Ameryce Południowej, a lektura książek Wojciecha Cejrowskiego i Stefana Czarnieckiego tylko potęguje we mnie chęć podróży za ocean. Podobnie jak Dalej od Buenos, Ciszę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Lektura mocno wciąga. No i te zdjęcia... Książka w każdym calu godna polecenia!Przemysław Skokowski, Autostopem przez życieAutostopem przez życie to książka o czteromiesięcznej podróży do Azji. Przemek Skokowski udaje się autostopem z Gdańska do Birmy, pokonując w trasie 26 000 kilometrów. W czasie swojej podróży odwiedził Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Laos i Tajlandię. Choć brak mi odwagi, by wziąć odpowiedzialność za partnerkę i wybrać się w tak pełną niespodzianek podróż, to o przygodach Przemka słucham z wielkim zainteresowaniem. Miałem okazję poznać "osobiście" autora podczas jednego ze spotkań i muszę przyznać, że facet zdobył moją sympatię. Niezwykle inteligentny i wesoły chłopak. Przekonajcie się sami.Przemysław Skokowski, Autostopem przez Atlantyk i Amerykę PołudniowąDruga podróż Przemka Skokowskiego na kraniec świata. Tym razem autor relacjonuje swoją siedmiomiesięczną wyprawę do Brazylii. Po drodze przejdziemy El Camino z Lourdes do Santiago de Compostela, popłyniemy jachtostopem na Kanary i Karaiby, towarzyszyć będziemy Przemkowi w podróży przez kraje Ameryki Łacińskiej. W tej książce urzekła mnie niezwykła szczerość autora wobec czytelnika. Epilog zamykający książkę wprawił mnie w osłupienie i chodził po głowie jeszcze przez długi czas. Autostopem przez Atlantyk... to książka nie tylko o podróży, ale także o poznawaniu siebie, docenianiu tego, co mamy i o tym, jak wartościujemy swoje życie. Niezwykła książka napisana przez niezwykłego człowieka. Post aktualizowany. Reszta publikacji ukaże się niebawem.

Przez Połoninę Kuk, czyli cuda Borżawy

marcogor o gorach

Przez Połoninę Kuk, czyli cuda Borżawy

Kolejna ma wycieczka w piękne pasmo Borżawy zaowocowała przejściem Połoniny Kuk, z wejściem na jej najwyższe wierzchołki Kuk ( 1361 m) i Menczuł ( 1247 m). Borżawa, albo inaczej Połonina Borżawska to jedne z najlepiej dostępnych gór na Ukrainie. Jest tam stosunkowo blisko od granicy z Polską, w miasteczku Wołowiec na pograniczu pasma jest dobra baza noclegowa. Pasmo Borżawy ma ok. 25 km długości, rozciąga się między doliną Wiczy (dopływu Latoricy) na północnym zachodzie, a doliną Riki na południowym wschodzie. Na zachodzie Połonina Borżawska graniczy z Połoniną Równą, na wschodzie – z Połoniną Czerwoną. Pasmo Połoniny Borżawskiej w swoich wyższych partiach ma charakter wysokogórski – szczyty są stożkowe, pokryte specyficzną dla Wschodnich Karpat formacją połoniny. Grzbiety są szerokie, doliny – głęboko wcięte. Poniżej linii 1200 m n.p.m. zbocza są pokryte lasami, głównie bukowymi, które jednak są w ostatnich dziesięcioleciach masowo wyrąbywane. Na połoninach prowadzi się wypas owiec. malownicze wejście na szlak z Miżhirji (do 1953 Wołowe (Pole) Połonina Borżawska nie jest objęta żadną formą urzędowej ochrony przyrody. Przez pasmo przebiega gazociąg. Te leżące na ukraińskim Zakarpaciu góry dzielą się na trzy grzbiety: -krótki zachodni ze szczytami Tomnatyk (1344 m n.p.m.) i Płaj (1334 m n.p.m.), -nieco dłuższy południowy ze szczytami Pohar (792 m n.p.m.), Magura (1088 m n.p.m.) i z najwyższym szczytem całego pasma – Stohami (1677 m n.p.m.), -wielokrotnie dłuższy od nich grzbiet południowo-wschodni ze szczytami Magura Żydowska (1516 m n.p.m.) i Hrad (1374 m n.p.m.). Grzbiet ten w połowie długości jest przedzielony przełęczą Prislop (1142 m n.p.m. [?]). W jego końcowej części wyodrębnia się małą Połoninę Kuk (kulminacje Kuk, 1361 m n.p.m. i Menczuł, 1247 m n.p.m.), dalej masywy Wodica (kulminacja Wodica, 1027 m n.p.m.) i Jasienie (kulminacje Jasieniówka, 1004 m n.p.m. i Jasienia, 880 m n.p.m.), a na samym krańcu, w zakolu Riki, masyw Paleny Hruń (kulminacja Skała, 1038 m n.p.m.). Grzbiety te zbiegają się na szczycie Wełykyj Werch (1598 m n.p.m.) w północnej części pasma. przeprawa przez bystry, dziki potok Borżawa należy do Beskidów Połonińskich w łańcuchu Zewnętrznych Karpat Wschodnich. Coraz intensywniejszą w ostatnich latach turystykę górską ułatwia sieć pasterskich dróg i ścieżek. Jest tutaj dużo dobrze oznakowanych szlaków turystycznych. Głównymi punktami wypadowymi w Połoninę Borżawską są miasteczka Wołowec i Miżhirja, leżące na jej obrzeżach. Właśnie w tej ostatniej osadzie rozpoczęła się moja wędrówka w kierunku połoniny wraz z mocną ekipą z PTTK-u Sanok. Miżhirja to osiedle typu miejskiego w obwodzie zakarpackim w zachodniej Ukrainie. Miasteczko leży w górach, w dolinie Riki, dzielącej pasma Połoniny Borżawy i Połoniny Czerwonej. Nasza trasa biegła początkowo wygodną drogą wśród rozrzuconych domostw, a później uroczymi łąkami, by po przeprawie przez potok prowadzić dość stromym wąwozem przez las. Potem nasz przewodnik Pan Marek wyprowadził nas na zieloną polanę, skąd już łagodniejszymi ścieżkami wyszliśmy na grzbiet połoniny. nasza malownicza droga na połoninę Dalsza wędrówka granią Połoniny Kuk przez malownicze łąki porośnięte wysokimi falującymi na wietrze trawami była już czystą przyjemnością. Przez połoninę prowadziła nas już wygodna droga, jakich tu pełno. Mijaliśmy polany, gdzie pasły się konie, a naszym oczom ukazywały się coraz rozleglejsze panoramy.  Tak dotarliśmy na kulminację grzbietu, czyli Kuk. Stoi tu metalowy maszt triangulacyjny oraz krzyż. Cały rozległy wierzchołek jest dobrym miejscem na biwak, oprócz tego oferuje doskonałe widoki na wszystkie strony świata. Spotkaliśmy tu właśnie grupę Ukraińców, którzy na piknik na szczycie dotarli autem terenowym. Ot takie tam sobotnie pieczenie kiełbasek na ognisku w górach. Nasza wesoła ekipa też pobiesiadowała tutaj trochę, bo pozostało nam tylko zejście w dół, częściowo tą samą drogą. widok na wierzchołek Kuka Po odpoczynku i sfotografowaniu czego tylko się dało ruszyliśmy z powrotem. Po przejściu połowy trasy przewodnik poprowadził nas innym, sobie tylko znanym wariantem zejścia. Czekało nas jeszcze jedno wyczerpujące podejście, a potem atrakcyjne zejście do wioski polami, łąkami, pośród stad rogatego bydła. Tak dotarliśmy do celu eskapady w trochę innym miejscu niż zaczynaliśmy wycieczkę. Ale w pobliżu czekał nasz niezawodny autokar. Kolejne piękne miejsca w Karpatach Ukraińskich zostały odkryte. Ponownie się przekonałem, że dzikie i mało uczęszczane pasma Ukrainy są świetnym sposobem na ucieczkę od cywilizacji. Tej jest tam naprawdę tyle co powinno, czyli wszystko wygląda bardziej tak, jakby czas się tam zatrzymał sto lat wcześniej… widoki na Połoninę Kuk ze szczytu Kuka Krajobrazy jak z dzieciństwa mojej babci, klimat jak za dawnych lat pionierów, choćby w Bieszczadach i dookoła bezdroża do odkrycia i zdobycia. Prawdziwa sielanka, dobrze ją przeżywać w grupie takich samych górołazów i zakochanych w tej dziczy turystów. Choć ludzie tu życzliwi i przyjaźni, to jednak w grupie raźniej! Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia fotorelacji z wypadu. I pozdrawiam wszystkich fantastycznych uczestników tej weekendowej wycieczki. O drugim dniu pełnym przygód i odkrywania nieznanego przeczytacie tutaj. Gorąco polecam wszystkim ukraińskie pasma, nasze góry są już przecież bardzo zatłoczone! A tam dzikość serca i zero ludzi, coś w sam raz dla turystów kochających spokój i ciszę… Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Wejście na Paraszkę w Beskidach Skolskich

