BANITA

St. Julian’s, Malta – biegowe impresje

Pierwszy kilometr Wybiegam z hoteliku Jules Suits i skręcam w prawo, w drogę, która prowadzi mnie na bulwar. Ten zapach…czuję Egipt. Nie wiem, dlaczego akurat Egipt. Przecież miasta teoretycznie nie mają swojego zapachu. Ale ten „egipski” zapisał mi się w pamięci i czuję go tu. Przynosi go ze sobą ciepły wiatr przesiąknięty zapachem morza i ryb. Po ulicy walają się kartony, papierki, niedopalone papierosy. Przez tę ulicę […] The post St. Julian’s, Malta – biegowe impresje appeared first on B *Anita.

BANITA

Szwajcaria – Berneński Oberland zimą [Duże zdjęcia]

Zachwycające Alpy Berneńskie, bajeczny masyw Eiger, Mönch i Jungfrau, wschód i zachód słońca nad taflą spokojnego szwajcarskiego jeziora zatopionego pośród gór, czyli Berneński Oberland w Szwajcarii – mekka narciarzy, snowboardzistów, amatorów gór i fotografii. A oprócz tego miłośników czekolady.   O czekoladzie jednak dzisiaj nie będzie. Nie będzie też o nartach, bo na nich nie jeżdżę i szczerze powiedziawszy, średnio rwę się do nauki, mimo że jestem zwolenniczką, […] The post Szwajcaria – Berneński Oberland zimą [Duże zdjęcia] appeared first on B *Anita.

BANITA

Pieniny, czyli w górach jest wszystko, co kocham [DUŻE ZDJĘCIA]

Pieniny – wiele razy przemierzałam ich szlaki. Każdorazowo jednak wydają mi się inne, zaskakujące, ale zawsze piękne. Po raz pierwszy jednak w tym roku nastawiłam się na nie bardziej fotograficznie. Dzięki nowemu spojrzeniu, temu przez wizjer aparatu, dostrzegłam znacznie więcej. Musiałam się skupić, wyczekać, zwracać uwagę na detale, a przede wszystkim wymarznąć. Miałam wrażenie jakbym doznawała tego miejsca po raz pierwszy. Budzik wyrwał mnie […] The post Pieniny, czyli w górach jest wszystko, co kocham [DUŻE ZDJĘCIA] appeared first on B *Anita.

BANITA

Rok na Instagramie, czyli 12 zdjęć na każdy miesiąc roku

Wiele osób parających się fotografią twierdzi, że Instagram zabija prawdziwą fotografię. Nie podzielam jednak ich zdania. Kocham dobrą fotografię, ale i uwielbiam Instagram, który w ostatnich dwóch latach stał się moją ulubioną aplikacją. Dlatego postanowiłam zilustrować miniony rok, miesiąc po miesiącu wykorzystując wrzucane na profil zdjęcia.  Oto mój „instagramowy” rok.   Nie są to zawsze najlepsze, czy najbardziej popularne zdjęcia, ale te które moim zdaniem […] The post Rok na Instagramie, czyli 12 zdjęć na każdy miesiąc roku appeared first on B *Anita.

BANITA

15 „naj” z podróży w 2015 roku

Prawie pół roku spędzone poza domem, osiem odwiedzonych krajów plus prawie dwumiesięczna podróż po Polsce. Ponad dziesięć tysięcy kilometrów na liczniku rowerowym i tysiące zdjęć. Podsumowując rok, chcę napisać Wam o wszystkich „naj” (ale tylko tych pozytywnych), które mnie oczarowały, zaskoczyły, przyniosły radość, wywoływały uśmiech i utkwiły w pamięci. O miejscach, do których wracam w myślach, i do których chcę wrócić ponownie. Najbardziej niesamowite miejsce O znalezieniu się […] The post 15 „naj” z podróży w 2015 roku appeared first on B *Anita.

BANITA

Ona podróżuje, on zostaje w domu – czy rozłąka może mieć jakieś plusy?

Role społeczne związane z płcią w ostatnich stuleciach zostały mocno przedefiniowane i poszerzyły swoje spektrum. Tradycyjny podział ról, w którym kobieta siedzi w domu i zajmuje się nim, a mężczyzna zarabia i utrzymuje rodzinę, może nie odeszły całkowicie do lamusa, bo nadal świetnie się mają, to jednak dziś kobiety mają ogromne możliwości zawodowego realizowania się, wykorzystywania swoich zdolności, realizowania swoich pasji. Mimo jednak rozszerzenia się […] The post Ona podróżuje, on zostaje w domu – czy rozłąka może mieć jakieś plusy? appeared first on B *Anita.

BANITA

Zima – w co się ubrać na rower lub trekking

Zimą zwykle najtrudniej zdecydować, w co się ubrać na rower niezależnie od tego czy zamierza się jeździć tylko po mieście, czy wybiera się na dłuższy wyjazd. Niektóre z ubrań czy gadżetów przydadzą się również tym, którzy planują trekkingi w warunkach zimowych lub w regionach, gdzie niezależnie od pory roku często pada i wieje. W poście zebrałam moje doświadczenia z kilku wyjazdów: rowerowego w zimie z Ukrainy przez Rumunię, Bułgarię do Turcji (styczeń/luty […] The post Zima – w co się ubrać na rower lub trekking appeared first on B *Anita.

BANITA

Warsztaty fotograficzne

Zwykle fotografuję krajobrazy, często również ludzi, ale raczej w sytuacjach przypadkowych, mających więcej wspólnego z fotgorafią uliczną, niż zaplanowaną sesją. Tym razem było inaczej. Wzięłam udział w warsztatch fotograficznych prowadzonych przez fotografów z magazynu Foto Plus.  Tematem głównym była sesja z udziałem modelki. Miała się ona odbyć na dachu hotelu Novotel, ale ze względu niestety na niesprzyjające warunki pogodowe, odbywała się w większości we wnętrzach hotelu, […] The post Warsztaty fotograficzne appeared first on B *Anita Demianowicz Blog.

BANITA

11 oryginalnych sposobów na to, jak zdobyć pieniądze na podróż

 „Skąd wziąć pieniądze na wyjazd?” to pytanie-bumerang. „Nie stać mnie, nie mam bogatych rodziców, sponsora, zarabiam za mało” itd. – to z kolei najczęstsze wymówki, jakie można usłyszeć, gdy ktoś twierdzi, że „też by chciał podróżować, ale…”. Wielu wydaje się, że ci, którzy podróżują i mają skądś na to pieniądze, na pewno zdobyli je w jakiś niecywilizowany, nieuczciwy sposób lub mają po prostu szczęście, ale na pewno nie zapracowali na nie. Rozczaruję […] The post 11 oryginalnych sposobów na to, jak zdobyć pieniądze na podróż appeared first on B *Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Pelea de gallo, czyli walki kogutów

Walki kogutów – dla wielu osób takich, jak ja, wychowanych w kulturze europejskiej to przykład ogromnego okrucieństwa wobec zwierząt, dla innych, np. wielu mężczyzn w Panamie, Nikaragui czy krajach azjatyckich to rodzaj sportu narodowego. Pozbijana byle jak z desek wysoka furtka była zamknięta. Zapukaliśmy. Otworzyła młoda dziewczyna, zmierzyła nas wzrokiem, wzięła kilka cordobas, podała bilet i wpuściła do środka. Do małej miejscowości w Nikaragui, gdzieś […] The post Pelea de gallo, czyli walki kogutów appeared first on B *Anita Demianowicz Blog.

BANITA

„Świat równoległy”

– Czy istnieją równoległe światy? – Tak odpowiedzą miłośnicy literatury science – fiction. W moim przypadku jednak to nie literatura przekonała mnie o istnieniu światów równoległych, lecz ludzie, których spotkałam w podróży i ich historie. Światy równoległe. Jeden to ten, który znamy głównie z mediów, ale też z katalogów biur podróży czy książek travelbytów. Jego obraz często jest zafałszowany, wyrwany z szerszego kontekstu, ukazany na wyrywki, podkoloryzowany lub przejaskrawiony. […] The post „Świat równoległy” appeared first on B *Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Biegowe impresje – Da Nang, Wietnam

Da Nang słynie ponoć przede wszystkim z plaż. Nie są to plaże takie, jak te Morza Karaibskiego, ale do biegania nadają się jak mało które. Pierwszy kilometr Mama z córką grają w badmintona. Dziewczyna  w krótkich spodenkach i błękitnej koszulce bierze zamach i rzuca frisbee w stronę swojego chłopaka. Kilka metrów dalej grupa siedemnastoletnich chłopców podrzuca piłkę nożną między sobą. Kilkadziesiąt osób bawi się […] The post Biegowe impresje – Da Nang, Wietnam appeared first on B *Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Nie chcę jeszcze kupować stołu z Ikei – wywiad z Martyną Skurą

Martyna Skura – Przez wiele lat pracowała jako koordynatorka wolontariuszy w gdyńskim Centrum Współpracy Młodzieży. Zna kwestie organizacyjne Wolontariatu Europejskiego na wylot: począwszy od współpracy z organizacjami, poprzez rekrutację chętnych, na sprawach praktycznych kończąc. Sama wyjechała na wolontariat do Gruzji i tak zaczęła się jej przygoda z podróżami i mieszkaniem w różnych miejscach świata np. Chinach czy Tajlandii. Z wykształcenia inżynier biotechnologii, z pasji podróżniczka i społecznik. Prowadzi stronę o podróżach Life in 20 kg. – Zawsze musi być jakiś początek. Każda rozmowa czy historia taki ma. Jaki jest więc początek Twojej historii? Martyna Skura: Początek wziął się z pasji moich rodziców. Oboje są podróżnikami. Poznali się w studenckim klubie rowerowym i na rowerach zjeździli Europę Środkową i wschodnią. Takie były czasy, że na zachód wtedy się nie jeździło. Mój tata do Syrii i Turcji pojechał rowerem. I to rodzice od zawsze brali mnie i moją siostrę na wyjazdy. Czy to był biwak czy to były polskie Tatry czy to był Paryż. Zaszczepili w nas tym samym chęć do podróżowania, więc potem już w liceum czy na studiach same podróżowałyśmy. Podróżowanie zawsze było, choć nigdy na dłużej i nigdy bardzo daleko, ale marzyło mi się, by gdzieś dalej pojechać. Ograniczał mnie jednak narzucony nam styl życia: studia, kariera. W chwili, gdy kończyłam studia i wszyscy moi znajomi brali śluby, zaciągali kredyty, kupowali stoły z Ikei do mieszkania, to ja tak bardzo czułam, że jeszcze nie chcę kupować tego stołu, że nie chcę brać kredytu. Wiedziałam, że chcę wyjechać, że chcę coś jeszcze zrobić. Przez dziesięć lat byłam wolontariuszką w różnych organizacjach: w Czerwonym Krzyżu i w wielu innych lokalnych. Pomyślałam, że mogę to powiązać. – I wyjechałaś. Na blisko rok do Gruzji na wolontariat. Jak zaczęła się Twoja przygoda z wolontariatem? Martyna Skura: Zawsze byłam osobą bardzo aktywną. Nieustannie chciałam coś robić, działać. Pamiętam pierwsze dni, gdy poszłam do liceum. Nikogo nie znałam, byłam nowa, bo liceum było w innym mieście. Wtedy usłyszałam o organizowanym w szkole kursie pierwszej pomocy. Pomyślałam, że to może być całkiem dobry sposób na spędzenie czasu i poznanie ciekawych osób. Po tym kursie pojawiły się kolejne, a następnie przyszedł czas na zawody. Dostałam propozycję, żeby wziąć w nich udział. Potem pojawiły się warsztaty i tak jakoś wszystko zaczęło się toczyć w tym jednym kierunku. Zaczęłam wsiąkać w PCK, jeździć na warsztaty, obozy, a potem sama organizować podobne działania. Wyszło to wszystko u mnie naturalnie. Była to dla mnie swego rodzaju forma spędzania czasu i wykorzystywania drzemiącej we mnie energii. Z czasem dostałam propozycję wolontariatu w innej organizacji, w Centrum Współpracy Młodzieży z Gdyni, a potem zaproponowano mi tam też pracę i z czasem sama zaczęłam wysyłać ludzi na wolontariat zagraniczny. Aż w końcu stwierdziłam, że „szewc nie będzie bez butów chodził”. Postanowiłam sama spróbować jak taki wolontariat zagraniczny smakuje. Wyjechałam więc do Gruzji. – Podróżnicza dusza, zamiłowanie do pomagania innym – wydawać by się mogło, że wolontariat za granicami kraju to coś stworzonego dla Ciebie. A tymczasem sama wysłałaś najpierw kilkadziesiąt osób na taki wolontariat, nim sama na to się zdecydowałaś. Dlaczego? Martyna Skura: Były studia, praca, a ja tę moją pracę bardzo lubiłam. Był długi związek, więc ten wolontariat za granicą odsuwałam na dalszy plan. A potem…W liceum mój nauczyciel od przedsiębiorczości lubił powtarzać, że jak się czegoś nie zapisze, to się tego nie zrobi. Mając 18 lat zapisałam sobie w notesie, że w życiu bym chciała podróżować, wyjechać na wolontariat zagraniczny, chciałabym robić w życiu coś pożytecznego. Ten notatnik znalazłam siedem lat później, kiedy wyprowadzałam się od rodziców. Trochę ze smutkiem stwierdziłam, że niczego z tych zapisanych rzeczy nie zrobiłam. Przez kilka kolejnych dni wiele rozmyślałam nad swoim życiem. Zastanawiałam się czy to co teraz robię jest tym, co chcę robić, czy to daje mi szczęście. I wtedy podjęłam decyzję o wolontariacie za granicą. Postanowiłam wyjechać na pół roku. W trakcie rozpadł się mój związek i zdecydowałam się wolontariat w Gruzji przedłużyć do dziewięciu miesięcy. To był maksymalny czas, na jaki mogłam zostać. – Czym zajmowałaś się w Gruzji? Martyna Skura: Pracowałam w lokalnej kobiecej organizacji w mieście Akhaltsikhe. Był to wolontariat z Komisji Europejskiej, więc miałam opłacony pobyt, bilet, ubezpieczenie, zakwaterowanie, dostawałam kieszonkowe. Jedna część organizacji zajmowała się prawami kobiet, dorosłymi kobietami z problemami, a druga część skupiała się wokół aktywizacji młodych dziewczyn. I ja przez dziewięć miesięcy pracowałam w tej drugiej części. – Nie chcę generalizować, ale chciałabym, żebyś powiedziała, jaka według Ciebie jest gruzińska kobieta? Martyna Skura: Jest bardzo pracowita i cierpliwa życiowo. Wie, że ma dużo obowiązków, bo opiekuje się dziećmi, rodzicami, i teściami i mężem. I wszystko to cierpliwie znosi. Jest bardzo dumna. Potrzebuje bliskości, opieki i stabilności, czyli tego, czego w sumie potrzebuje każda kobieta. Tylko, że w Gruzji ta stabilność polega na posiadaniu męża, bo w Gruzji ktoś taki jak singielka nie istnieje, jest jedynie stara panna. W Gruzji dziewczyna nie ma takiej możliwości, żeby się wyprowadzić od rodziców i mieszkać samej. Dopóki nie wyjdziesz za mąż, mieszkasz z rodziną, bo „co ludzie powiedzą” w Gruzji jest niezwykle ważne. Żyjąc tam po prostu musisz wyjść za mąż. Musisz. Kwestia jest tylko, za kogo. Jeśli jest się młodą ładną dziewczyną to jeszcze istnieje szansa, że wyjdziesz za mąż za interesującego przystojnego mężczyznę. Jeśli jesteś jednak już stara, to wtedy musisz wyjść za mąż za kogokolwiek. – A Ciebie nie chciano przypadkiem wydać za mąż w Gruzji? Martyna Skura: O tak! (śmieje się) Na początku nie ukrywałam tego, że jestem singielką. Potem jednak, gdy znajomi często zapraszali mnie na przykład na kolacje i nagle pojawiał się jakiś samotny kuzyn, daleki krewny i dziwnym zbiegiem okoliczności jedynym miejscem wolnym było zawsze to koło mnie, zdecydowałam się na niewinne kłamstwa. Opowiadałam o narzeczonym, potem o mężu. Kupiłam nawet „złotą” obrączkę za 10 zł na dworcu. Nie dało się jednak uniknąć bardziej szczegółowych pytań i snucia domysłów. Bo przecież skoro nie ma mojego męża tu ze mną, to jak nic znaczy, że mnie nie kocha. Musiałam jakoś temu zaradzić. Pamiętam taką rozmowę z Gruzinem na targu. Zapytał mnie czy mam męża. No mam, odpowiedziałam. A on na to: Gruzin czy Polak. No, Polak, ciągnęłam. Ale go nie ma tutaj z Tobą, zaczynał standardowo. Jest w armii, ja na to, wiedząc że Gruzini bardzo szanują wojskowych. I faktycznie mąż wojskowy działał cuda. – Co było dalej? Martyna Skura: Po Gruzji była Gruzja po raz drugi na pięć miesięcy. Jeszcze podczas pierwszego pobytu, dużo myślałam o tym, co będzie jak wolontariat się skończy. Była perspektywa powrotu do domu i … no cóż kupna tego stołu w Ikei (śmiech). Wciąż jednak kupować go nie chciałam. Nie chciałam brać na siebie zobowiązań, kredytów. Wróciłam do Gruzji tym razem w roli nauczycielki języka angielskiego. A po Gruzji przyszedł czas na rok w Chinach. Tam również pojechałam, jako nauczycielka angielskiego, tyle że do Chin już nie jechałam na wolontariat, ale do normalnej pracy na kontrakcie. – Czyli po drugim pobycie w Gruzji stwierdziłaś, że jednak trzeba w końcu zarobić na ten stół i pojechałaś już do pracy? Bo zastanawiam się czy taki związek z organizacjami pozarządowymi to coś na jeden raz czy już związek na całe życie? Martyna Skura: Chyba na całe życie. Przynajmniej w moim przypadku. Cały czas współpracuję z Centrum Współpracy Młodzieży, ale teraz głównie ta współpraca opiera się na robieniu prezentacji na temat wolontariatu i odpowiadaniu na pytania, które rodzą się w głowach tych, którzy chcieliby spróbować swoich sił i bezinteresownie pomagać. – Można Cię nazwać specjalistką od wolontariatu. Masz dużą wiedzę i doświadczenie, które przekazujesz innym. Mnie od dawna zastanawia temat wolonturystyki. Wiele […] The post Nie chcę jeszcze kupować stołu z Ikei – wywiad z Martyną Skurą appeared first on B*Anita.

