marcogor o gorach

Noc w górach

Góry w letnim zachodzącym słońcu nie przemawiają do nas ludzkim głosem, ale ciszą i pięknem natury roztaczającej się dookoła. Nie marnujmy takich chwil, ale napełniajmy się nimi i wracajmy wyciszeni. Góry wymagają respektu i cierpliwości. Na sukces składają się tysiące doświadczeń. Z faktu, że ktoś jest bardzo sprawny technicznie w skałach, nie wynika jeszcze, ze poradzi sobie w górach w trudnej sytuacji, w czasie załamania pogody lub lawiny, w razie śmierci partnera czy wypadku. Można się tego nauczyć jedynie przez długoletnią praktykę. Ale przede wszystkim najważniejsza jest miłość do gór. ( Krzysztof Wielicki ) skaliste otoczenie górnej części Hali Gąsienicowej i Koziej Dolinki Wiesz jaka jest noc w górach?:) Ma zapach siana skoszonych łąk. I pasących się za dnia owiec, nieopodal domu. Drewna i żywicy szumiących wokół drzew. Zapach rześkiego powietrza o zmierzchu I chłodu oplatającego me ramiona na wieczornym spacerze. Pełna odgłosów góralskiej muzyki odbijającej się od tatrzańskich turni i przyśpiewek skocznych w przydrożnych karczmach. Nagłej burzy , która przyszyła nie wiadomo skąd Zaskakując wszystkich turystów A przynosząca ulgę spragnionej ziemi Po upalnym dniu. Szelestu liści i kropel stukających o dachy domów i myśli krążących samotnie po szlakach szukających schronienia i ciepłego przytuliska chociażby w szałasie ludzkich snów. Aby przetrwać szczęśliwie tylko do rana . A kiedy słońce wzejdzie znów rozświetlając niebo nad szczytami obudzą się radośnie, otrzepią resztki kropel i wyruszą dalej zabierając ze sobą obraz minionej nocy. „Wiolinka” w żlebie Kulczyńskiego, Tatry Wysokie A przy okazji polecam tanie podróżowanie z firmą http://piatkabus.pl/. Z górskim pozdrowieniem Marcogor Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Nawyki – drobne a ważne

Dobas

Nawyki – drobne a ważne

Drobne nawyki

Dobas

Drobne nawyki

marcogor o gorach

Orla Perć – szlak tylko dla orłów

Mija 110 lat od wytyczenia najtrudniejszego szlaku w Tatrach. Wytyczony ponad sto lat temu szlak turystyczny Orla Perć miał być przeznaczony tylko dla orłów tatrzańskiej wspinaczki, ukoronowaniem ich dotychczasowych zdobyczy, jednak ta idea się zatarła. Zginęło tam blisko 140 turystów. Orla Perć oznaczona czerwonym szlakiem, uważana jest za najtrudniejszy szlak wysokogórski w Polsce. Zaczyna się na Przełęczy Zawrat (2159 m n.p.m.), biegnie przez Zamarzłą Przełęcz, Kozią Przełęcz, Kozi Wierch (2291 m n.p.m), Granaty, Buczynowe Turnie i kończy się na Krzyżnem (2112 m n.p.m). Pomysł wytyczenia Orlej Perci zawdzięczamy miłośnikom Tatr – młodopolskiemu poecie Franciszkowi Henrykowi Nowickiemu i księdzu Walentemu Gadowskiemu.  słynny uskok na Granatach Już w 1901 r. Nowicki przesłał projekt utworzenia szlaku do Towarzystwa Tatrzańskiego. Pierwotnie szlak miał być o wiele dłuższy i prowadzić od Wodogrzmotów Mickiewicza i dalej główną granią Tatr przez Wołoszyn, Krzyżne, Zawrat, Świnicę, Czerwone Wierchy do Doliny Kościeliskiej. Budowa szlaku, której przewodził ks. Gadowski, rozpoczęła się w lipcu 1903 r. W wytyczaniu szlaku i montowaniu zabezpieczeń, czyli łańcuchów, klamer i drabinek, brali udział m.in. pierwsi przewodnicy tatrzańscy: Klemens Bachleda, Jakub i Józef Wawrytko i inni. Wytyczanie i zabezpieczanie szlaku zakończono w lipcu 1906 r. Pierwotnie Orla Perć kończyła się na Polanie pod Wołoszynem, obecnie szlak jest krótszy i kończy się na Krzyżnem. Historyczny końcowy odcinek szlaku jest zamknięty od 1932 r. drabinka na trawersie Orlej Baszty – Często turyści nieświadomie lub zupełnie nieprzygotowani poruszają się po Orlej Perci. Część turystów wchodzi tam zupełnie przypadkowo, nie wiedząc gdzie są i gdzie idą. Nie potrafią się poruszać w tak trudnym, eksponowanym terenie i często kończy się to wypadkiem z poważnymi obrażeniami lub nawet wypadkami śmiertelnymi – powiedział Andrzej Marasek. Od czasu powstania szlaku w 1906 r. na Orlej Perci i szlakach dojściowych zginęło około 140 osób, co stanowi jedną piątą ofiar w całych polskich Tatrach. – To tragiczne i zatrważające statystyki – podkreślił ratownik TOPR. pólnocny często zaśniezony żleb przed Wielką Buczynową Turnią – Orla Perć była wytyczona dla turystów wykwalifikowanych i doświadczonych, którzy już swoje w Tatrach przeszli. Pokonanie Orlej Perci miało być ukoronowaniem ich dotychczasowych zdobyczy taternickich, miał to być szlak tylko i wyłącznie dla orłów. Dzisiaj ta idea się zatarła i na Orlą Perć wchodzą wszyscy, niejednokrotnie kompletnie nieprzygotowani turyści – zauważył Marasek. Według statystyk 60 proc. wypadków na Orlej Perci zdarza się na skutek poślizgnięcia na płatach śniegu lub oblodzonych skałach. Wśród pozostałych przyczyn są m.in. zabłądzenia, zasłabnięcia oraz spadające kamienie. wspinaczka na Małą Buczynową Turnie A przy okazji zapraszam na stronę http://promotiontops.pl/, gdzie znajdziecie wiele starannie wybranych artykułów, wspaniale sprawdzających się jako upominki i gadżety reklamowe, z przeznaczeniem dla firm dbających o swój wizerunek. Z górskim pozdrowieniem Marcogor   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Czerwcowe migawki z Instagrama.

PO PROSTU MADUSIA

Czerwcowe migawki z Instagrama.

          Szalenie szybko płynie mi ten czas ostatnio, już kolejny miesiąc za nami. Powiem Wam szczerze, że coraz bardziej się stresuję egzaminem, co wpływa niezwykle motywująco. Dodatkowym bodźcem jest też fakt, że wreszcie szykują nam się małe wakacje i wtedy raczej na pewno uczyć się nie będę, więc teraz chcę przerobić jak najwięcej. Co do wakacji, to dokładnie za miesiąc mam urodziny i dokładnie za miesiąc będziemy w Hiszpanii. Tym razem jednak nie gorąca Andaluzja, lecz Madryt jako miejsce startowe i domyślnie Galicja. Będzie się działo. ;) Chociaż na pewno mniej niż wczorajszego wieczora, gdy moja kochana Portugalia wreszcie się doczekała i zdobyła mistrzostwo Europy. Pięknie się chłopcy cieszyli, a ja razem z nimi. Idealne zakończenie weekendu i całych pięknych mistrzostw, tak przecież pomyślnych i dla nas. A dzisiaj, na jeszcze lepsze rozpoczęcie tygodnia, czerwcowe podsumowanie moich instagramowych przygód, ponieważ to majowe baaardzo się Wam podobało. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. Albo i lepiej. ;)       W czerwcu mocnym punktem dalej były zachody słońca, które chyba nigdy mi się nie znudzą. Nawet przyznam szczerze, że polowanie na nie stało się taką moją małą pasją i Tomasz się trochę ze mnie śmieje, jak się zrywam nagle od komputera, z obłędem w oczach szukam aparatu (bo nigdy nie pamiętam, gdzie go położyłam) i biegnę do okna, wychylając się chwilami dość mocno z niego, żeby złapać jak najlepsze ujęcie. Zastanawiam się też, co myślą o mnie sąsiedzi z bloku naprzeciwko, bo musi to czasem dość komicznie wyglądać. Nie bardzo się tym jednak przejmuję, bo efekty są całkiem niezłe. Naprawdę ten widok jest ogromnym plusem naszego mieszkania i baaaardzo je za to lubię. ;)             Niestety, z powodu mojej nauki i pracy Tomasza, mamy zdecydowanie mniej czasu (a i ochoty też ostatnio nam brakuje) na jakieś wielkie wyprawy. W czerwcu kilka razy chcieliśmy się wybrać w góry, ale zawsze coś stawało nam na drodze i nic z tego koniec końców nie wyszło, w lipcu może być podobnie. Strasznie słabo ten sezon nam idzie, a taaakie plany mieliśmy. Może jeszcze coś się ruszy. ;) Za to w jedno popołudnie wyruszyliśmy na krakowski Zakrzówek, gdzie spokojnie można odpocząć. I to dodatkowo z pięknym widokiem na Kraków. ;)         Z racji faktu, że siedzieliśmy w domu, przez pewien czas byliśmy opiekunami większej ilości zwierzątek niż nasze dwa świntuchy. Na ponad trzy tygodnie zamieszkał z nami cudny Franek, czyli świnka morska mojej mamy. Płci męskiej, więc przez cały ten czas odchodziły nam w mieszkaniu świniakowe amory, bo nasze to dwie dziewczynki. Było wesoło i po jego wyjeździe nieco pusto się zrobiło. A na pewno nudniej, bo moje świntuchy wróciły do bardziej stacjonarnego trybu życia - jedzenie i spanie, zero spacerów, bo samym im się nie chce. ;) A oprócz świntuchów wpadła nam też opieka nad Zarą, znaną już z Instagrama. W lipcu pewnie też się pojawi, bo kilka wspólnych dni znów nas czeka. ;)głaszcz mnie człowiek! ~~ Franek.smutny pies.           Standardowo nie mogło się obyć bez książek, które wieczorami umilają mi te ostatnie minuty przed snem. Jakoś tak ostatnio narodził się u mnie nowy zwyczaj i wieczorem po skończonej nauce, gdy przenosimy się do sypialni, nie zabieram ze sobą laptopa, tylko spokojnie zalegam z książką w dłoni. I zdecydowanie lepiej mi się śpi, gdy już nie patrzę na ekran. Wyjątkiem są te chwile, gdy książkę papierową zastępuje czytnik, co też czasem mi się zdarza, bo momentami nie mam już siły trzymać książki w ręce (bo głównie czytam same cegły, im grubsza tym lepsza) i wtedy ratuję się ebookami. ;) baaardzo dobra nowa książka Cherezińskiej. ;) i tak właśnie czytam sobie w łóżeczku wieczorami.do koreanek tylko zielony koktajl można pić. ;)nowy Mróz ciągle czeka na półce, bo tak na niego czekałam, że teraz nie mogę się zebrać. ;)książka świetna, ale ta okładka urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. <3          W czerwcu też trochę zakupów kosmetycznych miałam, ale zdecydowanie mniej niż w poprzednich miesiącach. Wyszłam z założenia, że skoro już obkupiona praktycznie we wszystko jestem, to fajnie byłoby trochę tego zużyć, zamiast ciągle kupować nowe. ;) Ale i tak musiałam się skusić na jedną pomadkę, na którą polowałam od dłuższego czasu i nigdzie nie mogłam jej dostać, bo absolutnie wszędzie była wykupiona. I jak to zwykle bywa, kiedy już straciłam nadzieję, że ją dostanę i przestałam szukać, od razu się na nią natknęłam. I nie żałuję, bo naprawdę jest super. ;) super fantastyczna pomadka matowa od Wibo - zdjęcie aż dostało od nich reposta. ;)promocja w Biedronce. ;)czekoladka na dzień dziecka dla dużego dziecka. ;)         I jak zwykle na zakończenie, zdjęcia, których nie da się przyporządkować do żadnej z pozostałych kategorii. I uwaga - trafia się tu pierwsze selfie od stu lat. ;) Nawet ja się skusiłam i z okazji meczu naszej reprezentacji na euro strzeliłam fotę w pełnym kibicowskim rynsztunku. Co prawda, wygląda jakby była robiona tosterem względnie pralką, ale niestety na górze mam chwilami dość kiepskie światło. Ale za to jest takie cudowne wielkie lustro, które moja kochana druga połówka kupiła mi ze swojej pierwszej wypłaty po podwyżce i własnoręcznie je zmontowała. Taki kochany chłop mi się trafił! ;) selfie w sypialni. ;)misja Kamikadze w Sushi Kushi, czyli płacisz raz i jesz aż nie padniesz. my padliśmy. ;) Mogielica jako zdjęcie informujące o nowej notce. ;)         Drugie podsumowanie już za nami, mam nadzieję, że też się Wam podobało, dajcie koniecznie znać w komentarzach. ;) I tym razem obiecuję poprawę, że już regularniej zaczną się pojawiać notki, bo tyyyyyyle mam tematów, a tak mało czasu. Ale zorganizuję się w końcu lepiej, ogarnę się (euro się skończyło, więc wolne wieczory będą) i zacznę pisać więcej! ~~Madusia.

guzik co wzywa śmigłowiec

Dobas

guzik co wzywa śmigłowiec

BZWBK Press Foto – historia

Dobas

BZWBK Press Foto – historia

Tęsknota szczytów

marcogor o gorach

Tęsknota szczytów

Każde z tych miejsc trzeba zapamiętać dokładnie kamień po kamieniu rysę po rysie krok po kroku bo zdarzyć się może każdego dnia że wejdziesz na drogę w doliny bez powrotu. ( Aleksander Wojciechowski ) Połonina Krasna z Topasem Odosobnione wrogo gór strzelistych szczyty, Tonące w nocnych niebios głuchoniemym łonie, Podają sobie dumnie – jak na zgodę dłonie – Pojednawcze przełęcze w wyży niezdobytej. Urwiste, stronie turnie! Tragiczne granity, Stojące w obojętnych gwiazd zimnej koronie! Ach, głaz z płazem się brata w hardym niepoklonie W pustce nieczułej, nagiej i niesamowitej. Miłości trzeba! Górna samotność przeraża Okrutnym opuszczeniom, jak groza cmentarza, Chociaż czoło się wznosi w gwiazdy, nad obłoki! O, wy pola ulegle skromnie żeńców kosom! Szczyty gór rodzą orły wysokim niebiosom l poziomym, pokornym dolinom potoki. ( Staff Leopold ) Gorgany zachodnie A przy okazji polecam tapety ścienne z centrum tapet. Z górskim pozdrowieniem Marcogor Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Hiszpańskie opowieści: Setenil pod wiszącą skałą.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: Setenil pod wiszącą skałą.