marcogor o gorach

Wejście na Paraszkę w Beskidach Skolskich

Kolejna moja wycieczka w Karpaty Ukraińskie odbyła się w paśmie Beskidów Skolskich, będących częścią Bieszczadów Wschodnich.  To północna ich część, od północy i zachodu obszar ten wyznacza rzeka Stryj, natomiast od południa dolina rzeki Sukiel. Grzbiety górskie tworzą tu sieć zworników i rozgałęzień, odmienną od właściwych Bieszczadów Wschodnich. Obszar jest niemal całkowicie zalesiony oraz praktycznie niezamieszkany. Połoniny występują tylko na najwyższych szczytach. Większość Beskidu Skolskiego znajduje się pod ochroną Parku Narodowego „Beskidy Skolskie”. Moim celem podczas tej wycieczki była Paraszka ( 1268m), najwyższa w całym paśmie i szczyty po drodze. Znajduje się ona w odległości 8 km na północny zachód od miejscowości Skole. Na szczycie znajduje się pamiątkowy kamień, a panorama z wierzchołka także robi wrażenie.  panorama Beskidów Skolskich Początek wycieczki odbytej z grupą górskich maniaków z PTTK-u Sanok, pod wodzą przewodnika Pana Marka nastąpił właśnie w miejscowości Skole, będącą stolicą rejonu skolskiego w obwodzie lwowskim. W mieście znajduje się muzeum odzieżowe oraz zakład budowlany. Ścieżka, którą prowadził nas przewodnik biegła łagodnie w górę, najpierw przez las na rozległą polanę, gdzie zrobiliśmy przerwę na popas, by później, po kolejnym podejściu przez las wyprowadziła nas na widokowy grzbiet połonin. Po lewej stronie zostawiliśmy szczyt Korczanki z widocznym przekaźnikiem, skręcając w prawo, by malowniczą, ale niezbyt forsowna trasą zdobyć po kolei wierzchołki Obrosłego Wierchu, Zielonej i Kobyły. Ostatecznie dotarliśmy na najwyższy szczyt Paraszki, który wyróżnia się stojącym tam krzyżem. na szczycie Paraszki Mimo pochmurnej aury widoczki były okazałe na okoliczne góry. Tutaj przerwa była dłuższa, bo każdy zapragnął sesji zdjęciowej. Ja z kolegami wpadłem na fajny pomysł nagiej fotki z flagą GGG, co obejrzycie w fotogalerii z wyprawy. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i rozpoczął się odwrót. Schodziliśmy tą samą granią i szlakiem przez las, by na samym końcu zejść inną ścieżką do Skole. Tu zejście w dół było bardzo strome, ale zobaczyliśmy monument poświęcony poległym w czasie wojny bojownikom UPA, a poniżej stacje drogi krzyżowej, wzdłuż której doszliśmy do miasta. Na łące w pobliżu cmentarza miejskiego można odnaleźć ślady starego cmentarza żydowskiego nad potokiem Ostaszów. Stoi tam obecnie również pomnik upamiętniający zamordowanych mieszkańców miejscowości. widok na Paraszkę ze zboczy Zielonego Na pobliskiej stacji benzynowej, gdzie czekał nasz autokar dobiegła końca moja kolejna wycieczka ukraińska. Następny region górski w olbrzymich połaciach Karpat został odkryty. Jak zawsze byłem zachwycony dzikością tych gór i wspaniałymi widokami z połonin. Także rozkwitająca cudna, wiosenna roślinność dodawała uroku naszej grupowej wędrówce. Zresztą każdy zakątek górski mnie zachwyca, zwłaszcza, gdy jest dla mnie zupełnie nieznaną nowością i urzeka mnie swą dziewiczością. Bo turystów poza Polakami tam nie spotkamy. Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z eskapady. I dziękuję współtowarzyszom za miłe towarzystwo. W ukraińskie pasma jeszcze powrócę, bo kuszą swą świeżością i spokojem. Z górskim pozdrowieniem Marcogor widok na Skole i okoliczne góry PS. Jako, że rozpoczął się niepostrzeżenie nowy rok szkolny polecam sklep http://babydeco.eu/, który oferuje szeroki asortyment produktów dla dzieci. Dla rodziców – turystów mogę śmiało polecić nosidełka biodrowe, czy chusty dziecięce oraz nosidła turystyczne, by mimo zakończenia wakacji nie zapominać o wspólnych wycieczkach na łono natury. Takie rodzinne, weekendowe wypady za miasto są dobrą odskocznią od obowiązków i możliwością aktywnego wypoczynku. Zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt możecie w polecanym sklepie. Pozdrawiam [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

WD MyPassport Wireless

Dobas

WD MyPassport Wireless

Hiszpańskie opowieści: w chmurach.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: w chmurach.

          Ostatni dzień sierpnia. Strasznie szybko zleciały te wakacje i z każdym kolejnym dniem denerwuję się coraz bardziej zbliżającym się egzaminem. Dodatkowo ciągle ciężko jest mi się przestawić po wyjazdach na tryb naukowy i nieco to wszystko kuleje. Generalnie kryzys mam, ale liczę, że szybko się z nim uporam, w przeciwnym razie będzie kiepsko. Nie ma jednak co marudzić i zapeszać, co ma być to będzie, a będzie dobrze! ;p Dzisiaj przygotowałam notkę podniebną, przeniesiemy się bowiem kilka kilometrów w górę. Nasza podróż do Hiszpanii składała się łącznie z trzech lotów i każdy z nich obfitował w piękne widoki, szczególnie poranny lot z Santiago do Madrytu, gdy mogliśmy podziwiać wschód słońca. ;) W zeszłym roku takowy widzieliśmy w Bieszczadach, w tym gdzieś nad Madrytem. I oba mnie oczarowały. I reszta widoków też. Sami zobaczcie! :)       Do Madrytu wylecieliśmy z Krakowa tuż przed jedenastą. Pogoda była kiepska, padał deszcz, więc żadnych cudów się nie spodziewałam i faktycznie, na początku niewiele było widać. Dopiero po jakiejś godzinie zrobiło się zdecydowanie piękniej i nie mogłam oderwać się od szyby. Na szczęście praktycznie zawsze siedzę przy oknie, więc możliwość obserwowania chmur i ziemi mam niemalże nieograniczoną. ;) Podczas tego lotu szczególne wrażenie wywarł na mnie moment, gdy lecieliśmy nad górami, zaś kilka sekund później było już totalnie płasko, co nawet udało mi się uchwycić na jednym zdjęciu. ;)gdzieś nad Polską. ;)takie fajne baranki. ;)po lewej góry, po prawej równina. ;)        Zdecydowanie największe wrażenie, jak wspominałam na początku, wywarł na mnie wschód słońca. Zdarzało mi się już widzieć z okien samolotu zachody, zaś wschodu sobie nie przypominam. Pewnie dlatego też tak bardzo mi się podobał. Sam lot do stolicy z Santiago trwał niecałą godzinę, przez co miało się wrażenie, że ledwo się wystartuje, już trzeba lądować. Nie to co podczas lotu do Krakowa, gdy siedzi się w samolocie ponad trzy godziny. Wiem, że to i tak nic w porównaniu z lotami oceanicznymi, ale takowy jeszcze przede mną. Na razie najdalej leciałam na Teneryfę, gdzie w samolocie z Krakowa spędziłam pięć godzin. I było ciężko, zwłaszcza że był to mój pierwszy lot w życiu i dodatkowo wypadł w rocznicę największego wypadku lotniczego właśnie na Teneryfie. Nam na szczęście udało się dolecieć bez problemów. ;)madryckie wieżowce.na lotnisku Barajas.            Powrót do Krakowa nie dostarczył w sumie zbyt wielu pięknych widoków, za to emocji było co nie miara. Chyba nigdy wcześniej tak mnie nie wytrzęsło jak podczas tego lotu. A że i tak się kiepsko czułam, to bardzo źle te turbulencje znosiłam i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie postawię nogę na stałym lądzie. ;) Za to w nagrodę, jak już uspokoiły się wszelkie wstrząsy, mogliśmy podziwiać po raz pierwszy Kraków z lotu ptaka w całej rozciągłości. Nigdy wcześniej powietrze nad Krakowem nie umożliwiło takiego pokazu, dlatego zachwytom nie było końca. ;) Niestety, słońce wtedy zachodziło i zdjęcia kiepsko wyszły, przez co musicie mi wierzyć na słowo. ;)lśniąca Wisła. :)Kraków - po prawej stronie na dole Arena Kraków. ;)      Zostawiam Was dzisiaj z głową w chmurach (albo raczej ponad nimi ;p) i zmykam, bo w moje łapki wpadła dzisiaj nowa premierowa książka Remigiusza Mroza i już na mnie zerka niecierpliwie. A i ja się do niej palę. ;) Znaczy się, uczę się. ;ppp~~ Madusia. ;*

Hiszpańskie opowieści: sierpniowe migawki z Instagrama Madryt & Galicja.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: sierpniowe migawki z Instagrama Madryt & Galicja.

marcogor o gorach

Drugi raz na Korbani w Bieszczadach

Za dobry obyczaj uważam odwiedzić co roku przynajmniej raz Bieszczady. Przecież to chyba najpiękniejsze polskie pasmo górskie po Tatrach. Jako, że połoniny znam jak własną kieszeń staram się szukać nowych miejsc do odwiedzenia. Ale, że to niewielkie góry to ciężko wymyślić coś nowego. W tym roku powróciłem więc na Korbanię, gdzie od niedawna stoi ładna wieża widokowa. Szczyt ten leżący nieco na uboczu Bieszczad ma tę zaletę, że oprócz najwyższych szczytów bieszczadzkich dobrze widać stamtąd Zalew Soliński. W czasie mojej drugiej wizyty tam widoki miałem nawet lepsze niż rok wcześniej. Jako, że ostatnio zdobywałem wierzchołek od Łopieńki, gdzie stoi piękna opuszczona cerkiew, tym razem postanowiłem wejść od drugiej strony, czyli jednej z wiosek w pobliżu Soliny. BEREŻNICA WYŻNA Oprócz tego, że jest we mnie pasja do zdobywania szczytów, mam także żyłkę krajoznawczą. Przed wejściem na Korbanię, która nie jest wybitnym szczytem pozwiedzałem trochę okolicę. Za cel obrałem sobie nieistniejące wioski, które kryją w sobie tyle tajemnic. Jednak na pierwszy ogień poszła wieś Bereżnica Wyżna, do której miałem blisko z noclegu. Chciałem tam obejrzeć zabytki, czyli drewnianą cerkiew unicką fundacji Mikołaja Krajewskiego z 1839 roku. Obecnie jest to kościół rzymskokatolicki. We wnętrzu znajduje się duża część ikonostasu z ikonami z XVII wieku i polichromią oraz również zobaczyć murowaną kaplicę z 1908 roku. Potem wyjechałem na przełęcz nad wioską, skąd rozpościera się ciekawy widok. Odnalazłem tam też kamień Kaczkowskiego, który upamiętnia uczestnika powstania krakowskiego z roku 1846. TYSKOWA Później udałem się na kolejną przełęcz, tym razem nad Radziejową, również z widokami, by potem odnaleźć pozostałości dawnej wioski Radziejowa. Praktycznie do zobaczenia tutaj pozostały tylko ruiny cerkwiska i kilka krzyży nagrobnych. Sama dolina, w której kiedyś leżała wieś prezentuje się bardzo ładnie i malowniczo. Kolejnym celem było zwiedzanie nieistniejącej wsi Tyskowa, leżącej na południowy wschód od Baligrodu, w dolinie między wzniesieniami Durna i Korbania. Po II wojnie światowej mieszkańców wsi wysiedlono, a zabudowania zniszczono. Do czasów współczesnych zachowała się podmurówka drewnianej cerkwi z 1837 roku, a obok powojenne nagrobki rodziny Budzińskich i ładny posąg Matki Boskiej. PRZEŁĘCZ HYRCZA Idąc dalej mija się wypalarnie węgla drzewnego, a dolina rozszerza się ukazując urocze krajobrazy. Tak doszedłem do przełęczy Hyrcza, przy drodze do Łopienki, gdzie znajduje się murowana kapliczka z XVIII wieku (obecnie pieczołowicie odrestaurowana), przy której odpoczywali pielgrzymi idący na łopieńskie odpusty. Wybudowano tam też wiatę turystyczną, gdzie można odpocząć i się wygodnie posilić. Tam spotkałem nowy szlak koloru zielonego z Łopieńki, który trawersem grzbietu, poprzez liczne mostki nad urokliwymi wąwozami, a na końcu dość stromym podejściem wyprowadził mnie na wierzchołek Korbani. Ten widokowy szczyt oferuje bardzo atrakcyjną panoramę Bieszczad i Zalewu Solińskiego. Stoi tam również zamykana wiata turystyczna, która umożliwia nocleg na szczycie, a obok jest miejsce na ognisko. KORBANIA Przez szczyt przebiega północna granica Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego. Na wierzchołku znajduje się stary, betonowy trójnóg geodezyjny. Po długiej delektacji widokami i nacieszeniem się pobytem w tak cudnym miejscu rozpocząłem powrót graniową ścieżką, którą znałem z pierwszej wizyty tutaj w kierunku przełęczy Hyrcza. Jednak nie dotarłem tam, tylko pięknymi łąkami z trawami po pas zszedłem do znanej już mi drogi do wsi Tyskowa. Tą samą doliną, co wcześniej trafiłem do samochodu pozostawionego przy drodze Wołkowyja – Baligród. To był już koniec wędrówki i zakończenie której to już górskiej przygody… W swoim życiu zdobyłem już ponad tysiąc szczytów, niektóre wielokrotnie, ale wciąż mi nie dość! Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor PS. A na koniec polecam firmę http://www.chromecrm.com/, prekursora oprogramowania CRM. [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Góry to najwspanialsze piękno