BANITA

Pustelnia w Odrynkach

Jest w Polsce takie miejsce, które określa się mianem pustelni, a mieszkającego w niej człowieka – pustelnikiem. To miejsce znajduje się na skraju Puszczy Białowieskiej, we wsi Odrynki. Zawsze myślałam, że mogłabym być pustelnikiem. Wieść życie gdzieś w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, w odosobnieniu, z dala od cywilizacji. To znaczy przemykały mi przez głowę takie myśli, bo z natury jednak jestem samotnikiem. Nigdy nie poznałam żadnego pustelnika. Jawił mi się on, jako asceta, który dobrowolnie zrzeka się dóbr doczesnych i żyje w zgodzie ze sobą i z prawami natury. Byłam przekonana, że to osoba niezwykle uduchowiona i taka, która wyznaje zasadę, że „milczenie jest złotem”. Wiedziałam, że raczej średnio wpasowuję się w taki obraz. Szczególnie biorąc pod uwagę, że są oni zawsze przedstawiani jako mężczyźni w zwiewnych szaro-burych szatach (albo dla podkreślenia ascezy w jutowych workach), a mi w szarościach nie jest do twarzy. No i obowiązkowo z długą brodą (O tyle, o ile mogłabym się poświęcić i worek na siebie zarzucić, o tyle z brodą byłby już problem). Byłam zawsze ciekawa jak wygląda ich życie, jacy są. Dlatego, gdy usłyszałam o istnieniu pustelni i pewnym pustelniku, postanowiłam skonfrontować moje wyobrażenia z rzeczywistością. Skit Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich znajduje się w Odrynkach (skit czyli pustelnia), na uboczu, na bagnach. Odsunięty jest od pobliskiej wsi. Już z daleka połyskuje wieżyczka cerkwi. Trochę zaskakuje mnie moment, w którym wjeżdżam na ładnie i starannie zagospodarowany zielony teren. Na nim kilka drewnianych zabudowań, które wyglądają jak zupełnie nowe. Nowością też lśni budynek cerkwi. No i gdzie ta pustelnia? pytam samą siebie. Gdzie tu asceza? Gdzie odosobnienie i samotność? Bo po terenie tzw. pustelni kręci się kilka osób. Pracują w ogrodzie, przy budynkach. Widać, że każdy ma przydzielone konkretne zadanie. – Do batiuszki? – Spostrzega mnie już przy bramie jakaś kobieta i z białoruskim akcentem wskazuje kierunek, w którym mam się udać. Od przypadkowo spotkanych osób usłyszałam, że pustelnik archimandryta Gabriel jest bardzo przyjaźnie nastawiony do odwiedzających i im poświęcił niemal godzinę na oprowadzenie po skicie i opowiedzeniu swojej historii. – Siostra sama? – Przede mną stanął mężczyzna poniekąd odpowiadający moim wyobrażeniem, z obfitą brodą i w długiej szacie, przypominającej sutannę. Na głowie miał słomkowy kapelusz. – Sama. – I szybko dodałam. – Jadę rowerem z Gdańska. – Miałam w ten sposób nadzieję, że ojciec Gabriel zainteresuje się mną i zapewni ciekawą, okraszoną licznymi opowieściami, przechadzkę po skicie. Jednocześnie, gdzieś podskórnie czułam, że moja odpowiedź „sama” raczej zniechęciła ojca. – Regulamin na wejściu przeczytała? – Ojciec mówił z charakterystycznym wschodnim zaciąganiem. Moje potwierdzenie zostało przyjęte kiwnięciem głowy i wskazaniem kierunku zwiedzania. Nieco rozczarowana podążyłam sugerowanym szlakiem. Ale przecież nie po to tu przyjechałam, by oglądać cerkiew. Chciałam usłyszeć historie, poznać człowieka i dowiedzieć się czegoś więcej niż tego, co mogę wyczytać w Wikipedii. Na teren posesji wjechała stara czerwona Łada. Wyskoczyły z niej trzy kobiety, takie typowe przekupki z targu, z naręczem jedzenia i zaczęły rozprawiać z ojcem po białorusku. Przystanęłam w niewielkiej odległości. Z podsłuchiwania nici, bo rozróżniałam zaledwie pojedyncze słowa. W głowie tylko wciąż kotłowały się niespokojnie myśli: „Gdzie do cholery w tym wszystkim jest pustelnia? Jaki z ojca Gabriela pustelnik, skoro tu w ciągu dnia kręci sią tabun ludzi? Gdy tylko ojciec Gabriel skończył rozmowę z gośćmi, spróbowałam po raz drugi podejść do niego. – Chciałabym czegoś więcej dowiedzieć się o tym miejscu. Czy znalazłby ojciec czas dla mnie? Ojciec jednak czasu nie znalazł i odesłał do Pana Włodzimierza. – On wie wszystko i wszystko powie. Pan Włodzimierz porzucił łopatę i przechodząc w miarę możliwości na język polski, zaczął oprowadzać mnie po terenie jeszcze raz, snując opowieść nie tylko o historii powstania pustelni, o archimandrycie, ale i o prawosławiu. Ojciec Gabriel przez wiele lat był zwierzchnikiem monasteru Zwiastowania Bogarodzicy w Supraślu i gdy dostał propozycję zostania biskupem, odmówił. Następstwem tego było podjęcie decyzji przez ojca Gabriela o rozpoczęciu pustelnianego życia. Szukał takiego miejsca, w którym mógłby się zaszyć. I w końcu znalazł je w Puszczy Białowieskiej. Zgodnie ze słowami pana Włodzimierza dojrzał pagórek, całkowicie zarośnięty i gdy go odnalazł powiedział do siebie: „Oto moje miejsce”. Nie wszyscy mają tyle szczęścia, że ktoś obcy im coś kupuje, czy ot, tak po prostu daje. Ale ktoś kupił tę ziemię na tym pagórku dla ojca i przekazał mu ją na własność (tak opowiadał pan Włodzimierz). Postawił stół kuchenny i na tym stole zamieszkał, ochraniając się jedynie przed latającym robactwem, siatką. W ciągu dnia przyjeżdżali do niego ponoć ludzie pomagać mu, a na wieczór zostawiali samego. I zgodnie ze słowami pomocnika ojca Gabriela tak jest po dziś dzień. – Po rosyjsku nie rozumie, tak? – Zapytał mnie w pewnym momencie pan Włodzimierz, przytaczając pewne powiedzenie i po chwili zaraz je tłumacząc: – Drogi boskie niezbadane. Do czego zmierzam… Pan Włodek zmierzał do tego, że już w czasie, kiedy ojciec Gabriel zamieszkał na tym pagórku, przyszła do niego informacja z Uniwersytetu Białostockiego, że w tym miejscu w 1518 roku książę Wiśniowiecki dostrzegł światło przed ikoną Antoniego Pieczerskiego i uznał to znak od Boga. Powstała tam wówczas kaplica, a niektórzy badacze twierdzą, że już wcześniej w tym miejscu działały skity (pustelnie). – Tak Bóg chciał. – Skomentował pan Włodzimierz. – Że było to święte miejsce i jest święte miejsce. Ojciec Gabriel mieszka w skicie w Odrynkach od 2006 roku. Jak na pustelnię, według moich wyobrażeń, jest tu dość bogato. Na terenie zainstalowane są kamery, które mają dawać ojcu poczucie bezpieczeństwa (już się zdarzały nieprzyjemne zajścia). Jest też agregat prądotwórczy, który zgodnie ze słowami pana Włodzimierza jest włączany tylko wówczas, gdy jest to konieczne, czyli gdy np. pracuje stolarz albo gdy trzeba ojcu naładować komórkę. Tzw. Wagonik, w którym mieszka ojciec Gabriel z zewnątrz wygląda bardzo przytulnie. Na terenie pustelni działa też sklepik. Można kupić kilkukartkową książeczkę o historii skitu (15 zł), albo film (15 zł). Można też zaopatrzyć się w herbatki ziołowe komponowane przez ojca Gabriela albo miody z jego pasieki (mały słoiczek około 40–50 zł). – To informacja tylko. Nie trzeba kupować. Rzeczy są drogie, bo to ofiara. – Tłumaczy szybko pan Włodzimierz widząc moją minę, gdy przeglądam pustelniczy cennik. Cerkiew nie ma ponoć ani jednego parafianina. Wszyscy, którzy tu bywają to turyści i przyjezdni. Najwięcej pielgrzymów zjeżdża się na odpust, na „czternasty wieczór”. Pieniądze są jednak potrzebne i skądś je udaje się zebrać, bo inaczej, z czego to wszystko zostałoby pobudowane? Nie tak dawno powstał nowy budynek gospodarczy jak go nazywają. Pan Włodzimierz mówi, że Ojciec raz, odprawiając nabożeństwo, ogłosił, że planuje wybudować taki budynek, gdzie będą trzymać brony, pługi, kultywatory itd. I ludzie się śmiali i żartowali, że ojciec PGR chce stworzyć. Po 1,5 miesiąca budynek gospodarczy był już wybudowany. – Chyba piękny, prawda? – zapytał, gdy weszliśmy. – A gdzie brony? – Zdziwiłam się. – Inaczej nie pozwoliliby wybudować. Z zewnątrz budynek gospodarczy, a w środku „hozjain” – gospoda. W cerkwi nie są w stanie pomieścić wszystkich pielgrzymów. Tu w każdą sobotę i niedzielę bywa na raz nawet trzysta osób. Mój przewodnik zwraca uwagę na ołtarz rzeźbiony w drzewie lipowym. – Styl grecki. Ojcu na nim zależało, a u nas takiego nie ma. W Grecji był robiony. Otwieram szeroko oczy na myśl, że takie cuda, a tu żadnego parafianina, żadnego finansowania. Faktycznie wiara czyni cuda i pozwala z niczego stworzyć „coś”. Sam ołtarz robiony w Grecji kosztował trzydzieści tysięcy euro. Pan Włodzimierz twierdzi i powtarza po raz kolejny, że „drogi pańskie nieprzewidywalne” i dodaje, że Ojciec nic nie otrzymuje z tzw. DEMONkracji, która „idzie z zachodu, gdzie już Boga zapomnieli”. […] The post Pustelnia w Odrynkach appeared first on B*Anita.

BANITA

Szeptucha prawdę powie, czyli o tym, że kiedyś byłam indiańskim szamanem

Jako mała dziewczynka pasjami czytałam książki Karola Maya i chciałam być Indianinem, jak większość chłopców. Nie zdziwiło mnie więc aż tak bardzo, gdy szeptucha powiedziała mi, że  w poprzednim wcieleniem byłam indiańskim szamanem. Wszystko nagle nabrało sensu. *** Za bramą przywitał mnie terier. – Ktoś go podrzucił – zauważyła bardzo szczupła ciemnowłosa dziewczyna, jak się później okazało córka pani Eugenii. Tych podrzuconych psów u nich jest więcej. Pani Eugenia to dziarska kobieta. Ma 61 lat i jeśli chodzi o wiek to jest trzecia najstarsza wśród podlaskich zapowiadaczek. – Ja jestem babcią – mówi sama o sobie – ale lekarz jest lekarzem. Trzeba go słuchać. Pani Eugenia z chorobami zawsze odsyła do lekarza, nie pozwala lekceważyć choroby, ale sama też leczy, a oprócz tego wywołuje duchy lub przeprowadza błąkające się dusze zmarłych na drugą stronę. Nie mam pewności czy przyjmie mnie w niedzielę. Dzień święty trzeba święcić i żadna z szeptuch nie przyjmuje w dni święte. Babcia Wiera z Orli, o której pani Eugenia mówi, że chyli przed nią czoła i że to „bardzo dobra babcia” w sobotę i niedzielę wyłącza telefon. Sama się o tym przekonuję, próbując się do niej dodzwonić. Zresztą w piątek odebrała chyba tylko po to, by telefon przestał wreszcie dzwonić, bo zaraz bez słowa odłożyła słuchawkę. Pani Eugenia nie odmawia jednak. Zaprasza do środka przyczepy campingowej, w której gości przychodzących z prośbą o pomoc. W przyczepie panuje rozgardiasz, ale przecież nikt tu nie przychodzi na inspekcję czystości. Pani Eugenia siada na wersalce przykrytej kapą przypominającą mi nieco indiańskie wzory, znane z targów Ameryki Środkowej. Na stole, na którym opiera łokcie otulone czarnym wełnianym swetrem, leży kilka dużych woskowych kul, figurki świętych i obrazki w ramkach niemal całkowicie pokrytych woskiem, kilkanaście paczek zapałek i świece. – Pomódlmy się. – Głowę opiera o splecione dłonie i zaczyna odmawiać modlitwę, lecz po pierwszych słowach przerywa, by zapytać mnie o imię i o to czy wierzę w Boga: „Najpierw było słowo. Słowo było u Boga. Wszystko przez niego zaczęło być…” A potem każe za sobą powtarzać modlitwę. Pewnych słów nie jestem w stanie dosłyszeć, nie rozumiem niektórych wyrazów, ale staram się wiernie powtarzać za szeptuchą. Potem pani Eugenia zaczyna odmawiać „Baranku boży” po polsku, a następnie przechodzi na język białoruski. Z tego, co mówi trudniej mi wyłapać sens. Mogę jedynie wyłuskać kilka znajomo brzmiących słów. I wreszcie przychodzi czas na modlitwę do Cypryniana i Justyniana, którą powtarzam słowo w słowo. A potem znów zaklinanie wrogów i odganianie klątw, fatum i czarów, i prośba o pomoc do Matki Boskiej i kilkukrotne powtarzanie: „Wrogowie niech mają swoje problemy i się ode mnie odwrócą”. Odmawiając te wszystkie modlitwy pani Eugenia leje woskiem po obrazkach z wizerunkami świętych, których już ledwo można dostrzec spod grubej warstwy parafiny. – Dam troszeczkę wosku. I niech pani go włoży w poduszkę. – mówi na zakończenie modlitw, a ja zastanawiam się jak to zrobić, bo przecież nie mam swojej poduszki teraz w podróży i nie będę miała jej przez kolejne tygodnie. Moja poduszka to pokrowiec od śpiwora, który co wieczór wypycham ubraniami. – Nie chce pani wziąć dziecka z domu dziecka? – Eugenia wyskakuje nagle z pytaniem i zaskakuje mnie. – Ja na Pani miejscu wzięłabym dziewczynkę. – Trochę się kryguję, coś tam kręcę i próbuję uciąć temat, co nie jest trudne z panią Eugenią. Proszę, by opowiedziała jak to się u niej zaczęło? Czy dar przechodzi u niej w rodzinie z pokolenia na pokoleniu jak było u szeptuchy Anny Czy tak zawsze wygląda droga każdej zapowiadaczki? Historia pani Eugenii jest nieco inna. Dwadzieścia pięć lat temu miała wypadek. Zawsze była przekonana, że jest świetnym kierowcą, ale wpadła w poślizg i uderzyła w drzewo. Zapamiętała jeszcze jak leciała na to drzewo, a potem już czuła, że schodzi tunelem pod ziemię i idzie tym tunelem w stronę światła. A potem przechodzi przez wiadukt i idzie w obłokach. Czuła, że to światło na końcu przyciąga ją do siebie. Pani Eugenia opowiada o każdym detalu, o pałacu z gliny, o okrągłym stole i leżącej na niej czerwonej ewangelii. I o staruszku z brodą do ziemi w szatach koloru gliny i o Piotrze i Pawle, i o obuwiu, które mają na stopach. Bo to obuwie jest takie specjalne, robione z drzewa i plecione korą. Mam wrażenie, że opowiada mi jakiś film, który widziała wiele razy i zapamiętała każdy detal albo fragment książki, której wyuczyła się na pamięć. Rzadko pamiętamy przecież wszystko aż tak dokładnie. Ale nie zaprzeczam temu, co słyszę, tylko chłonę z poszanowaniem i z ciekawością każdy fragment opowieści. Starszy pan z brodą mówi Eugenii, że jeszcze nie ma jej u niego zapisanej, ale że skoro już przyszła, to może zostać. Natomiast piękna pani, jak ją nazywa Eugenia prosi, by ją puścić z powrotem na ziemię, gdzie czeka na nią kilkuletnia córeczka. I puścili ją, zapowiadając jednak, że zaczną do niej przychodzić różni ludzie po pomoc. I wtedy wszystko się zaczęło. Pani Eugenia mówi, że widzi czasem, że ktoś zginie, że jeśli świeca w górze zaczyna dogasać to nic nie można na ziemi już zrobić. Przechodzi mnie w tym momencie dreszcz. Czy ona widzi, że ja niedługą umrę? Wiem, że nie może mi tego powiedzieć, nawet jeśli wie. Ja zresztą też raczej wolę żyć w nieświadomości. Z chwilowego odrętwienia wywołują mnie słowa pani Eugenii: – Choć za dwa lata pomyśl o dziecku. Pierwszą urodzi pani dziewczynkę, drugiego chłopca. Ale porody będą lekkie. Ale możesz wziąć też z domu dziecka. – Zaznacza ponownie. Uparła się z tym potomstwem, pomyślałam. Ale ona zaraz dodaje: – Pan Bóg powiedział: Ludzie ukochajcie się, rozmnażajcie, tylko zła nie czyńcie. Pokolenie starzeje się. Trzeba, żeby dzieci mieli. Pani Eugenia zajmuje się podupadłymi grobami na cmentarzu, pomaga potrzebującym. Sama mówi, że dla siebie wiele już nie chce i nie potrzebuje. Często modli się do Jana Pawła II i radzi mi to samo, uważając, że to daje dobre rezultaty. – Zobaczysz pani, że wszystko będzie dobrze. W perspektywie czasu wiem, że nie jest jednak dobrze, ale może to moja wina, że nie posłuchałam rady i nie kupiłam jak radziła […] The post Szeptucha prawdę powie, czyli o tym, że kiedyś byłam indiańskim szamanem appeared first on B*Anita.