         Dzieje się, oj dzieje. ;) Zaczęły się wakacje, Euro nabrało przyspieszenia i rozkręciło się dla nas wyjątkowo dobrze. Co prawda, w czwartek będę miała ciężki orzech do zgryzienia, bowiem moja ukochana Portugalia zmierzy się w meczu ćwierćfinałowym z naszą reprezentacją. Wiadomo, że zwycięzca może być tylko jeden, ale już mi żal Portugalii. ;) Dzisiaj za to czeka nas prawdziwy pojedynek pomiędzy Hiszpanią a Włochami. I tak się przypadkiem złożyło, że są to dwa kraje, w których najczęściej bywam w ostatnim czasie (plus Chorwacja jeszcze). I dzisiaj wrócimy do tego pierwszego kraju, gdzie w zeszłym roku zrobiliśmy sobie absolutnie fantastyczne listopadowe wakacje w Andaluzji. Wyjątkowo starannie przygotowywaliśmy się do tego wyjazdu, planując naszą trasę tak, abyśmy mogli zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc. I w ten sposób na kilka godzin trafiliśmy do magicznego świata miasteczka Setenil de las Bodegas, którego urok kryje się głównie w skałach. Sami zobaczcie dlaczego akurat w nich. ;)          Andaluzja słynie z tzw. pueblos blancos, czyli białych miasteczek. Przed wyjazdem stwierdziliśmy, że kilka z nich koniecznie musimy zobaczyć na własne oczy, żeby przekonać się, czy faktycznie są takie urocze. Pomiędzy nimi przebiega szlak sRuta de los pueblos blancos, zaś samych miasteczek jest kilkanaście. Po dość długim przeglądaniu stron w internecie wiedzieliśmy, że koniecznie musimy zahaczyć o Setenil de Las Bodegas, które samym położeniem wygrywa w naszym prywatnym rankingu. O dziwo, w większości przewodników, które przeglądałam przez wyjazdem, nie było o nim praktycznie nic. Zdziwiło mnie to szalenie, bowiem miasteczko naprawdę nie ma sobie równych. Z pozoru wygląda zupełnie zwyczajnie, ale gdy się przyjrzeć dokładnie, można zauważyć, że część domów została wkomponowana w skały. Tak, właśnie w skały, które nad częścią domów po prostu wiszą. To zdecydowanie trzeba zobaczyć na żywo.;)         Dojazd do miasteczka jest stosunkowo łatwy, aczkolwiek dość kręty. Zaparkować można spokojnie wzdłuż ulicy na wyznaczonych miejscach. Z miejsca gdzie parkowaliśmy zostały zrobione zdjęcia zamieszczone powyżej, więc aby dotrzeć do centrum miasteczka trzeba się nachodzić. ;) Chociaż tak po prawdzie, to nie bardzo, bo wystarczyło pójść w prawo i bardzo szybko dochodziło się drogą w dół do mostu, prowadzącego prosto do głównej ulicy. My oczywiście poszliśmy w lewo, dlatego też spacer był zdecydowanie dłuższy. Nie przeszkadzało nam to zupełnie, bo przecież nie od dziś wiadomo, że aby najlepiej poznać jakieś miejsce, trzeba się w nim zgubić. A w Hiszpanii przychodziło nam to wyjątkowo łatwo. ;) Te wszystkie wąskie i kręte uliczki są niezwykle zdradzieckie i niezwykle łatwo jest się pogubić, nawet wiedząc mniej więcej w którą stronę ma się iść. ;)       Przyznam szczerze, że postanowiliśmy się po prostu pokręcić po miasteczku, bez żadnego konkretnego celu. Podczas spaceru podziwialiśmy oczywiście te wszystkie cudne domy, idealnie wkomponowane w skały. Naprawdę, robi to absolutnie powalające wrażenie, nigdzie wcześniej nie widziałam takiego miejsca. Nie da się ukryć, że to miejsce naprawdę fascynuje, bo osadzenie zabudowy pomiędzy ścianami stromego wąwozu, będącego skalistym kanionem rzeki Rio Trejo, jest wprost niewiarygodne. Osobiście nie wyobrażam sobie, że miałabym mieszkać pod tonami skał nad głową. ;)                Wykorzystanie skał do budowy domów chwilami wprost zaskakuje. Mnie osobiście najbardziej zaskoczył dom, który wydaje się być posadzony na kamieniu. Widać, że nie brakuje ludziom fantazji i żadne tam skały czy kamienie nie są problemem, gdy brakuje miejsca do wybudowania domu. Naprawdę pomysł założenia osady w tym miejscu musiał się narodzić w wyjątkowo pomysłowej i szalonej głowie. Za to obecnie miasteczko ma ogromny potencjał turystyczny, więc pewnie latem musi być tutaj szalony ruch. Na szczęście, w listopadzie było spokojnie, a w cieniu skał chwilami aż za zimno. ;) na kamieniu rośnie dom. ;p           Po kilkudziesięciu minutach kręcenia się chwilami w kółko po miasteczku, udało nam się wreszcie dotrzeć do głównej ulicy, widocznej na praktycznie wszystkich zdjęciach i pocztówkach z Setenil. Tutaj także mieszczą się chyba jedyne w miasteczku kawiarnie, gdzie można zasiąść przy stolikach, ze skałą nad głową i widokiem na rzeczkę. Cudne i absolutnie niepowtarzalne miejsce.            Z racji faktu, że byliśmy tutaj w okolicach południa stwierdziliśmy, że zasłużyliśmy na małą kawusię i coś dobrego do zjedzenia. Z tym pierwszym problemu nie było, drugie zaś przysporzyło nam wiele śmiechu. Otóż - na śniadanie było już za późno i już go nie wydawali, zaś na obiad bądź też lunch było zbyt wcześniej. Trafiliśmy akurat na moment zmiany menu i pan barman nie bardzo wiedział co z nami zrobić. ;) W końcu jednak jeść też dostaliśmy, ale o tym co to było będzie w osobnym poście o hiszpańskiej kuchni, który kiedyś wreszcie stworzę. Obiecuję! Z barem też była wesoła historia, bo kilka minut szukałam łazienki, gdyż nie wpadła na to, że kręte schodki wiodące na piętro prowadzą właśnie tam, a nie do kolejnej przytulnej salki. ;) Ale dzięki temu, mogłam zrobić zdjęcie z widokiem na miasteczko z wysokości pierwszego piętra. ;)focia z toalety - do skały niebezpiecznie blisko. ;)kawusia pod wiszącą skałą w szklankach!        Po kawusi nadszedł czas na pożegnanie z uroczym miasteczkiem, bowiem następnym punktem na naszej wycieczce, było dla odmiany jedno z najpopularniejszych miejsc Andaluzji - Ronda. Wracając do samochodu się właśnie zorientowaliśmy, że faktycznie obeszliśmy na początku praktycznie całe miasteczko naokoło, ale nie żałowaliśmy, bo zdecydowanie warto było się ciut zagubić. ;) Ciągle jeszcze podziwialiśmy sposób w jaki niektóre domy zostały sklejone ze skałą, bo to naprawdę robi wrażenie. Wiem, że stale to powtarzam, ale już brakuje mi słów zachwytu nad tym miejscem, które z całego serduszka polecam. Drugiego tak cudnego miejsca w Andaluzji nie widziałam, a naprawdę sporo ich zobaczyliśmy. Setenil de las Bodegas zdecydowanie podbił mnie na zawsze i z przyjemnością wrócę tutaj, gdy tylko będę miała okazję. :)~~Madusia.

Wędrówka szczytami Borżawy z kulminacją w Wielkim Wierchu

marcogor o gorach

Wędrówka szczytami Borżawy z kulminacją w Wielkim Wierchu

Moje pierwsze zetknięcie z pasmem Borżawy w Karpatach Ukraińskich zaowocowało piękną wędrówką przez kilka szczytów wznoszących się nad miasteczkiem Wołowiec, gdzie był nasz nocleg. Rozległe, połoninne szczyty przypominały mi nasze Bieszczady, ale w wersji makro. Bo wszystko tam jest większe, obszerniejsze, a widoki na bezkresną zdawać by się mogło górską dal, gdzie wszędzie leżą jakieś góry wyjątkowo cudne. Dobrze zagospodarowany region Borżawy okazał się mniej dziki, niż Gorgany, które przemierzałem wcześniej. Świadczyła o tym także dość spora jak na Ukrainę ilość miejscowych turystow, których mijałem na szlaku. A te są tu dobrze oznakowane i raczej nie sposób się zgubić. Z kolejki krzesełkowej na jeden ze szczytów korzystają również paralotniarze, których mogłem podziwiać z wierzchołków na mojej trasie. Borżawa, albo Połonina Borżawska to pasmo górskie na ukraińskim Zakarpaciu. Należy do Beskidów Połonińskich w łańcuchu Zewnętrznych Karpat Wschodnich. Pasmo Borżawy ma ok. 25 km długości, na zachodzie Połonina Borżawska graniczy z Połoniną Równą, na wschodzie – z Połoniną Czerwoną. Na północy oddziela ją od Bieszczadów i Gorganów obniżenie przełęczy Podobec. Połonina Borżawska dzieli się na trzy grzbiety: krótki zachodni ze szczytami Tomnatyk (1344 m n.p.m.) i Płaj (1334 m n.p.m.), nieco dłuższy południowy ze szczytami Pohar (792 m n.p.m.), Magura (1088 m n.p.m.) i z najwyższym szczytem całego pasma – Stohami (1677 m n.p.m.) oraz wielokrotnie dłuższy od nich grzbiet południowo-wschodni ze szczytami Magura Żydowska (1516 m n.p.m.) i Hrad (1374 m n.p.m.). Grzbiet ten w połowie długości jest przedzielony przełęczą Prislop (1142 m n.p.m. W jego końcowej części wyodrębnia się niekiedy małą Połoninę Kuk (kulminacje Kuk, 1361 m n.p.m. i Menczuł, 1247 m n.p.m.). Grzbiety zbiegają się na szczycie Wełykyj Werch (1598 m n.p.m.) w północnej części pasma. na Wielkim Wierchu Właśnie ten zachodni grzbiet z kulminacją w zwornikowym wierzchołku Wielkiego Wierchu był trasą mojej pierwszej wędrówki przez ten uroczy skrawek górski. Wyruszyłem z ekipą PTTK dokładnie z przełęczy nad wioską Hukliwe niebieskim szlakiem, by bardzo łagodnym podejściem dotrzeć szybko ponad las na pierwszy szczyt – Riapetską. Potem ścieżkami, bądź szeroką polną drogą wygodnie wędrowałem przez cudne połoniny Borżawy. Na Wielkim Wierchu nasz przewodnik objaśnił nam szerokie panoramy widoczne tego dnia z wierzchołka. Oprócz pobliskich pasm górskich na czele z Gorganami, czy Połoniną Krasną szczególnie dobrze widać było Pikuja, najwyższy szczyt Bieszczad, jak także polską ich część, z samą Tarnicą w centrum. szpiczaty Pikuj z prawej, w środku na lewo siodło Tarnicy Pasmo Połoniny Borżawskiej w swoich wyższych partiach ma charakter wysokogórski – szczyty są stożkowe, pokryte specyficzną dla Wschodnich Karpat formacją połoniny. Grzbiety są szerokie, doliny – głęboko wcięte. Poniżej linii 1200 m n.p.m. zbocza są pokryte lasami, głównie bukowymi, które jednak są w ostatnich dziesięcioleciach masowo wyrąbywane. Na połoninach prowadzi się wypas owiec. Połonina Borżawska nie jest objęta żadną formą urzędowej ochrony przyrody. Przez pasmo przebiega gazociąg. A ja powolutku spacerowałem sobie wśród bujnych traw i cudnej zieleni, szeroką drogą, najpierw na obszerny i spłaszczony wierzchołek Płaja, gdzie działają stacja meteorologiczna i przekaźnik radiowo-telewizyjny. Stoi tam też pomnik ukraińskiego poety, a obraz dopełnia gruz po jakiś zabudowaniach. na wierzchołku Płaja Coraz intensywniejszą w ostatnich latach turystykę górską ułatwia sieć pasterskich dróg i ścieżek. I jedna z nich doprowadziła mnie na kolejny szczyt – Tomnatyk, a potem była wspaniała graniówka wśród malowniczych skał, wyrosłych pośrodku zieleni, aż na szczyt bez nazwy z krzyżem. Właściwie to turyści, z racji podobieństwa, gdy się ogląda go z daleka nazwali Cyckiem i przyznaję, że to bardzo trafna nazwa. W końcu udało mi się wejść na jakiegoś cycka… Z wierzchołka jest świetny widok na rozłożone w dole miasteczko Wołowiec. Zejście z niego właśnie tam, to kolejny przyjemny spacer polnymi, lub leśnymi drogami, cały czas czerwonym szlakiem, który doprowadził w końcu całą naszą ekipę do centrum Wołowca. To właściwie jest osiedle typu miejskiego, leżące nad potokiem Wicza, na południowym stoku Wschodnich Bieszczadów, w obniżeniu między tym grzbietem a pasmem Połoniny Borżawy. Przez miasto przebiega główna zakarpacka linia kolejowa z Mukaczewa do Stryja. Wołowiec widziany z Cycka W mieście znajduje się cerkiew greckokatolicka z XVII / XVIII wieku. Świątynia ta, pod wezwaniem Opieki Bogurodzicy jest przykładem trójdzielnej konstrukcji z wieżą słupowo-ramową i izbicą. Turyści znajdą tu też turbazę Płaj posiadająca 120 miejsc noclegowych, ale PTTK korzysta z hotelu Wiktoria o dobrym standardzie w samym centrum osiedla. Tutaj to po zejściu z gór zakończyła się moja kolejna przygoda z tym rejonem Karpat. Trzecia ukraińska wyprawa była za mną, ale przecież następna miała być już wkrótce i niedługo o niej przeczytacie. Każde zetknięcie z tym dzikim, cudownym regionem górskim utwierdza mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych kierunków dla turystów pragnących ciszy, spokoju i braku tłumów na szlaku. Będę powracał na zieloną Ukrainę jak najczęściej. Przyciąga jak magnez mnogością przyjaznych pasm górskich. Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wyprawy. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Jak dobrze nam zdobywać góry: Mogielica po raz drugi.

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Mogielica po raz drugi.

          Ależ niesamowite tempo ma ten czerwiec, już ponad połowa za nami. Obecnie skupiam się głównie na nauce, przerywanej meczami piłki nożnej, bo powoli Mistrzostwa Europy nabierają tempa. Powiem Wam szczerze, że wczoraj był pierwszy dzień, gdy nie było trzech meczy dziennie i czułam się wyjątkowo nieswojo. Nie ma to jak małe uzależnienie, ale cierpieć zacznę dopiero po finale dziesiątego lipca. ;) Z racji tych wszystkich faktów, a także tego, że ostatnio Tomasz ma szalenie zamotany okres w pracy, niewiele raczej podróżujemy. Na szczęście, sporo ciekawych miejsc odwiedziliśmy wcześniej, a że nie pisałam o tym na blogasku, to czas najwyższy sięgnąć do przepastnych zasobów mojego dysku i trochę powspominać. Na pierwszy ogień pójdą góry i zdobyta tuż przed moimi imieninami Mogielica, którą odwiedziliśmy po raz drugi. Za pierwszym razem byliśmy na niej dwa lata temu w sierpniu (relacja tutaj) i to właśnie od niej rozpoczęliśmy naszą przygodę z Koroną Gór Polski. Z racji swojego usytuowania można na nią wejść z czterech stron świata, więc tym razem postanowiliśmy sprawdzić zupełnie inną trasę. I poszło całkiem nieźle. ;)          W sobotni poranek pogoda dopisywała, świeciło słoneczko, wiał lekki wiaterek  - idealne warunki do wędrówki. Jak zawsze dojazd w Beskid Wyspowy był dość długą podróżą, bo najpierw Zakopianka, a później drogi lokalne, jeszcze bardziej niż ta pierwsza zwykle zakorkowane, zwłaszcza gdy pogoda dopisuje. Nie marudziliśmy za bardzo aż do chwili tuż przed parkowaniem, gdy sympatyczny kierowca stojący przed nami, postanowił nagle w nas wycofać. Na szczęście miał dobre hamulce i klakson Tomasza nieco go otrzeźwił, dzięki czemu zatrzymał się ze dwa centymetry przed nami. Na ostatnich dwustu metrach już takich przygód nie było i spokojnie stanęliśmy na nieco dzikim parkingu. Początek naszej trasy miał miejsce na Przełęczy Rydza Śmigłego. Znajduje się tutaj kamienny obelisk z 1938 r. i krzyż, które zostały postawione na pamiątkę walk Legionów Polskich (w 1914 r.), dowodzonych przez Edwarda Rydza-Śmigłego, nazywane obecnie Pomnikiem Spotkania Pokoleń. Z tą Przełęczą związana jest jedna z legend o Mogielicy, zgodnie z treścią której Mogielica była żoną wielkoluda Łopienia (będącego szczytem znajdującym się po drugiej stronie przełęczy), oddzieloną od małżonka właśnie tą przełęczą. Co ciekawe, żona jest od męża sporo większa. ;)        Z Przełęczy na Mogielicę prowadzi zielony szlak. Nieco nas zastanowiła informacja na szlakowskazie, że podejście na górę trwa aż dwie i pół godziny, jak sprawdzaliśmy w domu wychodziło, ze trasa ma jakieś dwie godziny maksymalnie. Nie przejęliśmy się tą prognozą, tylko raźno ruszyliśmy przed siebie. Ruchu zbyt wielkiego nie było, praktycznie większość trasy szliśmy sami. Początkowo szlak wiódł obok kilku zabudowań, później już porzuciliśmy ostatnie oznaki cywilizacji i wędrowaliśmy łąkami. Widoki były absolutnie cudne - Beskid Wyspowy pod tym względem jest niepowtarzalny.         Ogromnym plusem tego pasma górskiego jest fakt, że nie jest ono zbytnio uczęszczane. Można tutaj w ciszy i spokoju rozkoszować się pięknem natury. Przez większość czasu szlak nie nastręczał nam żadnych trudności, utrzymywaliśmy stosunkowo szybkie tempo, mimo iż zupełnie się nie spieszyliśmy. Na podziwianie okolicy też był czas.          Dopiero pod sam koniec droga zaczyna się piąć w górę, trochę wysokości trzeba jednak wreszcie nabrać. Wspinaczka po nieco śliskich kamieniach była już ciut trudniejsza, ale daleko było jej chociażby do wspinania się na Kozi Wierch w Tatrach. Nie te wysokości, nie ta ekspozycja. Kilkaset metrów takiego wchodzenia potrafi jednak dać w kość. Co prawda, spodziewałam się, że od razu już dotrzemy na szczyt, jednakże rozczarowałam się. Dotarliśmy bowiem na cudną polanę, z której widoki były po prostu niesamowite. Zarządziliśmy krótki postój na odpoczynek, nawodnienie się i oczywiście zrobienie zdjęć. Bo i też fotografować było co. ;)         Nasyceni widokami, zaczęliśmy atak szczytowy. ;) Za pierwszym razem ten fragment podejścia wykończył mnie totalnie, tym razem było zdecydowanie łatwiej, chociaż też podejście do najłatwiejszych nie należy. Tym razem jednak nie miałam ochoty umrzeć na pierwszym kamieniu z brzegu, tylko brałam głęboki wdech i tuptałam dzielnie za Tomaszem. Jakoś tak się składa, że przy podejściach to on zawsze znajduje się z przodu. Ja asekuruję tyły, tak przynajmniej brzmi oficjalna wersja. ;p Wszystko jednak poszło gładko, nie umarłam na żadnym kamieniu i po godzinie i dziesięciu minutach od wyjścia z przełęczy byliśmy na szczycie. Dumni i szczęśliwi. ;)         Nie da się nie zauważyć, że największą atrakcją szczytu jest wielka drewniana wieża. Wygląda naprawdę imponująco, a wejście na nią dostarcza niezapomnianych emocji. Podobnie jak widoki z samej góry, rozciągające się malowniczo aż po horyzont. Trochę mieliśmy problem ze złapaniem ostrości, bowiem akurat słońce dość mocno operowało na niebie, stąd zdjęcia pozostawiają nieco do życzenia i tylko w niewielkim stopniu pokazują jak tam cudnie jest. ;)           Po zejściu z wieży nadszedł czas na krótką przerwę i szybki posiłek. Byliśmy też ciągle pod wrażeniem czasu, w jakim udało nam się wejść na szczyt. Naprawdę zrobiło to na nas wrażenie, zwłaszcza że jakoś wyjątkowo szybko nie pruliśmy do przodu. Ten szlak zdecydowanie bardziej mi się podobał niż ten, którym wchodziliśmy za pierwszym razem (a był to szlak niebieski z Jurkowa). Po kilkunastu minutach przerwy ogarnęliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. W planach była pętelka, którą mieliśmy osiągnąć dzięki zejściu najpierw żółtym szlakiem do Słopnic, a później czerwonym do Przełęczy.          Zejście już nie było takie fajne i przyjemne, jak wejście. Żółty szlak był bardzo zaniedbany, chwilami ciężko było w ogóle odgadnąć którędy prowadzi. Tutaj droga szła nam jeszcze szybciej, bo czym prędzej chcieliśmy wyjść z tego ponurego lasu. Panująca tutaj wilgoć powodowała, że sceneria chwilami wyglądała jak z horroru klasy B. ;) Zdecydowanie jeden z mniej przyjemnych szlaków, jakimi kiedykolwiek szłam.             Końcówka żółtego szlaku, już po wyjściu z lasu, biegła wzdłuż łąk i zabudowań, także ten fragment był zdecydowanie przyjemniejszy. Najgorsze niestety czekało nas na koniec. Urok robienia pętelek polega na tym, że dość często trzeba wędrować drogą. A nie ma nic gorszego po kilku kilometrach wędrówki niż rozgrzany asfalt, roztapiający się chwilami pod nogami, od którego odbijają się promienie słońca. Tutaj niby nie było aż tak źle, ale półtora kilometra takiej wędrówki dało nam na koniec najbardziej w kość. O wiele bardziej wolę się wspinać i wypluwać płuca co kilka metrów niż tuptać po takiej drodze. Na szczęście, szybko ten fragment zleciał i szczęśliwi dotarliśmy do samochodu. ;)        Podsumowując, ta trasa z Przełęczy Rydza Śmigłego podobała mi się o wiele bardziej. Jest zdecydowanie przyjemniejsza i łatwiejsza, co na początek sezonu górskiego jest istotne. Łącznie wyszło nam niecałe jedenaście kilometrów w nieco mniej niż trzy godziny, także tempo całkiem dobre mieliśmy. Zresztą, szło się nam niezwykle dobrze, o niebo lepiej niż tydzień wcześniej w Pieninach. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i dopisze pogoda, to pod koniec tygodnia powinniśmy pojechać w Tatry i tam już mamy w planach znacznie dłuższą trasę. Oby wszystko się udało, bo powoli zaczynam czuć w sobie głód dalszej wędrówki. Góry jednak wciągają i uzależniają. Ale to takie dobre uzależnienie, c'nie?~~Madusia.