marcogor o gorach

Góry to najwspanialsze piękno

Góry najwspanialsze dzieło Stwórcy i moje największe kochanie… czy starczy czasu, by zobaczyć wszystko co piękne, wspiąć się na wszystkie wymarzone szczyty? Czy będzie mi dane zdobyć zaplanowane cele, powędrować wymarzonymi szlakami? Tyle jeszcze chciałbym zwiedzić pasm górskich, poznawać nowe góry, bo nigdy mi nie dość tej magii, którą tam czuje… Tylko kolejna wędrówka może ukoić moją tęsknotę za moim wyśnionym szczęściem, światem wymarzonym! Bo moja droga to ta od wierzchołka do wierzchołka góry, z doliny w dolinę, w górę i w dół, gdyż tam wszystko widać lepiej, czuję się tam najlepiej, z dala od zgiełku tego świata! Wiele już napisano poezji o tym… też tak czuję i myślę! w drodze na Zawrat, Tatry Wysokie Zos­tała ma miłośc wśród gór Co były tak często mym do­mem Od­wie­dzic je chciałbym znów Dziś zno­wu spoglądam w ich stronę Tam w każdym ka­mieniu na szla­ku Gdzie ser­ce zachwy­tem płonęło Zos­tały wędrówki mej śla­dy I tam się to wszys­tko zaczęło Dziś zdjęcia przeglądam cza­sami Te zbocza i górskie po­toki I nie wiem czy życia mi star­czy By uj­rzec znów piękne wi­doki Od­na­leźc swój cień w Mor­skim Oku Z Giewon­tu po­pat­rzec w do­linę W Za­kop­cu znów przy­siąśc na mos­tku wpat­ru­jac się w góry godzinę Co mają te góry ta­kiego Że ser­ce się do nich wy­rywa Swą ma­gią przy­ciągną każde­go Tam ty­le ta­jem­nic się skry­wa. autor: „misiek45” z cytaty.info widok ze Sv.Iliji, Góry Dynarskie A przy okazji polecam ofertę dewelopera http://apm-development.com.pl/. Z górskim pozdrowieniem Marcogor   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Odwiedziny Korčuli – miejsca narodzin podróżnika Marco Polo

marcogor o gorach

Odwiedziny Korčuli – miejsca narodzin podróżnika Marco Polo

W czasie mej tegorocznej urlopowej wizyty na Chorwacji miałem okazję odwiedzić dwa razy wyspę Korculę. Ta górzysta wyspa położona jest w południowej Dalmacji. Jest ona porośnięta roślinnością śródziemnomorską (makią). Najwyższe szczyty to Klupca o wysokości 568 m n.p.m. i Kom 510 m n.p.m. Korčulę zamieszkuje ok. 17 tys. osób, a największe miejscowości to: Korčula, Blato, Vela Luka, Lumbarda. Ta ostatnia słynie z pięknej, płytkiej piaszczystej plaży, którą uwielbiają rodziny z dziećmi. Legenda głosi iż wyspa została odkryta przez Antenora w dwunastym wieku przed naszą erą, który według innej legendy uznawany jest również za założyciela Patavium (Padwy).  stragany w marinie Korcula Najważniejszym miastem jest Korčula, które uważane jest za miejsce narodzin słynnego weneckiego podróżnika, Marco Polo. Miejscowość ta nazywana „małym Dubrownikiem” przyciąga wielu turystów. Miałem okazję się przekonać na własne oczy, że ten tytuł wcale nie został nadany na wyrost. Korčula położona jest na północno-wschodnim krańcu wyspy Korčula. Od półwyspu Pelješac miasto oddzielone jest kanałem Pelješkim. Występujący w mieście klimat jest łagodny, śródziemnomorski, ze średnią temperaturą 24,5 °C w okresie letnim. Wiejący z północnego zachodu mistral zapewnia doskonałe warunki do uprawiania windsurfingu i żeglarstwa na kanale Pelješkim u wybrzeży miasta. Pierwsza osada została założona tutaj przez Greków i Ilirów przed naszą erą. Brama Miejska w baszcie Revelin Korčula czerpie dochody przede wszystkim z turystyki. Na terenie miasta wybudowano pięć dużych hoteli, liczne pensjonaty i apartamenty do wynajęcia. Infrastruktura turystyczna obejmuje także marinę. Port miejski umożliwia połączenia promowe m.in. z Drvenikiem, Orebiciem, Dubrownikiem, Splitem oraz wyspami Hvar i Mljet. Mnóstwo tutaj jest do zwiedzania zabytków różnych okresów. Mnie najbardziej ciekawił dom wielkiego podróżnika Marco Polo, który tu podobno się urodził oraz jego muzeum. Sam przecież jestem ciekawy świata… Zabytkowa część Korčuli obejmuje otoczony murami obronnymi obszar Starego Miasta oraz portu, w którym znajdują się dwie okrągłe baszty: Barbarigo i Balbi. Pomiędzy nimi usytuowana jest loggia z 1548 roku. W czworokątnej baszcie Revelin z 1493 roku mieści się Brama Miejska. Stare Miasto przypomina kształtem szkielet ryby, z wąskimi uliczkami odchodzącymi od głównej ulicy. baszta Barbarigo w porcie Na mojej drodze podróżnika nie mogło zabraknąć też Katedry św. Marka, która została wybudowana na fundamentach wcześniejszego kościoła z XIII wieku. Jej architektami byli miejscowi artyści, na czele ze znanym również w Wenecji i Dubrowniku Marko Andijiciem, którego dziełem jest wieża oraz kopuła katedry z 1481 roku. W 1525 roku do katedry dobudowano kaplicę św. Rocha, mającą chronić mieszkańców przed epidemiami dżumy. Naprzeciw katedry znajduje się wybudowany w stylu kwiecistego gotyku weneckiego pałac Arneri, z renesansowym ogrodem. Obok usytuowany jest pałac Gabrielis z XVI wieku, obecnie będący siedzibą Muzeum Miejskiego. Na Rynku Miejskim mieści się natomiast zbudowany w 1525 roku ratusz. W 1866 roku dobudowane zostało do niego pierwsze piętro. Przed ratuszem stoi kolumna z 1569 roku, a obok położony jest bogato zdobiony Pałac Książęcy. miejska promenada w porcie Turysta nie powinien omijać także Kościóła św. Piotra postawionego w XI wieku i przebudowanego w XVI wieku, kiedy to dodano renesansowy portal, a także mieszczącego się obok Pałacu Biskupiego, czyli kompleksu renesansowo-barokowych budynków ze skarbcem. Obowiązkowy punkt zwiedzania to również Klasztor Wszystkich Świętych, który od 1301 roku był siedzibą najstarszego w mieście bractwa. W przylegającym kościele Wszystkich Świętych, zbudowanym w XV wieku i przebudowanym później w stylu barokowym, znajduje się m.in. drewniana Pietà. Ostatnim punktem programu wycieczki była stojąca na wzgórzu nad Starym Miastem forteca św. Vlaha, wybudowana w 1813 roku przez Anglików w miejscu weneckich fortyfikacji z 1616 roku. wąskie i ciasne uliczki Korculi Najwięcej czasu spędziłem jednak w miejscach związanych z Marco Polo, moim praprzodkiem podróżniczym, jak sobie to ładnie wymyśliłem. Budynek z czworokątną wieżą przekształcany jest obecnie przez władze miasta w muzeum, poświęcone Marco Polo. Na koniec pozostał mi spacer klimatycznymi, wąskimi uliczkami miasta, które pamiętają zapewne wiele z wydarzeń historycznych w mieście. Doprowadziły mnie one do nadmorskiej promenady, gdzie znajduje się mnóstwo restauracyjek, pubów, barów oraz setki straganów i sklepików z pamiątkami. Czyli mogłem się najeść po wyczerpującym w słońcu zwiedzaniu oraz wydać ostatnie pieniądze na zimne lody. Dodam jeszcze, że z miasteczka Orebić, leżącego na półwyspie Peljesać naprzeciwko Korculi kursują tanie tramwaje wodne do późnej nocy, więc można przypływać tutaj z lądu na ciekawe wieczorne imprezy w miejskim amfiteatrze lub koncerty. Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wyspy. Z górskim pozdrowieniem Marcogor wnętrze muzeum Marco Polo PS. Na Korculę możecie popłynąć jednym z wielu promów, np. używanym autem zakupionym tutaj http://autakrajowe.com.pl/. Polecam, tylko sprawdzone samochody używane. [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