BANITA

Gorlice – biegowe impresje

Tekst powstał w trakcie jazdy dookoła Polski, tuż po wizycie u rodziców. Opublikowany miał być w trakcie mojego pobytu na Islandii. Losy tak się jednak potoczyły, że nie byłam w stanie myśleć o blogu. Może i dobrze, że nie opublikowałam tego tekstu wcześniej. W tych impresjach dużo myślałam o moim dzieciństwie i rodzicach. I myślę, że idealnie nadaje się,  by go opublikować teraz, w tym najtrudniejszym, w dotychczasowym moim życiu, czasie, czasie żałoby. O Gorlicach, o dzieciństwie, o mamie i o tacie, którego już nie ma. Zwykle zaczynam zaznajamianie się z jakimś miejscem od porannego biegu. Oswajam się w ten sposób z nową przestrzenią, zaprzyjaźniam, z tą starą kiedyś już poznaną również. Potem mogę zwiedzać ją już na wiele innych sposobów. Pierwszy kilometr Wybiegam z klatki i nie do końca wiem, w którą biec stronę. Tyle lat minęło od momentu kiedy wyprowadziłam się stąd. Najlepiej w kierunku ulicy Kochanowskiego, a potem Sękowej, radzi mama. Wprawdzie ona nie biega, ale wie, gdzie w mieście można liczyć na bezruch i spokój ulicy. Ja nie wiem. Nie mieszkam tu od 14 lat i rzadko bywam. Ostatni raz biegałam tu chyba, gdy byłam w ósmej klasie szkoły podstawowej. Taki krótki epizod sportowy. Ale co to było za bieganie. Wybiegałyśmy we dwie z przyjaciółką, robiłyśmy jedno lub dwa okrążenia wokół parku (pewnie nie więcej niż trzy kilometry), a potem siadałyśmy na naszym „kamieniu dumania” i starałyśmy się zadośćuczynić nazwie głazu. Biegnę ulicą, którą tyle razy wracałam ze szkoły, a potem mijam stary dom, w którym spędziłam część dzieciństwa po przeprowadzce z Gdyni i dalej drogą, którą jako siedmiolatka przemierzałam rowerem w te i we w te. Od czasu do czasu tylko mama pozwalała wyjechać mi poza jej obręb. Na jej końcu znajduje się górka, z której razem z tatą zjeżdżałam na sankach. Na tej ulicy kończył się wówczas mój świat Drugi kilometr Dziś ten świat poszerzam. Mijam dom przyjaciółki z dzieciństwa, z którą jako dzieciaki robiłyśmy mnóstwo psikusów. Szpital i przychodnię, do której często chodziłam, by wycyganić zwolnienie, które miało uchronić mnie przed pójściem na lekcje. Na wagary chodzić nie mogłam. Należałam do grona „pechowców”, które uczyły się w tej samej szkole, w której pracował jeden z rodziców. Trzeci kilometr Droga zaskakuje mnie. Wiem, że wszystko szybko się zmienia, ale w tym miejscu, gdy byłam tu po raz ostatni, nie było asfaltu. A tam dalej nie było w ogóle domów i wydawało się, że po horyzont rozciągają się pola. Teraz przemykałam przez zabudowaną przestrzeń, która we wspomnieniach wyglądała zupełnie inaczej. Przypomniałam sobie jak jeździłam tą drogą rowerem. Mieliśmy takie rodzinno-przyjacielskie miejsce, w którym spotykaliśmy się z przyjaciółmi rodziców i ich dziećmi nad rzeką Sękówką. Czasem jechałam tam sama i uśmiechnęłam się do siebie na myśl jaka ta droga wydawała mi się wówczas długa. Wtedy rowerem w jedną i drugą stronę to była wyprawa. Dziś nią biegnę i wydaje mi się taka krótka. Przestrzeń i odległość zawężają się wprost proporcjonalnie do lat i do kilometrów, które udało nam się przebyć. Czwarty kilometr Jest i drewniany kościółek św. Filipa i Jakuba w Sękowej, do którego jako dziecko przyjeżdżałam z rodzicami, jeszcze nim znalazł się na liście UNESCO. Lubiłam to miejsce. Fascynowała mnie drewniana zabudowa. Lubiłam wpatrywać się w wieżyczki i opierać o drewniany, lekko spróchniały płot. Potrafiłam przez całą mszę wypatrywać obecności korników albo gapić się w zieloną, krótko ściętą trawę wokół kościółka. Nie do końca pamiętam jego wnętrze. Próbuję sobie przypomnieć, ale jedynie jestem w stanie sięgnąć pamięcią do słów innych, którzy wspominali jak mocno wnętrze zostało zdewastowane w czasie słynnej Bitwy pod Gorlicami w czasie I wojny światowej. Mijam go w pewnej odległości, ale widzę, że od czasów mojego dzieciństwa nic się tu nie zmieniło. Całe szczęście pewne rzeczy pozostają przez lata takie same. Piąty kilometr Już niedaleko. Mam wrażenie, że słyszę szum rzeki i małego wodospadu, nad którym spędziłam tyle godzin i dni. Tu, w wakacje był mój mały świat. Przed oczami przemykają teraz obrazy i widzę siebie wchodzącą z kołem ratunkowym do wody, a potem skaczącą z kamienia „na deskę” albo polującą na skaczące przy wodospadzie rybki. Próbowaliśmy je łapać rękami, prześcigając się w zwinności i szybkości. Nigdy jednak nie robiliśmy im krzywdy. Prawie czuję zapach świeżych zielonych ogórków i pomidorów, które rodzice zawsze przygotowywali na przekąskę do kanapek, gdy jechaliśmy na cały dzieńm by powylegiwać się nad rzeką. Niemal czuję ich zapach. Dziś już takich prawie nie ma. Nie pamiętałam wówczas morza i nie tęskniłam za nim tak, jak w późniejszych latach. Przypominają mi się też zdjęcia powklejane w albumie mamy. Ja, kilkulatka pozująca do zdjęć na kocu nad rzeką niczym mała modelka. Dziadek nazywał mnie wtedy Miss Sękówki. Szósty kilometr Dociera do mnie jak często niewiele wiemy o miejscu, w którym mieszkamy i o jego okolicach. Jako dzieciaki i nastolatki z reguły interesuje nas coś zupełnie innego. Na tym szóstym kilometrze zorientowałam się, że nigdy do tego miejsca nie dotarłam. Wieś Sękowa kończyła się dla mnie przy moście nad rzeką. Dalej nigdy nie pojechałam. Nie mogę się nadziwić teraz, że nie ciekawiło mnie, co jest za mostem, bo przecież nawet tam, rzeka mogła wyglądać inaczej. Siódmy kilometr Po lewej stronie mijam miejsce znajdujące się na trasie Karpacko-Galicyjskiego Szlaku Naftowego. O tym, że Gorlice były kolebką przemysłu naftowego i że to właśnie w Gorlicach zabłysnęła pierwsza uliczna lampa naftowa wiedziałam od dziecka. Wówczas jednak turystyczny szlak naftowy nie istniał i nie miałam pojęcia, że w tak wielu miejscach można trafić na stare szyby naftowe czy miejsca pierwszych tzw. kopanek. Teraz mijam tablicę pamiątkową i ładnie zagospodarowany fragment zieleni, na którym stoi. Dobiegam do drewnianego mostku wciąż nie mogąc się nadziwić, że przez tyle lat mieszkania w Gorlicach, nigdy tu nie dotarłam. Zresztą nie tylko tu, ale i w wiele innych miejsc z niezwykle ciekawą historią. W końcu zaawróciłam. Nie tylko w drogę powrotną do domu, ale i w kolejne wspomnienia z dzieciństwa i w rozmyślania o tym jak często niewiele wiemy o miejscu, w którym mieszkamy. Po raz pierwszy od wielu lat poczułam się tu jak w domu, czułam się znów jak dziecko i byłam szczęśliwa. Obiecałam sobie, że wrócę w odwiedziny do rodziców najszybciej jak się da i że będę przyjeżdżać w Beskid Niski znacznie częściej niż do tej pory. Pamięci Taty The post Gorlice – biegowe impresje appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Rowerem dookoła Polski – praktycznie

Nie jestem najlepszym doradcą. Nie umiem planować. Mam kiepską orientację w terenie, a w dodatku kompletnie nie potrafię się pakować i zawsze zabieram sporo niepotrzebnych rzeczy. Gwoździem do mojej trumny będzie w Waszych oczach to, że nie znam się na rowerach. Po głowie jednak plącze mi się zdanie z książki, którą kiedyś czytałam „Trzech panów na rowerach”: „Rower może dawać przyjemność na dwa sposoby. Można go regulować albo na nim jeździć. (…) Niektórzy ludzie jednak błędnie sądzą, że rower może im dostarczyć obu form rozrywki”. Ja zaliczam się stanowczo do tej pierwszej grupy. A jednak jeżdżę na rowerze i to sama, a Wy pytacie mnie co zabrałam w taką podróż, gdzie spałam, co i w jakich miejscach jadłam, jak sobie radziłam z higieną i z kobiecymi sprawami (panowie mogą ominąć ten podpunkt J). Biorąc pod uwagę ogromną liczbę zapytań, postanowiłam odpowiedzi na Wasze pytania zebrać w jedno. Planowanie Już w pierwszym zdaniu napisałam, że nie umiem planować. I z reguły tego nie robię. Jeszcze na dzień przed wyjazdem nie wiedziałam, w którą stronę pojadę: wschód czy zachód. Wzięłam pod uwagę jednak to, że może nie uda mi się przejechać Polski dookoła, więc ruszyłam na wschód, do którego zapałałam miłością w zeszłym roku. Zastanawiałam się czy nie skierować się jednak najpierw na zachód, żeby jadąc przed sezonem, ominąć tłumy turystów nad morzem. Sentymenty jednak wygrały. Trasę na wschodzie przemierzałam podobnie jak w zeszłym roku, kierując się najlepszym pod słońcem przewodnikiem „Polska egzotyczna” Grzegorza Rąkowskiego (Polecam z całego serca. Lepszej pozycji na rynku nie znajdziecie). Trasę tak naprawdę wyznaczałam z dnia na dzień. Siadałam przed google.maps i zastanawiałam się mniej więcej którędy jechać. Zdaję sobie sprawę, że przy takim planowaniu można ominąć fajne, ciekawe miejsca, ale ja na nic podczas tej podróży się nie nastawiałam. Przede wszystkim interesowała mnie przyroda i ewentualnie spotkani ludzie. Czasem ktoś coś podpowiedział, gdzie podjechać, co zobaczyć i z tych podpowiedzi korzystałam. Miałam też zeskanowane strony z „Polski Niezwykłej”  i też na ich stronę od czasu do czasu zaglądałam, wybierając się w konkretne regiony. Przygotowanie fizyczne Nie przygotowywałam się specjalnie fizycznie przed wyjazdem. Ale tylko dlatego, że na co dzień jestem bardzo aktywna. Trzy razy w tygodniu biegam po 15 km, raz 20 km i 2-3 razy chodzę na spinning. Poza tym po mieście prawie zawsze przemieszczam się rowerem, bo nie znoszę stać w korkach, jeżdżę rowerem też w zimie. Przed wyjazdem dookoła Polski, byłam na dwóch miesięcznych wyjazdach rowerowych, w tym na jednym zimowym, w dość trudnych warunkach. (Możecie przeczytać o tym TU i TU) Fizycznie byłam więc przygotowana do tego, by wsiąść na rower i po prostu pojechać. Jeśli nie masz jednak takiej zaprawy to wystarczy, moim zdaniem, trochę pojeździć na rowerze. Ja bardzo lubię spinning (indor cycling), który bez wątpienia wpłynął na poprawę mojej kondycji. Czy ktoś, kto mało jeździ na rowerze, dałby radę przejechać Polskę dookoła? Myślę, że tak, choć pewnie musiałby dzielić jazdę na mniejsze odcinki. Ja mniej więcej pokonywałam 100 km każdego dnia. Pamiętam jednak mojego męża podczas naszego pierwszego wyjazdu rowerowego. Wcześniej wiele nie jeździł i po prostu wsiadł na rower i każdego dnia przez dwa tygodnie na spokojnie był w stanie przepedałować 70-90 km. Tyłek go bolał, ale kogo nie boli? Ból jest naturalny i nie omija nikogo. Mapa, gps a może „koniec języka za przewodnika” Mam dość słabą orientację w terenie. GPSu nie wiozłam ze sobą, bo po prostu nie miałam. W drodze łączyłam więc mapę papierową, atlas z gogle.maps. Wyznaczałam trasę z dnia na dzień. Bardzo często jednak radziłam się miejscowych, zwłaszcza tych, którzy przemieszczali się na rowerze. Oni najlepiej znają okoliczne drogi i są w stanie najlepiej doradzić, którą trasą jechać, by z jednej strony uniknąć dużego ruchu, a z drugiej nie zakopać się w piachu po szyję. Ta metoda sprawdziła się wielokrotnie. Ekwipunek Sporo tego było. Ale to jest tak, że właściwie niezależnie czy jedzie się na dwa tygodnie czy pięć miesięcy, zabiera się tyle samo rzeczy. Miałam ze sobą namiot, dwa śpiwory (na początku czerwca noce były jeszcze dość chłodne, a śpiwory miałam nienajlepsze, kuchenkę gazową, menażki, zapasowy kartusz z gazem, karimatę, (poduszkę robię z worka po śpiworze, który wypycham miękkimi ubraniami). Obowiązkowo bielizna termiczna, którą wykorzystuję do spania, dwa komplety ubrań na rower (getry, koszulka rowerowa), ubrania „normalne”, buty na ciepłe dni i druga para na deszczowe, obowiązkowo ubrania przeciwdeszczowe: spodnie + płaszcz, polar, sotshell, spodnie softshellowe (można zajrzeć do wpisu z zimowym ekwipunkiem, bo mniej więcej brałam te same rzeczy (Co zabrałam ze sobą na podróż rowerową zimą). Wszystko to miałam zapakowane w dwie trzydziestolitrowe sakwy Crosso Dry i dwie przednie sakwy małe oraz w wór Crosso, w którym zwykle wożę namiot, karimatę, sprzęt campingowy. Zawsze zabieram taśmę „makgajwerkę”, którą sklejam co popadnie, jeśli się w drodze przedziurawi lub rozleci. Noclegi Spałam w przeróżnych miejscach. Wiele nocy spędziłam w namiocie, ale oprócz tego zdarzało mi się korzystać ze Schronisk Młodzieżowych, w których za niewielkie pieniądze można przespać się na łóżku, zrobić pranie itd. Listę schronisk można znaleźć TU. Warto jednak wcześniej przedzwonić i upewnić się czy schronisko istnieje, ponieważ przekonałam się, że na stronie wiele informacji jest nieaktualnych (polecam np. schronisko Krokodyl w Okunince czy schronisko Młodzieżowe Świteź w Kłębowie). Zdarzały mi się noclegi w pokojach (zwykle od 20-30 zł za noc. Polecam np. Agro Pani Alfredy w Dubience). Nocowałam też u znajomych, znajomych znajomych, czytelników mojego bloga, u rodziny, w ogródkach u ludzi. Uwielbiam spać na dziko, ale robię to tylko w towarzystwie. Sama jeszcze nie zdecydowałam się na rozbicie w lesie, bo jednak cenię sobie dobry sen, a wiem, że jakbym była sama, to nocy pewnie bym nie przespała. Jedzenie Zawsze w podróży, niezależnie od szerokości geograficznej, mam ze sobą kilogram płatków górskich, bakalie i mleko w proszku. Jest to po prostu zdrowe, pożywne śniadanie, a często i drugie śniadanie. W Polsce raczej nie robiłam zakupów na zapas i zaopatrywałam się na bieżąco. Czasem gotowałam, robiąc dłuższy postój w ciągu dnia albo zajeżdżałam do jakiegoś baru na ciepłą zupę (jestem uzależniona od zup, poza tym muszę w ciągu dnia zjeść coś ciepłego). Jestem specjalistą żywienia w sporcie z wykształcenia, więc staram się nawet w podróży, w miarę możliwości odżywiać zdrowo. Nie suplementowałam się dodatkowo białkiem ani witaminami. Za kilka dni wybieram się na Islandię i ze względu na wiele okoliczności, sporo jedzenia zabieramy ze sobą i będziemy je wozić w sakwach. (Można zajrzeć do wpisu praktycznego wprawdzie o trekkingu w Chile, ale jest też w nim info o tym, co dokładnie zabierałam na siedem dni do jedzenia dla dwóch aktywnych osób). Zawsze warto mieć w zapasie coś na „czarną godzinę”. Nigdy nie wiadomo czy pogoda nie pokrzyżuje nam planów i czy tam, gdzie mieliśmy […] The post Rowerem dookoła Polski – praktycznie appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Dlaczego pojechałam dookoła Polski rowerem