Tatry wy moje

marcogor o gorach

Tatry wy moje

To w górach patrząc w dół ze szczytu, przestajesz żałować swego bytu. Męczący świat staje się pod Tobą taki mały, a widok wokół nieskończenie doskonały. To, że Tatry to dla nas Polaków najpiękniejsze góry świata pisali już wielcy poeci, którzy odkrywali to piękno w pionierskich czasach jak J.Kasprowicz, czy L.Rydel: „Znasz li ten kraj, gdzie księżycową nocą Cień śpiących Tatr długą się smugą kładzie? Gdzie blaski mdłe na jezior tle migocą, A iskier pęk na srebrnej gra kaskadzie?” ~~Lucjan Rydel ~~ Hala Ornak w dole oraz od lewej grzbiet Ornaku, Kominiarski Wierch i Czerwone Wierchy, foto by wiktorbubniak.pl Tatry wy moje ! Zalubiéć sie mozná we wás! Hodziłek ci já po więksyk górak, widziáłek wieldzaźne śniegi i lody, co ik nie wrąbać, hociájby ta ludzie tysioncami rąbali sto lát a moze i więcyl, ale skotwiéło mi sie za wami i przjijeháłek, coby wás uźrzéć, pogwárzyć jak z przjijácielámi, bo wy przjijáciele náserdecniejse, Tatry wy moje!” Jan Kasprowicz z Tatr (1898) w Dolinie Raczkowej, słowackie Tatry Zachodnie A przy okazji polecam grzejniki firmy Mat Dom, ciekawa oferta dla każdego domu przed zimą. Z górskim pozdrowieniem Marcogor Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Kocham je – moje Tatry

marcogor o gorach

Kocham je – moje Tatry

Kocham je. Patrzą na mnie zawsze jednakowe, zawsze jednako zimne i smutne i zawsze wierne. Kocham je. Nauczyły mnie myśleć i czuć, słowa w rytm układać i barwić, i zsyłają mi sny, lekkie palce kładą mi na oczy i przymykają mi powieki, a potem chylą mi głowę w tył , dotykają palcem mych ust i mówią cicho: milcz. Kocham Tatry. Kocham ich pustkę i milczenie, ich martwość o spokój posępny. W ich mgłach błąka się myśl moja i szuka dawnych swoich wierzeń i miłości, uczuć i siły. Po ich dolinach i przełęczach chodzi myśl moja i smuci się, że nie może być ogniem w ogniu, wichrem w wichrze, światłem w świetle; że nie może być z wami, być waszym, o duchy żywiołów! Nad potokami usiada myśl moja i smuci się…  wierzchołek Skrajnego Soliska zimowo „Góry oczyszczają, wymagają oczyszczenia. Góry oczyszczają z egoizmu i samolubstwa z zarozumialstwa i pychy. Góry stanowią wspaniały teren zdobywania. Oczyszczają z egoizmu, gdy trzeba się dzielić kawałkiem chleba czy kostką cukru lub gdy trzeba rezygnować z własnych planów by ratować drugiego często nieznanego człowieka. Człowiekiem gór nie jest ten, który umie i lubi chodzić po górach, ale ten, który potrafi żyć w dolinach. Gdy człowiek czuje się jak karzeł wobec ogromu gór i gdy poznając samego siebie, swoje wnętrze, swoje możliwości, swoją niewystarczalność zdobywa krok za krokiem, jedną z najcenniejszych cech ludzkich – pokorę, która zdobyta w górach potem owocuje w dolinach. Właśnie wtedy, kiedy na pytanie – po co chodzisz po górach – jesteś zakłopotany i nie wiesz, co masz odpowiedzieć to właśnie wtedy dajesz dowód, że szukasz nieznanego!” grań Baszt ze Skrajnego Soliska A przy okazji polecam fotele fryzjerskie z firmy LaPuella. Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

W zakarpackiej części Gorganów, z Kołaczawy na Streminosa i Strimbę

marcogor o gorach

W zakarpackiej części Gorganów, z Kołaczawy na Streminosa i Strimbę

Kolejny dzień ukraińskiej wędrówki odbyłem także w paśmie Gorganów, najdzikszych gór Karpat Ukraińskich. I znowu start trasy nastąpił w wiosce Kołaczawa, będącej dużym węzłem szlaków turystycznych. Początek drogi pokrywał się ze znanym mi już podejściem na Połoninę Krasną, początkowo przez potok, lub ścieżką obok niego. Tym przyjemnym podejściem szybko dotarłem wraz z moją grupą z PTTK po raz kolejny na przełęcz Przysłop. Tym razem skręciliśmy w lewo by rozpocząć podejście nieoznakowaną, ale poczatkowo wygodną ścieżką na dwa połoninne szczyty Gorganów. Dotarliśmy na zalesiony wierzchołek Przysłopu i wtedy się zaczęło… mordercze podejście, prawie cały czas na krechę dało dobrze w kość. Miejscami trzeba było pokonywać powalone drzewa, co dodatkowo utrudniało przejście. widok z przełęczy Przysłop na masyw Strimby Po godzinnej, męczącej wędrówce wyszliśmy z lasu, a naszym oczom ukazał się upragniony grzbiet połoniny. Tu już ścieżki nie było, więc zaczęła się wspinaczka na przełaj, jak komu było wygodniej na wypłaszczony masyw – niższy z wierzchołków Streminosa. Umęczeni z radością zrobiliśmy tutaj długi postój. Dookoła otaczały nas karpackie szczyty, więc oczy cieszyły się widokami, a serducho radowało, z bycia w tak cudnej scenerii przyrody. Najedzeni i wypoczęci, już łagodnie kierując się nową ścieżką, która nagle się pojawiła nie wiadomo skąd ruszyliśmy na pobliski główny wierzchołek Streminosa. Ten piękny i wyniosły szczyt wspaniale się prezentował z bliska, ukazując swe piękno w miarę wspinania się na niego. Szczególnie ładnie wyglądają na nim duże rumowiska skalne poprzeplatane zielenią i uschniętymi drzewkami. Streminos i Strimba w tle Szczyt zdobyliśmy szybko robiąc sobie kolejną przerwę i słuchając opowieści przewodnika, co i gdzie widać! Podobnie jak wczoraj dookoła nas krążyła burza, a widoczny gołym okiem opad to się zbliżał, to oddalał. Jednak, gdy zagrzmiało naprawdę blisko nas nie pozostało nam nic innego, tylko rozpocząć ewakuację ze szczytu. Musieliśmy kawałek zawrócić, aby ominąć wielkie gołoborza, czyli „gorgany”. A potem rozpoczęło się zejście na dziko w dół, w stronę widocznej ścieżki, która trawersowała bokiem Streminosa. Tutaj, nasz nieoceniony przewodnik Marek podjął bardzo oczekiwaną decyzję o kontynuacji wycieczki! Z racji tego, że burza poszła sobie w przeciwną stronę, mogliśmy dalej wędrować przez wertepy Gorganów. Najedliśmy się trochę strachu, ale ten dreszczyk emocji spowodował, że dobrym tempem wspięliśmy się ponownie na główną grań olbrzymiego masywu Strimby. Strimba widziana ze Streminosa Na siodełku przełęczy z malutkim stawem dołączył z lewej niebieski szlak, którym mieliśmy schodzić w dół. Ale najpierw zgodnie z nim udaliśmy się na wierzchołek Strimby. Strome i forsowne podejście nie trwało długo i stosunkowo szybko mogłem cieszyć się ze szczytowania na swoim najwyższym do tej pory spośród zdobytych szczytów Ukrainy. Wybitny, wypiętrzający się wierzchołek Strimby stanowi doskonały punkt widokowy, dlatego jest często oblegany przez turystów. Tym razem także spotkaliśmy tu mnóstwo miejscowych miłośników turystyki górskiej. Panoramy obejmujące wielkie połacie Karpat Ukraińskich są jednak wyjątkowe z tego miejsca. I nawet burzowa pogoda tego nie zepsuła. krzyż na wierzchołku Strimby Potężny masyw Strimby, górujący nad Kołoczawą od wschodu, oddziela od Jasnowca i Darwajki na północnym zachodzie dolina potoku Suchar. Z drugiej strony ramię Strimby ogranicza dolina Mokranki. Grzbiet masywu wyrasta z przełęczy oddzielającej Gorgany od Połoniny Krasnej (między Kołoczawą a Niemiecką Mokrą zwaną obecnie Komsomolskiem), wspina się przez dwa niższe wierzchołki (Streminosa, 1680 m n.p.m.), aż wreszcie kulminuje w wysokim, pokrytym rozległą połoniną, szczycie Strimby (1719 m n.p.m.). Następnie ramię ciągnie się daleko ku północy wzdłuż doliny Mokranki. Na najwyższym wzniesieniu stoi monumentalny krzyż, przyciągający uwagę turystów już z daleka oraz tabliczka informacyjna. Wzrok przykuwają również wielkie rumowiska skalne (gorgany) na zboczach góry. Po długiej sesji fotograficznej uwieńczającej mój wysiłek pozostała tylko najmniej przyjemna część wycieczki, czyli zejście do bazy! jeziorko na grzbiecie Strimby Był jeszcze długi postój nad mini jeziorkiem na siodle przełączki połączony z bezwstydnym leżakowaniem i opijaniem sukcesu, aż wreszcie rozpoczął się przyjemny odwrót. Niebieski szlak okazał się łatwym i łagodnym zejściem. Po drodze kilka razy nas pokropiło, ale bardziej postraszyło, niż zmoczyło. Tylko jeden fragment w lesie był odrobinę stromszy, ale za to po jego pokonaniu wyszliśmy na cudowne łąki i słońce z genialnymi widokami i na masyw Strimby, jak też położonej naprzeciwko Połoniny Krasnej z dobrze widocznym wierzchołkiem Topasa. Nikt nie mógł sobie odmówić w tym miejscu kolejnej sielanki, czyli byczenia się i opalania na majowym słoneczku! Takie beztroskie chwile, już po osiągnięciu celu są w górach najwspanialsze. Połonina Krasna ze szlaku na Strimbę Podczas ostatniego zejścia do wioski przez umajone łąki czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Miejscowe krowy, które profesjonalnie pozowały do zdjęć, z górami w tle. A na dole czekał na nas niezawodny autokar oraz zimne piwo, które było najbardziej pożądanym towarem po całodziennym wypadzie. I tak po dobrym nawodnieniu organizmów nasi wspaniali kierowcy mogli nas przetransportować z powrotem do hotelu w Wołowcu, gdzie jest naprawdę dobra baza noclegowa! Na koniec zapraszam jak zawsze do obejrzenia galerii zdjęć z mej wędrówki. Mimo pochmurnego nieba było co fotografować, a nawet złapać w obiektyw burzowy opad na sąsiednich szczytach. Zaglądnijcie też do wcześniejszej mej opowieści o tych górach. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Majowe migawki z Instagrama.

PO PROSTU MADUSIA

Majowe migawki z Instagrama.