marcogor o gorach

Bo góry to magiczne miejsce

Bo góry są magicznym miejscem… miejscem, w którym wszystkie sprawy przestają mieć znaczenie… miejscem, w którym wszystkie nasze problemy, zmartwienia czy niepokoje znikają razem z powiewem wiatru na szczycie… a w naszym wnętrzu powstaje błogi spokój i przekonanie, że nic złego się nie dzieje… że wszystkie przeciwności można pokonać. w Koziej Dolince Do­lina głębo­ka Ma­jes­tat gór prze­de mną Zat­rzy­mam wzrok na tym pięknie Spoj­rzę niebo Pełną pier­sią wciągnę powietrze Jed­na z niewielu chwil wolności Nies­krępo­wanej niczym Z da­la od cy­wili­zac­ji przeklętej Wiatr roz­cze­suje włosy Mówi his­to­rie nieznane W do­linę zejdę wo­dy z po­toku za­koszto­wać Położyć się pod niebem Zam­knąć oczy Usnąć w zgodzie z przy­rodą Precz czas Precz kaj­da­ny cywilizacji Tyl­ko ta chwi­la Pod nieba ka­wałkiem Zamarla Turnia i Mały Kozi Wierch A przy okazji polecam sklep akwarystyczny http://www.plantica.pl/. Z górskim pozdrowieniem Marcogor    Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Hiszpańskie opowieści: Sierra Nevada objazdowo. ;)

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: Sierra Nevada objazdowo. ;)

          Walizki spakowane, bilety przygotowane, pozostaje jedynie rano nie zaspać na samolot i za kilkanaście godzin znów będziemy w Hiszpanii. Jeżeli prognozy pogody się sprawdzą to Kraków pożegna nas deszczem i temperaturą zaledwie kilkunastu stopni powyżej zera, zaś Madryt ma nas przywitać zgoła odmiennie - ponad trzydzieści stopni i ani śladu chmur. I generalnie przez cały wyjazd ma być pięknie i cudownie i w ogóle ach i och. ;) A przynajmniej taką mam nadzieję, bo zawsze się śmieję, że załatwiam pogodę. W końcu niebezpodstawnie jestem małą czarownicą. Zobaczymy czy i tym razem mi się uda. ;) A dzisiaj, tak na szybciutko, mam dla Was drugą część wyprawy w góry Sierra Nevada. Po noclegu w cudownej Pampaneirze, spakowaliśmy się raniutko do samochodu i ruszyliśmy niezwykle krętą drogą do Trevelez i dalej na przełaj przez góry. To dopiero była podróż. A jaka przygoda!         Z wielkim trudem pożegnaliśmy uroczą Pampaneirę, bowiem wyjazd z niej coraz bardziej zbliżał nas do powrotu do domu. Przejazd przez góry Sierra Nevada tak naprawdę był ostatnią atrakcją naszych andaluzyjskich wakacji, po nim wracaliśmy na dwa dni do Alicante nieco poleniuchować na plaży, a później już do Krakowa. Tak jak już pisałam we wcześniejszej notce, krajobraz nas otaczający zmienił się na nieco bardziej księżycowy i jesienny. Nie było już tak intensywnie jak na wybrzeżu, tutaj czuć było, że jednak bądź co bądź mamy listopad. W niczym nam to nie przeszkadzało, a nawet wprost przeciwnie - dzięki jesiennym barwom okolica była jeszcze bardziej urokliwa. ;)ostatni rzut oka na Pampaneirę i jedziemy dalej. ;)          Z Pampaneiry ruszyliśmy raźnie do Trevelez - miasteczka uważanego za jedno z najwyżej położonych w Hiszpanii. Droga do niego wiodąca była szalenie kręta, o czym świadczyć może fakt, że przejechanie trzydziestu dwóch kilometrów (bo tyle właśnie dzieli te dwie wioseczki) zajmuje ponad godzinę. Nam oczywiście zajęła jeszcze więcej, bo praktycznie co kilka kilometrów się zatrzymywaliśmy, głównie na moje okrzyki "o jeju, jak tu pięknie/cudnie/wspaniale/Tomasz koniecznie musisz się tutaj zatrzymać, zobacz jaki rewelacyjny krzak/drzewo/widok/skała". I Tomasz dzielnie się zatrzymywał. Było to też chwilami konieczne, ponieważ od tego kręcenia się po drodze kręciło się nam też w głowach. I czasem też w brzuchach. Jak nigdy nie mam choroby lokomocyjnej w samochodzie, tak tutaj po dwóch godzinach takiego kręcenia, czuliśmy się dość kiepsko. Ale i tak widoki wszystko nam wynagradzały. :)        Spore wrażenie wywarło na nas miasteczko Portugos, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dłuższych chwil. Nie dość, że było bardzo fajnie położone (chociaż nie będę ukrywać, że praktycznie wszystkie mijane przez nas miasteczka i wioski miały tak malownicze lokalizacje), to nasze serduszko zdobyło siłownią na świeżym powietrzu z absolutnie cudnym widoczkiem. Ćwiczenie w tym miejscu było prawdziwą przyjemnością i spędziliśmy na tych maszynach dobrych kilkanaście minut. Co ciekawe, to w niemalże każdym następnym miasteczku też były takie siłownie - mniejsze czy większe, ale już ich nie sprawdzaliśmy na własnej skórze. Jedna wystarczyła. ;)          Po ponad godzinie, kręceniu i wspinaniu się o kolejne metry w górę, dojechaliśmy do Trevelez. Jak już pisałam, miasteczko jest uważane za jedno z najwyżej położonych w Hiszpanii, znajduje się bowiem na wysokości 1486 metrów nad poziomem morza. Ulokowane jest podobnie jak Pampaneira, też na zboczu i robi jeszcze większe wrażenie. Tutaj też szukaliśmy noclegu, ale nic ciekawego znaleźć nam się nie udało. ;)         Dalsza droga wiodła wzdłuż parku narodowego gór Sierra Nevada. Dalej było mnóstwo zakrętów, trochę zjazdów, trochę wjazdów, generalnie chwilami aż kręciło się w głowie. Momentami trzeba było szczególnie uważać, bowiem w pewnym momencie zza zakrętu wyszło prosto na nas stado owiec. ;) Podobało mi się w tej podróży to, że sporo było miejsc widokowych, gdzie specjalnie można było się zatrzymać i podziwiać okolicę. Niektóre same w sobie robiły wrażenie i zachęcały do spędzenia tam kilku dodatkowych chwil. Mnie szczególnie do gustu przypadło to które, teraz Wam pokażę. ;)         Wyraźnie obrazuje to jak wyglądała cała droga - mnóstwo pętelek. ;) I dalej ten surowy księżycowy krajobraz. Zwykle za takim nie przepadam, ale tutaj naprawdę urzekł mnie szalenie. I z każdym kolejnym kilometrem podobał mi się coraz bardziej, ale też coraz bardziej byliśmy zmęczeni tą podróżą.            Po kilkudziesięciu kilometrach wreszcie wjechaliśmy do parku narodowego. Tutaj ruch był zdecydowanie mniejszy, minęliśmy raptem kilka samochodów. Droga już tak nie kręciła, bowiem to był ten fragment, w którym przejeżdżaliśmy góry Sierra Nevada na wprost. Tutaj także mieliśmy się wznieść na wysokość dwóch kilometrów nad poziomem morza, na które bardzo czekałam. Jednak zanim tam dojechaliśmy, znów na naszej drodze stanęły zwierzęta. Bardzo fajne zwierzęta. ;)       Wreszcie jednak dotarliśmy do tych dwóch tysięcy metrów, które nieco nas rozczarowały. Poza jedną tabliczką nie było tutaj właściwie nic. Podejrzewam, że zimą zapewne to miejsce wygląda zupełnie inaczej, bo od razu wyczuć tutaj można było ośrodek narciarski. W ogóle to przez całą podróż czekałam i wyglądałam z utęsknieniem, żeby wreszcie zobaczyć ośnieżone szczyty Sierra Nevada. I przez całą drogę nawet pół grama śniegu nie widziałam. Nawet tutaj, co bardzo mnie rozczarowało. ;<            Po wizycie na dwóch tysiącach metrów rozpoczął się jeden wielki zjazd. Nie spodziewałam się, że będziemy się jeszcze zatrzymywać, ale szybko wyszłam z tego błędu. Mieliśmy jeszcze dwa postoje - jeden praktycznie od razu, bo "ojejku zobacz jak fajnie" i drugi, bo tam naprawdę było nieźle. To najpierw ten pierwszy:          A ten drugi w ogóle przejechaliśmy i zawracaliśmy na tej szerokiej drodze, po której i tak praktycznie nikt nie jeździł. Bardzo bym żałowała, jakbyśmy akurat to miejsce pominęli, bo widoki z niego były naprawdę niepowtarzalne. Z jednej strony góry i uwaga uwaga - wreszcie dojrzałam ośnieżone szczyty, a z drugiej płaska jak stół równina i w oddali kolejne wzniesienia. Tutaj dopiero było magicznie i niesamowicie i w pełni wynagradzało to nasze zmęczenie. I trochę nas też obudziło, bo mieliśmy przed sobą jeszcze drogę powrotną do Alicante. ;)ośnieżone szczyty!!!! <3tyyyyle radości. \o/             I tak zakończyła się nasza przygoda z górami Sierra Nevada. Absolutnie cudna była to wyprawa, która na długo zostanie w moim serduszku. Szalenie męcząca, ale zdecydowanie warto ją przeżyć. Mam ogromną nadzieję, że w te okolice jeszcze wrócimy, bo jest tutaj sporo świetnych szlaków do przejścia, chociażby na najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii - Mulhacén. A na razie całuję Was wszystkich serdecznie i zmykam. A jak wrócę, to będę starsza o rok. ;<~~Madusia.