Stanęłam na złotej polanie. Przesunęłam dłonią po zbożu jakbym przeczesywała włosy. Było aksamitne i delikatne. Najbardziej podobało mi się, że mieni się w promieniach słonecznych. Zaciągnęłam się powietrzem – zapach lata. Zamknęłam oczy i zwróciłam twarz w stronę słońca, nie przestając muskać złocistych kłosów. Wokół panował spokój. Czułam się szczęśliwa. Zaczynałam swoją przygodę – dookoła Polski rowerem. *** Po co tak pędzisz? Po co właściwie jedziesz tak i jedziesz? Nie bierzesz przecież udziału w wyścigu. Zostań dłużej. – Słyszałam wiele razy. Ja jednak nie pędziłam, choć mnie coś gnało. Tkwiła we mnie potrzeba, by jechać, być w ruchu, przemieszczać się. Potrzebowałam pedałować, ale powoli, bez pośpiechu. I zatrzymywać się co jakiś czas, siadać pod drzewem, rozkoszować się chłodem jego cienia, wejść w zboże i pobuszować w nim, gapić się w niebo i liczyć chmury. Być w ciszy. Ludzie są najważniejsi, powtarzam często. I nie wycofuję się z tego. Przychodzi jednak taki czas, że bardziej odczuwam potrzebę pobycia sam na sam na łonie natury. Ta podróż po Polsce właśnie tym była. Była moim czasem. Czasem tylko dla mnie. Byli ludzie, były rozmowy, były spotkania z nimi i nowe znajomości. Ale sama czułam, że tym razem potrzebuję więcej przestrzeni dla siebie. Nie tego, by rozmawiać i słuchać innych, ale prowadzić dialog wewnętrzy i ten z przyrodę. Wsłuchiwać się w nią. W śpiew ptaków o poranku i dźwięk zapadającego zmroku. *** – A nie mogłaś zrobić jakiejś dużej akcji? Znaleźć patronów, sponsorów? Żeby o tym było głośno? – No…pewnie mogłam… – A nie mogłaś pojechać gdzieś indziej? Jakiś inny kraj byłby ciekawszy. – Może i mogłam… – A nie mogłaś zebrać grupy ludzi, żeby tak nie jechać samej? – Zapewne…mogłam… Tak, mogłam wszystko, tylko pytanie: po co miałabym to robić? Wiatr bawił się moimi włosami. Właściwie to nie bawił się nimi, lecz szarpał je. Słońce przypiekało bezlitośnie. Było 35 stopni Celsjusza, a ja w tym skwarze wspinałam się na kolejne podjazdy. Piekły mięśnie ud, pobolewał odcinek lędźwiowy (niełatwo wspina się rowerem z 30 kg obciążeniem). I po co właściwie to robię, zastanawiałam się sama, szukając odpowiedzi. Po co wymyśliłam, żeby objechać Polskę? Co mną kierowało? Cofnijmy się w czasie o rok Mieliśmy jechać razem, to znaczy ja i mój mąż. Rowerami może na Litwę, może Łotwę czy Estonię. Zbieg różnych okoliczności pokrzyżował nam plany. Mogłam zostać w domu z mężem albo znów pojechać sama. Mimo że w pojedynkę objechałam już trochę miejsc na świecie, to nigdy rowerem. Było to dla mnie nowe wyzwanie: sama pedałować przez świat. Ta myśl zalęgła się w mojej głowie tak, ja kilka lat wcześniej myśl o pierwszej samotnej podróży do Ameryki Środkowej.  I kiełkowała, dając o sobie znać przy każdej okazji. Wtedy padło na wschodnią granicę, o której wiele już słyszałam od, zakochanego w tym regionie Polski, kolegi. Niech będzie wschód. To był dla mnie chrzest bojowy. Ze słabą umiejętnością posługiwania się mapą i fatalną orientacją w terenie, miałam wiele obaw. Niby to tylko Polska, mój własny kraj, moje kręgi kulturowe, a jednak podróż podszyta była lekkim strachem. To nie była przecież Gwatemala, Honduras, Salwador i Meksyk, przez które w pojedynkę przemieszczałam się rok wcześniej, i wspomnienie których to krajów u wiele osób wywołuje gęsią skórkę (np. u mojej mamy). A jednak. Co mnie wtedy przekonało do wyjazdu? Po raz kolejny chęć sprawdzenia czy sobie poradzę i sprawdzenia jak wygląda ta osławiona wschodnia granica. Poza tym zawsze uwielbiałam zwiedzać świat z poziomu siodełka rowerowego, ale nigdy nie miałam okazji, żeby robić to samej. A samemu jest inaczej. Poza tym zawsze wybierałam odległego kierunki, zupełnie nie znając tego, co mam pod ręką. A Polska przecież jest taka piękna. Wróćmy więc do obecnego roku Padł pomysł nowej sztafety rowerowej z Polski do Japonii, czyli Rowerowe Jamboree. Duże przedsięwzięcie, kilkadziesiąt zaangażowanych osób, dziewięć etapów do przejechania. Pojechałam na dwa. Na pierwszy „babski-zimowy” przez Rumunię, Bułgarię do Turcji zdecydowałam się, bo jako osoba ciepłolubna i uciekająca przed zimą w ciepłe kraje, chciałam się sprawdzić. Chciałam zobaczyć czy poradzę sobie z jazdą rowerem w zimowych warunkach i to w dodatku w grupie. Z jednym i drugim łatwo nie było, ale dałyśmy z dziewczynami radę i każda z nas dostała dobrą szkołę (Post „Plusy i minusy jazdy rowerem zimą„, „Dzienniki zimowe” ). Po tym wyjeździe stwierdziłam, że z grupą już więcej nie jadę. Wzięłam jednak jeszcze udział w kolejnym etapie sztafety. Tak wyszło. Przejechaliśmy Iran i Turkmenistan. Było interesująco, inaczej. Było jednak też ciągle dużo ludzi, miast, głównych dróg, a mnie brakowało natury, spokoju i przestrzeni dla siebie. Czasami miałam wrażenie jakbym się dusiła, choć na irańskich i turkmeńskich pustyniach widziałam tak rozgwieżdżone niebo jak w żadnym innym kraju na świecie i przeżyłam najbardziej szalone przygody (O szalonych przygpodach w Iranie), to marzyłam o tym, by w końcu wsiąść na rower i pojechać samej. O tym, że po powrocie ruszę w Polskę wiedziałam od dawna. Ta myśl od poprzedniego roku już porządnie zakwitła i wymościła sobie w mojej głowie wygodne miejsce. Potrzebowałam oddechu po grupowych wyjazdach, czasu na pobycie z samą sobą, ze swoimi myślami, potrzebowałam nakarmić oczy pięknem natury i pozwolić, by zapach igliwia i świeżo skoszonego zboża rozlał się rozkosznie i wypełnił mnie. Chciałam czuć zapach trawy, promienie słońca na twarzy, dłonią rozgarniać na polu kłosy zbóż i niczym dziecko buszować w nim. Chciałam pojechać i robić wszystko po swojemu, tak, jak ja lubię, mam w zwyczaju. Grupowe wyjazdy wymagają pójścia na kompromis (Przeczytaj dlaczego lubię jeździć sama), a ja już dawno postanowiłam, że na zbyt wiele kompromisów z życiem poszłam i więcej nie zamierzam. Przede wszystkim jednak nie chciałam się spieszyć, bo podróżować lubię powoli (O wolnym podróżowaniu) Więc jaki był plan? Planu nie było w ogóle. Z planowaniem jestem na bakier. Nie lubię, nie umiem, nie chcę. Wolę się poddawać chwili. Czasem coś tracę, innym razem zyskam, choć tak naprawdę nigdy nie rozpatruję podróży w kwestii zysków i strat. „Jak nie zaplanujesz, to coś cię ominie, czegoś nie zobaczysz”, mówi wielu. Podróże nauczyły mnie tego, że nawet jak zaplanuję, to i tak połowy z tego nie zrealizuję, a poza tym nigdy […] The post Dlaczego pojechałam dookoła Polski rowerem appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

13 „naj” z podróży dookoła Polski rowerem

Podróż w pojedynkę dookoła Polski rowerem już za mną. Pokonałam 3550 kilometrów. Dlaczego wybrałam jazdę po Polsce? Bo Polska jest przepiękna, a zwiedzanie świata z poziomu siodełka rowerowego daje możliwość spojrzenia na otoczenie z nieco innej pespektywy. Wielu z Was pyta, co było najlepsze, jakie miejsca najbardziej zapadły mi w pamięć, gdzie warto pojechać, co mnie zaskoczyło najbardziej. Pojechać warto wszędzie. Mimo przejechania 3550 kilometrów, nie udało mi się do wielu miejsc mimo wszystko dotrzeć (ominęłam Tatry, Kotlinę Kłodzką, mój ulubiony Karsibór). Lista, którą dla Was przygotowałam jest oczywiście subiektywna PIĘĆ NAJBARDZIEJ MAGICZNYCH MIEJSC Kruszyniany Oczarowały mnie już poprzedniego lata, kiedy przemierzałam rowerem wschodnią granicę Polski. Zakochałam się w tym miejscu. Jest w nim magia. Oprócz niej jest również niezwykle ciekawa historia, bo Kruszyniany nazywane są tatarską wioską. Jest też najprawdziwsza tatarska jurta, w której spędzałam noce, przepyszne tatarskie jedzenie i najszczersze i oddane serca tatarskiej rodziny Bogdanowiczów. Kto raz tam pojedzie, będzie powracał. (Post o Dżennecie i Tatarach) Stańczyki O wiaduktach w Stańczykach dowiedziałam się wiele lat temu zupełnie przypadkiem. Pojechałam i trudno było mi uwierzyć, że to miejsce nie jest oblężone przez tłumy turystów. Wtedy nie tak wiele osób słyszało o nich czy o Piramidzie w Rapie. Z roku na rok liczba przyjezdnych zaczęła się powiększać (w tej chwili wstęp na wiadukty jest już płatny). Mosty te należą do najwyższych w Polsce i wiąże się z nimi kilka legend. Szczególnie bajecznie wyglądają w blasku zachodzącego słońca. Bieszczady O Bieszczadach wydawałoby się, że napisano już wszystko. Traktowane są często jako miejsce, do którego można uciec przed cywilizacją, by znaleźć spokój, wyciszenie. Z Bieszczadami wiąże się wiele legend. To tam z miast przenosi się sporo ludzi, którzy nagle  odkrywają w sobie potencjał artystyczny i zaczynają tworzyć. Bieszczady mają ogromną siłę przyciągania. Ja też mam takie marzenie, by kiedyś tam zamieszkać. Srebrna Góra i Góry Sowie Od dziecka lubiłam słuchać czytanych mi na dobranoc bajek i legend. Gdy nauczyłam się sama czytać, pasjami chłonęłam serię Pana Samochodzika, a potem Indianę Jonesa. Tajemnicze podziemne korytarze, podobno zakopany gdzieś skarb, kopalnie złota i srebra to klimat Srebrnej Góry i okolic. Srebrna Góra założona została jako osada górnicza, w której powstawały kopalnie srebra. Mnie zachwyciła przede wszystkim zabudowa: niskie kolorowe domki i brukowane uliczki, którymi mogłam spacerować bez końca. Woda: morze, jeziora, zalewy, stawy Uwielbiam siadać na pomoście nad jeziorem albo piaszczystej plaży i wsłuchiwać się w szum fal, wpatrywać się w idealnie gładką taflę. Uwielbiam obserwować ptaki szybujące nade mną albo te siadające na trzcinach wodnych. Codziennie mogę obserwować zapadający nad wodą zmrok – jedno z najpiękniejszych zjawisk. Tych miejsc na mojej trasie było mnóstwo: staw w Dubeninkach, zalew w Horyniec-Zdrój, staw w Srebrnej Górze, Jezioro Łebsko, Zalew Szczeciński i moje Morze Bałtyckie. PIĘĆ NAJBARDZIEJ NIESAMOWITYCH SPOTKAŃ Szeptucha Anna i Eugenia Wiem, że są wróżbici, uzdrowiciele, jasnowidze. Czy wierzę w ich moc? Nie miałam nigdy okazji sprawdzić. Do czasu… do czasu aż sama nie wybrałam się do podlaskich szeptuch. To nie było zetknięcie z magią, bo w szeptaniu nie o zaklęcia chodzi, lecz o modlitwę. Było jednak niezwykle. (Post o wizycie u Szeptuchy) Wanda i Daniel Spotkanie tej pary napełniło mnie optymizmem i niespożytą energią na wiele dni. Gdy ich zobaczyłam pedałujących przed ósmą rano, pomyślałam „pewnie Szwedzi albo Niemcy”. Jednak Wanda i Daniel okazali się parą emerytów z okolic Rzeszowa, z którego postanowili na rowerach dojechać do Gdańska (w końcu dojechali aż na Hel). Codziennie robili średnio po 100 kilometrów, a noce spędzali w namiocie rozbitym gdzieś na dziko. Pełni energii i tryskający optymizmem. Patrzyłam na nich z zachwytem, marząc po cichu, bym i ja w ich wieku taka właśnie była. Nadzieja Nadzieję spotkałam przypadkiem. Stanęłam przy drewnianym płotku jej domu położonego w środku lasu i wypytywałam o Wierszalin – miejsce, w którym kiedyś mieszkał prorok. O proroku nic się nie dowiedziałam. Za to poznałam historię życia Nadziei i ją samą. Siedząc na ławeczce, oparta plecami o ścianę drewnianego domu, czułam się jakbym to miejsce znała od zawsze, od zawsze znała jej właścicielkę. Magia przypadkowych spotkań w drodze – to jest to, na co warto czekać. (Post o spotkaniu z Nadzieją) Ola i jej brat Zaczepili mnie na kempingu w Kołobrzegu na cztery dni przed końcem podróży (lipiec)  pytaniem, czy przypadkiem nie widzieli mnie na początku czerwca na kempingu w Węgorzewie. W Węgorzewie byłam, cztery dni po rozpoczęciu podróży dookoła Polski. Ola była ciekawa czy od tego czasu podróżuję czy tak, jak ona i jej rodzice wykorzystuję wolne weekendy. Oniemiali, gdy powiedziałam, że właśnie kończę podróż dookoła Polski, a ja, bo po raz kolejny uświadomiłam sobie jaki ten świat jest mały. Żubr Wiking z Puszczy Białowieskiej Na żubra „polowałam” już w zeszłym roku. W tym, błąkałam się wieczorem i wczesnym rankiem po polach, sprawdzałam wszystkie miejsca w Puszczy, w których zwykle żubry się pojawiają. One jednak do spotkania dopuścić nie chciały. Gdy już zrezygnowana wyjeżdżałam w końcu z Białowieży, na mojej drodze pojawił się ON – Wiking, najsławniejszy spośród puszczańskich żubrów, spełniając tym samym moje małe marzenie o ujrzeniu żubra na wolności. TRZY NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE Pespektywa się zmienia Jest takie miasto na południu Polski w województwie małopolskim – Gorlice, w których wprawdzie nie urodziłam się, ale wiele lat mieszkałam, kończyłam szkoły, marząc, by jak najszybciej stamtąd wyjechać i wrócić nad morze, czyli tam gdzie moje miejsce. Zawsze patrzyłam na to miasto przez pryzmat nastoletnich czasów, które jak to w tym okresie, bywają różne. Po raz pierwszy podczas tego wyjazdu spojrzałam na Gorlice z innej perspektywy, z perspektywy turysty, amatora fotografa. Dostrzegłam ich piękno, niesamowitą historię i ludzi, którzy za nią stoją. Po raz pierwszy wybrałam się na spacer z przewodnikiem i dowiedziałam się rzeczy, o których przez blisko 15 lat mieszkania tam, nie miałam pojęcia. Zrozumiałam wtedy, że straciłam sporo czasu, że nie doceniałam tego, co miałam na wyciągnięcie ręki. Zrozumiałam, że podróż można odbyć nawet po swoim mieście i że ta podróż może być naprawdę niezwykłą przygodą. Ludzie są naprawdę dobrzy Mimo że nie raz przekonałam się w swoich podróżach o ogromnej ludzkiej dobroci, to wciąż jestem zaskakiwana bezinteresownymi gestami zupełnie […] The post 13 „naj” z podróży dookoła Polski rowerem appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Wyszepcze ci zdrowie i co tylko zechcesz