         Już za kilka godzin wreszcie się zacznie wielkie święto piłkarskie. Większość dziewcząt zapewne przez najbliższy miesiąc będzie bardzo narzekać i marudzić, u mnie natomiast zapewne będzie zupełnie odwrotnie - to ja jestem zdecydowanie większą fanką tego sportu niż Tomasz, który preferuje amerykańską wersję futbolu. ;) Przez czas trwania euro większość zajęć będzie dostosowana do rozkładu piłkarskich rozgrywek, więc zapewne nieco spokojniej będzie niż w maju, któremu to będzie poświęcona dzisiejsza notka. Z racji faktu, że ostatnio coraz więcej brykam po Instagramie, postanowiłam wrzucać tutaj miesięczne podsumowanie tego, co się tam działo przez ten czas. Myślę, że będzie to takie sympatyczne uzupełnienie dla tych, którzy nie bywają tam tak często bądź też jeszcze mnie nie obserwują. ;) Zapraszam. :)         W maju wreszcie wróciły moje ukochane zachody słońca, które namiętnie kontempluję z okien naszego mieszkania. W okresie wiosenno-letnim jest to stały temat pojawiający się na moim profilu, bo jestem nimi absolutnie zafascynowana. I pocieszam się faktem, że nie wybudują nam żadnego nowego bloku, który widok ten by nam zastawił. Chociaż nie mówię hop, bo ostatnio deweloperzy udowodnili nam, że przy nasze ulicy bloki zmieszczą się tam, gdzie wg normalnych ludzi nie ma na to szans. Ale to Kraków, tutaj zabetonować da się wszystko. Niestety.         Jedną z popularniejszych kategorii zdjęć na Instałce są oczywiście fotografie jedzenia. U mnie też ich kilka się pojawiło, bo ostatnio dokształcam się kulinarnie i czasem coś dobrego wyjdzie spod moich małych rączek. A pojawiające się tutaj sushi było moim prezentem imieninowym (29 maja- Magdaleny!) z najpyszniejszej knajpki niedaleko nas, która będzie tematem następnej notki o moim własnym Krakowie. Już teraz mogę ostrzec, że trzeba będzie ją czytać po zjedzeniu duuużego posiłku, bo w przeciwnym razie ślinotok gwarantowany! ;)nadziewany bakłażan. <3        Maj był niezwykle dobrym miesiącem pod względem czytelnictwa w moim przypadku (o tym też muszę coś więcej tutaj naskrobać). Nie mam odruchu robienia zdjęć wszystkiemu co czytam, stąd zdjęć książek jest stosunkowo niewiele. Jest to też spowodowane faktem, że sporo też czytam na czytniku, a jakoś głupi mi wrzucać jego zdjęcia. Chociaż z drugiej strony ładny jest i ładną fioletową oprawkę ma, więc może w czerwcu się pojawi. ;) A z tego co było w maju, to mogę serdecznie gorąco i szczerze polecić Remigiusza Mroza i jego książki. Tutaj akurat jest "Trawers", czyli trzecia część trylogii o komisarzu Forście (który zawsze dla mnie się Frostem), która miała premierę w połowie miesiąca. A za kilka dni premiera jego następnej książki. ;)        Z racji faktu zamieszkiwania w Krakowie, uroki miasta są nieodłączną częścią Instagrama mojego. Po już prawie dziesięciu latach przebywania tutaj, cały czas jestem zakochana i zachwycona jego urokami. I najbardziej pociąga mnie w nim to, że ciągle się tutaj coś dzieje, powstają nowe świetne miejsca i miasto naprawdę żyje (stąd też m.in. wziął się ten nowy cykl o moim Krakowie). ;)        Tematyką, pojawiającą się na razie jedynie na Instagramie, są kosmetyki. Nie umiem się na razie przemóc, żeby wyskrobać tutaj konkretną notkę na ten temat, która zalega w mojej pamięci od połowy marca. Może w czerwcu znajdę w sobie więcej mobilizacji i natchnienia, żeby ubrać to wszystko w słowa. A na razie tylko fotografie moich majowych łupów. ;)        W maju rozpoczęliśmy też wreszcie sezon górski, wyprawą na Trzy Korony. Takiej zacnej okazji i przepięknych widoków nie mogłam odpuścić i oczywiście kilka z nich pojawiło się też na moim profilu. Zawsze mam z wyborem zdjęć z wypraw największy problem, bo mnóstwo fajnych ujęć zwykle mam, a że nie chcę spamować setkami fotografii, to staram się wybrać kilka najlepszych. Podobnie zresztą zwykle jest z blogiem, ale tutaj (na szczęście) można wrzucić ich ciut więcej. ;)        I na zakończenie kategoria "inne", czyli tak zwany misz masz tego, czego nie da się podpiąć nigdzie indziej. Swoje miejsce znalazł tutaj najcudowniejszy pies na świecie, czyli przeurocza uśmiechnięta Zara, kadr z Eurowizji, którą jak zawsze oglądaliśmy z napięciem (przy głosowaniu oczywiście ;p) i zdjęcie z trójką naszych świntuchów (nasza jest dwójka po prawej, ten z lewej przyjechał do nas na wakacje) wraz z drugim (i niestety ostatnim) dodatkiem do trzeciej części przygód wiedźmina Geralta z Rivii. <3       I jak się Wam podoba takie podsumowanie miesiąca? Dajcie znać w komentarzach. ;) A i wiem, że nie ma tutaj żadnego selfie, ale należę do grona tych nielicznych osób, które wychodzą na nich w taki sposób, że wrzucenie tego w Sieć grozi nieprzespanymi nocami z powodu strachu, jaki napędzą. ;p~~Madusia.

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowca i dalej przez manowce Gorganów

marcogor o gorach

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowca i dalej przez manowce Gorganów

Drugi dzień ukraińskiej przygody tego pamiętnego maja to było spotkanie z pasmem Gorganów, podobno najdzikszych gór Ukrainy. Tym razem udaliśmy się do miejscowości Synevir w pobliżu Kołaczawy, gdzie rozpoczyna swój bieg czerwony szlak na Połoninę Piszkonia, jedną z najurodziwszych i najrozleglejszych, jakie widziałem do tej pory. Samych kulminacji na jej grzbiecie było kilka, z najwyższą na szczycie Negrowca – 1709m. Teren chroniony jest tutaj poprzez Park Narodowy „Synevir”, mający chronić przede wszystkim największe jezioro Karpat Ukraińskich. Ale także niezwykle piękne tereny górskie o charakterze w dużej mierze połoninnej. Choć Gorgany jak nazwa wskazuje to przede wszystkim tereny występowania rumowisk skalnych (lokalnie zwanych gorganem (stąd nazwa), grechotem, maliniakiem). Połonina Piszkonia Tak w ogóle Gorgany to pasmo górskie w południowo-zachodniej części Ukrainy, wchodzące w skład Beskidów Wschodnich, a dokładniej Beskidów Lesistych będąc ich najdzikszą częścią. Zbudowane są z fliszu, głównie z piaskowców. Charakterystyczne dla Gorganów są duże różnice wysokości względnych; poszczególne grupy górskie oddzielone są od siebie głębokimi dolinami rzek. Stoki gór są porośnięte gęstymi lasami bukowo-jodłowymi i świerkowymi, powyżej górnej granicy lasu – szczególnie silnie rozwinięte jest piętro kosodrzewiny, w partiach szczytowych natomiast występują pola złomisk, rumowisk skalnych, rzadko połoniny. Mi w ten dzień dane było przejść tę cudną część z Połoniną Piszkonia na czele. na wierzchołku Jasenowca Obszar ten od zawsze odznacza się niewielką gęstością zaludnienia, brak jest większych osad. Gorgany uważane są za jedne z najdzikszych gór Europy. Sporym utrudnieniem podczas wypraw są wysokie łany kosodrzewiny, które występują na większości szczytów. Brakuje tu również zagospodarowania turystycznego – z 30 przedwojennych polskich schronisk dzisiaj nie funkcjonuje ani jedno, tu i ówdzie pozostały tylko ich ruiny. Dopiero od niedawna zaczęto znakować szlaki turystyczne, mimo to jednymi z najlepszych punktów orientacyjnych pozostają przedwojenne słupki graniczne (biegła tu granica Polski z Czechosłowacją, a w 1939 r. z Węgrami). połoninna część Gorganów Właśnie długi grzbiet Piszkonii oraz olbrzymi masyw Strimby naprzeciwko stanowi najbardziej oryginalną, a zarazem najwyższą grupę południowo-zachodniej, zakarpackiej części Gorganów. Ich wyniosłe i rozległe połoniny w niczym nie przypominają innych gorgańskich wierchów, których szczyty pokrywają rumowiska skalne i wielkie połacie kosodrzewiny. Grzbiet Piszkonii wyrasta znad doliny Terebli (na północ od Synewiru) i wznosi się stopniowo, początkowo w kierunku południowo-wschodnim, osiągając najwyższy punkt na szczycie Negrowca. Dalej grzbiet obniża się łagodnie ku wschodowi, aż do miejsca, gdzie nagle skręca na południe i wspina się na wierzchołek Jasnowca (1600 m n.p.m.), a następnie ciągnie się łagodnym łukiem na południowy zachód. opad deszczu zbliża się do Negrowca Ale po kolei,  moja trasa zaczęła się na moście w Synewirze, który nad rzeką Tereblją wprowadzał mnie w tereny parku narodowego. Stąd długa, ale łagodnie pnąca się w górę droga leśna prowadziła mnie wraz z grupą PTTK Sanok na czele z przewodnikiem przez znaczny okres czasu. Mijaliśmy odbicia ścieżek do nieciekawego Dzikiego Jeziora i  muzeum lasu i spławu drzewa. W pewnym momencie wygodna droga się skończyła i wyszliśmy z lasu na zbocze połoniny. Wiedziałem, że dopiero teraz się zacznie cudowna wędrówka… I tak było, po przystanku pod wyrosłym tu nagle krzyżem, który ładnie wkomponował się w tę uroczą polanę, szybko dotarliśmy nadal wygodnym czerwonym szlakiem na grzbiet Połoniny Piszkonia. Tabliczka na szczycie wskazywała, że osiągnęliśmy wierzchołek Piszkonii. Rozpoczęła się najprzyjemniejsza, graniowa część wycieczki. Któż by nie chciał iść, ciągle iść rozległą połoniną, z widokami na wszystkie strony… na szczycie Negrowca-1709 m Przede mną pojawiały się dość szybko kolejne kulminacje łagodnego, trawiastego grzbietu, miejscami okraszonego płatem śniegu. Najpierw wszedłem więc na Małą Gropę, a kilka minut później na Jasenowca, z widocznym z daleka krzyżem. Panoramy były doskonałe, ale pogoda zaczęła się psuć i pokropiło mnie pierwszy raz tego dnia. Zatem dość żwawym tempem zdobyliśmy jeszcze Wielką Gropę, by równie szybko stanąć na Negrowcu, najwyższej zdobyczy tego dnia. Niestety burza, która od pewnego czasu nas okrążała dopadła nas w tej najgorszej chwili- podczas szczytowania. Musieliśmy salwować się szybką ucieczką w dół, w strugach deszczu, na przełęcz przed kolejnym szczytem. Z tego powodu ominęliśmy potężny masyw Horba, który nęcił i pociągał swoim pięknem. Szlak trawersował jego zbocze i łatwo, mimo ulewy dotarliśmy na siodło przełęczy. kolosy Horba i Negrowca Tu opady ustały, a ja mogłem podziwiać niezwykle, przeorane żlebami i uskokami oraz rowami zbocza potężnego Negrowca. W dole cudnie prezentowały się podobnie jak dzień wcześniej zielone doliny i nieliczne wioski tej dzikiej krainy. Ścieżka prowadziła nas dalej na wierzchołek Barwinoka, gdzie musiałem pożegnać niesamowite widoki i stromo zejść lasem w dół. Tutaj dopiero rozpoczęła się zabawa. Błotnisty po deszczu szlak dał się nam we znaki i wielu z nas zaliczyło tu upadki! Po nieciekawym, stromym zejściu dotarliśmy na polanę, skąd świetnie widać było rumowiska skalne, słynne gorgany, rozrzucone na górskim zboczu. Dalsza część wędrówki była już łatwiejsza. Schodziliśmy rozległymi polanami i łąkami Mykulovca, aż obniżyliśmy się wygodnie na tereny uprawne wsi Kołaczawa, którą już poznałem wcześniej. Połonina Krasna z Topasem z łąk nad Kołaczawą Na koniec pozostała nam przeprawa przez pastwisko z bykiem w roli pilnującego stado krów oraz tradycyjnie przez potok, który po opadach rozlał się po całej szerokości kamienistej drogi. Ale za to do samego końca towarzyszyły nam genialne widoki na Połoninę Krasną, którą już poznałem i potężny masyw Strimby, którą miałem poznać kolejnego dnia wyprawy. Ale o tym przeczytacie w następnej odsłonie mej ukraińskiej opowieści. Na dole, we wsi czekał na nas autokar, który miał nas zawieźć do hotelu. Na koniec zapraszam do obejrzenia także fotorelacji z tego wypadu. Mimo krążącej burzy było rewelacyjnie, a widoczki fenomenalne. To się nazywa prawdziwie górska przygoda. Wszystko ma swój urok w górach, nawet chmury i obłoczki oraz deszcz, no może poza mgłą, która nie leży pod nami, tylko przed nosem… Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowiec i dalej przez manowce Gorganów

marcogor o gorach

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowiec i dalej przez manowce Gorganów

Drugi dzień ukraińskiej przygody tego pamiętnego maja to było spotkanie z pasmem Gorganów, podobno najdzikszych gór Ukrainy. Tym razem udaliśmy się do miejscowości Synevir w pobliżu Kołaczawy, gdzie rozpoczyna swój bieg czerwony szlak na Połoninę Piszkonia, jedną z najurodziwszych i najrozleglejszych, jakie widziałem do tej pory. Samych kulminacji na jej grzbiecie było kilka, z najwyższą na szczycie Negrowca – 1709m. Teren chroniony jest tutaj przez Park Narodowy „Synevir”, mający chronić przede wszystkim największe jezioro Karpat Ukraińskich. Ale także niezwykle piękne tereny górskie o charakterze w dużej mierze połoninnej. Choć Gorgany jak nazwa wskazuje to przede wszystkim tereny występowania rumowisk skalnych (lokalnie zwanych gorganem (stąd nazwa), grechotem, maliniakiem). Połonina Piszkonia Tak w ogóle Gorgany to pasmo górskie w południowo-zachodniej części Ukrainy, wchodzące w skład Beskidów Wschodnich, a dokładniej Beskidów Lesistych będąc ich najdzikszą częścią. Zbudowane są z fliszu, głównie z piaskowców. Charakterystyczne dla Gorganów są duże różnice wysokości względnych; poszczególne grupy górskie oddzielone są od siebie głębokimi dolinami rzek. Stoki gór są porośnięte gęstymi lasami bukowo-jodłowymi i świerkowymi, powyżej górnej granicy lasu – szczególnie silnie rozwinięte jest piętro kosodrzewiny, w partiach szczytowych natomiast występują pola złomisk, rumowisk skalnych, rzadko połoniny. Mi w ten dzień dane było przejść tę cudną część z Połoniną Piszkonia na czele. na wierzchołku Jasenowca Obszar ten od zawsze odznacza się niewielką gęstością zaludnienia, brak jest większych osad. Gorgany uważane są za jedne z najdzikszych gór Europy. Sporym utrudnieniem podczas wypraw są wysokie łany kosodrzewiny, które występują na większości szczytów. Brakuje tu również zagospodarowania turystycznego – z 30 przedwojennych polskich schronisk dzisiaj nie funkcjonuje ani jedno, tu i ówdzie pozostały tylko ich ruiny. Dopiero od niedawna zaczęto znakować szlaki turystyczne, mimo to jednymi z najlepszych punktów orientacyjnych pozostają przedwojenne słupki graniczne (biegła tu granica Polski z Czechosłowacją, a w 1939 r. z Węgrami). połoninna część Gorganów Właśnie długi grzbiet Piszkonii oraz olbrzymi masyw Strimby naprzeciwko stanowi najbardziej oryginalną, a zarazem najwyższą grupę południowo-zachodniej, zakarpackiej części Gorganów. Ich wyniosłe i rozległe połoniny w niczym nie przypominają innych gorgańskich wierchów, których szczyty pokrywają rumowiska skalne i wielkie połacie kosodrzewiny. Grzbiet Piszkonii wyrasta znad doliny Terebli (na północ od Synewiru) i wznosi się stopniowo, początkowo w kierunku południowo-wschodnim, osiągając najwyższy punkt na szczycie Negrowca. Dalej grzbiet obniża się łagodnie ku wschodowi, aż do miejsca, gdzie nagle skręca na południe i wspina się na wierzchołek Jasnowca (1600 m n.p.m.), a następnie ciągnie się łagodnym łukiem na południowy zachód. opad deszczu zbliża się do Negrowca Ale po kolei,  moja trasa zaczęła się na moście w Synewirze, który nad rzeką Tereblją wprowadzał mnie w tereny parku narodowego. Stąd długa, ale łagodnie pnąca się w górę droga leśna prowadziła mnie wraz z grupą PTTK Sanok na czele z przewodnikiem przez znaczny okres czasu. Mijaliśmy odbicia ścieżek do nieciekawego Dzikiego Jeziora i  muzeum lasu i spławu drzewa. W pewnym momencie wygodna droga się skończyła i wyszliśmy z lasu na zbocze połoniny. Wiedziałem, że dopiero teraz się zacznie cudowna wędrówka… I tak było, po przystanku pod wyrosłym tu nagle krzyżem, który ładnie wkomponował się w tę uroczą polanę, szybko dotarliśmy nadal wygodnym czerwonym szlakiem na grzbiet Połoniny Piszkonia. Tabliczka na szczycie wskazywała, że osiągnęliśmy wierzchołek Piszkonii. Rozpoczęła się najprzyjemniejsza, graniowa część wycieczki. Któż by nie chciał iść, ciągle iść rozległą połoniną, z widokami na wszystkie strony… na szczycie Negrowca-1709 m Przede mną pojawiały się dość szybko kolejne kulminacje łagodnego, trawiastego grzbietu, miejscami okraszonego płatem śniegu. Najpierw wszedłem więc na Małą Gropę, a kilka minut później na Jasenowca, z widocznym z daleka krzyżem. Panoramy były doskonałe, ale pogoda zaczęła się psuć i pokropiło mnie pierwszy raz tego dnia. Zatem dość żwawym tempem zdobyliśmy jeszcze Wielką Gropę, by równie szybko stanąć na Negrowcu, najwyższej zdobyczy tego dnia. Niestety burza, która od pewnego czasu nas okrążała dopadła nas w tej najgorszej chwili- podczas szczytowania. Musieliśmy salwować się szybką ucieczką w dół, w strugach deszczu, na przełęcz przed kolejnym szczytem. Z tego powodu ominęliśmy potężny masyw Horba, który nęcił i pociągał swoim pięknem. Szlak trawersował jego zbocze i łatwo, mimo ulewy dotarliśmy na siodło przełęczy. kolosy Horba i Negrowca Tu opady ustały, a ja mogłem podziwiać niezwykle, przeorane żlebami i uskokami oraz rowami zbocza potężnego Negrowca. W dole cudnie prezentowały się podobnie jak dzień wcześniej zielone doliny i nieliczne wioski tej dzikiej krainy. Ścieżka prowadziła nas dalej na wierzchołek Barwinoka, gdzie musiałem pożegnać niesamowite widoki i stromo zejść lasem w dół. Tutaj dopiero rozpoczęła się zabawa. Błotnisty po deszczu szlak dał się nam we znaki i wielu z nas zaliczyło tu upadki! Po nieciekawym, stromym zejściu dotarliśmy na polanę, skąd świetnie widać było rumowiska skalne, słynne gorgany, rozrzucone na górskim zboczu. Dalsza część wędrówki była już łatwiejsza. Schodziliśmy rozległymi polanami i łąkami Mykulovca, aż obniżyliśmy się wygodnie na tereny uprawne wsi Kołaczawa, którą już poznałem wcześniej. Połonina Krasna z Topasem z łąk nad Kołaczawą Na koniec pozostała nam przeprawa przez pastwisko z bykiem w roli pilnującego stado krów oraz tradycyjnie przez potok, który po opadach rozlał się po całej szerokości kamienistej drogi. Ale za to do samego końca towarzyszyły nam genialne widoki na Połoninę Krasną, którą już poznałem i potężny masyw Strimby, którą miałem poznać kolejnego dnia wyprawy. Ale o tym przeczytacie w następnej odsłonie mej ukraińskiej opowieści. Na dole, we wsi czekał na nas autokar, który miał nas zawieźć do hotelu. Na koniec zapraszam do obejrzenia także fotorelacji z tego wypadu. Mimo krążącej burzy było rewelacyjnie, a widoczki fenomenalne. To się nazywa prawdziwie górska przygoda. Wszystko ma swój urok w górach, nawet chmury i obłoczki oraz deszcz, no może poza mgłą, która nie leży pod nami, tylko przed nosem… Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Wracam z gór i jak żyć?

marcogor o gorach

Wracam z gór i jak żyć?