Hiszpańskie opowieści: Pampaneira u stóp Sierra Nevada.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: Pampaneira u stóp Sierra Nevada.

        Zaczął się sierpień, będący w moim prywatnym rankingu najgorszym miesiącem w roku. Dokładnie za tydzień mam urodziny i jakoś nigdy nie przepadałam szczególnie za tym dniem. W czasach szkolnych nigdy nie dało się zrobić żadnej imprezy urodzinowej, bo zawsze wszyscy byli w rozjazdach, zaś na studiach był to ostatni moment, żeby zacząć się uczyć do sesji wrześniowej. W tym roku też co prawda siedzę głównie nad nauką, ale przynajmniej tegoroczne urodziny może będą ciut lepsze, bo spędzę je w Hiszpanii. W planach jest Madryt, Salamanka i docelowo ogólnie Galicja. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo tam akurat zwykle jest z nią średnio. Wczoraj przeglądaliśmy największe atrakcje tego rejonu i poczułam ogromną tęsknotę za tym krajem. A dzisiaj rano włączyłam sobie muzyczkę do sprzątania (żeby raźniej się działało) i poleciała akurat piosenka, która skojarzyła mi się z naszym zeszłorocznym wypadem do Andaluzji i górami Sierra Nevada. I tak stwierdziłam, że jeszcze o tym fragmencie podróży nie pisałam, a jest przecież wyjątkowo urodziwy i nie wolno go w żadnym wypadku pominąć. I dlatego właśnie dzisiaj wybierzemy się w podróż do malutkiej wioski Pampaneira, leżącej w regionie Alpujarras na wysokości ciut ponad tysiąca metrów nad poziomem morza. Zapraszam serdecznie! :)Pampaneira na dole, na górze Bubion.        Planując naszą podróż przez Andaluzję chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej najbardziej zróżnicowanych miejsc, dlatego na naszej liście obowiązkowo znalazły się góry Sierra Nevada. Stwierdziliśmy, że nocleg tutaj na pewno będzie należał do niezwykłych przeżyć i kilka naprawdę długich godzin spędziliśmy na sensownym ułożeniu trasy i znalezieniu noclegu, co wcale nie było takie proste. Chcieliśmy spać najwyżej jak się dało, więc szukaliśmy czegoś w Bubion (położonym nad Pampaneirą) czy też w Trevelez, położonym niemalże na wysokości półtora kilometra. Niestety, nic nie odpowiadało naszym wymaganiom, ale nie dlatego, że były jakoś szalenie wygórowane, tylko z prostego faktu, że w połowie listopada część miejsc noclegowych była pozamykana bądź też nie dysponowała działającą kuchnią (a na śniadaniu tutaj nam szczególnie zależało). Na szczęście wszystko udało się nam dopiąć na ostatni guzik i bardzo fajny hotel (o czym jeszcze będzie mowa) udało nam się znaleźć właśnie w Pampaneirze, do której zmierzaliśmy po wizycie na Balkonie Europy w miasteczku Nerja i Salobreña, gdzie chwilę połaziliśmy po plaży. Stamtąd do celu było zaledwie pięćdziesiąt kilometrów, chociaż tak od połowy droga robiła się baardzo kręta. ;)pożegnanie z morzem w Salobreñie.przełom rzeki Guadalfeo          Jadąc samochodem doskonale czuliśmy jak droga wspina się w górę z każdym kolejnym kilometrem. Szybko znikło za nami piękne morze i nieco dziwnie czuliśmy się tak głęboko na lądzie po kilku dniach przebywania głównie na wybrzeżu. Krajobraz zdecydowanie się zmienił, zrobiło się nieco surowiej i było wreszcie widać, że generalnie to środek jesieni jest. Niczemu to jednak nie ujmowało i widoki ciągle były zachwycające. A im dalej w ląd i bliżej góry - tym piękniej. :)już widać nasz dzisiejszy cel!         Udało nam się dojechać jeszcze przed zachodem słońca, chociaż góry skutecznie go zakrywały. W niczym nam to jednak nie przeszkadzało, bo i tak miejsce podbiło nasze serduszka swoim położeniem. Pampaneira jest najniżej położoną wioską z kompleksu trzech należących do Las Alpujarras, czyli maleńkich białych wioseczek położonych na zboczach gór Sierra Nevada. Powstały one głównie w okresie, gdy Maurowie uciekali przed chrześcijanami w góry, dlatego też wpływy mauretańskie są widoczne w zabudowie. Nad Pampaneirą znajduje się Bubion, ciut wyżej zaś Capileira. Wszystkie trzy leżą na zboczu wąwozu Barranco de Poqueira, widocznego na zdjęciu powyżej. I poniżej w sumie też. ;p            Pampaneira jest malutka, liczy zaledwie około 300 mieszkańców. Jak już pisałam wyżej, znaleźliśmy tutaj naprawdę fantastyczny hotel, zrealizowany ze środków unijnych, co głosi dumnie na wejściu. Z zewnątrz idealne się wpasowuje w architekturę miasteczka, zaś wewnątrz jest naprawdę pięknie, czysto, schludnie i w ogóle fantastycznie. Byliśmy zachwyceni, że udało nam się tutaj trafić. ;) Nie zachwycaliśmy się nim jednak zbyt długo, tylko szybko zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy na spacer, korzystając z faktu, że jeszcze nie było zbyt ciemno. taki widok mieliśmy z okien pokoju. :)          Z racji swojego położenia na zboczu wąwozu, architektura tego miejsca jest naprawdę niesamowita. Dominuje tutaj układ schodkowy, uliczki są niezwykle wąskie i kręte, a chwilami nawet spaceruje się po dachach domów. Popularne są też uliczki tunelowe, gdzie przechodzimy po prostu pod czyimś domem. Idzie się też tutaj wbrew pozorom bardzo łatwo zgubić, co oczywiście notorycznie czyniliśmy. I to było właśnie najfajniejsze. Do tego zapadający powoli zmierzch też robił swoje, ale robił taki nastrój, że długo chyba jeszcze nie przeżyjemy czegoś podobnego. Chyba że szybciutko tam wrócimy. :)          Spacerując uliczkami, rozkoszując się atmosferą miasteczka, natrafiliśmy przypadkiem na miejsce jak z bajki. Była to fabryka czekolady - Abuela ili chocolate, ale ponieważ byliśmy tutaj w niedzielny wieczór, kłębił się wewnątrz tłum turystów. Pozachwycaliśmy się tylko kilka chwil i wyszliśmy z mocnym postanowieniem, że wrócimy tam rano. Tak też się stało, oczywiście praktycznie nie było nikogo i mogliśmy w spokoju zapoznać się z asortymentem. Można kupić czekoladę w ciemno, ale także można było spróbować praktycznie każdego jej smaku. Samą degustacją najedliśmy się jak dzikie świnki, ale też skusiliśmy się na kilka różnych czekolad. Pamiętam, że jedna na bank była biała, kokosowa z mnóstwem wiórków i absolutnie cudna w smaku. Dodatkowym plusem tego miejsca jest też fakt, że każda etykieta była przepięknie wypisana i strasznie żałuję, że nie zrobiliśmy żadnej zdjęcia. Jakby ktoś z Was przypadkiem się tam wybrał i przy kasie zobaczył małą świnkę-skarbonkę na napiwki z napisami "dziękuję" w każdym języku świata i dojrzałby wśród nich polskie słowo, to niech wie, że to nasza zasługa! ;pniedzielni turyści. ;)         Rano hotel zaskoczył nas całkowicie. Byliśmy bowiem przyzwyczajeni, że śniadania w Hiszpanii nie należą do szalenie wykwintnych i zwykle kończyło się na kawie i czymś słodkim (bądź też sami je sobie robiliśmy w miejscach, gdzie po prostu go nie było i wtedy dominował chleb z szynką ;p), a tutaj spotkała nas przepyszna niespodzianka. Tyle jedzenia tak szczerze mówiąc to widziałam jedynie w hotelu w Pradze, gdzie wybraliśmy się na pierwszy wspólny wyjazd. A tutaj, tak wysoko w górach, zostały nam zaserwowane same pyszności i to w większości z rzeczy powstałych niedaleko. Nawet ja skusiłam się na wiele więcej niż zwykle przy śniadaniu, bo najczęściej ich praktycznie nie jadam, jedynie na wyjazdach czasem coś dziubnę. Tutaj dziubałam dużo. ;p          Najedzeni po same uszy ruszyliśmy wolniutko na spacer, co by trochę się rozruszać przed dłuższą jazdą. W planach bowiem było przejechanie wszerz gór Sierra Nevada i powrót z Andaluzji prosto do Alicante, łącznie ponad czterysta kilometrów, w tym sporo kręcenia się po górach. ;) Za dnia Pampaneira wyglądała równie cudnie co wieczorem. Plusem był fakt, że turystów już praktycznie wcale nie było i dookoła panowała przepiękna cisza. Kupiliśmy czekolady, zgubiliśmy się kilka razy, pokręciliśmy się po uliczkach i trzeba było pakować się do samochodu i ruszyć przed siebie. Opowieść o tym jak przebiegała podróż przez góry i jak bardzo zakręciła nam w głowie - już w następnej notce, obiecuję, że jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii. :) Iglesia de Santa Cruz       Wyjeżdżaliśmy stąd szczerze urzeczeni pięknem tego miejsca. Troszku tylko żałowaliśmy, że nie udało nam się pojechać do dwóch wyżej położonych wioseczek, ale po cichu liczę, że kiedyś tam wrócimy i to nadrobimy. Jest w tym miejscu pewna surowość, nie ma tutaj morza ani plaż, architektura też nie jest jakaś wybitnie oszałamiająca, a mimo to poruszyło mnie dogłębnie. Taka prostota, cisza, spokój - naprawdę idealne warunki, żeby po prostu odpocząć, przestać chociażby na kilka godzin spieszyć się i martwić problemami dnia codziennego. Tutaj ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Absolutnie polecam. :)ostatni rzut oka na wioseczkę i ruszamy dalej ku nowej przygodzie! ~~Madusia.