Ludzie nazywają je „lekarkami”, bo leczą lecz nie farmaceutykami, tylko modlitwą. Częściej jednak mówi się o nich szeptuchy. Najłatwiej znaleźć je na Podlasiu. – Warto? – Zapytałam sprzedawczynię w Policznej. – Do tej z Opaki radzę nie jechać. Mówią o niej, że to czarownica, bo klątwy i uroki rzuca. Do tej z Orli lepiej albo z Rutki jechać. Ta z Orli krzyczy jak najęta, bo już stara i zmęczona, ale pomaga i płaci się, co łaska, a Eugenia z Opaki kasuje jak za zboże. Anna z Rutki Podwórko jak podwórko, typowe wiejskie. Domek z drewna, stodoła, budynek gospodarczy. Przed domem studnia, zielona, ze srebrnym daszkiem połyskującym w słońcu. Z tyłu domu, tuż przy wejściu ławka. Przed ławką tłoczy się stado kur. Hałasują okrutnie. Pani Eugenia każe siadać na tej ławce.  – Skąd przyjechała – pyta po białorusku. Rozumiem jednak, o co chodzi. – Z Gdańska. – Rowerem?! – Jej przyblakłe oczy wyrażają ogromne zdumienie, gdy patrzy na mój obładowany sakwami pojazd. Wzruszam ramionami. Anna Bondaruk jest drobniutką zasuszoną staruszką. Tak, zasuszona to idealne określenie. Ma ponad 80 lat, pamięć już nie tę i zdrowie również. Z jej drobnego ciała zwisa niebieska koszula w koguty, którym towarzyszą jaskrawo żółte guziki. Zupełnie nie pasuje do tego kwiecista brązowo-czarna spódnica i granatowe ciężkie półbuty oraz wzorzysta chustka otulająca siwiutkie włosy. Całość wygląda dość komicznie, ale w Annie niczego z komika nie ma. Kuca przede mną, a na moich nogach kładzie obraz Matki Boskiej. Każe położyć palce na obrazku, a swoje, pomarszczone, z charakterystycznymi ciemnymi starczymi plamami kładzie na moich. – Patrz w niebo, na chmury i mów, co widzisz – wydaje polecenie i zaczyna szeptać pod nosem coś po białorusku. – Widzi coś? Jestem zestresowana, bo jak na złość nic nie dostrzegam. Zwykle chmury prowokują moją wyobraźnię i potrafię z najmniejszej chmurki wyłuskać niesamowity obraz. Tym razem nic. – Była tu taka wycieczka dziś i Matkę Boską i Jezusa widzieli w chmurach. – I wraca do swojego szeptania. Staram się jak mogę, ale nie jestem w stanie niczego z siebie wykrzesać tak na zawołanie. Za chwilę jednak chmury zaczynają przybierać niewyraźne kształty, które po dłuższej chwili okazują się postaciami zwierząt. Tak, teraz wyraźnie widzę smoka Falkor z filmu „Niekończącą się opowieść”, którą w dzieciństwie widziałam tyle razy. Bestia składa pocałunek na czyjejś główce… – A teraz? Widzi coś? Przecież nie będę jej wyskakiwać z filmem, którego na pewno nie widziała i opowiadać o Atreyu, w którym się kochałam, smoku i cesarzowej. – Może to wilk, który chce pożreć owieczkę? – mówię niepewnie i od razu do głowy przychodzi mi myśl, że podświadomie z tą owieczką zaczynam nawiązywać do Biblii, choć z wilkiem to może jednak do Czerwonego Kapturka. – Patrz dalej – W głosie tej kruchej i nad wyraz szczupłej osóbki jest tyle siły, że nie śmiem protestować. Wytężam jedynie wszystkie zmysły i staram się w końcu coś dojrzeć w tych chmurnych kształtach. Anna nie puszczając moich dłoni, gada i gada coś dalej. Nie rozumiem z tego jej szeptania ani słowa. – A teraz widzi coś? – Pyta znowu. – Chmury zniknęły. Mogę na inne patrzeć? – Może – odpowiada. To patrzę i znów widzę, tym razem smoka ziejącego ogniem. – Rany, a co ja powinnam widzieć?! – pytam w końcu zniecierpliwiona i zdegustowana niedostatkami swojej wyobraźni. – Nie widzę Matki Boskiej ani Jezusa. Tylko jakieś zwierzaki cały czas. – Nie ma niczego, co się powinno widzieć lub nie – odpowiada. – Patrz dalej! – Czy to coś ma znaczyć? – pytam. Nie odpowiada, tylko szepcze i szepcze. W końcu podnosi się z kucek i bierze w dłonie grubą ewangelię. Kładzie mi ją na głowę i zaczyna czytać z niej ustępy. – Patrz w chmury! – Nakazuje znowu. – To po białorusku? Potakuje. – Umie czytać po białorusku? Zaprzeczam i przyglądam się księdze, którą Anna bierze znów w obie szczupłe dłonie. – A jak ci na imię? – Prosi o przypomnienie. – A chłop jak ma? – Bożydar – odpowiadam posłusznie. Chwila konsternacji. Anna próbuje powtórzyć imię. – A to zagranicznik jakiś? – Nie, to staropolskie imię. Dar od Boga – Tłumaczę. A twoim rodzicom? Powtarzam, ale Anna ma problem z zapamiętaniem. Co chwilę prosi, bym przypominała jej wszystkie imiona, by mogła je wpleść w modlitwę, którą zaczęła odmawiać. – Mężatka. A dzieci ma? – Nie ma. Przypatruje mi się. Nie ciągnę tematu, że nie chcę, że mam jeszcze czas, że….po prostu się nie tłumaczę. – No i dobrze. – Zaskakuje mnie w odpowiedzi na moje „nie”. – Po co dzieci, skoro po świecie się błąkasz. Nie mogłabyś wtedy. – Uśmiecham się pogodnie, wdzięczna za taki obrót rozmowy. – Ale bez dzieci źle na świecie. Nikogo nie zostanie jak dzieci nie będzie. – Dodaje jednak po chwili. – Ale tyle na świecie niekochanych, prawda? Przytakuję. – Imiona rodziców i męża – Pada znów to samo polecenie. Anna zaczyna ponownie odmawiać modlitwę. Co chwilę powtarza słowo kołtun, kołtunica. I co chwilę prosi, bym powtarzała imię swoje i najbliższych i wplata je do modlitwy, prosząc o odgonienie złego, o zesłanie darów na nas. Kołtun, czyli nerw, bo według Anny to największy problem, który doskwiera każdemu. Anna nie zapytała czy coś mi dolega, z czym do niej przyszłam. Ja nie mówiłam, bo co miałam powiedzieć: że z ciekawości, żeby sprawdzić jak się szepta na Podlasiu i jak wygląda szeptucha, do której każdego dnia przychodzą ludzie z prośbą o radę, wyleczenie, modlitwę. – Skąd usłyszała o mnie? – Z Internetu – powiedziałam zgodnie z prawdą. – I ludzie po drodze mówili. Odłożyła ewangelię i usiadła koło mnie. – A butelkę ma? – Mam bidon. Zamyśliła się i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niebo. Podążyłam za jej wzrokiem. Jak zwykle niczego nie dostrzegłam, oprócz jej blado-błękitnych oczu, które miałam wrażenie, że zlewają się z niebem w jedną całość. W końcu wyciągnęła rękę. Wiedziałam, że po bidon. – Wody dam. Podniosła pięciolitrowy baniak i zaczęła z niego przelewać płyn do bidonu. Potem weszła do  domu, przymknęła drzwi i przez dłuższą chwilę jej nie było. A ja siedziałam na […] The post Wyszepcze ci zdrowie i co tylko zechcesz appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Prorok Ilja i centrum nowego świata

W środku lasu polana. Na polanie drewniane rozsypujące się zabudowania, otoczone płotem. Wszystko zamknięte na klucz, który spoczywa w rękach pracowników miejscowego nadleśnictwa. Pozostaje jedynie popatrzeć i wczuć się w atmosferę Wierszalina, który dawniej miał być „centrum nowego świata” – Nowego Jeruzalem, tworzonym przez Eljasza Klimowicza, zwanego Prorokiem Ilją. W blasku ostatnich promieni słońca pozostałości po dawnej osadzie, choć świecą pustkami, nie sprawiają przygnębiającego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Zabudowania toną w zieleni drzew i bujnej niekoszonej trawie. Można tu doszukać się dziwnej aury, tajemniczości, choć bardzo prawdopodobne, że to tylko działanie wyobraźni, która na kanwie usłyszanych historii o proroku i jego wyznawcach, takie poczucie kreuje. Prorok Ilja i nowa stolica świata Eljasz Klimowicz był zwykłem chłopem, w dodatku niepiśmiennym. Mówi się o nim, że nie on sam ogłosił się prorokiem czy nowym wcieleniem Chrystusa, lecz że to ludzie sami go nim obwołali. Eljasz Klimowicz po prostu nigdy temu nie zaprzeczył. Jego historia zaczyna się przed I wojną światową. Powtarzana legenda głosi, że Ilją stał się właściwie dzięki zbirowi Półtorakowi, który grasowała w tamtym czasie po okolicach, przysparzając ludziom kłopotów i zmartwień. Dawał się również we znaki Eljaszowi, który w końcu postanowił zaradzić problemowi. W czasie, gdy szukał pomocy u popa-cudotwórcy z Kronsztadu, jeden z sąsiadów zabił Półrotaka. Zasługę tę przypisano jednak Eljaszowi przysparzając mu tym samym sławy. Jego popularność wśród mieszkańców wzrosła, gdy zaczął budować cerkiew, która w czasie I wojny została zniszczona i ponownie po wojnie odbudowywana przez Eljasza i jego wiernych. O świątyni mówiono, że sama wyrosła z ziemi, a o Eljaszu, że jest zmartwychwstałym prorokiem, który uzdrawia i czyni cuda. Do Wierszalina, który Ilja zaczął tworzyć z „wiernymi” zaczęły przybywać tłumy pielgrzymów, by usłyszeć, że zbliża się koniec świata i jedyną ostoją pokoju jest Wierszalin i tylko sprawiedliwi z Wierszalina koniec świata przeżyją. Uznanie Eljasza prorokiem szybko obróciło się przeciwko niemu. Latem 1936 roku jego wyznawcy postanowili poddać go próbie i jako nowe wcielenie Chrystusa, ukrzyżować, by ponownie odkupić grzechy świata. Do ukrzyżowania w końcu nie doszło. Nie wiadomo jednak do końca jaka była tego przyczyna. Jedne przekazy mówią o ucieczce Eljasza Klimowicza i ukrywaniu się w lesie, inne o rezygnacji wiernych z pomysłu. Potem przyszedł rok 1939 i według słów Pawła Wołoszyna, głównego budowniczego nowego świata i sąsiada Eljasza, na Proroka doniósł jeden z jego „apostołów”. Zjawili się Sowieci, okupujący wówczas Podlasie i postanowili Eljasza się pozbyć. W tym czasie wszyscy wyznawcy najróżniejszych sekt byli wywożeni na Syberię, więc i Prorok Ilja tam trafił. Ponoć miejscowi ludzie próbowali go ratować, tłumacząc, że nie jest żadnym prorokiem, ale próby nic nie pomogły. Został mu postawiony zarzut działalności antysowieckiej i otrzymał wyrok pięciu lat łagru w Mariańsku. Paweł Wołoszyn w reporterskiej książce Włodzimierza Pawluczuka „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” mówi, że znali nawet dokładne miejsce pobytu Eljasza, który ponoć trafił potem do domu starców za Krasnojarsk. Posyłali mu nawet przez pewien czas paczki. Nie dostawali jednak żadnych informacji zwrotnych, więc w końcu przestali. Po Eljaszu została osada, w której jeszcze przez jakiś czas aż do lat sześćdziesiątych mieszkali jego wyznawcy, czekając cierpliwie na powrót proroka. Czy ktoś pamięta proroka? – To szaleniec był jakiś. Wariat. – mówi pracownik nadleśnictwa, który tłumaczy mi dokładną drogę do nieistniejącej już osady i murów niedokończonej świątyni. Nie chce jednak więcej na temat historii proroka się wypowiadać, odsyłając do tablic informacyjnych postawionych na terenie dawnej osady i do mieszkającej nieopodal kobiety. – Ona znała Pawła Wołoszyna. Może coś wie. – Staruszek w grobie się przewraca, że wszyscy szaleńca z niego robią. – mówi z kolei Nadzieja. – Wszyscy tu tylko przyjeżdżają i pytają, gdzie prorok, gdzie prorok. A jaki on prorok był? Kobieta jednak nie bardzo pamięta Eljasza Klimowicza, choć mieszka tu już kilkadziesiąt lat. Tak naprawdę o tym, że był jakiś prorok usłyszała od turystów, którzy nagle tłumnie zaczęli się pojawiać i wypytywać o osadę Wierszalin. Przyczyniła się do tego właśnie książka Włodzimierz Pawluczuku. Wcześniej, oprócz jego wyznawców, nikt o nim nie pamiętał. Dziś w Wierszalinie nie ma już pielgrzymek wyznawców. Zastąpili je turyści ciekawi historii i lubujący się w nieprzetartych do końca szlakach. Wierszalin nie jest miejscem zapomnianym, lecz wciąż żywym dzięki książce Pawluczuka i Teatrowi Wierszalin z Supraśla, ale całe szczęście nie jest jeszcze zadeptany przez tłumy turystów. Póki co panuje tu spokój, a jedyne co można usłyszeć to szum drzew i wyimaginowane bicie dzwonów, tych z niedokończonej świątyni nowego świata. Jak tam dotrzeć: Obrać kierunek na Starą Grzybowszyczyznę. W Leszczanach przed wjazdem na drogę postawiono już kierunkowskaz „do osady Wierszalin” (jeśli jedzie się od strony Kruszynian). Po przejechaniu kilku kilometrów dojeżdża się do rozwidlenia dróg w lesie. Ta z lewej strony prowadzi do Starej Grzybowszczyzny, ale do Wierszalina należy jechać prosto, po około półtora kilometra po lewej stronie widać parking leśny, obok niego jest ścieżka, która prowadzi do dawnych zabudowań osady. Odkąd ustawiono znaki, nie jest tam aż tak trudno trafić. The post Prorok Ilja i centrum nowego świata appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Dżenneta i Tatarzy