  Góry Oczyszczają z pychy; gdy człowiek czuje się jak karzeł wobec ogromu gór i gdy poznając samego siebie, swoje wnętrze, swoje możliwości, swoja niewystarczalność, zdobywa krok za krokiem jedną z najcenniejszych cech ludzkich – pokorę. Oczyszczają z egoizmu, gdy trzeba się dzielić kawałkiem chleba czy kostką cukru, lub gdy trzeba rezygnować z własnych planów, by ratować drugiego, często nieznanego człowieka. Góry stanowią wspaniały teren zdobywania tej mocy, która zdobyta w górach potem owocuje w dolinach jesienny pejzaż Braniska Wracam z gór. Niosę w plecaku szorstki dotyk granitu duszący zapach łopianu bagaż nieopisanych wrażeń, niezdobytych szczytów, niepokonanych ścian. Wracam z gór. Niosę w oczach zieloną czerń stawów, soczysty fiolet goryczki, jesienną rdzę Wołoszynu, szarość grani i mgłę w dolinie. Wracam z gór. Niosę w uszach okrzyk orła nad Szpiglasowym, gwar tłumów nad Morskim Okiem, szemrzącą ciszę Białej Wody, stukot kopyt kozicy, szelest traw na hali, huk Siklawy i skrzyp kosówki. Wracam z gór. Niosę w sercu niedosyt Tatr i żal że – jak zawsze – za krótko. panorama Slanskich Wierchów ze Smrekowicy A przy okazji, jeśli planujecie właśnie tapetowanie mieszkania polecam skorzystać z usług firmy, która sprzedaje różnorakie tapety ścienne.  Zapewniona pełna oferta produktów i fachowa pomoc w doborze tapet. Profesjonalne podejście do indywidualnego klienta. Z górskim pozdrowieniem Marcogor Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topaz

marcogor o gorach

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topaz

Po dwóch latach udało mi się powrócić na zieloną Ukrainę. Jak piękny to kraj przekonał się każdy, kto tam już bywał. Olbrzymie rozległe pasma Karpat Ukraińskich robią kolosalne wrażenie. Udało mi się być teraz w samym sercu tych gór. Karpaty o tej porze roku, majową porą są zielone, wilgotne i gorące, jak dojrzała kobieta… Spotkałem tam wszystkie odcienie zieleni, słońce i deszcz, przedeptałem cudne, niekończące się połoniny. Spróbowałem swych sił na stromych podejściach, bo przewyższenia są tam znaczne, zobaczyłem niezliczone ilości dzikich, rzadko odwiedzanych szczytów. Obejrzałem także odcięte od cywilizacji wioski i miejscowości, w których czas jakby sie zatrzymał w minionej epoce. Te sielankowe krajobrazy przypomniały mi lata dzieciństwa, gdy wszystko było takie proste, a także prymitywne, co oznaczało pełną prostotę i beztroskę życia. zielone Karpaty Ukraińskie Tęsknimy obecnie za takim nieskomplikowanym światem, bez stresu, pośpiechu i niepotrzebnego zgiełku. A górskie pejzaże, jakie dane mi było dojrzeć dzięki dobrej pogodzie i widoczności sprawiły, że zakochałem się w nich na zawsze. Prawie jedna trzecia Karpat leży na Ukrainie i wiem, że to będą me tereny łowieckie na lata. Tam łatwo o dzikość serca i zapomnienie, ucieczkę od cywilizacji, a to ważny aspekt mego górskiego wędrowania. Cóż poradzić, jak pierwsza miłość Tatry schodzona już wzdłuż i wszerz. Poza tym ten boom i zgiełk tamże skłania mnie ku pustym, nieuczęszczanym szlakom i bezdrożom ukraińskim. Dodam jeszcze, że nawet drogi dojazdowe tam poprawiają, jakby zrozumiano, że warto stawiać na turystykę. Więc jedźcie na zieloną Ukrainę, póki karpackie ścieżki są jeszcze puste, a nieraz trzeba poczuć się jak prawdziwy odkrywca i wytyczać własne. Zawsze o tym marzyłem, a tam to jeszcze jest możliwe, choć już zapewne niedługo, bo znakowanych szlaków przybywa mnóstwo. Ale wróćmy do pierwszego dnia wędrówki w czasie mej czterodniówki podczas długiego weekendu. koliba w Kołaczawie, na końcu wsi, początek naszego szlaku Tego dnia dotarłem wraz z wycieczką z PTTK Sanok, w otoczeniu samych wspaniałych ludzi, górołazów, którzy zdeptali w dużej części znaczne połacie Karpat do wsi Kołaczawa, będącej bramą do górskiego raju. Stąd wychodzi bardzo wiele szlaków turystycznych, czy nieoznakowanych ścieżek w Gorgany, czy na Połoninę Krasną. Ale wszystkie znał nasz doskonały przewodnik – Marek . Autokar dowiózł nas na sam koniec bardzo długiej wioski, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda. Mieliśmy ruszyć w kierunku Połoniny Krasnej i tak się stało. początek szlaku z Kołaczawy na przełęcz Przysłup Początkowo trasa przebiegała drogą wzdłuż potoku lub jego środkiem, ale dało się przejść lawirując między kamieniami. Malownicza droga pośród urzekającej zieleni wyprowadziła nas szybko na przełęcz Przysłup, gdzie stoi kamienny krzyż, kilka ławek, nawet wiata turystyczna oraz drogowskaz. Tu miała rozpocząć się prawdziwie górska extrema, ale wcześniej syciłem swe oczy genialnymi widokami na góry we wszystkich odcieniach zieleni. Ach te łąki umajone, jak kobieta upiększone! na przełęczy Przysłup, z Kołaczawą w dole Rozpoczęło się bardzo strome podejście, praktycznie na „krechę” na grzbiet połoniny, utrudnione dodatkowo nieokiełznaną przyrodą, która wprost zarosła i tak wąską ścieżkę. Ale przecież takie wyzwania kształtują nasze górskie charaktery. Za to po wyjściu z lasu na szeroką drogę, która prowadziła mnie już na sam szczyt ukazały się dookoła mej głowy tak urzekające widoki, że szybko zapomniałem o bólu nóg! A z każdym metrem podejścia na szczyt pogłębiały się one i objęły w końcu panoramę gór, zdawać by się mogło, ciągnące się kilometrami dookoła. Na przełęcz szliśmy żółtym szlakiem, potem stamtąd zielonym, a teraz miał nas prowadzić czerwony po grani głównej Połoniny Krasnej. W lewo szło się na najwyższą jej kulminację, my poszliśmy w prawo, by już łatwo i przyjemnie osiągnąć wierzchołek Topazu- 1548m. Jest on z daleka widoczny, bo stoi na nim olbrzymia metalowa wieża, nikt nie wie po co… Przewodnik pokazał nam widoczne szczyty z każdej strony świata, po raz pierwszy dojrzałem Howerlę i Popa Iwana oraz  Pikuja zdobytego dwa lata wcześniej. Poczułem się jakbym był w sercu ukraińskich Karpat, ponieważ było widoczne, aż 18 pasm górskich! na szczycie Topaza Długo trwała biesiada na szczycie i podziwianie widoków. Zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć, które możecie podziwiać w galerii z wyprawy. Później rozpoczęło się przyjemne zejście długim ramieniem połoniny, cały czas wśród euforystycznych pejzaży górskich i sielankowych krajobrazów. Szliśmy, szliśmy zdaje się bez końca wśród tych jakby malowanych widoczków, by dotrzeć na niski wierzchołek Krasnego Wierchu. Za mną było strome podejście i 500m łagodnego zejścia oraz najprzyjemniejsza wędrówka grzbietem Połoniny Krasnej. Do Kołaczawy zeszliśmy ostatecznie dziką, stromą ścieżką, do tego bardzo błotnistą, gdzie niestety doszło do kilku upadków i drobnej kontuzji nadgarstka koleżanki z grupy, która była jednak bardzo dzielna. Zatem w dobrej formie cała nasza wielka ekipa zeszła do wsi, gdzie czekał autokar i zimne, upragnione piwo! Kto się wygrzał na górskim szlaku, wie jak smakuje taki napój… zwany wtedy po wzmożonym wysiłku nektarem bogów. grań Połoniny Krasnej z widoczną wieżą na Topazie w środku To był już koniec fantastycznej wycieczki. Pogoda dopisała, widoki były niesamowite, poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy przemierzyli znacznie więcej gór ode mnie i ciesze się, że mogłem odbyć z nimi wiele konstruktywnych rozmów, gdzie warto jechać i co zwiedzić. Bardzo jestem radosny, że powróciłem na zieloną Ukrainę, póki tam spokojnie myślę tam powracać. W chwili obecnej nie ma czego się bać, ludzie też bardzo przyjaźni, drogi coraz lepsze, szlaki wytyczone. Wkrótce przeczytacie kolejne odsłony mej ukraińskiej opowieści. Narazie zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego szczęśliwego dnia. I dziękuję przewodnikowi za dobrą wyrypę i piękną trasę. Pozdrawiam także wszystkich uczestników wycieczki, z różnych stron kraju. Oby do następnego razu. Możecie zajrzeć również do innych tekstów o Ukrainie tutaj i tu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor wierzchołek Topaza-1548m, Połonina Krasna PS. Przepraszam czytelników za dłuższą ciszę na blogu, ale maj to taki cudny miesiąc, że spędzałem go w górach do utraty sił! [See image gallery at marekowczarz.pl]       Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topas

marcogor o gorach

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topas

Po dwóch latach udało mi się powrócić na zieloną Ukrainę. Jak piękny to kraj przekonał się każdy, kto tam już bywał. Olbrzymie rozległe pasma Karpat Ukraińskich robią kolosalne wrażenie. Udało mi się być teraz w samym sercu tych gór. Karpaty o tej porze roku, majową porą są zielone, wilgotne i gorące, jak dojrzała kobieta… Spotkałem tam wszystkie odcienie zieleni, słońce i deszcz, przedeptałem cudne, niekończące się połoniny. Spróbowałem swych sił na stromych podejściach, bo przewyższenia są tam znaczne, zobaczyłem niezliczone ilości dzikich, rzadko odwiedzanych szczytów. Obejrzałem także odcięte od cywilizacji wioski i miejscowości, w których czas jakby sie zatrzymał w minionej epoce. Te sielankowe krajobrazy przypomniały mi lata dzieciństwa, gdy wszystko było takie proste, a także prymitywne, co oznaczało pełną prostotę i beztroskę życia. zielone Karpaty Ukraińskie Tęsknimy obecnie za takim nieskomplikowanym światem, bez stresu, pośpiechu i niepotrzebnego zgiełku. A górskie pejzaże, jakie dane mi było dojrzeć dzięki dobrej pogodzie i widoczności sprawiły, że zakochałem się w nich na zawsze. Praktycznie dziesięć procent Karpat leży na Ukrainie i wiem, że to będą me tereny łowieckie na lata. Tam łatwo o dzikość serca i zapomnienie, ucieczkę od cywilizacji, a to ważny aspekt mego górskiego wędrowania. Cóż poradzić, jak pierwsza miłość Tatry schodzona już wzdłuż i wszerz. Poza tym ten boom i zgiełk tamże skłania mnie ku pustym, nieuczęszczanym szlakom i bezdrożom ukraińskim. Dodam jeszcze, że nawet drogi dojazdowe tam poprawiają, jakby zrozumiano, że warto stawiać na turystykę. Więc jedźcie na zieloną Ukrainę, póki karpackie ścieżki są jeszcze puste, a nieraz trzeba poczuć się jak prawdziwy odkrywca i wytyczać własne. Zawsze o tym marzyłem, a tam to jeszcze jest możliwe, choć już zapewne niedługo, bo znakowanych szlaków przybywa mnóstwo. Ale wróćmy do pierwszego dnia wędrówki w czasie mej czterodniówki podczas długiego weekendu. koliba w Kołaczawie, na końcu wsi, początek naszego szlaku Tego dnia dotarłem wraz z wycieczką z PTTK Sanok, w otoczeniu samych wspaniałych ludzi, górołazów, którzy zdeptali w dużej części znaczne połacie Karpat do wsi Kołaczawa, będącej bramą do górskiego raju. Stąd wychodzi bardzo wiele szlaków turystycznych, czy nieoznakowanych ścieżek w Gorgany, czy na Połoninę Krasną. Ale wszystkie znał nasz doskonały przewodnik – Marek . Autokar dowiózł nas na sam koniec bardzo długiej wioski, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda. Mieliśmy ruszyć w kierunku Połoniny Krasnej i tak się stało. początek szlaku z Kołaczawy na przełęcz Przysłup Początkowo trasa przebiegała drogą wzdłuż potoku lub jego środkiem, ale dało się przejść lawirując między kamieniami. Malownicza droga pośród urzekającej zieleni wyprowadziła nas szybko na przełęcz Przysłup, gdzie stoi kamienny krzyż, kilka ławek, nawet wiata turystyczna oraz drogowskaz. Tu miała rozpocząć się prawdziwie górska extrema, ale wcześniej syciłem swe oczy genialnymi widokami na góry we wszystkich odcieniach zieleni. Ach te łąki umajone, jak kobieta upiększone! na przełęczy Przysłup, z Kołaczawą w dole Rozpoczęło się bardzo strome podejście, praktycznie na „krechę” na grzbiet połoniny, utrudnione dodatkowo nieokiełznaną przyrodą, która wprost zarosła i tak wąską ścieżkę. Ale przecież takie wyzwania kształtują nasze górskie charaktery. Za to po wyjściu z lasu na szeroką drogę, która prowadziła mnie już na sam szczyt ukazały się dookoła mej głowy tak urzekające widoki, że szybko zapomniałem o bólu nóg! A z każdym metrem podejścia na szczyt pogłębiały się one i objęły w końcu panoramę gór, zdawać by się mogło, ciągnące się kilometrami dookoła. Na przełęcz szliśmy żółtym szlakiem, potem stamtąd zielonym, a teraz miał nas prowadzić czerwony po grani głównej Połoniny Krasnej. W lewo szło się na najwyższą jej kulminację, my poszliśmy w prawo, by już łatwo i przyjemnie osiągnąć wierzchołek Topasu- 1548m. Jest on z daleka widoczny, bo stoi na nim olbrzymia metalowa wieża, nikt nie wie po co… Przewodnik pokazał nam widoczne szczyty z każdej strony świata, po raz pierwszy dojrzałem Howerlę i Popa Iwana oraz  Pikuja zdobytego dwa lata wcześniej. Poczułem się jakbym był w sercu ukraińskich Karpat, ponieważ było widoczne, aż 18 pasm górskich! na szczycie Topasa Długo trwała biesiada na szczycie i podziwianie widoków. Zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć, które możecie podziwiać w galerii z wyprawy. Później rozpoczęło się przyjemne zejście długim ramieniem połoniny, cały czas wśród euforystycznych pejzaży górskich i sielankowych krajobrazów. Szliśmy, szliśmy zdaje się bez końca wśród tych jakby malowanych widoczków, by dotrzeć na niski wierzchołek Krasnego Wierchu. Za mną było strome podejście i 500m łagodnego zejścia oraz najprzyjemniejsza wędrówka grzbietem Połoniny Krasnej. Do Kołaczawy zeszliśmy ostatecznie dziką, stromą ścieżką, do tego bardzo błotnistą, gdzie niestety doszło do kilku upadków i drobnej kontuzji nadgarstka koleżanki z grupy, która była jednak bardzo dzielna. Zatem w dobrej formie cała nasza wielka ekipa zeszła do wsi, gdzie czekał autokar i zimne, upragnione piwo! Kto się wygrzał na górskim szlaku, wie jak smakuje taki napój… zwany wtedy po wzmożonym wysiłku nektarem bogów. grań Połoniny Krasnej z widoczną wieżą na Topasie w środku To był już koniec fantastycznej wycieczki. Pogoda dopisała, widoki były niesamowite, poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy przemierzyli znacznie więcej gór ode mnie i ciesze się, że mogłem odbyć z nimi wiele konstruktywnych rozmów, gdzie warto jechać i co zwiedzić. Bardzo jestem radosny, że powróciłem na zieloną Ukrainę, póki tam spokojnie myślę tam powracać. W chwili obecnej nie ma czego się bać, ludzie też bardzo przyjaźni, drogi coraz lepsze, szlaki wytyczone. Wkrótce przeczytacie kolejne odsłony mej ukraińskiej opowieści. Narazie zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego szczęśliwego dnia. I dziękuję przewodnikowi za dobrą wyrypę i piękną trasę. Pozdrawiam także wszystkich uczestników wycieczki, z różnych stron kraju. Oby do następnego razu. Możecie zajrzeć również do innych tekstów o Ukrainie tutaj i tu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor wierzchołek Topasa-1548m, Połonina Krasna PS. Przepraszam czytelników za dłuższą ciszę na blogu, ale maj to taki cudny miesiąc, że spędzałem go w górach do utraty sił! [See image gallery at marekowczarz.pl]       Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Góry co pod mymi stopami