Zuiko 7-14 PRO opinia

Dobas

Zuiko 7-14 PRO opinia

Salgado ostatnie dni

Dobas

Salgado ostatnie dni

Na Sv.Iliji – najwyższym szczycie półwyspu Pelješac

marcogor o gorach

Na Sv.Iliji – najwyższym szczycie półwyspu Pelješac

Pelješac to półwysep w południowej części dalmatyńskiego wybrzeża Chorwacji, na północny zachód od Dubrownika. Ma długość około 66 km, do 7 km szerokości i około 348 km² powierzchni. Jest górzysty, ukształtowany wraz z całym pasmem Gór Dynarskich. Przebywając tutaj z okazji nadmorskich wczasów postanowiłem zdobyć jego najwyższą górę – Sv.Iliję, czyli po polsku górę św.Eliasza. Na szczyt prowadzą trzy drogi, dwie ścieżki z Orebicia, miasteczka leżącego u stóp tej potężnej góry lub z drogi biegnącej serpentynami z Orebicia do wsi Nakovana. Tę ostatnią wybrałem na wejście, z racji tego, że w dużej części prowadzi wygodną, szeroką drogą, co miało znaczenie w tym lipcowym upale, a w ekipie, która mi towarzyszyła były także dzieci. Wejście od tej strony jest łatwe, nieporównywalnie trudniejsze jest zejście bezpośrednio do Orebica z drugiej strony tego olbrzymiego masywu, który dominuje w krajobrazie półwyspu, widoczny już z daleka, przy dojeździe do nadmorskich kurortów. Tym najtrudniejszym wariantem było mi dane zresztą zejść. punkt widokowy przy drodze Orebić- Loviste Przy jednej z serpentyn krętej, widokowej drogi, tuż powyżej punktu widokowego z ławeczkami znajduje się po prawej stronie mała zatoczka, gdzie można zostawić samochód. Tam rozpoczyna swój bieg utwardzona droga zamknięta dla ruchu kołowego szlabanem. I jest wyraźne oznaczenie –  Sv.Ilija- 2.30h. To była moja trasa przez jakąś bardzo upalną godzinę, potem zaczęły się skróty przez skały. Bardzo trzeba uważać tu na ostrą jak brzytwa śródziemnomorską roślinność, która gdzieniegdzie zarasta szlak. Ten poza tymi miejscami jest doskonale oznakowany, więc nie sposób się zgubić! Naprawdę jestem pod wrażeniem chorwackiego sposobu malowania oznaczeń. Po dość żmudnym przebijaniu się przez skały dochodzi się niespodziewanie do polany, gdzie pasą się konie. polana w połowie drogi na szczyt Sv.Iliji, skrzyżowanie szlaków To miejsce niezwykłe, tak byłem zaskoczony tym co zobaczyłem, że zaniemówiłem. Pasły się same, a ich pasterz gdzieś się zapodział. Dzieci miały tu dużo radości. Tutaj dołączał szlak bezpośrednio z Orebicia, ale ja poszedłem dalej za czerwonymi znakami, by przez zacienione gaje i dość strome skałki dojść do widokowego punktu z budynkiem z czerwonym dachem, który od parkingu już był wyznacznikiem dalszej drogi. Domek był zamknięty, ale dzięki położeniu w zacienionym miejscu był dobrym miejscem na odpoczynek na ławeczkach. Stąd schodził kolejny szlak do Orebica, ten stromy i wymagający, którym schodziłem potem w dół. Przypominał mi on we fragmentach tatrzański szlak, z racji kilku przejść po stromych skałach i usypujących się piargach. Ale najpierw trzeba było wejść na szczyt góry św.Eliasza, z tego miejsca zostało jeszcze 20 minut i nadeszło długo oczekiwane szczytowanie. kolejne rozwidlenie szlaków tuż pod szczytem góry św.Eliasza Na szerokiej kopule szczytowej stoi drewniany, mały krzyż i kamienne murki oraz jest księga wpisów, gdzie oczywiście widnieje już mój wpis z racji wejścia na dach półwyspu Pelješac. Widoki na kolejne masywy Gór Dynarskich z jednej strony, a z drugiej na Morze Adriatyckie i archipelag chorwackich wysp, na czele z Korculą naprawde zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Takie połączenie piekna wody i gór uważam za doskonałe. Cała nasza trzynastoosobowa ekipa, z którą przyjechałem na wczasy dała radę, nawet najmłodsi podróżnicy! Po sesjach fotograficznych i wielu chwilach radości i podziwiania cudnych panoram rozpoczęliśmy odwrót. na szczycie Sv.Iliji – 961m, kulminacji półwyspu Peljesac Szliśmy wspólnie do rozejścia przy domku, a potem tylko z Amelką ruszyłem na najtrudniejszy wariant trasy. Początkowo było to strome zejście, a potem trawers góry i w końcu po przejściu gołoborzy zaczęliśmy szybko schodzić w kierunku Orebicia. Widoki, jakie nam towarzyszyły przy tym były genialne. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do miasteczka, które przyciągało uwagę czerwonymi dachami, a w tle wspaniale prezentowało się lazurowe morze z zielonymi wysepkami. Przy takich okolicznościach przyrody schodzenie odbywało się szybko i przyjemnie, choć ciągle mój aparat był w ruchu. Po przejsciu zacienionego zagajnika znowu wyszliśmy na słońce i podziwialiśmy upojne krajobrazy, jak z folderów podróżniczych. Na progu wielkiej skały natrafiłem na symboliczny grób pewnie jakiegoś wspinacza, który tutaj zginął. Olbrzymie skały, które wisiały nad głowami przypominały mi potężne skalne masywy Dolomitów. Zresztą sami ocenicie na zdjęciach. panorama na Orebić i okoliczne wyspy, z lewej Mljet, z prawej Korcula Malownicza ścieżka doprowadziła ostatecznie nas na przedmieścia Orebica. Sam szlak rozpoczyna swój bieg przy kościele parafialnym, a dokładnie przy nadmorskiej promenadzie, z której wychodzi ulica Kralja Tomislava. Zaczynając podejście od tej strony idziemy poprostu ulicą do jej końca, a potem wchodzimy już na górski szlak. Pamiętajmy o zabraniu dużych zapasów wody, bo upał daje się we znaki i nawet na sześciogodzinną wędrówkę przyda się trzy litry wody, tym bardziej, że źródeł po drodze nie ma, jedynie wodopój dla koni. Podejście na szczyt od tej strony jest naprawdę strome i lepiej wybrać się rano, przed upałami. Całe przejście jest wyjatkowo malownicze i widokowe… kto zna pejzaże Chorwacji ten wie o czym piszę, a jeszcze zobaczyć to całe piękno z góry to już mega doznanie. wejście na szlak z Orebicia, z drogi Kralja Tomislava Będąc w Orebicu warto się wybrać na tę górę, by zobaczyć te wszystkie cuda z góry. Można zrobić sobie pętelkę z Orebicia startując z drogi do klasztoru franciszkanów z 1470 r, w którym mieści się muzeum. Na to widokowe wzniesienie odchodzi droga na wysokości hotelu „Villa Julija”. Ja miałem do dyspozycji auto, którym dojechałem na początek szlaku na serpentynach.  Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wyprawy, myślę, że zadowoli każdego konesera piękna. Wkrótce kolejne wspomnienia z wakacji na Chorwacji. Pora wrócić do tego co się kocha, po wakacyjnym szaleństwie. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Mój własny Kraków: Zakrzówek i trzecie urodziny blogaska!

PO PROSTU MADUSIA

Mój własny Kraków: Zakrzówek i trzecie urodziny blogaska!