Zapach lasu i koszonej trawy towarzyszył mi niemal od początku dnia. Jechałam z uśmiechem na ustach, bo jechałam do „moich” Kruszynian, gdzie rok wcześniej, pachnącym wolnością wieczorem siedząc przy stole i przy lampce wina, słuchałam tatarskich opowieści. Rok wcześniej miałam tylko zajechać zobaczyć meczet, zajrzeć na mizar* i spróbować smakołyków kuchni tatarskiej a potem ruszyć dalej w drogę. Nie ruszyłam. Zostałam, bo Kruszyniany oczarowały mnie. Następnego dnia też nie chciałam jechać. Coś mnie zatrzymywało. Magia, bo co innego? *** Tereska Kosibianka. Od zawsze pamiętam ją jak stała w centralnym miejscu na gorlickim rynku i przelewała wodę, gdy nacisnęło się guzik. Lubiłam pomnik Tereski. Lubiłam też legendę o niej. Dzielna i sprytna uratowała Gorlice przed najazdem Tatarów. O Tatarach natomiast zwykle mówiło się źle. Lekcje historii pokazywały ich od najgorszej strony, jako odwiecznego wroga i najeźdźcę. Ale ja dziś nie chcę pisać źle o Tatarach, a wspomnienie Tereski Kosibianki pojawiło się tu tylko właśnie przez wzgląd na nich i na postać odważnej, dzielnej i pełnej pasji kobiety. W bardzo wielu legendach przewija się podobny motyw. Niech pojawi się więc i w mojej historii – o Dżennecie, która, dla odmiany, „uratowała” Tatarów… od zapomnienia. *** Kruszyniany nazywane są tatarska wioską, bo Tatarzy mieszkają tu od marca 1679 roku, kiedy to ziemie w tych rejonach zostały nadane przez króla Jana III Sobieskiego Tatarom z Wojsk Polskich, którzy najpierw w związku z niepłaceniem żołdu zbuntowali się i przeszli na stronę turecką, a potem wrócili do Polski i po amnestii w ramach zaległego żołdu otrzymali ziemie w okolicy wsi Bohoniki, Kruszyniany i Studzianka. Wedle zapisów przeniosło się tu wówczas czterdzieści pięć rodzin Tatarów litewskich. Dzisiaj w Kruszynianach mieszka trzydzieści rodzin. Większość z nich to prawosławni i katolicy, a rodziny tatarskie mieszkają tu w tej chwili trzy, w tym rodzina Bogdanowiczów i Dżemila Gembickiego, przewodnika po meczecie i mizarze, którego babcia opowiadała, że dawniej mieszkańców w Kruszynianach było trzystu, a Tatarów stu. Był jednak czas w historii Kruszynian, że Tatarów nie było tu już wcale. Dziś, choć mieszkają tu zaledwie trzy tatarskie rodziny, można na nowo mówić o tym, że Kruszyniany to tatarska wioska. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie odważna, dzielna i pełna pasji kobieta – Dżenneta Bogdanowicz. Losy rodziny Jej rodzina mieszkała w Trzciance, ale potem rodzeństwo rozjechało się po całej Polsce. Dżenneta trafiła do Wrześni na studia, a rodzinę założyła już w Supraślu. Pracowała w Knyszyńskim Parku Krajobrazowym jako przewodnik. Do Kruszynian trafiła po raz pierwszy pod koniec lat siedemdziesiątych w ramach tzw. Orientów sokólskich, które organizowali profesorowie, prowadzący badania nad kulturą i historią Tatarów. Wcześniej jej rodziców nie było stać na to, by całą rodzina wybrać się do Kruszynian na groby rodzinne na tamtejszym mizarze. – I ja się wtedy zakochałam w Kruszynianach – wspomina. –  To miejsce magiczne. Ma niezwykle pozytywną aurę. Tu jest coś takiego nieokreślonego, czego nie da się opisać słowami, co trzeba po prostu poczuć. I ona i ja poczułyśmy to na mizarze. Dziwne jest mówić, że lubi się cmentarze, ale z tym w Kruszynianach nie może być inaczej. Może dlatego, że znajduje się tam miejsce mocy? Dżenneta mówi, że zawsze chciała być w Kruszynianach, choć wcześniej nigdy nie mieszkała na wsi. Czuła, że jej miejsce jest właśnie tutaj. A potem poznała przyszłego męża Mirka Bogdanowicza, Tatara, którego rodzina ziemie w Kruszynianach otrzymała jeszcze od Sobieskiego. To tu dziadek pana Mirka zbudował dom i ten stary dom nadal jest wkomponowany w rozbudowany już w tej chwili budynek. Ta ziemia od ponad 355 lat należy do rodziny Bogdanowiczów. I pan Mirek zabrał Dżennetę do Kruszynian. – Gdy dziadek spytał Mirka kim jestem, ten odpowiedział, że będzie mnie znał, bo moja rodzina Półtorzyckich leży na mizarze. – Wspomina Dżenneta – A dziadek powiedział: „A tak, jeden z nich zginął w pojedynku.” I już nie byłam dla niego obcą osobą. Od pierwszej wizyty Dżenneta nosiła się z zamiarem, żeby osiąść w Kruszynianach.  Namawiała też innych Tatarów, żeby wrócili, ale oni się tylko śmiali z pomysłu. – Wyjechali z wioski, z tych terenów i w ogóle nie myśleli, żeby wracać. A we mnie to było. Dzieci rosły i w końcu przyszedł czas, że mogłam zacząć spełniać swoje marzenia. I wtedy teść zaproponował, żebyśmy zaczęli działalność w domu rodziny Bogdanowiczów. Wszyscy byli sceptycznie nastawieni do pomysłu. Wioska tak naprawdę umierała. Jednak Dżennety nic nie było w stanie odwieść od pomysłu. Miała marzenie i dążyła do jego realizacji. W 2002 roku wzięła urlop i zaczęła działać. Dopiero rok później zaczęli pojawiać się goście. Reklama szeptana spowodowała, że tych gości pod koniec wakacji było naprawdę sporo. Zaczęło pojawiać się coraz więcej wycieczek, bo koledzy-przewodnicy Dżennety dowiedzieli się, że w Kruszynianach zaczęło się wreszcie coś dziać. Jak Dżenneta uratowała Tatarów od zapomnienia Jej zamierzeniem było, żeby w Kruszyninach stworzyć miejsce nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla Tatarów. Dla zachowania tożsamości i dla młodzieży tatarskiej, która rozproszyła się po świecie. Dżenneta chciała, żeby młodzi nie wstydzili się swoich korzeni, żeby wiedzieli, że tu jest ich miejsce, że ta wioska tatarska jest dalej, że jeśli kiedykolwiek przyjadą do Polski i zechcą tu być i pobyć w tej „tatarskości”, to znajdą takie miejsce właśnie w Kruszynianach. – To miejsce miało być dowodem, że nasz historia trwa nadal, że jesteśmy. Chciałam, żeby nasze dzieci tatarskie tutaj przyjeżdżały, poznawały się, zakładały rodziny. Czułam, że moim obowiązkiem jest zachowanie naszej ciągłości. Bo jeżeli nie ja, nie moje pokolenie, to kto o to zadba? Dżennetę najbardziej dziwi, gdy ktoś mówi: „Ale miała Pani nosa na biznes”. A Dżenneta mówi, że to wcale nie tak miało być. – To wyszło samo z siebie. Nie wiem czy gdybym myślała o biznesie, to by mi się tak udało. Ja nie przeliczałam, tylko dokładałam do tego „interesu”. Ale jak coś się robi z pasją, jeśli się ma jakieś marzenia, to z czasem to się przekłada na pieniądze, myślenie jedynie o zarobku, raczej nie popłaca. Jej wyszło, ale dlatego, że była w niej i wciąż jest ogromna pasja i miłość do ludzi. I tę miłość widać. Każdy, kto przyjeżdża w progi Tatarskiej Jurty, czuje się niemal […] The post Dżenneta i Tatarzy appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Prorok i Nadzieja

  Nie przestawałam się uśmiechać. Znalazłam Nadzieję, ale nie tę, „matkę głupich”. Inną… *** Pojechałam szukać proroka, a właściwie to nie samego proroka, ale historii o nim, ludzi, którzy mogliby go jeszcze pamiętać. Zamiast proroka znalazłam jednak Nadzieję i jej historię. – Pamięta go pani? Eljasza? Tego od Wierszalina? – Oparłam brodę o drewniane szczebelki zielonego odrapanego płotu. Pies uwiązany przy budzie ujadał jak oszalały. – A ja nic nie pamiętam. – Starsza kobieta w chuście na głowie machnęła ręką jakby chciała się pozbyć natręta, mnie pozbyć. – Ale leśniczy mówił, że pani może mi coś opowie. – Nie odpuszczałam. – Tam trzeba jechać – Pomarszczoną spracowaną dłonią wskazała dróżkę naprzeciwko jej domu. Tyle wiedziałam, bo już tam byłam. -Ale tam chaty tylko i podwaliny cerkwi, a ja chciałam coś więcej usłyszeć. Zresztą jakoś tam  nieswojo się czułam – Przyznałam, a kobieta spojrzała na mnie z wydawało mi się nieco groźnym wyrazem twarzy. – No i dobrze, że nieswojo. Staruszek w grobie się przewraca, że wszyscy tu przyjeżdżają i szaleńca z niego robią. To ludzie powariowali. Kiedyś tu ciągle ktoś przyłaził i pytał, gdzie prorok, gdzie prorok. W końcu postawili tablice to już dali mi święty spokój, bo był czas, że przeganiałam. – Wyznała. – Dawno nie było jednak nikogo. Teraz tylko ty… – Pozwoliła sobie na cień uśmiechu. – A skąd? – Z Gdańska jadę. – Rowerem?! Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się przepraszająco. Nie wiedziałam, co odpowiadać na takie pytania. Przecież skoro jest rower, to wiadomo, że nim jadę. Pytanie traktowałam bardziej jako retoryczne. – To jak z Gdańska i rowerem to choć na kawę. – Odwróciła się i zaczęła powoli iść w stronę domu. Otworzyłam drewnianą furtkę. Bobik uwiązany przy budzie przestał ujadać. Usiadłam na drewnianej ławce ustawionej pod drewnianą ścianą domku. Na schodach przysiadł Józef, syn Nadziei, a u moich stóp położył się Żuk, mieszaniec o poczciwych oczach. Na stole wylądowały herbatniki w cukrze i kawa w szklanym kubku z duralexu. – A może głodna? Kiełbasy dam. Podziękowałam. – Ciastka jedz. To jak tobie na imię? – A pani? – Zagadnęłam, gdy sama już się przedstawiłam. – A mi strasznie brzydko. Nadia albo Nadzieja mi mówią. I tak poznałam Nadzieję. – Ale to piękne imię! – Wszyscy tak mówią, a ja tak nie uważam. – Westchnęła, poprawiła chustę spod której wychodziły siwiutkie włosy. Jej twarz choć poorana zmarszczkami, miała młodzieńczy blask, mimo że oczy też już nieco wyblakłe, to tlił się w nich ogień, a może to po prostu najzwyklejsza dobroć serca z  nich wyzierała. Siedzieliśmy tak we trójkę przy drewnianej chatce, wystawiając twarze ku słońcu, pogryzając ciastka w cukrze, popijając drobnymi łykami czarną kawę w kubku z duralexu, delektując się spokojem płynącym z lasu i rozmowami. O czym rozmawialiśmy? To nieważne, zbyt osobiste. Historie, które dla czytelnika nie mają większego znaczenia. Nie wszystko jest na sprzedaż, na pokaz. Na pewno nie ta chwila z Nadzieją. Siedziałyśmy tak półtorej godziny. O proroku szybko zapomniałam. Nadzieja odpowiadała na moje pytania i sama je zadawała. Była ciekawa. – Ty jesteś taka… nierozlazła. – Usłyszałam najpiękniejszy komplement, jaki mógł mi ktoś powiedzieć. – Nie jak te dzisiejsze dziewuchy. Gdyby tak było, to bym przegoniła, ale widziałam od razu, czułam, że ty nie taka, że ty dobra. – Uśmiechnęła się. Robiła to w taki specyficzny sposób, trudny do opisania. Ten uśmiech był lekko tajemniczy, ale rozjaśniający całą twarz. Jakby lekko zawadiacki, ale pełen dobroci. Dzięki niemu ja też się cały czas uśmiechałam i nie mogłam przestać jeszcze długo po tym jak wyjechałam od Nadziei. – Chcesz herbatę na drogę? Dam ci torebki. Mam całe opakowanie. Albo kawę? Którą chcesz? – Już trzymała w dłoniach dwa opakowania. Nie chciałam odmawiać. Nauczyłam się przyjmować, wychodząc z założenia, że skoro ktoś chce coś ofiarować, to dlatego, że naprawdę tego chce. – Będziesz pić ją i pamiętać o mnie. – Będę – Uśmiechnęłam się błogo. – A możemy zdjęcie wspólne na pamiątkę? – Ale ja dziś nie taka… – Drobne pomarszczone dłonie zaczęły ugładzać chustkę, a potem fałdy spódnicy. – Dziś nie w humorze, bo szwagier zmarł – przyznała w końcu. Nie namawiałam. Czasem nie warto nalegać, lepiej odpuścić. Chciałam to zdjęcie z nią dla siebie, nie na pokaz, bo przecież nie ważne dla Was jak Nadzieja wygląda. Ważne, że jest, że się pojawiła na mojej drodze. Niech Nadzieja zostanie tylko moja. Odjechałam, choć nie chciałam odjeżdżać. Rower grzązł w piachu leśnym, ale ja nie przestawałam się uśmiechać. – To, co? Zobaczymy się za rok? Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam czy za rok znów będę jechać tą trasą. Istniała jednak we mnie pewność, że Nadzieję jeszcze zobaczę. Czułam, że muszę. Coś mnie do niej ciągnęło. Może ten uśmiech? Przebłyskiwało przez niego wspomnienie mojej ukochanej babci. *** Zmęczenie dawało się we znaki. Po całym dniu siedzenia przed komputerem potrzebowałam oddechu, przejechania się rowerem po lesie. Dziesięć w jedną stronę, dziesięć kilometrów w drugą, przekalkulowałam. Nie było to ważne. Wsiadłam na rower i pojechałam. Bobik ujadał jak poprzedniego dnia, dając znać pani i panu, że ktoś się zbliża. Nadzieja odchyliła kolorową zasłonkę w drzwiach. Spojrzała jakby wiedziała, że przyjadę. – To, co? Kawy zrobić? – Zapytała od progu. I już po chwili na schodkach siedział pan Józef, a Żuk o poczciwych oczach ułożył się u moich stóp. Na stoliczku stanęła szklanka z duralexu i ciastka. – Jedz ciastka Anitko. Inne dziś. Z czekoladą – Obdarzyła mnie tym swoim niesamowitym uśmiechem. I znów siedziałyśmy patrząc na zachodzące za lasem słońce i na rozlewające się po podwórku ostatnie złociste promienie. Rozmawiałyśmy o zwyczajnych rzeczach: o pogodzie, o tym jak upłynął nam dzień, o tym, co słychać u sąsiadów z wioski. Miałam nieodparte wrażenie jakby to miejsce było moje – to na drewnianej ławce przy drewnianej ścianie tego domu, przy Nadziei. Jakbyśmy spędzały tak każdy wieczór, popijając kawę, zagryzając ciastka i omawiając sprawy dnia codziennego. Na pożegnanie ucałowałam ją w policzek. – A co ty dziecko stare pudło całujesz – Żachnęła się, choć widziałam, że sprawiło jej to przyjemność. Niby dzieci ma, wnuki i nawet prawnuki, ale wszystkie dorosłe, rzadko przyjeżdżają, […] The post Prorok i Nadzieja appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Z Jimem Morrisonem w irańskich górach

  „Nie jestem szalony, interesuje mnie wolność”  Jim Morrison Hałas autostrady, niemilknący warkot silników i rozdzierający dźwięk klaksonów, którymi nieustannie nas pozdrawiano, dawał mi się we znaki. Dziesiątki osób dziennie, stających nam na drodze, zajeżdżających ją nam, wyskakujących z samochodów i rzucających się do fotografowania, chmary skuterków i motorków, śledzących każdy nasz ruch i ścigających się z nami na drodze i ta niezwykła, niebywała i niespotykana w żadnym innym zakątku ziemi gościnność Irańczyków, w pewnym momencie zmęczyły mnie. Marzyłam o górach, których szczyty chowałyby się w chmurach, choćby i tych deszczowych, albo połyskiwałyby bielą w promieniach słońca, odcinając się na tle błękitu nieba. Marzyłam o naturze, o szumie drzew i ich cieniu, w którym mogłabym odpocząć. Marzyłam o piaskach pustyni, o spalonej słońcem, złotej przestrzeni. Bo taki obraz Iranu stworzyłam sobie jeszcze przed wyjazdem. Mistyczna cisza w irańskich górach i wolność, którą dawałaby mi nieograniczona przestrzeń – o tym marzyłam. Zamiast widoku gór mieliśmy kiepski krajobraz niegrzeszących urodą i czystością miasteczek i wiosek. Miejsce dźwięków przyrody zajęły klaksony, silniki i migawki aparatów fotograficznych. Taki niestety był wątpliwy urok trasy. Innej alternatywy przez dłuższy czas nie było. Potem jednak się pojawiła. Wystarczyło tylko…przejechać przez góry, wjechać na przełęcz, potem cieszyć się wielokilometrowym zjazdem i w ten sposób ominąć spory odcinek autostrady, wreszcie zaznając trochę spokoju w kontakcie z naturą. Nic nie zapowiadało tego, co na nas czekało… „Droga na mapie jest?” „Jest. I to zaznaczona jako żółta”. No to jak była droga, to trzeba było z tego skorzystać. „W dzień to pociśniemy”, zapewnialiśmy się nawzajem, wypierając z pamięci, że tylko jedna z trzech map pokazywała, że tamtędy ta żółta droga prowadzi. Tylko dlatego pojechaliśmy, choć przypuszczam, że nawet gdyby jej nie było na mapie i tak byśmy wybrali tę opcję jazdy. Nie, nie dlatego że jesteśmy szaleni. Po prostu interesowała nas wolność. Brak policji legitymującej, co krok. Brak opiekuńczych Irańczyków, którzy byli przekonani, że sami sobie nie poradzimy i prędzej czy później zgubimy się. No i oczywiście żądza przygody. Początkowa asfaltówka, rzadko uczęszczana przez samochody, wiodła nas wzdłuż pięknych soczyście zielonych wzgórz. Gwałtowna zmiana tła była uderzająca. „Ale tu cicho”, zachwycaliśmy się, nie przejmując zupełnie, że zaczęliśmy już podjazd, który miał trwać od teraz przez wiele kilometrów. Naszej radości nie były nawet w stanie udaremnić okazjonalnie pojawiający się kierowcy, którzy tarasowali drogę, wołając za nami „jungle, jungle” i „dangerous” i że nie ma drogi. „Jak nie ma drogi, skoro na mapie jest?” „Mapa nie kłamie”. Dopiero później doszliśmy do wniosku, że prawdę też nie zawsze mówi. Trzydzieści parę kilometrów dalej Chcieliśmy naturę, to ją dostaliśmy i to w dużych ilościach. Szczególnie intensywna ta „natura” była pierwszego dnia. Osiadała na oponach, wciskając się między koło a błotnik i blokując klocki hamulcowe. Z gracją wślizgiwała się też w trekkingową podeszwę butów turystycznych, które gwałtownie przybierały na wadze i zmieniały swój wygląd, zyskując w miejsce zwykłej podeszwy – coś na kształt kilkucentymetrowej platformy. Z trudem podnosiłam stopę za stopą, żłobiąc w miejscach, w których postawiłam krok, dziurę wielkości słoniowej nogi. Z oczyszczaniem butów nie nadążaliśmy, zresztą była to „syzyfowa praca”. Z każdym krokiem moje buty ważyły coraz więcej i chodzenie zaczynało sprawiać trudność. A tu nie tylko trzeba było iść. Trzeba było pchać pod górę ważące (z sakwami) prawie czterdzieści kilogramów rowery. Asfalt się skończył. „Musimy się tylko dostać na przełęcz. Tam będzie już płasko”. Pocieszające zdanie odbijało się echem w dolinach przez dwa dni. Tak…dwa dni… Dwa trudne dni Dwa dni wpychaliśmy/wciągaliśmy rowery na przełęcz. Ból odzywał się we wszystkich mięśniach. Poczułam współczucie do mitycznego Syzyfa. Rozumiałam teraz jego ból podczas nieustannego wtaczania kamienia na górę i nie zazdrościłam mu, bo mimo że nie biliśmy rekordów prędkości, ani nie pokonywaliśmy długich dystansów, to jednak wpychanie rowerów przez sześć godzin i pokonanie zaledwie pięciu kilometrów było niczym w obliczu syzyfowej wieczności. Tym bardziej, że prędzej czy później mieliśmy dotrzeć do celu. Im bliżej jednak celu wydawało się, że jesteśmy, tym odleglejszy się on wydawał. „No gdzie ta przełęcz?!”, pytaliśmy. „Już za tym kolejnym zakrętem”, zapewniał nasz nawigator, wzbudzając na początku w nas nadzieję, że zaraz skończą się trudny, a potem budząc już jedynie nieufność, bo za każdym kolejnym zakrętem, gdy wydawało się, że będzie już płasko i że będzie w końcu wyczekiwana przełęcz, zaczynał się kolejny podjazd. Cud w górach Pogoda w górach jest zmienna i wiadomo o tym nie od dziś. Wciąganie rowerów w błocie, deszczu, mgle i chłodzie pierwszego dnia, zmieniło się diametralnie dnia kolejnego. Słońce podpiekało bezlitośnie, nie dając wytchnienia. Dokuczało pragnienie, które trudno było ugasić, bo przecież nikt nie spodziewał się, że utkniemy w górach na tyle czasu. Mimo wszystko było pięknie. Wreszcie miałam Iran, o jakim marzyłam. Otaczał nas zielony las, w oddali śnieżyły się szczyty gór, odcinając się na tle niebieskiego nieba. I choć im bliżej przełęczy byliśmy, tym mocniej wiało, to nie przestawałam się uśmiechać. Nie przestawałam się uśmiechać nawet wtedy, gdy dział się „cud” i przełęcz zaczęła „umykać”, podnosząc się o prawie czterysta metrów w górę. Bo miała być pierwotnie na wysokości 1700 metrów, a potem odsuwała się od nas, wznosząc na wysokość 2049 m n.p.m. (ach, te niewiarygodne poziomice!). W końcu położyłam rower na ziemi i stanęłam na zboczu. Byłam tu. Wciągnęłam rower na wysokość 2049 metrów. I co najlepsze, podobało mi się to. Mimo zimna, błota, a potem skwaru, który utrudniał pracę, mimo bólu mięśni, omdlewania rąk i dużego zmęczenia. Podobało mi się to jak cholera. Hm…, może i Morrison nie był szalony, tylko pragnął wolności, ale u mnie potrzeba wolności jest chyba jedynie usprawiedliwieniem szaleństwa. The post Z Jimem Morrisonem w irańskich górach appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