marcogor o gorach

Góry co pod mymi stopami

Góry co pod mymi stopami Zdobywane z każdym mym krokiem Zdradźcie jakie mnie drogi czekają Jakie moje się spełnią nadzieje Jakie światy na mnie czekają Czy dziś słońce czy deszcz mnie zaskoczy Czy szczęśliwie dojdę do celu Czy opuszczę was kiedyś na zawsze Oddaję się w szlaków niewolę Jak przyjaciel zawierzam wam siebie Chociaż ja tylko strudzony turysta Chociaż wy tylko góry na ziemi Góry co od wieków pradawnych Kusiłyście turystów swym pięknem Ilu ludzi doszło na szczyty Ilu ludzi zabrałyście na wieki One milczą, przewrotnie się śmieją Wciąż turystów ciągną do siebie Czasem szczyty mgłą się spowiją Czasem znikną pod śnieżną pierzyną Czemu góry wodzicie za nos Czemu wiatrem wiejecie w oczy Przecież wam powierzyłem swój los Zdradźcie mi tajemnicę przyszłości Będziesz szedł dokąd szlaki te wiodą Będziesz patrzył na nas w zachwycie Będziesz słuchał naszych głosów Bo my nie góry, my twoje życie. Marcogor Branisko i Bachuren jesienią Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłup nad wodospad Zaskalnik

marcogor o gorach

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłup nad wodospad Zaskalnik

Korzystając z wolnego dnia wybrałem się do Szczawnicy-Zdroju. To cudnie położone miasteczko w dolinie potoku Grajcarka stwarza wiele możliwości wypoczynku. Parki zdrojowe, liczne spacerowe i rowerowe trasy oraz kolejka krzesełkowa na Palenicę sprawiają, że turyści mogą tu aktywnie spędzać czas. Większa część zabudowy i terenów miasta znajduje się w obrębie Beskidu Sądeckiego, natomiast za doliną potoku Grajcarka wznoszą się już Pieniny. Zabudowa miasta zlokalizowana jest między Pieninami a pasmem Radziejowej (Beskid Sądecki). Ja wybrałem się tutaj po raz kolejny w celu odbycia sentymentalnej podróży szlakami Beskidu Sądeckiego. Kiedyś rozpocząłem tu piękną wędrówkę przez wzniesienia Bryjarki, Bereśnika, aż po Dzwonkówkę i dalej. Minęło trochę lat i postanowiłem powtórzyć tę malowniczą trasę, gdyż tam, gdzie było mi dobrze i słodko lubię powracać po czasie. Nie miałem za dużo tego czasu, więc wybrałem ten krótki i łatwy wariant na dobre spędzenie połowy wolnego dnia. plac Dietla w centrum uzdrowiska Moja wędrówka rozpoczęła się w samym centrum uzdrowiska, gdzie zostawiłem samochód na jednym z bezpłatnych parkingów. A z placu Dietla rozchodziły się ścieżki, które postanowiłem wykorzystać tego dnia. Potem był już tylko przyjemny spacer wąskimi uliczkami kurortu, pośród starych budynków pamiętających zapewne stare czasy. Po chwili rozpoczęło się dość strome podejście zboczami Bryjarki, gdzie odbyłem nieoczekiwane spotkanie z wężem, który okazał się być nieszkodliwym padalcem. Podejście było krótkie i szybko dotarłem do krzyża milenijnego stojącego nieco na uboczu na widokowej polance. To jedno z miejsc wyjątkowych, dlatego mnie tu ciągnęło. Szczawnica w dole Panorama spod krzyża na Tatry z gniazdem Łomnicy i Małe Pieniny z Palenicą oraz uzdrowisko w dole robi kolosalne wrażenie. Dlatego szczyt Bryjarki był od dawna celem spacerów mieszkańców Szczawnicy i kuracjuszy jej uzdrowisk. W 1897 i 1901 wykonano na szczyt spacerowe ścieżki i ławki. Drewniany krzyż znajdował się tutaj już od 1860, w 1867 został zastąpiony dużym krzyżem modrzewiowym, jednakże krzyż ten podczas burzy w 1902 złamał się. Wówczas to krakowska firma Józefa Góreckiego (ta sama, która wykonała krzyż na Giewoncie) wykonała i zamontowała nowy krzyż żelazny, który w nocy jest oświetlony. krzyż na Bryjarce Bryjarka wznosi się ok. 230 m nad dno doliny Grajcarka. Jest zakończeniem bocznego grzbietu Pasma Radziejowej, biegnącego z Dzwonkówki przez Przysłop, Kotelnicę, Cieluszki, Bereśnik, Guckę i Bryjarkę na południe. I tym właśnie grzbietem powędrowałem dalej, pośród pól uprawnych, cudnie ubarwionych łąk i nielicznych domostw. Moim celem było pobliskie już schronisko pod Bereśnikiem. Leży ono na południowo-zachodnich stokach Bereśnika, obok niego biegnie żółty szlak turystyczny. Bliskość kurortu przyciąga to mnóstwo kuracjuszy, a sam obiekt jest bardzo klimatyczny. Z bacówki rozciąga się wspaniała panorama na Tatry oraz Pieniny, które widać nawet przez okna bacówki. Wypiłem tutaj kawę na wzmocnienie i ruszyłem dalej grzbietem Bereśnika mijając kolejne ładne polany. klimatyczne schronisko pod Bereśnikiem Czekało mnie dość strome podejście, zwłaszcza w końcówce na wierzchołek Dzwonkówki. Szczyt jest zalesiony, ale na jego grzbiecie jest kilka widokowych polan, będących pozostałością po dawnym pasterstwie, skąd zobaczyłem ponownie Tatry. Nazwa Dzwonkówka kojarzy się właśnie z dawnym pasterstwem (owce i krowy nosiły na szyjach dzwonki). Niedawno dowiedziałem się, że pod szczytem Dzwonkówki, na polance, na której zbiegają się granice lasów Krościenka, Jazowska i Szczawnicy, chowano samobójców. Na miejscu tym, obecnie nazywanym Wisielcami, chowano ich bez krzyża, jedynie granice pochówków zaznaczone są trzema kopcami kamieni! Na najwyższej kulminacji góry jest natomiast grób partyzanta. widok na Tatry z jednej z polan Dzwonkówki Szczyt jest zwornikiem dla bocznych ramion, przechodzi przez niego Główny Szlak Beskidzki, a ja skręciłem właśnie na niego, by bardzo stromym zejściem dotrzeć na Przełęcz Przysłop. Na przełęczy znajduje się dość spora polana będąca dobrym punktem widokowym. Na polanie tuż pod przełęczą oraz na grzbiecie odchodzącym z przełęczy na zachód, znajduje się kilka gospodarstw. W latach 1943–1944 miały tutaj miejsce dramatyczne wydarzenia. Na pamiątkę ich w centrum stoi pomnik upamiętniający śmierć partyzantów i  mieszkańców przysiółka. Trochę poniżej na miejscu domu Fijasów, których Niemcy spalili żywcem stoi drewniana kaplica w stylu podhalańskim. Piękne miejsce, choć historie z nimi związane tragiczne. Na pamiątkę tych tragicznych wydarzeń co roku 3 maja odbywa się na Przysłopie Msza Partyzancka. Ale po górach jest porozrzucane wiele takich pamiątek trudnej historii kraju. Spotkałem tu miłych turystów ze Starachowic, których pozdrawiam serdecznie. kaplica na Przysłopie, foto by Jerzy Opioła Idąc dalej strawersowałem niewybitne szczyty Kuby i Rokity. Z polan na grzbiecie miałem świetne widoki na Gorce. Dzięki dobrej pogodzie dostrzegłem nawet nowe wieże widokowe na Koziarzu, Lubaniu i Gorcu! Zszedłem tu ze szlaku i leśną drogą doszedłem do ścieżki rowerowej biegnącej dnem doliny Sopotnickiego Potoku. Tutaj już szedłem wygodną drogą terenową, aż do zabudowań przysiółka Szczawnicy – Sewerynówki. Po drodze napotkałem dwie atrakcje, ładnie wkomponowany w otoczenie zbiornik wodny, będący ujęciem wody dla uzdrowiska oraz bardzo ładną leśną kaplicę postawioną na rozdrożu dróg rowerowych. Kaplica na Sewerynówce Przy końcu asfaltowej drogi stoi tu ładna karczma Czarda, którą znałem z lat wcześniejszych. Wstąpiłem więc na posiłek, bo pora była ku temu odpowiednia. W budynku karczmy wykonano bardzo ładną aranżację wnętrza przy użyciu produktów firmy http://www.prodexpol.pl/. Są tu więc bardzo ładne parkiety i panele podłogowe oraz drzwi wewnętrzne, a nawet parapety tej firmy. Byłem tu kiedyś na imprezie firmowej, zatem nawet wytrzymałość podłogi miałem okazję przetestować! Firma ma ponad 90 lat doświadczenia, polecam. restauracja Czarda na Sewerynówce Po posiłku pozostał mi już tylko powrót niebieskim szlakiem do Szczawnicy. Ale tuż poniżej karczmy czekała na mnie ostatnia atrakcja- wodospad Zaskalnik. Woda spływa z pięciometrowego skalnego progu na potoku Sopotnickim. Miejsce to jest często odwiedzane przez turystów, gdyż można dotrzeć tu autem, a potem zejść kawałek w dół, by lepiej zobaczyć pięknie usytuowaną kaskadę. Kilkaset metrów poniżej drewniany pomost umożliwia przejście na drugą stronę potoku i bezpieczniejsze dojście nad sam wodospad.  Odbyłem tu ostatnią dłuższą sesję fotograficzną i ruszyłem do auta, pozostawionego na parkingu w centrum uzdrowiska. Tak zakończyła się moja trasa wspomnień. Lekko zmodyfikowana, ale przypomniałem sobie najpiękniejsze miejsca tego regionu Beskidów, a nawet odkryłem nowe! Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  wodospad Zaskalnik [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłop nad wodospad Zaskalnik

marcogor o gorach

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłop nad wodospad Zaskalnik

Korzystając z wolnego dnia wybrałem się do Szczawnicy-Zdroju. To cudnie położone miasteczko w dolinie potoku Grajcarka stwarza wiele możliwości wypoczynku. Parki zdrojowe, liczne spacerowe i rowerowe trasy oraz kolejka krzesełkowa na Palenicę sprawiają, że turyści mogą tu aktywnie spędzać czas. Większa część zabudowy i terenów miasta znajduje się w obrębie Beskidu Sądeckiego, natomiast za doliną potoku Grajcarka wznoszą się już Pieniny. Zabudowa miasta zlokalizowana jest między Pieninami a pasmem Radziejowej (Beskid Sądecki). Ja wybrałem się tutaj po raz kolejny w celu odbycia sentymentalnej podróży szlakami Beskidu Sądeckiego. Kiedyś rozpocząłem tu piękną wędrówkę przez wzniesienia Bryjarki, Bereśnika, aż po Dzwonkówkę i dalej. Minęło trochę lat i postanowiłem powtórzyć tę malowniczą trasę, gdyż tam, gdzie było mi dobrze i słodko lubię powracać po czasie. Nie miałem za dużo tego czasu, więc wybrałem ten krótki i łatwy wariant na dobre spędzenie połowy wolnego dnia. plac Dietla w centrum uzdrowiska Moja wędrówka rozpoczęła się w samym centrum uzdrowiska, gdzie zostawiłem samochód na jednym z bezpłatnych parkingów. A z placu Dietla rozchodziły się ścieżki, które postanowiłem wykorzystać tego dnia. Potem był już tylko przyjemny spacer wąskimi uliczkami kurortu, pośród starych budynków pamiętających zapewne stare czasy. Po chwili rozpoczęło się dość strome podejście zboczami Bryjarki, gdzie odbyłem nieoczekiwane spotkanie z wężem, który okazał się być nieszkodliwym padalcem. Podejście było krótkie i szybko dotarłem do krzyża milenijnego stojącego nieco na uboczu na widokowej polance. To jedno z miejsc wyjątkowych, dlatego mnie tu ciągnęło. Szczawnica w dole Panorama spod krzyża na Tatry z gniazdem Łomnicy i Małe Pieniny z Palenicą oraz uzdrowisko w dole robi kolosalne wrażenie. Dlatego szczyt Bryjarki był od dawna celem spacerów mieszkańców Szczawnicy i kuracjuszy jej uzdrowisk. W 1897 i 1901 wykonano na szczyt spacerowe ścieżki i ławki. Drewniany krzyż znajdował się tutaj już od 1860, w 1867 został zastąpiony dużym krzyżem modrzewiowym, jednakże krzyż ten podczas burzy w 1902 złamał się. Wówczas to krakowska firma Józefa Góreckiego (ta sama, która wykonała krzyż na Giewoncie) wykonała i zamontowała nowy krzyż żelazny, który w nocy jest oświetlony. krzyż na Bryjarce Bryjarka wznosi się ok. 230 m nad dno doliny Grajcarka. Jest zakończeniem bocznego grzbietu Pasma Radziejowej, biegnącego z Dzwonkówki przez Przysłop, Kotelnicę, Cieluszki, Bereśnik, Guckę i Bryjarkę na południe. I tym właśnie grzbietem powędrowałem dalej, pośród pól uprawnych, cudnie ubarwionych łąk i nielicznych domostw. Moim celem było pobliskie już schronisko pod Bereśnikiem. Leży ono na południowo-zachodnich stokach Bereśnika, obok niego biegnie żółty szlak turystyczny. Bliskość kurortu przyciąga to mnóstwo kuracjuszy, a sam obiekt jest bardzo klimatyczny. Z bacówki rozciąga się wspaniała panorama na Tatry oraz Pieniny, które widać nawet przez okna bacówki. Wypiłem tutaj kawę na wzmocnienie i ruszyłem dalej grzbietem Bereśnika mijając kolejne ładne polany. klimatyczne schronisko pod Bereśnikiem Czekało mnie dość strome podejście, zwłaszcza w końcówce na wierzchołek Dzwonkówki. Szczyt jest zalesiony, ale na jego grzbiecie jest kilka widokowych polan, będących pozostałością po dawnym pasterstwie, skąd zobaczyłem ponownie Tatry. Nazwa Dzwonkówka kojarzy się właśnie z dawnym pasterstwem (owce i krowy nosiły na szyjach dzwonki). Niedawno dowiedziałem się, że pod szczytem Dzwonkówki, na polance, na której zbiegają się granice lasów Krościenka, Jazowska i Szczawnicy, chowano samobójców. Na miejscu tym, obecnie nazywanym Wisielcami, chowano ich bez krzyża, jedynie granice pochówków zaznaczone są trzema kopcami kamieni! Na najwyższej kulminacji góry jest natomiast grób partyzanta. widok na Tatry z jednej z polan Dzwonkówki Szczyt jest zwornikiem dla bocznych ramion, przechodzi przez niego Główny Szlak Beskidzki, a ja skręciłem właśnie na niego, by bardzo stromym zejściem dotrzeć na Przełęcz Przysłop. Na przełęczy znajduje się dość spora polana będąca dobrym punktem widokowym. Na polanie tuż pod przełęczą oraz na grzbiecie odchodzącym z przełęczy na zachód, znajduje się kilka gospodarstw. W latach 1943–1944 miały tutaj miejsce dramatyczne wydarzenia. Na pamiątkę ich w centrum stoi pomnik upamiętniający śmierć partyzantów i  mieszkańców przysiółka. Trochę poniżej na miejscu domu Fijasów, których Niemcy spalili żywcem stoi drewniana kaplica w stylu podhalańskim. Piękne miejsce, choć historie z nimi związane tragiczne. Na pamiątkę tych tragicznych wydarzeń co roku 3 maja odbywa się na Przysłopie Msza Partyzancka. Ale po górach jest porozrzucane wiele takich pamiątek trudnej historii kraju. Spotkałem tu miłych turystów ze Starachowic, których pozdrawiam serdecznie. kaplica na Przysłopie, foto by Jerzy Opioła Idąc dalej strawersowałem niewybitne szczyty Kuby i Rokity. Z polan na grzbiecie miałem świetne widoki na Gorce. Dzięki dobrej pogodzie dostrzegłem nawet nowe wieże widokowe na Koziarzu, Lubaniu i Gorcu! Zszedłem tu ze szlaku i leśną drogą doszedłem do ścieżki rowerowej biegnącej dnem doliny Sopotnickiego Potoku. Tutaj już szedłem wygodną drogą terenową, aż do zabudowań przysiółka Szczawnicy – Sewerynówki. Po drodze napotkałem dwie atrakcje, ładnie wkomponowany w otoczenie zbiornik wodny, będący ujęciem wody dla uzdrowiska oraz bardzo ładną leśną kaplicę postawioną na rozdrożu dróg rowerowych. Kaplica na Sewerynówce Przy końcu asfaltowej drogi stoi tu ładna karczma Czarda, którą znałem z lat wcześniejszych. Wstąpiłem więc na posiłek, bo pora była ku temu odpowiednia. W budynku karczmy wykonano bardzo ładną aranżację wnętrza przy użyciu produktów firmy http://www.prodexpol.pl/. Są tu więc bardzo ładne parkiety i panele podłogowe oraz drzwi wewnętrzne, a nawet parapety tej firmy. Byłem tu kiedyś na imprezie firmowej, zatem nawet wytrzymałość podłogi miałem okazję przetestować! Firma ma ponad 90 lat doświadczenia, polecam. restauracja Czarda na Sewerynówce Po posiłku pozostał mi już tylko powrót niebieskim szlakiem do Szczawnicy. Ale tuż poniżej karczmy czekała na mnie ostatnia atrakcja- wodospad Zaskalnik. Woda spływa z pięciometrowego skalnego progu na potoku Sopotnickim. Miejsce to jest często odwiedzane przez turystów, gdyż można dotrzeć tu autem, a potem zejść kawałek w dół, by lepiej zobaczyć pięknie usytuowaną kaskadę. Kilkaset metrów poniżej drewniany pomost umożliwia przejście na drugą stronę potoku i bezpieczniejsze dojście nad sam wodospad.  Odbyłem tu ostatnią dłuższą sesję fotograficzną i ruszyłem do auta, pozostawionego na parkingu w centrum uzdrowiska. Tak zakończyła się moja trasa wspomnień. Lekko zmodyfikowana, ale przypomniałem sobie najpiękniejsze miejsca tego regionu Beskidów, a nawet odkryłem nowe! Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  wodospad Zaskalnik [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