           Lato w pełni, połowa wakacji za nami, sezon urlopowy w pełni, wszyscy zwiedzają świat, a ja siedzę i się uczę kolejny miesiąc. Trochę mam wrażenie, że czas przecieka mi między palcami, ale innego wyjścia nie mam, trzeba się uczyć i koniec. Przez to lipiec praktycznie cały siedzieliśmy w domu i nic ciekawego się nie działo (no, poza ślubem mojej młodszej siostrzyczki, który celebrowaliśmy tydzień temu), czego wyrazem jest niezwykle zaniedbany blogasek. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony mam je też, gdy się nie uczę, więc koło się zamyka. Dzisiaj postanowiłam wreszcie wziąć się w garść (bo wczoraj pół nocy zakuwałam) i napisać coś nowego. Zwłaszcza że kilka dni temu strzeliła nam trzecia rocznica blogaskowa i głupio przerywać pisanie po takim czasie. I z tego powodu wrócimy dzisiaj do cyklu o moich ulubionych miejscach w Krakowie i wybierzemy się na Zakrzówek, którego zdjęcia na instagramie robiły ostatnio furorę. ;) Zapraszam! :)               Zakrzówek poznałam na pierwszym roku studiów moich pierwszych, czyli mniej więcej niecałą dekadę temu. Co kilkanaście dni robiliśmy tam tak zwane grille wydziałowe, na których chwilami zbierało się naprawdę sporo osób (szczególnie liczna była pierwsza edycja zwana Muminek Party Grill, gdzie było nas spokojnie kilka dziesiątek). Był to radosny i szalony czas, gdy wygłupialiśmy się tam przez długie wieczorne i nocne godziny, robiliśmy grille, paliliśmy ogniska i śpiewaliśmy przy gitarze. Dobrze się teraz wspomina te szaleństwa. ;)Roger - najlepszy przyjaciel każdego grilla! ;)           Po pierwszym roku jakoś duch w narodzie się rozwiał i grilli było coraz mniej, częściej chodziło się tam po prostu na spacery. I tak też zostało mi do tego, bo zdecydowanie bardziej lubię się tam przejść niż siedzieć. Zwłaszcza latem, gdy pół Krakowa okupuje zalew Zakrzówek, który powstał w 1990 po zalaniu starego kamieniołomu wapienia. Składa się on z dwóch zbiorników, połączonych przesmykiem, niestety obowiązuje tutaj zakaz kąpieli, którym tak naprawdę mało kto się przejmuje. I niestety biorą się z tego przeróżne smutne historie. Sama osobiście nigdy tutaj nie plażowałam ani też nie pływałam, ale nie jest wykluczone, że kiedy sytuacja nieco się ucywilizuje (a tak będzie, bo wreszcie miasto Kraków wykupiło te tereny i ma tutaj zrobić park - zobaczymy co z tego wyjdzie), to korzystać z niego będę. ;) Na razie zdecydowanie bardziej wolę go podziwiać. Bo i też robi wrażenie, zwłaszcza leżąc stosunkowo niedaleko centrum, bo od Mostu Grunwaldzkiego są tutaj raptem dwa przystanku i kilka minut spaceru. :)Wawel w oddali.w oddali widoczny Kopiec Kościuszki.         Obok Zakrzówka znajdują się Skałki Twardowskiego, które swoją nazwę czerpią od słynnego mistrza, który prowadził tutaj szkołę magii i czarodziejstwa (tak, mieliśmy w Krakowie swój własny Hogwart ;p). I pewnego razu ów mistrz Twardowski zrobił bum, eksplodowało mu laboratorium i tak właśnie powstały skałki, po których obecnie mnóstwo osób się wspina. Sama nie próbowałam, jedynie podziwiałam. I chwilami się tylko bałam, żeby z nich nie spaść, bo zabezpieczeń tutaj za bardzo nie ma, a wieczorami różne rzeczy się działy. Na szczęście wszystko zawsze dobrze się kończyło. ;)tam w dole zwykle robiliśmy nasze grille wydziałowe. ;)       Powracając jednak do Zakrzówka, to obecnie jest on otoczony z każdej strony siatką, jednakże zawsze znajdą się w niej jakieś dziury, przez które można dostać się do środka. Myśmy jednak przełazili przez nie jedynie na kilka chwil, żeby złapać dobrze ujęcie zalewu, który z góry naprawdę prezentuje się imponująco. Sami zobaczcie. :)       Przyznam szczerze, że bardzo cieszę się, że miasto wreszcie zajmie się tym terenem. Mam tylko nadzieję, że nie będą zbyt mocno w niego ingerować, bo tak naprawdę największym atutem tego miejsca jest jego dzikość i naturalność. Fajnie jest chwilami pobyć na łonie natury, nie słyszeć tego szumu miasta i tak po prostu od niego odpocząć. Temu właśnie służą Skałki Twardowskiego wraz z Zakrzówkiem, chociaż latem i wieczorami służą za idealne miejsca do spotkań ze znajomymi. I naprawdę dobrze byłoby, gdyby takim miejscem dalej pozostały. Bo jednak w Krakowie betonu mamy zdecydowanie za dużo i takie fajne enklawy są potrzebne. :)           Generalnie Zakrzówek najlepiej prezentuje się w ciepłe wiosenne i letnie dni, gdy wszystko dookoła jest przesycone zielenią. Nie znaczy to jednak, że zimą jest brzydko - zamarznięty zalew też ma swój urok. Chociaż ja osobiście jestem zwolenniczką tego pierwszego wcielenia. Zimą raczej się tam nie zapuszczam, preferując kocykowanie we własnym domu, jak już to doskonale wszyscy wiecie. ;)          Podsumowując, baaardzo polecam Zakrzówek i Skałki Twardowskiego na wiosenne i letnie spacery i na posiadówki ze znajomymi też. Fajnie jest się tutaj wspiąć i spojrzeć na Kraków z nieco innej perspektywy. Można sobie tutaj spokojnie wziąć kocyk i książkę i ułożyć się gdzieś w trawie z fajnym widoczkiem i odpoczywać, można też przyjść wieczorem ze znajomymi i robić sobie grilla. Takie miejsca zdecydowanie są potrzebne w miastach, żeby móc odpocząć chwilę od wszechobecnego betonu i hałasu. :)~~Madusia.