24 godziny – Droga do Iranu

1 godzina (do Warszawy) Nie przepadam za tym dniem w roku, w którym przesuwamy wskazówki zegara o godzinę do przodu. Czuję się wówczas jakbym została okradziona. Niby niewiele – jedna godzina. W sumie nie powinnam się tym przejmować. Za kilkanaście, a właściwie za ponad 24 godziny przesunę wskazówki zegara na najbliższy miesiąc o 3,5 godziny. Trzy i pół – śmiesznie. Nigdy nie byłam w kraju, w którym przestawia się wskazówki zegara o połówki godzin. 2 godzina Lubię, gdy jest tak mało ludzi w autobusie, zwłaszcza, gdy jestem zmęczona. Mogę rozłożyć się wtedy na dwóch siedzeniach albo na tych pięciu z tyłu. I wyspać się. Potrzebuję tego. Odespać tę „ukradzioną” godzinę i wyspać się na zapas za te nieprzespane noce, które dopiero nadejdą. 3-4 godzina Sen. 5 godzina Zamiast odczuwać radość, czuję delikatne zaniepokojenie. To nie jest jednak reisefieber typowy dla moich wyjazdów w pojedynkę. Wtedy zwykle towarzyszy mi podekscytowanie, bo nie wiem, co może się zdarzyć. Teoretycznie tu też nie mogę się wielu rzeczy spodziewać, ale jadę z grupą, trasa i terminy zostały określone. Czy spotkają nas jakieś niespodzianki? Na pewno, bo przecież jadę do obcego dla mnie kulturowo kraju, w którym wsiadając na rower, na głowę będę musiała zakładać hidżab. Jest jednak inaczej. Czuję to. 6 godzina Nie wierzę! Autobus międzynarodowy, na trasie Warszawa – Lwów nie ma na pokładzie toalety. Nie wierzę! Okazuje się jednak, że nie powinnam wierzyć temu, co jest napisane na stronie firmy transportowej. Osiem godzin jazdy bez sikania. Kierowca nie mówi po polsku. Ile postojów?, pytam, a on wzrusza ramionami. Nieważne, że miało być wifi, gniazdka elektryczne i że spodziewałam się znacznie więcej miejsca na nogi. Wszystko przeżyję, ale nie brak toalety. 7 godzina Czemu nie załatwiłam swoich potrzeb na dworcu? No tak, bo bagażu za dużo, bo nie ma z kim zostawić, bo przecież załatwię wszystko, co trzeba, gdy zapakuję już plecak do bagażnika, a resztę toreb rozlokuję na półce nad siedzeniami. Czasami zapominam, że większość firm oferuje nieco inne dogodności (a raczej niedogodności) niż Polski Bus, nie wspominając już o chilijskich autobusach. 8 godzina Wgapiam się w tył głowy kierowcy, próbując w jakiś niewytłumaczony sposób wywrzeć na nim presję, by się już w końcu zatrzymał. Nie mogę o niczym innym myśleć i mimo zmęczenia (w końcu jest już pierwsza w nocy) nie mogę zasnąć. Skupiam się na wytrzymywaniu. Nie wytrzymał w końcu mój termos. Nagle z niewiadomych przyczyn zaczął przeciekać, zalewając wszystkie kabelki, ładowarki, powerbanka. Czyż wyjazd nie zapowiada się fantastycznie? 9 godzina Może ci pomóc? Pod fotelem, pod którym próbuję ogarnąć mokre rzeczy, rozbłyska blade światełko latarki czołówki. Właścicielem jej jest Alex, Ukrainiec, wracający ze zjazdu buddyjskiego w Warszawie. 10 godzina Czym jest sens życia? Gdzie widzę siebie za trzydzieści lat? Dlaczego w górach czuję wolność? Czy warto robić rano pokłon słońcu i dlaczego bieganie może być medytacją? Czego uczy wielki Lama? Rozmowy przed wschodem słońca z obcą osobą czasem mogą przenosić w inny wymiar czasoprzestrzeni. 11 godzina Staram się spać. Wszystko mnie jednak uwiera. Miejsca na nogi mniej niż w tanich liniach. W końcu zasypiam. I szybko zostaję wybudzona. Anita Demianowicz? Kierowca patrzy to na mnie, to na mój paszport. Każe mi wyjść z autokaru. Idę w stronę okienka na granicy. Celniczka bierze dokument i przygląda mi się. W końcu potrząsa głową, wprawiając w ruch śmieszne blond loczki. „To nie Pani jest na tym zdjęciu”. „Jak to nie ja?!” No dobra, może zdjęcie zrobione prawie przed dziesięciu laty, może grzywka na zdjęciu i czarne włosy, ale widać, że to ja. Nikt jeszcze nigdy od tylu lat, na tylu granicach nie podejrzewał, że jeżdżę na lewym paszporcie. „Przecież to ja”. Uśmiecham się, starając w ten sposób przekonać kobietę. Gani mnie i każe spoważnieć, prowadząc dalej swoje śledztwo. W końcu, nie do końca pewna, pozwala jechać. 12 godzina I znów słyszę coś o sensie istnienia, jakby przez ścianę docierają do mnie strzępy słów. 13 godzina Oglądam Lwów przez pokrytą kroplami deszczu szybę. Kocie łby ulic lśnią w porannej mżawce. Szaro-brunatne kamienice ustawione jedna przy drugiej nie wyglądają o tej porze atrakcyjnie. Mam wrażenie, że wieje chłodem. Wzdrygam się. Nie wiem czy faktycznie z zimna czy ze zmęczenia. 14 godzina Odprawiamy się jako jedni z ostatnich. Może to i dobrze, bo samolot  zapełniany jest od tyłu. Dzięki temu ląduję na przodzie i mam dla siebie aż trzy miejsca. Ale będzie się spało!, rozkoszuję się przez chwilę tą myślą i niemal momentalnie zasypiam. 15 godzina Zmęczenie odcięło mnie od rzeczywistości. Jak przez grubą ceglastą ścianę, do moich uszu docierają jedynie fragmenty tureckich rozmów. Widać, że zmęczenie jest ogromne, bo tak naprawdę w samolocie panuje rwetes, a mimo wszystko śpię. 16 godzina Czternaście. Tyle z nami czterema było kobiet na pokładzie. Pierwszy raz widzę samolot tak obstawiony przez płeć męską. Stambuł 17 godzina Siedemnasta godzina przemieszczania się, ale tak naprawdę to już trzydziesta ósma bycia w drodze. Rozmowy o książkach. Różne. Chciałabym spać, ale za moim fotelem siedzi małe dziecko. I wyje. I kopie w siedzenie i szarpie za rączkę. W sumie nic nowego, bo w samolocie zawsze koło mnie, za mną albo przede mną siedzi płaczące dziecko. Taka karma. Po dwudziestu minutach odwracam się do tyłu. Składam ręce w błagalnym geście. Mam nadzieję, że rozumieją. Zrozumieli. 18 godzina Śmiesznie. A może raczej tragicznie. Samolot wylądował. Na wszystkich kobiecych głowach z luźno puszczonymi dotąd włosami, twórczo ufryzowanymi, lądują chusty. Na mojej też. Teheran 19 godzina Autobus klasy VIP. Tyle się nasłuchałam o irańskich „wipach”, że luksusy, że ciepłe posiłki, że siedzenia prawie rozkładane jak łóżka. A tu ani obiecanych łóżek, ani ciepłych posiłków, ani (oczywiście!) toalety. Chyba rozbestwiłam się w chilijskich autobusach. 20-21 godzina Sen przerywam od czasu do czasu otwarciem jednego oka. Jest gorąco. Termometr w autobusie wskazuje 28 stopni w środku. Na zewnątrz 14. 22 godzina Za oknem nie dzieje się nic specjalnego. Mam wrażenie jakbym jechała przez miasteczka Ameryki Środkowej. Mijamy rozwalające się chałupki, sklepiki, stragany z owocami i warzywami. Tylko napisy po persku uświadamiają mi, że jestem w innej części świata. 23 godzina Jednak coś się dzieje. Na poboczach dróg Irańczycy […] The post 24 godziny – Droga do Iranu appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

„Gość w dom, Allah w dom”, czyli o irańskiej gościnności  

O irańskiej gościnności wydawałoby się, że powiedziano i napisano już wszystko. Nic bardziej mylnego. Irańska gościnność to temat, którego nie da się wyczerpać i od nowa wciąż na nowo można snuć historie i przykłady, które będą w stanie zadziwić nawet tego, któremu wydawało się, że widział i przeżył już wszystko. Są jednak rzeczy na tym świecie, które tym, którzy nie byli w Iranie, nawet się nie śniły. Herbata „Czaaaj, czaaaj, czaaaj, czaaaj…” w całym kraju niosło się echo. Czaj pojawiał się wszędzie. Wystarczyło przystanąć na chwilę, by złapać oddech albo załatać dętkę, a już po chwili ktoś biegł z tacą, filiżankami i mnóstwem cukru. Wystarczyła chwila nieuwagi, by w jednej dłoni wylądowała szklaneczka z  napojem, w drugiej zaś herbatnik lub cukierek. Wystarczyło zajechać na zwykły targ rybny, gdzie na poustawianych równo w rzędzie po dwóch stronach ulicy blatach ledwo dyszały ryby i przechadzać się wzdłuż tych blatów, a już sympatyczny mężczyzna w naciśniętej pod skosem czapce wyciągał w naszym kierunku tacę z herbatą. Kiedy oni zdążyli ją zrobić?!. Jakby na nas czekali od dawna. Często miałam wrażenie, że oni faktycznie na nas czekają, bo informacja, że w okolicach pojawiła się piątka rowerzystów z jakiegoś egzotycznego kraju rozchodziła się w mig. Bywało, że słyszałam jak ktoś wołał za nami: „Lechistan” (czyli w języku irańskim Polska), a przecież nikt z nas nie zdążył nawet powiedzieć, skąd pochodzimy. Herbata zwykle lała się strumieniami. Dostawaliśmy ją na każdym kroku i tak do niej przywykliśmy, że pijaliśmy ją nawet wtedy, gdy przyszły upały. Irańska gościnność czy taaro’f Oprócz herbaty były też zaproszenia na obiady, częstowanie przez właścicieli sklepów smakołykami i załatwianie nam tego, co chcieliśmy kupić, a czego w sklepie nie było. „Chcecie chleb?” Pewnie, że chcemy, tylko w wiosce nie natknęliśmy się na żadną piekarnię. „Ale to przecież nie problem”. Już ktoś wsiada na motor i jedzie nie wiadomo gdzie (czasami miało się wrażenie, że do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów większego miasta, bo czekanie trwało długo). Przy każdym zaproszeniu czy każdym zbyt hojnym geście, dopytywaliśmy: czy aby na pewno, czy to nie jest problem? Czasami po kilka razy, by mieć pewność, że ludźmi kieruje szczera chęć ugoszczenia nas i poznania, a nie taaro’f, czyli dość skomplikowana irańska formuła grzecznościowa. Taaro’f jest trudny do wytłumaczenia, ale jeszcze trudniejszy do pojęcia przez obcokrajowca. My mamy w zwyczaju, że nie proponujemy raczej komuś czegoś (np. noclegu), jeśli tego naprawdę nie chcemy. No może niektórzy czasem tak robią, mając nadzieję, że zapraszany i tak odmówi, a oni pokażą się z dobrej strony. No cóż, u Irańczyków to bardziej złożona sprawa. Irańczyk długo będzie się upierał przy swoim i taka przepychanka z uprzejmościami „ależ proszę” i „nie, nie, nie mogę tego przyjąć” może trwać wieczność. My przyjęliśmy zasadę, że jeżeli trzy do pięciu razy pytamy i ktoś dalej upiera się przy swoim, przyjmujemy zaproszenie czy hojny gest. Irańska gościnność może więc czasem wynikać z ich kultury, a nie szczerych chęci. Wydaje mi się jednak, że gościnność, której zaznaliśmy była podyktowana tym drugim, choć mam podejrzenie, że przede wszystkim ogromną ciekawością nas – turystów, rowerzystów z Polski (Bo, po co ktoś miałby jechać przez ich kraj rowerem?!, pytało wielu.) Długo by wspominać też drobne gesty jak częstowanie ciastkami z jadącego obok samochodu, czy wyskakiwanie na drogę, by nakarmić nas rodzynkami czy czymkolwiek, co znalazło się akurat pod ręką. O niezliczonych pomocach przy pompowaniu roweru (nie ważne, że raz pan tak mi pomagał, że złamał klocek hamulcowy), łataniu dętki czy znalezieniu właściwej drogi, a nawet pchaniu roweru w górach (nawet w wydawałoby się wyludnionych górach znalazł się ktoś, kto chciał nam pomóc). I nieważne, że ta pomoc czasem bardziej przeszkadzała, bo i tak każdorazowo wprowadzała w zdumienie. Gość w dom, Allah w dom – Macie gdzie spać? Zaprzeczamy ruchem głowy. – To zapraszam do nas. – Ale na pewno? Na pewno? To nie problem? – Nie problem. – Ale na pewno? – Na pewno. – Na pewno nie problem? – Na pewno. – …itd. Rozmowa zwykle wyglądała tak samo. Czasem trwała dłużej, czasem krócej, częściej niż po angielsku, była prowadzona w mieszance polsko-farsi, a czasami w postaci kalambur jak nasza rozmowa z przesympatycznym Habibem. Habib, który lubił kalambury Dopadł nas na plaży, na której mieliśmy plan właśnie się rozbić. Nie docierało do niego, że my nic, ale to nic w farsi nie rozumiemy. Gadał jak najęty, a my tylko staliśmy i patrzyliśmy się na niego, dorzucając do jego zagadkowego monologu zdania po polsku (bo w sumie jedna cholera czy mówilibyśmy do niego po polsku, angielsku czy chińsku i tak by nas nie zrozumiał tak samo jak my jego). Rzuciliśmy mu jedynie kilka znanych słów, czyli „szab” i „czador” (co miało znaczyć, że śpimy w namiocie) i próbowaliśmy sami sobie tłumaczyć, co też on „chyba” powiedział.  – Ja myślę, że jemu chodzi o to, że…, – A mi się wydaje, że jednak o… – przerzucaliśmy się nawzajem naszymi pomysłami, parskając w końcu niepohamowanym śmiechem. Kolejna abstrakcyjna sytuacja w Iranie. Habib był jednak uparty. Zaczął improwizować, rysować na piasku, odgrywać scenki. – Tak, pantomim, pantomim! – zachęcaliśmy go, gdy na chwilę zapominał się i wracał do gadania zamiast do pokazywania. Z jego pantomimy i słów (rzucał non stop słowo ru be ru*, które przetłumaczyliśmy sobie jako kradzież) uznaliśmy, że chce nam pokazać bezpieczniejsze miejsce na rozbicie namiotu. Ruszyliśmy za nim. – Chyba prowadzi nas do siebie. – Chyba chce byśmy u niego w ogródku się rozbili – Zgadywaliśmy dalej. Nikt nie miał jednak pewności, czego tak naprawdę chce Habib, dopóki nie otworzył drzwi od swojego domu na oścież, żonie kazał się przenieść na górę i zostawił nam na noc całe piętro mieszkania wraz z łazienką i kuchnią. I nie było dyskusji. Dyskusji nie było też w… …Binalood – w mieście, w którym nikogo nie ma A przynajmniej tak nam się wydawało, że nikt tam nie mieszka. Miasto wyglądało jakby dopiero co zostało wybudowane. Lśnił świeżością gładki asfalt, po którym nic nie jeździło i luksusowe budynki mieszkalne, których nikt nie zasiedlał. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po wyjeździe z miasta, jakieś dwadzieścia kilometrów dalej, drogę […] The post „Gość w dom, Allah w dom”, czyli o irańskiej gościnności   appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Wywiad z Ewą Jermakowicz – Podróże są dla mnie priorytetem