FMF 2016: Video Game Show: Wiedźmin 3 Dziki Gon.

PO PROSTU MADUSIA

FMF 2016: Video Game Show: Wiedźmin 3 Dziki Gon.

         Tego jeszcze na blogu nie było, ale od wczoraj mam w sobie taką ilość endorfinek, że muszę się nią dzielić z całym światem, żeby nie eksplodować z nadmiaru pozytywnych emocji. Od kilku lat w Krakowie (dokładniej od dziewięciu, bowiem była to edycja z takim właśnie numerem) odbywa się Festiwal Muzyki Filmowej. Zawsze chciałam się na niego wybrać, ale zwykle o biletach dowiadywałam się w momencie, gdy były już dawno wykupione. W zeszłym roku jednak się z Tomaszem postaraliśmy i ogarnęliśmy temat ciut wcześniej i udało się nam wybrać na Międzynarodową Galę Seriali. Zachwyciła nas totalnie, zwłaszcza że większość seriali oglądamy (bądź też oglądaliśmy) na bieżąco, więc wysłuchanie na żywo z orkiestrą melodii tak doskonale nam znanych było absolutnie genialnym przeżyciem. Motywy z "Gry o tron", "Dextera" czy "Wikingów" na długo zostały w moim serduszku (polecam sprawdzenie w internecie nagrań jak to wyglądało). A skoro nam się tak bardzo spodobało, to z większą uwagą śledziliśmy informacje o tegorocznej edycji. I jak tylko się okazało, że będzie koncert z muzyką z "Wiedźmina 3", tak bilety zakupiliśmy jeszcze w grudniu, a wczoraj wieczorem wybraliśmy się radośnie do krakowskiej Tauron Areny. A co nas tam zastało, zobaczycie za chwilę. ;)         Generalnie trochę śmialiśmy się wczoraj z faktu, że jest to festiwal muzyki filmowej, a myśmy do tej pory wybrali się na jeden z serialami, a drugi z grą komputerową. ;) W przyszłym roku jest edycja dziesiąta jubileuszowa, więc wtedy już sobie obiecaliśmy, że koniecznie na jakiś film się wybierzemy. Musi zdecydowanie robić wrażenie oglądanie go wraz z całą orkiestrą. Chwilami aż ciężko jest uwierzyć, że te wszystkie utwory faktycznie grane są na żywo przez prawdziwych ludzi, a nie lecą z komputera. Właśnie takie wrażenie miałam podczas oglądania scenek z Wiedźmina, które nie tak dawno rozgrywałam i przeżywałam w zaciszu własnego domku. Niepowtarzalne doznanie, naprawdę.       Cały koncert trwał mniej więcej półtorej godziny, rozpoczął się zaś od przemówień. Twórcy i kompozytorzy muzyki dostali tak ogromne brawa na samym wstępie, że aż się zawstydzili. To było naprawdę niesamowite, aż ciężko wyrazić słowami, te wszystkie emocje, a to był przecież dopiero początek. Co prawda, nieco łezka się w oku zakręciła, gdy wspominali, że to tak naprawdę jest już pożegnanie z Wiedźminem, w co wszyscy fani nie chcą wierzyć. Bardzo miłym gestem były też podziękowania dla tego, bez którego to wszystko nie miałoby szans powstać, dla tego, w którego głowie się to wszystko narodziło i chwała mu, że przeniósł to na papier. Brawa dla Andrzeja Sapkowskiego były ogromne, aż szkoda, że nie mógł ich słyszeć na żywo, bo chyba go nie było. Albo był i się nie ujawnił. ;)         Kto grał w "Wiedźmina 3" doskonale wie jak wspaniała jest tam muzyka, jak wspaniale komponuje się z fabułą gry i jak zwartą całość stanowią. Gorzej, jeśli ktoś nie grał albo był gdzieś w połowie, bowiem fragmenty gry pokazywane na ekranie baaaaardzo spojlowały całą historię. Sama w pewnych momentach musiałam odwracać głowę, bo dopiero zbliżam się do końca pierwszego dodatku "Serce z kamienia" i nie chciałam niektórych rzeczy jeszcze wiedzieć. Tomasz mi tylko mówił, kiedy mogę spojrzeć znów na ekran. Nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie, bowiem sama muzyka też jest magiczna. Szczególnie gdy prym zaczyna wieść zespół Percival i jego "słowiański folk metal" jak czytamy na Wikipedii. Sami posłuchajcie i pozachwycajcie się. ;)       Trochę rozczarował mnie (żeby nie było, że same ochy i achy, chociaż w 99% tak właśnie było) występ Moniki Brodki, śpiewającej na koniec kołysankę. Widać było, że średnio się czuła w tym temacie i nie zrobiła na mnie jakiegoś szalonego wrażenia. Spodziewałam się ciut więcej, ale i tak było nieźle.       Sporo czasu było poświęcone na drugi i ostatni dodatek "Krew i wino", który ma premierę właśnie dzisiaj. Lepszej reklamy nie mogli sobie zrobić przed nią. Ta część porywała jednak ciut mniej, bo nieco mocniejsze są wrażenia, gdy już samemu się to wszystko przeszło. Jak dla mnie (jako osoby, która zwykle nawet od trailerów trzyma się daleko) było też ciut za dużo wstawek z tego dodatku, przez co już wiem czego się spodziewać. I już nie mogę się doczekać. ;)         Powiem szczerze, że brawa na koniec koncertu trwały i trwały. Cała arena oklaskiwała wszystkich wykonawców na stojąco (poza parą siedzącą koło nas) przez kilka dobrych minut. I chociaż nie zagrali wszystkich najbardziej znanych motywów i chociaż fragmenty gry ukazywały ją w wyjątkowo smutnym świetle, był to zdecydowanie jeden z lepszych koncertów na jakich byłam. Absolutnie niesamowita atmosfera, mnóstwo emocji (no bo sorry, ale dalej uważam, że jeśli ktoś się nie wzruszył przy spotkaniu głównych bohaterów w Kaer Morhen to zdecydowanie ma serce z kamienia, bo ja tutaj też uroniłam kilka łez), ponowne przeżywanie tej całej genialnej fabuły - po prostu rewelacja. Aż w nocy zasnąć nie mogłam, tak mnie te pozytywne emocje długo trzymały.         Tak jak już wspomniałam, w przyszłym roku edycja jubileuszowa, więc na pewno będzie się działo dużo równie cudownych wydarzeń jak wczoraj. Termin mniej więcej w połowie maja, więc jeśli tylko się podoba Wam coś takiego, to koniecznie zarezerwujcie sobie wtedy czas wolny w kalendarzu. I wypatrujcie biletów, bo szybko znikają. ;)          A dzisiaj z samego rana ustawiłam się w kolejce pod Media Marktem, żeby nabyć drugi dodatek. Kilku innych takich zapaleńców też było, aczkolwiek wszyscy płci męskiej, więc moja obecność nieco ich zaskoczyła, aż jeden z nich zapytał się mnie, czy też gram. ;) Na razie jednak jeszcze nawet go nie rozpakowałam, bo czekam aż Tomasz wróci z pracy. A właściwie to czekamy. ;)~~Madusia.

Zorza – jak zacząć.

Dobas

Zorza – jak zacząć.

Mój własny Kraków: Bezogródek.

PO PROSTU MADUSIA

Mój własny Kraków: Bezogródek.

       Końcówka maja obfituje w piękne i wolne dni. Wczorajszy Dzień Matki spędziłam z moją rodziną, która wpadła nas odwiedzić w Krakowie i przy okazji podrzucić nam trzecią świnkę do kompletu. Teraz mamy prawdziwe stado i radosne kwiki i tupot małych nóżek rozlega się co kilka chwil na podłodze. Wolne dni to także czas, który zwykle staramy się wykorzystać jak najlepiej i dlatego wczoraj wieczorem wybraliśmy się z Tomaszem na krakowskie Błonia. I wówczas narodził się w głowie mej pomysł na nowy cykl na blogasku, który zatytułowałam "mój własny Kraków". Będę w nim przedstawiała swoje ulubione miejsca, gdzie lubię bywać, gdzie można dobrze i fajnie zjeść, gdzie po prostu czuję się dobrze. Czasem prosicie mnie o polecenie jakiegoś miejsca, więc teraz wszystko będzie zebrane w jednym miejscu na blogasku. Na pierwszy ogień pójdzie nasze wczorajsze odkrycie - Bezogródek.          Miejsce na mapie Krakowa pojawiło się na początku marca. Znajduje się nieopodal Błoń, tuż przy pętli Cichy Kącik, pod adresem Piastowska 20. Już kilka razy wcześniej zbieraliśmy się, żeby tutaj dotrzeć, jednak zawsze coś stawało nam na drodze. Wczoraj też trochę się wahałam, ale w końcu Tomasz postanowił, że się zbieramy. Zaparkowaliśmy po drugiej stronie Błoń, niedaleko stadionu Cracovii i spacerkiem ruszyliśmy w interesującym nas kierunku. Przejście przez środek Błoń zawsze jest ciekawą wyprawą, ale przynajmniej tutaj jest zdecydowanie mniej ludzi niż na chodnikach je okalających. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że o tej porze generalnie praktycznie nie ma ludzi spacerujących - wszyscy biegają, jeżdżą na rolkach bądź rowerze albo chodzą z kijkami. Normalnie spacerujących naprawdę dało się policzyć na palcach jednej ręki. No, góra dwóch. ;)        Do Bezogródka można trafić po zapachu, bo smakowite wonie dotarły do nas już spory kawałek przed wejściem. I tylko jeszcze bardziej zachęciły nas do szybszego tam dotarcia. Zaraz przy wejściu po lewej stronie przywitał nas jeden z naszych ulubionych food trucków, serwujących frytki belgijskie - Frytki Belgijskie w Krakowie. Zakochaliśmy się w nich już na św. Wawrzyńca, gdzie też stoją, także nie mogliśmy sobie odmówić kolejnej okazji ich spróbowania. Ich tajemnicą są przede wszystkim rewelacyjne sosy i tak jak ja nie wyobrażałam sobie wcześniej jedzenia frytek z sosami, tak teraz nie wyobrażam sobie jedzenia bez nich. Za każdym razem jest coś nowego i za każdym razem też czegoś nowego próbujemy. Tym razem jednak poszliśmy już za znanymi nam smakami i wzięliśmy obowiązkową dużą porcję (no bo serio, kto bierze małą takich pyszności) z sosem o smaku curry mango. <3       Fantastyczną rzeczą w Bezogródku jest mnogość przeróżnych leżaków, krzeseł i innych siedzisk, na których można spokojnie sobie klapnąć i skonsumować zakupione pyszności. Sama zajęłam jeden z takich leżaczków przy stoliku, a Tomasz wyruszył na dalsze polowania, bo jego wzrok przyciągnęła Calavera Mexican Grill. Polowanie udało się jednak połowicznie, bowiem quesadillii już nie mieli i musiał zadowolić się burrito z mega ostrym sosem. Ten ostatni dodatek spowodował, że jadł ją sam, bo ja w tak mocnych smakach się nie odnajduję. Ale patrząc po jego minie - baaardzo smakowała. ;)      Najedzeni ruszyliśmy na spacer po całym Bezogródku, żeby zobaczyć co ma jeszcze pysznego do zaoferowania. Niestety, byliśmy tutaj ciut przed 20, więc większość miejsc powoli się już zamykała i nie serwowała potraw. Przez to ominęły nas zapiekanki i tajskie lody, na które mieliśmy ogromną ochotę, ale dzięki temu mamy tutaj po co wracać. ;) Zresztą, nawet gdybyśmy i to skonsumowali wczoraj i tak byśmy wrócili, bo miejsce jest naprawdę urocze. Mimo iż znajduje się blisko dość ruchliwej w ostatnich czasach ulicy Piastowskiej, to zupełnie tego nie słychać. Panujący tutaj gwar skutecznie zagłusza wszelkie odgłosy okolicy, przyjemnie też sączy się muzyczka z głośników. Dookoła nas śmiały się dzieci, które mają tutaj mały plac zabaw, nie brakowało też przeuroczych psów różnych ras, mnóstwa cyklistów i innych sportowców. Widać, że to miejsce żyje i że naprawdę brakowało takiej miejscówki w tych okolicach. Sami zobaczcie jak to fajnie się prezentuje. :)       Świetne miejsce, nieprawdaż? Idealne na letnie posiadówy ze znajomymi, bo czego można chcieć więcej. ;) Na zakończenie jeszcze wciągnęliśmy po gałce lodów BEn VEGE, chociaż zauważyliśmy, że w ofercie mają też dużo innych pyszności. My jednak mieliśmy smaka na lody i każde zjadło naprawdę zacny smak - solony karmel i mięta z czekoladą. Uzbrojeni w rożki z nimi ruszyliśmy w drogę powrotną, spacerując już nieco zamglonymi chodnikami. ;)            I jak się Wam podoba nowy cykl? Chcecie więcej takich postów z miejscami w Krakowie? Dajcie znać w komentarzach! ;*~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: Trzy Korony.

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Trzy Korony.