Jak radzę sobie z backupem

Dobas

Jak radzę sobie z backupem

Pokaż nam świat - rozmowa w studio TVN24 BiŚ

Podróże MM

Pokaż nam świat - rozmowa w studio TVN24 BiŚ

24 lipca 2016 roku udaliśmy się do Warszawy na zaproszenie telewizji TVN24 BiŚ. Zostaliśmy gośćmi niedzielnej rozmowy z cyklu Pokaż nam świat. Takiej okazji nie mogliśmy przegapić - kupiliśmy bilety na pociąg i udaliśmy się do stolicy. Jak wyszło? Trudno powiedzieć. Głównym celem było to, żeby nie narobić sobie obciachu. W 15-minutowej rozmowie niezwykle trudno przedstawić się jako podróżnicy, opowiedzieć nieco o naszych wyjazdach, dać wskazówki dotyczące taniego podróżowania i (o zgrozo) ubrać to wszystko w słowa. Podczas nagrania byłem spięty jak plandeka w starym Żuku, ale teraz już na spokojnie mogę dopowiedzieć to, czego zabrakło w rozmowie na żywo. Zachęcam do lektury:Na początek nasz występ w studio TVN24 BiŚ. Muszę przyznać, że to niezwykłe doświadczenie, zobaczyć wszystko z drugiej strony ekranu, zaobserwować jak pracują dziennikarze, jak to wszystko funkcjonuje za kulisami, czego widz nie dostrzega. Choć zabrzmi to trochę ślisko, to warto podkreślić z naszej strony, że telewizja TVN24 BiŚ to jedyny kanał telewizyjny, który oglądamy przy kawie śledząc na bieżąco wydarzenia ze świata. Tym bardziej zaproszenie do udziału w rozmowie akurat w tej telewizji było dla nas wyjątkowym przeżyciem. Wyszło jak wyszło, tragedii nie było. Z resztą, oceńcie sami:Teraz już na spokojnie i bez stresu :)♦ Dlaczego zdecydowaliśmy się na podróże po Europie?Pieniądze, to chyba oczywiste. Nie da się polecieć za 100 zł do Japonii, USA, Argentyny czy Iranu. Jesteśmy studentami, więc nie mamy póki co stałych dochodów. Na nasze pierwsze podróże wydaliśmy oszczędności, czyli to, co odkładaliśmy do przysłowiowej świnki skarbonki. Nasi rodzice wychowali nas tak, żebyśmy znali wartość pieniądza (za co bardzo im dziękujemy!). Moglibyśmy dostać pieniądze na wakacje, pojechać sobie gdzieś na tydzień i balować za kasę rodziców. Ale jednak podróż za oszczędzone pieniądze to dla nas cenna lekcja - uczymy się oszczędzać, przeliczać, gospodarować, rozsądnie wydawać i dokonywać wyborów. I takie były nasze początki - podróże za parę groszy na jeden, dwa dni, noclegi na lotnisku, tułanie się kilkanaście godzin autobusami, bo taniej. Te wszystkie przygody nauczyły nas, że nie wszystko można dostać, a chęć osiągnięcia celu często kosztuje dużo wysiłku, wymaga wyrzeczeń i determinacji.  Europa jest dla nas idealnym placem manewrowym. Możemy polecieć za granicę za 40 zł (co często praktykujemy) i bez problemów dogadać się choćby po angielsku. Z Europy łatwo ściągnąć nas do domu. Ponadto czujemy się tu pozornie bezpiecznie, choć ten aspekt powoli sprawia, że popadamy w wątpliwość. Niemniej jednak dobrze wiedzieć, że w nagłym wypadku możemy kupić bilet i wrócić w kilka godzin do Polski. Jak już wspomniałem, Europa jest dla nas poligonem, tutaj zdobywamy doświadczenie, uczymy się adaptacji do obcych miejsc, popełniamy błędy, które są nam wybaczane. Na koniec zdradzę, że w tym roku poczuliśmy intensywniejszy zapach pieniądza i już coraz odważniej rozmawiamy o Stanach, Japonii czy Tajlandii. Co nie zmienia faktu, że z Europy prędko nie zrezygnujemy. ♦ Jak wyszukujemy tanie połączenia?Kiedy decydujemy się na podróż samolotem, przeglądamy z reguły oferty tanich linii lotniczych Wizz Air i rzadziej Ryanair. Na dzień dzisiejszy to jedyni przewoźnicy, z którymi możemy polecieć gdzieś z Polski za niewielkie pieniądze. Zazwyczaj są to koszty w granicach 100-200 zł za bilet w dwie strony. Jak szukać? Po prostu, wrzucamy w wyszukiwarkę destynację i skaczemy po kalendarzu. Żadna filozofia. Nie zdarza nam się korzystać z portali typu eSky czy skyscanner, za względu na złowieszcze ciasteczka i manipulację cenami. Najlepiej kupować bezpośrednio na stronie linii lotniczych.Złota rada - Google Waszym przyjacielem. Jeśli chcecie tanio pojechać do Amsterdamu, wpiszcie w wyszukiwarkę "Jak tanio pojechać do Amsterdamu". Jeśli chcecie tanio podróżować po Hiszpanii, wrzućcie hasło "Jak tanio podróżować po Hiszpanii". Potem sami będziecie wiedzieć, gdzie szukać informacji, kwestia wprawy. Internet to potężna baza danych. Trzeba tylko wiedzieć, jak szukać. ♦ Czy nasi rówieśnicy mało podróżują?Myślę, że tak. Potwierdzeniem tego jest choćby fakt, że robimy wokół siebie dużo zamieszania, np. chwaląc się zdjęciami z podróży na facebooku. Po powrocie wszyscy podekscytowani dopytują nas o wyjazd co najmniej jakbyśmy wrócili z podróży dookoła świata. Nasi znajomi ogólnie uważają nas za pozytywnie szalonych ludzi. A przecież nie robimy niczego nadzwyczajnego. Część naszych rówieśników woli przeznaczyć oszczędności na inne cele, od hamburgerów w McDonald's po zakupy w centrach handlowych. Inni wyjeżdżają z biurami podróży, płacąc krocie za siedzenie w kurorcie. Są też tacy, którzy zbierają miesiącami pieniądze, żeby ostatecznie przepłacić za wycieczkę. Inni z kolei wolą zostać w domu, pójść do kina lub knajpy ze znajomymi. Tak, rówieśnicy z naszego otoczenia mało podróżują. Uważam, że ludzie (nie tylko młodzi) jeszcze nie nadążają za współczesnością - obawiają się o nieznajomość języka, nie potrafią szukać informacji, boją się wziąć za siebie odpowiedzialność za granicą. Żyjemy w takich czasach, gdzie dostęp do informacji jest nieograniczony, szczególnie jeśli mówimy o podróżach po Europie. Żal tego nie wykorzystać.♦ Po co podróżować, skoro można obejrzeć zdjęcia w sieci?Po co jeść, skoro można się przejść do Biedronki i pooglądać produkty na półkach? Nie oszukujmy się, jeszcze nie jesteśmy tak technologicznie upośledzeni, żeby wpaść na pomysł np. podróży poślubnej w Google Street View. Podróże kształtują naszą osobowość, uczą pokory, pomagają poznać się na wylot w przypadku wspólnych wyjazdów. Nie chodzi o to, żeby wysiąść z autokaru i zrobić sobie selfie z kija z Wieżą Eiffla w tle. Podróż to ucieczka od monotonii. Wszystko co Cie otacza jest inne. Robisz zakupy w innych sklepach, widujesz innych ludzi, śpisz w innej pościeli, widzisz inny widok za oknem, obserwujesz inne życie w innym miejscu na Ziemi. W podróży uczysz się adaptacji do środowiska, doświadczasz przeróżnych zachowań, kształtujesz swój światopogląd. Myślę, że ludzką inteligencję w dużej mierze kształtuje jego doświadczenie. Podróż należy traktować jako lekcję życia - bez różnicy czy jest to weekendowy wyjazd czy dwutygodniowa wycieczka. W realnym świecie nie zawsze można coś odświeżyć, skopiować, cofnąć. Myślę, że na tym etapie na którym jest obecnie ludzkość jeszcze wszyscy doskonale rozumieją o co mi chodzi dlatego szerszy wywód nie ma sensu. Po prostu - realnych doznań nie zastąpi nawet najlepsza aplikacja. ♦ Bezpieczeństwo w podróży.Nie szukam przygód na siłę. Przykładam dużą wagę do bezpieczeństwa w podróży, głównie ze względu na moją towarzyszkę. Jako facet biorę za nią odpowiedzialność i nie dopuszczam myśli, że coś mogłoby pójść nie tak. Stąd też nie podróżujemy autostopem ani nie rozbijamy w krzakach namiotu, żeby zminimalizować ryzyko nieprzewidzianych zdarzeń. Nasza podróż musi być dobrze zorganizowana, domknięta w planie. Zawsze wiemy gdzie i kiedy mamy autobus, jak dojechać do celu, gdzie spędzić noc, na co uważać. Choć z entuzjazmem zagłębiam się w lekturę książek Wojciecha Cejrowskiego czy choćby Przemka Skokowskiego (Autostopem przez życie), to w kwestii moich wyjazdów z Martyną twardo stąpam po ziemi. Niewykluczone, że kiedyś spakujemy namiot i pojedziemy gdzieś autostopem. Póki jeszcze nie opuściła nas kreatywność, decydujemy się na nasz wariant, czyli bezpiecznie i do celu na czas.   ♦ Terroryzm w Europie - czy warto ryzykować wyjazd?To już jest indywidualna kwestia każdego z nas, więc nie będę się rozpisywać. Jeżeli ktoś ma pojechać w podróż na Zachód i złowieszczo obserwować każdego człowieka o orientalnej urodzie to rzeczywiście lepiej zostać w Polsce i ot choćby pospacerować po Bieszczadach. Ja osobiście uważam, że nie ma powodów do paniki. Rzeczywiście, sytuacja w Europie staje się dramatyczna, ludzie giną zamordowani w bestialski sposób. Myśląc jednak w oparciu o realizm, zawsze doszukamy się zagrożenia w stanie niepokoju. Możemy rozważać ryzyko zamachu, ale także analizować kwestię potencjalnego potrącenia przez samochód na ulicy, napaści rabunkowej, wypadku drogowego czy innej katastrofy lądowej. Owszem, istnieje ryzyko zamachów i z przerażeniem obserwuję wiadomości ze świata. Nie chcę się wymądrzać, ale jak już powiedziałem - jeżeli się obawiasz, nie jedź. Nasz wyjazd do Brukseli poprzedziły tragiczne zamachy terrorystyczne. Momentami czuć było na ulicy niepokój, ale innym razem wskakiwaliśmy w rytm normalności i zapominaliśmy na chwilę o tym co się wydarzyło, dzięki czemu mogliśmy zwiedzić miasto i zaliczyć bądź co bądź udany pobyt w Belgii. Nie dajmy się zwariować, zamknięcie się w domu nie jest żadnym rozwiązaniem. ♦ Couchsurfing, booking i Airbnb, czyli tanie spanie. Idea Couchsurfingu jest nam dobrze znana. Braliśmy niejednokrotnie tę opcję pod uwagę, jednak ostatecznie jak dotąd nie zdecydowaliśmy się na skorzystanie z tego portalu. Powód jest prosty - cenimy sobie niezależność. Nie zamykamy się na tubylców, bo kontakt z nimi też jest dla nas istotny (o tym później). Nie wyobrażam sobie spać u kogoś, korzystać z gościnności hosta, a następnego dnia powiedzieć mu "wiesz co, zostaw nas samych". Ideą Couchsurfingu jest ludzka integracja. My obawiamy się presji. Cenimy sobie niezależność, a każdy dodatkowy towarzysz jest zarazem dodatkowym głosem przy ustalaniu planu. Boję się myśli, że "kurcze, gości nas, więc trzeba się dopasować". A my lubimy sobie np. wrócić po całym dniu i po prostu w milczeniu nic nie robić, albo zająć się czymś indywidualnie. Trudno jest powiedzieć komuś wprost, że nie mamy ochoty na jego towarzystwo mając na uwadze, że osoba ta zgodziła się nas gościć u siebie pod dachem.Dlatego wolimy zapłacić parę groszy i mieć uchyloną furtkę do prywatności, zbawiennej strefy zen, która oczyszcza nas ze zmęczenia. Ostatnio kwestię naszych noclegów całkowicie zdominował portal Airbnb, czyli taki swoisty "płatny Couchsurfing". Za jego pośrednictwem możemy tanio wynająć cały apartament, lub - tak jak my - wprosić się komuś do domu zajmując zaledwie pokój. W ten sposób oszczędzamy na noclegu, mamy zapewnioną prywatność, a ponadto nie rezygnujemy z kontaktu z tubylcami. Do tej pory byliśmy usatysfakcjonowani w zupełności - kiedy chcieliśmy pogadać z naszym gospodarzem, siadaliśmy wspólnie przy piwie/kawie. Kiedy chcieliśmy pobyć sami, zamykaliśmy się w pokoju z czystym sumieniem, że nasz host dostał parę groszy za ugoszczenie nas, więc też mamy moralne prawo postawić warunki - w tym przypadku "jestem zmęczony, potrzebuję spokoju". Więcej o Airbnb poczytacie w osobnym poście (link). Inną opcją z której korzystaliśmy dotychczas jest wyszukiwarka hoteli booking.com. W naszym przypadku poszukiwanie taniego hostelu polegało na wpisaniu destynacji, filtrowania ofert od najtańszych i weryfikacji oceny gości. Tani hotel z dobrymi opiniami to gwarancja odpowiedniego stosunku jakości do ceny. My się jeszcze na tym sposobie nie zawiedliśmy. Zawsze udawało nam się dostać to, czego oczekujemy, tj. skromne, ale przyzwoite warunki w niskiej cenie.♦ Turyści czy już podróżnicy?Unikam określenia turyści, bo kojarzy mi się to ze stadem flamingów. Nasuwa się obraz ludzi, którzy oglądają świat przez ekran aparatu cyfrowego. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że turysta to określenie pejoratywne. Podróżnik zaś to pojęcie tak szerokie jak i sama podróż. Podróżą możemy nazwać choćby kilka godzin w pociągu - gdy docieramy do celu często pytają nas "jak minęła podróż?". Ale podróż to także wyprawa autostopem na drugi koniec świata. Jak więc odróżnić podróżnika, który jedzie pociągiem odwiedzić krewnych od takiego, który poznaje zupełnie nieznane nam oblicze ludzkiej kultury po drugiej stronie globu? Brakuje mi słowniku większej ilości pojęć, bo nie wiem kim jestem. Turysty się wstydzę, a do podróżnika mi daleko.♦ Gdzie najbardziej nas ciągnie?Mój sentymentalny kompas wskazuje jeden kierunek: Tatry. Góry, których mapę znam na pamięć, których każdy szczyt rozpoznam. Nie będę się tłumaczyć ani zachęcać Was do wyjazdu w Tatry. To jest moja emocjonalna więź, do której nie zamierzam nikogo zapraszać. Są tacy, którym tego zjawiska nie trzeba tłumaczyć i inni, którzy tego po prostu nie zrozumieją.W kontekście wyjazdów zagranicznych najbardziej nas ciągnie wszędzie tam, gdzie jeszcze nas nie było.♦ Nasze plany na najbliższą przyszłość.Jeśli chodzi o ambitne plany w kontekście wyjazdów zagranicznych, to na szczycie listy góruje Islandia, Stany Zjednoczone, Japonia i Tajlandia. Jeśli chodzi o opcję nr 1, czyli krainę lodu i ognia, to jest to koncepcja jak najbardziej realna. To właśnie na Islandii chcielibyśmy zasmakować przygody z namiotem i autostopem. Pochwalę się, że ja już mam za sobą bardzo skromny debiut jeśli chodzi o łapanie na kciuka. Myślę, że Islandia to może być ciekawy poligon doświadczalny. Stany Zjednoczone także chodzą nam coraz częściej po głowach, głównie w kontekście programu Work & Travel. Planujemy wyjechać do pracy na kilka miesięcy na wizie J-1, przy okazji poznać ten niesamowity american life style :) Japonia to dla nas ciekawy kierunek z myślą o podróżniczym debiucie w Azji. Kraj bezpieczny, cywilizowany, a przy tym zupełnie odmienny kulturowo. Podobnie jak Tajlandia, która jest popularną destynacją turystyczną, na dodatek sprzyjającą taniemu podróżowaniu. Przy okazji azjatyckich wojaży, może dalibyśmy się skusić na wypad do Birmy. Nasłuchałem się Przemka Skokowskiego, który opisuje ten kraj jako niezwykle gościnny i otwarty na gości z zewnątrz. Oczywiście nie da się zliczyć miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Fascynuje nas cały świat bez wyjątku. Powyższe destynacje to tylko te, które byłyby dla nas dobrym miejscem na zdobywanie doświadczenia w podróżowaniu poza naszym kontynentem. Jedynym realnym ograniczeniem jakie dostrzegamy to finanse i bezpieczeństwo. Jeżeli gdzieś nie pojedziemy to tylko dlatego, że nas nie stać, lub z powodu niesprzyjającej i niestabilnej sytuacji politycznej.♦ Jeśli chcecie o nas coś jeszcze wiedzieć, zostawcie komentarz pod postem :) To tyle z mojej strony / Mat.