           Niezwykle zmienny i niepewny jest tegoroczny maj. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i zwykle, gdy tylko planowaliśmy jakiś wypad, to się psuła. Na szczęście ostatni weekend był pod tym względem niezwykle łaskawy i wreszcie mogliśmy powrócić na górskie szlaki, na których notabene nie było nas od końca sierpnia zeszłego roku. Tęsknota więc była ogromna i chęci też, ale musieliśmy wziąć pod uwagę stan naszej kondycji i na początek wybrać jakąś lekką trasę. Padło na Pieniny i ich najpopularniejszy szczyt, czyli Trzy Korony. Każde z nas już tam kiedyś było, ale razem jeszcze nie, więc nie zastanawialiśmy się długo. W sobotę się wyspaliśmy i wyruszyliśmy w kierunku miasteczka Sromowce Niżne, gdzie rozpoczynał się nasz szlak. :)tam właśnie się wybieramy! ;)          W sobotnie przedpołudnie przejazd Zakopianką i później dalej przez Nowy Targ do Sromowiec był prawdziwym wyzwaniem i po nieco dwóch godzinach dopiero dotarliśmy na miejsce. Po drodze już można było zachwycać się pięknem okolicy, ale zdecydowanie najlepsze było przed nami. W Sromowcach zaparkowaliśmy pod kościołem, przebraliśmy buty, zapakowaliśmy plecaki i raźnym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Cel naszej wyprawy dumnie wznosił się przed nami. Nieco tylko martwiły nas wiszące nad nim chmury, ale pogoda miała być ładna. I tej wersji się trzymałam. ;)         W Sromowcach swój początek ma spływ Dunajcem razem z flisakami, stąd też co kilka chwil można było zobaczyć na wodzie ich łodzie (ależ rym mi wyszedł ;p). Można powiedzieć, że było tutaj wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia - woda i góry. Tym razem jednak zdecydowanie mocniej ciągnęło mnie w stronę tych drugich. Początkowy fragment żółtego szlaku wiedzie asfaltem, więc niewiele ciekawego się tutaj działo. Prawdziwa część wyprawy zaczynała się dopiero od schroniska, gdzie asfalt ów się kończył. :)komunikat bardzo prawdziwy - było i zabłocone miejscami i ślisko też było, ale bez upadku się obyło. ;)         Od schroniska żółty szlak biegł już głównie ścieżką po kamieniach. Na samym początku mijało się jeszcze pola, na których radośnie pasły się owce. Jedna się nawet do nas uśmiechnęła.;)             Kawałek dalej pola się kończyły i wchodziliśmy do wąwozu, gdzie cicho plumkał strumyczek, a zdecydowanie głośniej zachowywali się turyści. Nieco zaskoczył nas fakt, że wszyscy już schodzili, ale dzięki temu przez większość czasu szliśmy tylko we dwoje. I dobrze, bo ja (jak zawsze) dość głośno zachwycałam się miejscami, które właśnie mijaliśmy. Na początku ten wąwóz zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie, bo wcześniej tą trasą nie szłam. A szkoda, bo naprawdę niezwykle malowniczo tutaj było. :)          Z momentem wejścia do lasu rozpoczęła się wspinaczka. Na znacznym fragmencie tego szlaku znajdowały się schody, co chwilami nieco wybijało mnie z rytmu. Tutaj dopiero wyszedł nasz (a głównie mój) brak kondycji, bo zipałam jak hipopotam, któremu ktoś kazał przebiec maraton. To był ten drugi moment, w którym cieszyłam się, że byliśmy sami na szlaku. Jeszcze by ktoś pomyślał, że jakieś zwierze zdycha gdzieś w krzakach. ;)       Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na Przełęcz Szopka, gdzie żółty szlak krzyżuje się z niebieskim - prowadzącym na Trzy Korony. Można tutaj sobie spokojnie posiedzieć na drewnianych ławeczkach, napić się wody i odpocząć. Jest to też rewelacyjny punkt widokowy, bowiem roztacza się stąd absolutnie przepiękny widok na Tatry. Tak przynajmniej sądzę, patrząc po zdjęciach z tego miejsca, bowiem nam akurat pogoda pod tym względem nie dopisała i Tatry tonęły w chmurach. Można się było owszem dopatrzeć ich zarysu, który nieco widać też na moich zdjęciach, ale zdecydowanie liczyliśmy na coś więcej. To już drugi raz, gdy Pieniny płatają nam takiego psikusa, ale mam nadzieję, że do trzech razy sztuka, jeszcze na Sokolicę chcemy wejść. ;)       Z przełęczy na Trzy Korony jest już prawie rzut beretem, więc szybciutko przelecieliśmy ten fragment szlaku. Mieliśmy cichą nadzieję, że skoro na szlaku nikogo praktycznie nie było, bo wszyscy schodzili, to i na szczycie będzie spokój. Oczywiście wiadomo jak się kończą takie nadzieje - wielkim rozczarowaniem, zwłaszcza w polskich górach. Po skasowaniu na bramce biletów wejściowych (normalny 5 zł, ulgowy 2,5 zł, w ciągu tego samego dnia jest ważny i na Trzy Korony i na Sokolicę), zaczęliśmy iść metalowymi podestami na taras widokowy. Niestety, nasze szczęście pod tym względem nie zna granic, więc przed nami była radosna wycieczka emerytów z donośną panią przewodnik. Jak już wbili na ten taras, tak zejść z niego nie chcieli. Mieliśmy wrażenie, że przewodniczka niedługo zacznie opowiadać, co widać kilkaset kilometrów dalej, bo tak się rozpędzała w opisywaniu majaczących na horyzoncie szczytów. Z dobre pół godziny spędziliśmy na tych schodach, na szczęście tutaj też widoków nie brakowało. Tomasz nawet kozicę wypatrzył. ;)przełom Dunajca, po lewej stronie Słowacja i Czerwony Klasztor.        Niestety, nawet fakt, że wreszcie wycieczka sobie poszła (pani przewodnik koniecznie chciała jeszcze podyskutować o roślinkach otaczających nas, ale doszła do wniosku, że w sumie może zrobić to na schodach) nie zmienił tego, że widoki z tarasu też nie należały do najwspanialszych. Ładnie prezentował się płynący w dole Dunajec, nieźle widoczny był Czerwony Klasztor na Słowacji, ale generalnie widoki nas zawiodły. test na dobry wzrok - jak się dobrze przyjrzysz - zobaczysz Tatry. ;pobowiązkowe selfie na pierwszym tegorocznym szczycie.w oddali widać jezioro Czorsztyńskie.        Zbyt długo na tarasie nie pobyliśmy, zarządziliśmy szybki odwrót i tuż przy kasach zasiedliśmy na drugie śniadanie. W międzyczasie dotarła szkolna wycieczka, zrobił się gwar i hałas, aż panowie z parku narodowego stojący na kasie chcieli zacząć wręczać mandaty niespokojnym dzieciom wchodzącym na skałki. Na szczęście, obyło się bez tego. Generalnie całkiem interesującym doświadczeniem jest takie przyglądanie się ludziom z boku. Tutaj jednak z każdą chwilą było to coraz bardziej męczące, więc szybko zakończyliśmy nasz popas i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dla urozmaicenia sobie wędrówki wybraliśmy inny szlak. Idąc dalej niebieskim dotarliśmy na Polanę Korsarzyska, gdzie odbiliśmy na zielony prowadzący niemalże już do samego schroniska Trzy Korony. Schodzenie zawsze przychodziło nam zdecydowanie szybciej, więc ten fragment drogi nie zajął nam zbyt wiele czasu.          W schronisku chwilkę odpoczęliśmy, kupiliśmy pocztówki, na których przybiliśmy pieczątki i skierowaliśmy się z powrotem do miasteczka. Kilka lat temu zbudowano tutaj kładkę nad Dunajcem, łączącą Sromowce ze słowacką wioską Czerwony Klasztor, więc nie mogliśmy się oprzeć takiej okazji i wybraliśmy się za granicę. ;) Ciężko powiedzieć, czy trawa jest tutaj zieleńsza, ale na pewno widok na Trzy Korony z kładki najbardziej mi się spodobał. ;) A wracając do samochodu, zobaczyliśmy jeszcze dwa bociany siedzące w gnieździe. Tak na szczęście. ;)wieża Czerwonego Klasztoru widoczna w oddali. :)widok ze słowackiej strony.Trzy Korony i Dunajec z kładki granicznej między Polską a Słowacją.          Zawsze chodząc po górach korzystaliśmy z aplikacji Google "Moje trasy", więc bardzo rozczarował nas fakt, że już nie istnieje. Dzień przed wyjazdem szukaliśmy czegoś co pomogłoby nam rejestrować trasę wędrówki i padło na Endomondo, używane najczęściej przez biegaczy. W górach też się całkiem nieźle sprawdziło, tylko brakuje nam możliwości sprawdzenia wysokości w trakcie wchodzenia, dopiero po zakończeniu taka opcja się pojawia. Może ktoś używa jakiś podobnych aplikacji i coś fajnego by nam polecił? Chociaż mapkę poglądową po przejściu całej trasy Endomondo robi całkiem niezłą. ;)      Jak widać po mapce, trasa wyszła nam w kształcie serduszka z ogonkiem. ;) Nie była jakaś najcięższa, taka w sam raz na przypomnienie sobie czym jest wędrówka po górach. W tym roku planujemy nieco więcej łazić, celujemy głównie w słowackie Tatry, więc taki rozruch jest niezbędny przed wyruszeniem na dłuższe trasy. Ale powiem Wam szczerze - to absolutnie przecudowne uczucie znów wrócić na szlak. Te endorfinki po wysiłku są naprawdę niepowtarzalnym odczuciem i mimo bolących mięśni przez kilka dni, warto się tak przejść. :)~~Madusia.PS. W najbliższym czasie na blogu zacznie się dziać więcej, bo planuję nieco rozszerzyć zakres swoich zainteresowań. Zobaczmy czy się Wam spodoba, bo na pewno dzięki temu zdecydowanie częściej będzie się tu pojawiać coś nowego. :)A na razie zapraszam też na mój Instagram, gdzie ostatnio coraz więcej się udzielam. :)

hamaki…

Dobas

hamaki…

Zależna w podróży

Ubezpieczenia, KFC i o tym, jak pierwszy raz wyleciałam z Europy (sama)

Ratunku! Zostałam akwizytorką! -Dzień dobry, przepraszam że niepokoję w tak piękny poranek, ale widzę, że pakują państwo samochód. Zapewne wybieracie się na wyjazd. Mam nadzieję, że macie sprawdzone ubezpieczenie. Nie?! Ale jak to? Przecież to tak diabelnie nieodpowiedzialne! Proszę tylko posłuchać!… Tak! Od dzisiaj sprzedaję ubezpieczenia. Nie krzywcie się tak...

Roháčka i Čierna hora, czyli odkrywanie najdzikszego pasma Rudaw Spiskich

marcogor o gorach

Roháčka i Čierna hora, czyli odkrywanie najdzikszego pasma Rudaw Spiskich

Od zawsze ciekawią mnie nowe pasma górskie. Takie, gdzie moja noga nigdy nie stanęła dotąd. W ostatni weekend odkryłem właśnie jedno z takich miejsc, dzikie, nieznane, gdzie mało, który turysta z Polski się zapuszcza, bo po prostu nie wie jak tam jest pięknie. Słowacja to taki mój konik, dlatego postanowiłem poznać dokładnie jej górskie oblicze. Polska regionalizacja wyróżnia na Słowacji 40 pasm górskich, więc po tej wycieczce pozostało mi już tylko 18 do odkrycia. Udałem się więc na wschodni skraj słowackich Rudaw, w okolice miejscowości Margecany, gdzie leży niewielkie pasmo Čiernej Hory, wciśnięte między Góry Wołowskie i pasmo Braniska. Ten niewielki masyw charakteryzuje się stosunkowo dużymi wysokościami względnymi, co dotkliwie odczułem w czasie stromych podejść oraz licznymi utworami skalnymi. Masyw jest również bardzo cenny pod względem przyrodniczym.  kamienny mur, pozostałości grodziska przed przełęcza Żeby zdobyć najwyższy szczyt pasma do Korony Gór Słowacji dojechałem do malowniczej wsi Margecany, zagubionej gdzieś między górskimi szczytami, a zbiornikiem wodnym Ružín. Jadąc od strony np. Nowego Sącza wystarczy kierować się na Bardejów, a potem Preszów, by dotrzeć do tej wioski w historycznej krainie Spisz. Margecany położone są więc w Rudawach Spiskich, w głębokiej dolinie u zbiegu Hornádu i Hnilca, które łączą się tu właśnie w zbiorniku zaporowym Ružín. Margecany są także ważnym kolejowym węzłem komunikacyjnym. Zbiegają się tu ważne linie kolejowe (Koszyce – Żylina) i (Margecany – Czerwona Skała), działają też zakłady naprawy taboru kolejowego. Stukot pociągów nosi się daleko po górach. Z okolicznych wzniesień fenomenalnie prezentują się zabudowania wsi z wieżą kościoła na tle zbiornika wodnego i dominującej zieleni dookoła. Równie fotogeniczna jest wijącą się tu gęsto sieć torowisk. zbiornik wodny Ruzin i Margecany, w tle Góry Wołowskie Powierzchnia lustra wody zbiornika Ružín to  3,9 km², a objętość zbiornika to 45,3 mln m³. Ale ja wybrałem się tutaj w góry, więc wyruszyłem na poszukiwanie szlaku prowadzącego na najwyższy szczyt, który zaczyna się nieopodal stacji PKP. Stąd żółto znakowana trasa miała mnie wyprowadzić na kulminację Čiernej Hory, czyli wierzchołek Roháčki (1028 m). Początkowo szlak prowadzi ulicą osiedla, więc można podjechać autem pod sam las, gdzie rozpoczyna się strome podejście „na krechę” na szczyt. Droga ta poprowadzona praktycznie na wprost, bez żadnych zakosów dała mi w kość, ale jest naprawdę męcząca, z powodu nie kończącej się stromizny! Po prostu na odległości 3 km trzeba pokonać 700 m przewyższenia. To była dla mnie dobra zaprawa przed długim tegorocznym sezonem górskim, który dopiero na dobre się przecież zaczyna. widok na Margecany z podejścia na Rohacke Ścieżka doprowadziła mnie najpierw na Holy Hrbok (678m), gdzie stoi maszt przekaźnika, potem na Gruń ( 900m), by po chwilowym obniżeniu na przełęcz pod Rohaćką wspiąć się ostatecznie na szczyt Roháčki. Tuż przed siodłem przełęczy stoi kamienny mur, jakby pozostałość historycznego grodziska, albo wału kultowego. Wcześniej niespodziewanie natknąłem się na wóz, jakby prosto z cygańskiego taboru, i to wszystko w środku lasu! Do tego im wyżej, tym więcej różnej wielkości głazów i olbrzymich ostańców skalnych. W końcu na szczycie stoi trójróg oraz metalowy słupek z książką wejść na szczyt. Te księgi wpisów stają się pomału standardem na Słowacji! Po zasłużonym odpoczynku i sesji na wierzchołku wziąłem się za studiowanie mapy. Zauważyłem, że poniżej szczytu, na niebieskim szlaku, który dołączył tu od strony kamieniołomu Klenov ( bliższa opcja wejścia tutaj) są rozległe polany, a sąsiednia kulminacja pasma, nazwana również Čierna Hora ( 1024m) ozdobiona jest krzyżem. Mając nadzieję na widoki, bo ten wierzchołek był zupełnie zalesiony udalem się tam i to był strzał w dziesiątkę. wierzchołek Rohaćki Odkryłem kolejny już górski raj! Już podczas przejścia między szczytami zwróciły mą uwagę liczne skały, jakby gołoborza, pełne głazów i ostra skalista grań biegnąca grzbietem, zastępująca stopniowo las. Po kwadransie dotarłem na polanę pod Čierną Horą, gdzie na wierzchołku góry zobaczyłem wielki metalowy krzyż, z olbrzymią figurą Chrystusa, a obok figurę Matki Boskiej. Słowacy zbudowali to w 2008 r. i przyznaję, że nigdy nie spotkałem w  górach takiej wielkości figury Jezusa. Ze szczytowych skałek oczywiście otwierały się doskonae widoki, zwłaszcza, że pogoda po rannych zamgleniach zrobiła się wyśmienita. Mogłem podziwiać panoramy nie tylko pobliskich pasm Bachurena, Braniska, czy Slanskich Wierchów, ale także przygranicznych Beskidów i Cergova. widoki na Sariską Vrchovinę i Slanske Vrchy To miejsce zrobiło na mnie niezatarte wrażenie i na zawsze zostanie w mej pamięci, jako jeden z cudów GÓR, tym bardziej byłem zachwycony, że niespodziewałem się takich atrakcji tutaj. Długo trwałem w zadumie zapatrzony w piękno, które objawiło się przed mymi oczyma i inne bodźce do mnie nie docierały. Dopiero po pół godzinie reszta mej ekipy przekonała mnie, że pora wracać. Pozostało nam tylko zejście po własnych śladach do samochodu, więc nie musiałem się śpieszyć! Niestety czas nie pozwalał na rozpatrzenie innych wariantów powrotu. I znowu czekało mnie strome zejście i me kolana ponownie poczuły ból, ale człowiek wiele jest w stanie znieść w imię miłości…a GÓRY to przecież miłość ma największa! wierzchołek Ciernej Hory Zszedłem zatem do Margecan fotografując jeszcze raz cudny zalew Ružín w popołudniowym słońcu i niezwykłym otoczeniu natury. To był długi dzień, bo do południa zwiedziłem inną część Słowacji, co być może wkrótce Wam opiszę tutaj. Do domu zostało mi przejechać tylko 130 km, a po drodze wypiłem jeszcze kawkę w przydrożnym barze na przedmieściach Preszowa. To był bardzo udany dzień, jeden z tych, które pamieta się na długo, a rano nie zapowiadało się, że będzie tak pięknie. Prognozy były takie sobie, ale po raz kolejny okazało się, że trzeba robić swoje i nie oglądać się na złudne i często mylne zapowiedzi różnych pogodynek. Zresztą obejrzyjcie na koniec w galerii zdjęć, jak było pięknie w tym dzikim, nieuczęszczanym przez turystów paśmie Rudaw Spiskich, niedaleko od granicy Polski. Dziękuję wspaniałej ekipie za dodawanie otuchy na ciężkim wyjątkowo tego dnia dla mnie podejściu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]