Ewa Jermakowicz – na co dzień pracuje w korporacji, a na podróże wykorzystuje cały swój urlop. Choć podróżuje od dziecka to prawdziwego podróżniczego bakcyla złapała podczas miesięcznej wyprawy do Tajlandii. Od tamtego czasu, co roku wraca na swój ukochany kontynent. Poza Azją zwiedza Europę, a ostatnio „odkrywała” Amerykę Północną. Zazwyczaj jeździ w pojedynkę, bez konkretnego planu i dużego budżetu. Na swoim blogu www.ruszwpodroz.pl pokazuje, że samotne podróże są pasjonujące i pełne niesamowitych momentów, pozwalających na poznanie siebie i otaczającego świata. Interesują ją różnice kulturowe i ich wpływ na codzienne życie, podróże oraz pracę.   - Wiele osób chce podróżować, ale twierdzi, że nie może sobie na to pozwolić, bo ma tylko dwadzieścia sześć dni urlopu. Ty pracujesz na etacie i na swoim blogu udowadniasz, że pracę można pogodzić z pasją podróżniczą. Ewa: Wszystko jest kwestią ustalenia priorytetów. Moim priorytetem są podróże i chyba wszyscy o tym dobrze wiedzą. Zdają sobie sprawę, że bez podróżowania nie potrafię funkcjonować. Wykorzystuję wyłącznie 26 dni urlopu, który ma każdy pracujący na etacie. Nie korzystam z możliwości brania urlopów bezpłatnych. Jeśli jednak pracuję w nadgodzinach to staram się je raportować i później odbierać. Ostatnio wyszło, że jestem jedyną osobą w zespole, która raportuje nadgodziny, mimo że niemal wszyscy je robią. Ale dzięki temu w zeszłym roku byłam w podróży ponad sto pięćdziesiąt dni. Więcej niż siedemdziesiąt z nich to podróże prywatne, reszta delegacje. – Sama pracowałam na etacie i pamiętam, jaki miałam problem z tymi ustawowymi dwudziestoma sześcioma dniami. Ciągle brakowało mi urlopu. Przecież to tak niewiele. Nie uważasz? Ewa: Oczywiście, że chciałoby się mieć więcej urlopu, ale dwadzieścia sześć dni to wcale nie jest tak mało. To ponad pięć tygodni wolnego, jeśli wliczyć w to dni świąteczne i inne standardowe dni wolne, które każdy z nas ma. Mam to szczęście, że wyjeżdżam też w delegacje zagraniczne. I wówczas staram się wykorzystywać weekendy na zobaczenie i poznanie danego miejsca, a czasami przedłużam taki wyjazd, biorąc kilka dni urlopu. Tak było w zeszłym roku, kiedy w ramach pracy wyjechałam na dwa tygodnie do San Francisco. W mieście spędziłam dwa tygodnie, a potem wzięłam jeszcze pięć dni urlopu i wraz z dwoma weekendami zyskałam dziewięć dni wolnego, które mogłam poświęcić na zwiedzenie zachodnich Stanów. – Opowiedz trochę o swojej pracy. Wiele osób pewnie słysząc o twoich wojażach, w tym tych służbowych, zastanawia się, co dokładnie robisz. Ewa: Jestem kierownikiem projektów informatycznych. Kieruję zespołem około dwudziestu osób. To są ludzie ze Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych i z Wielkiej Brytanii. Moje podróże odbywają się jednak głównie w kierunku Bazylei, gdzie jestem kilka razy w roku, a obecnie przez trzy miesiące mieszkam. W San Francisco w podróży służbowej byłam po raz pierwszy w zeszłym roku i niestety na razie ponowna wizyta w Stanach się nie zapowiada. – Każdemu wydaje się, że wyjazd musi się wiązać z kilkunastodniowym czy kilkutygodniowym urlopem. A tak naprawdę wystarczy ruszyć się gdzieś w weekend, nawet kilkanaście kilometrów od domu, by odpocząć, poznać nowe miejsca, nowych ludzi i zrobić coś fajnego, czego wcześniej się nie próbowało. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Ewa: W zeszłym roku moim postanowieniem noworocznym było, żeby przynajmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać. I udało się. Zaczęłam w styczniu od wyjazdu do Gołuchowa. Tylko i wyłącznie na jeden dzień, ale odwiedziłam interesujące miejsca, zwiedziłam przepiękny zamek, no i przede wszystkim, mimo że to był tylko jeden dzień, poczułam się jak na wakacjach. Potem, co miesiąc wyjeżdżałam, a to w Góry Sowie, a to odwiedzałam ciekawe miejsca w Wielkopolsce, gdzie próbowałam jazdy na nartach wodnych, pływałam na kajakach, na tratwie i próbowałam nieznanych dla mnie dotąd sportów wodnych. A Wielkopolska to moje okolice i okazało się, że to one najwięcej mi dały. Spędziłam trzy naprawdę fantastyczne weekendy i to właściwie kilka kroków od domu. Byłam też w Berlinie w ramach akcji z Deutsche Bahn i w Japonii. – A wiec trochę tych weekendowych wyjazdów związanych było nie z pracą, ale z twoją działalnością blogową. Ci, którzy prowadzą dłużej blogi, wiedzą jak w takich akcjach można wziąć udział, ale opowiedz może tym, którzy nie mają o tym pojęcia. Ewa: Na pewno trzeba najpierw coś pokazać. Nie znam osób, które prowadziłyby miesiąc bloga i już otrzymywały oferty współpracy. Ja miałam trochę szczęścia, bo polecił mnie kolega po fachu, który na „drabinie” blogosfery jest nieco wyżej ode mnie (śmiech). Polecił mnie do obu projektów i z Deutsche Bahn, i z Visit Wielkopolska. Natomiast warto, jeśli mamy jakiś fajny pomysł na akcję, samemu zgłosić się z propozycją do osoby odpowiedzialnej za promocję danego regionu/miasta. Wiem, że niektóre osoby w ten sposób działają i na przykład podróżują od lat, nie płacąc w ogóle za noclegi. – I przy okazji noclegów wyszła od razu kwestia pieniędzy. Ale nie będę z Tobą o tym rozmawiać. Choć to jeden z ulubionych tematów wszystkich, którzy chcieliby podróżować, ale twierdzą, że ich nie stać i uważają, że tych, co stać, na pewno finansują rodzice, bogaty kochanek, a jeśli takowych brak, to na pewno zdobywają te pieniądze w jakiś niegodziwy sposób. U Ciebie sprawa jest oczywista: pracujesz w korporacji na stanowisku kierownika i po prostu na podróże zarabiasz. Ewa: (śmiech) Mimo wszystko mogę dorzucić swoje trzy grosze. Wspomniałam, że dla mnie podróże są priorytetem. I na przykład: miałam samochód (piętnastoletni) uziemiony przez pięć miesięcy, bo naprawa miała mnie kosztować półtora tysiąca złotych. Nowego kupować nie będę, bo wolę gdzieś za te pieniądze wyjechać. W przedpokoju nie mam szafy, która buduje się od siedmiu lat, bo wolę pojechać w podróż, a kanapę mam odziedziczoną po siostrzenicy, bo wolę pojechać w podróż (śmiech). Tak oto następuje rozwiązanie zagadki: skąd się biorą pieniądze na podróże. (śmiech) – Zaczęłam rozmowę nie od tej strony co trzeba, bo powinnam pewnie zacząć od najbanalniejszego pytania. Chciałam jednak zmylić czytelników, udając, że ono nie padnie (śmiech). Dokąd i kiedy odbyła się twoja pierwsza podróż? Ewa: Jest to dla mnie dość trudne pytanie, bo odpowiedź mogę rozdzielić na dwie części. Podróżuję właściwie od dziecka. Miałam 10 lat, gdy mój ojciec założył firmę transportową i zaczął zabierać mnie ze sobą w drogę. Dzięki temu zwiedziłam trochę Polski […] The post Wywiad z Ewą Jermakowicz – Podróże są dla mnie priorytetem appeared first on B*Anita Blog.

BANITA

Spotkania z irańską policją

O tym, że istnieje w Iranie policja religijna, która kontroluje przede wszystkim prowadzenie się kobiet, a więc to czy mają hidżab na głowie, czy rękaw bluzki nie jest zbyt krótki, a tunika na pewno sięga do kolan, zasłaniając pełne pokusy kobiece kształty, wiedziałam nim postawiłam na ziemi irańskiej pierwszy krok. Zastanawiałam się jednak jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Czy policja da nam turystom spokój czy jednak będzie nam sprawiać kłopoty? Spotkanie pierwsze – Teheran, lotnisko W oczy rzuca się długość kolejki. No właśnie, kolejka jest wyjątkowo krótka. Zwykle do okienka przeznaczonego dla obcokrajowców, czeka tłum. W Iranie jest inaczej. Policjant bierze ode mnie paszport. Uśmiecha się przyjaźnie. Przygląda się pierwszej stronie. „Ile ma pani lat?” 34, odpowiadam, podciągając chustę, która cały czas zsuwa mi się z włosów. „Wygląda pani na 25”, stwierdza i szczerzy się figlarnie. Ha, komplemenciarz. „A ja ile mam lat według pani?”. Pytanie zaskakuje mnie. W końcu jestem na lotnisku i odpowiadam przed urzędnikiem państwowym. Dwadzieścia, odpowiadam tak na wszelki wypadek, chcąc sprawić mu przyjemność. Uśmiecha się jeszcze szczerzej. Wbija pieczątkę i życzy miłego pobytu. Czyżby tak miały wyglądać kontakty z irańską policją? Czy to tylko sztuczka, by na początku uśpić naszą czujność? Spotkanie drugie – Bandar Kiya Shahr Jest późno, a my wciąż nie mamy noclegu. W parku miejskim, w którym moglibyśmy się ewentualnie rozbić, trwa impreza na całego. W końcu Irańczycy obchodzą swój Nowy Rok. Jeździmy w kółko, szukając jakiejś szkoły, w której pozwolono by nam się przespać na podłodze. „Skąd jesteście?”, „Co tu robicie?, „Zapraszamy was do nas. Mamy mało miejsca, ale się zmieścimy”. To Paryo, młoda dziewczyna, całkiem nieźle mówiąca po angielsku, zatrzymuje się przy nas z rodzicami. Jedziemy do nich, ale jeszcze nim docieramy do domu, musimy obowiązkowo zaliczyć wizytę na posterunku policji. Bo niby trzeba dokumenty jakieś podpisać, pokazać paszporty, bo Irańczycy nie mogą tak po prostu gościć obcokrajowców. Wizyta zaliczona, ale i tak zanim jeszcze wchodzimy do mieszkania, pojawia się dwóch mężczyzn. To policja, oznajmia ojciec rodziny. Pokażcie im paszporty. Znowu?, dziwię się, ale mimo nieufności, nie dyskutuję. Nie wiem jeszcze, jakie tu są zwyczaje. Mężczyźni nie wyglądają na gliniarzy, nawet nie machnęli nam przed nosem żadnym dokumentem. Nie ma jednak dyskusji. Wertują paszporty, gadają coś w farsi. W końcu opuszczają garaż, w którym rozpakowujemy nasze rowery. Zostaje po nich na posadzce torebeczka z marihuaną, którą znajduje po chwili nasz gospodarz. To wasze? Nie, nie nasze! Absolutnie! Torebka wypadła przypadkiem? A może ktoś próbował nam ją podrzucić? Lepiej zmywajmy się stąd rano szybko. Spotkanie trzecie – Chalandar Nocleg? Szkoła? Rzucamy znane nam już słowa w farsi. Woźna przygląda nam się nieufnie. Nie bardzo wie, czego od niej chcemy. Pokazujemy kartkę z zeszytu zapisaną od lewej do prawej po persku. Jest na niej w skrócie opisana nasza historia. Potem idzie w ruch telefon. W Iranie każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto choć trochę mówi po angielsku. „Aha, potrzebujecie noclegu?” „Jedno z was jest chore?”. Woźna zaprasza do swojego mieszkanka. Siadamy na podłodze w dziecięcym pokoju. Za chwilę ląduje przed nami posrebrzana taca z pięcioma filiżankami, dzbanuszek z herbatą i cukiernica z kostkami cukru. Czekamy przez prawie dwie godziny. W tym czasie patrzę na białe ściany pokoju i na dziwaczne dekoracje, na przymocowane pod sufitem miśki i lalki. Wyglądają jak ukrzyżowane. I znów pojawia się policja. Znów sprawdzają dokumenty, wertują kartki, sprawdzają daty wiz, gdzieś dzwonią. Na ich nieszczęście wszystko się zgadza. Dopiero teraz możemy iść do mieszkania, w którym zorganizowano dla nas nocleg. Spotkanie czwarte – Hije Wyraźnie słychać, że ktoś gwiżdże. Kątem oka dostrzegam, machającą rękami postać. To chyba z posterunku policji nas wołają, sugeruję ekipie. Nie zatrzymujemy się jednak, mając nadzieję, że nie będzie im się chciało nas gonić. Jednak się chce. Zawracamy, eskortowani przez nich. Pod wiatr i pod górę, całe szczęście tylko kawałek. Na posterunku wita nas szef, każe podać paszporty i wydaje rozkaz podania „gościom” herbaty. Po chwili dostajemy też ciastka i cukierki. Nie zadajemy pytań w stylu, po co nas tu trzymacie czy ile to będzie trwało. Nie ma sensu. Czekamy cierpliwie na ciąg dalszy, bo taki niewątpliwie nastąpi i z całą pewnością będzie niezwykle ciekawy. A może nocleg na posterunku, w celi?! Byłby czad! Panowie przeglądają paszporty, coś spisują, robią adnotacje, czasem dopytają coś w farsi, a nam pozostaje zgadywać, o co im chodzi. W końcu każą podpisać się i zwracają dokumenty. W międzyczasie zjawiają się nowi policjanci, posterunkowi, pracownicy. Chcą nas pooglądać. W końcu taka atrakcja w Iranie, a z całą pewnością w takim małym Hije, nie trafia się często. Ktoś dzwoni i po chwili znów wyciągamy paszporty. Trzeba zrobić kopie. Znów nas o coś wypytują, znów dolewają herbaty. Po ponad godzinie przyjeżdża miejscowy magnat, u którego mamy zostać na noc. Nie mijają dwie godziny, gdy policjanci stukają do drzwi domu naszego gospodarza. Znów paszporty?! Od tego oglądania znacie je już chyba na pamięć, chce się rzec. Nie ma jednak dyskusji. Paszporty muszą trafić na posterunek i można je odebrać rano przed wyjazdem. Czy na pewno je potrzebują a może chcą mieć pewność, że nigdzie się bez ich wiedzy z rana nie ruszymy? Spotkanie piąte – Nyhabe  „What your name?”. Przede mną stoi mundurowy. Rozpakowuję właśnie sakwy. Spoglądam na niego kątem oka. „Że co chcesz?” mówię po polsku. „What your name”. Na cholerę ci moje imię?! Nie wysilam się nawet na mówienie po angielsku, bo wiem, że to jego „what you name” to jest wszystko na co go stać. Udaję, że nie wiem, o co mu chodzi. Odwracam się i wracam do knajpki, w której robimy przerwę na obiad. Gliniarz nie daje jednak za wygraną, „What you name” tym razem zwraca się do reszty ekipy. Widać, że nie satysfakcjonują go nasze odpowiedzi. Bo jak tu zrozumieć choćby takie nazwisko Demianowicz?  „Pasport”!, pada w końcu moje ulubione hasło. Policjant zgarnia wszystkie i zapamiętale je kartkuje, przyglądając się z namaszczeniem każdej stronie. Tego, czego zdążyliśmy się już nauczyć w kontaktach z irańską policją, że nie należy sobie za bardzo zawracać nimi głowy. Niech przegląda, niech się głowi. My i tak finalnie będziemy musieli […] The post Spotkania z irańską policją appeared first on .

BANITA

Wrota Piekieł – Gdzie diabeł mówi dobranoc

Turkmenistan to bardzo zamknięty kraj. Rocznie odwiedza go tylko kilka tysięcy turystów. Wielu jedzie tam po to, aby zobaczyć Wrota Piekieł, znajdujące się niedaleko wioski Derweze na pustyni Kara-kum. Pięć miesięcy wcześniej – Do Iranu?!!! Ale tam jest tak niebezpiecznie! – Głos mojej mamy załamywał się. – Już wolałam jak sama jeździłaś po tej całej Ameryce Środkowej… – Ale w Iranie jest super bezpiecznie – przekonywałam. – Wiele z moich koleżanek uważa, że to najbezpieczniejszy kraj dla podróżujących samotnie kobiet. A ja nie będę sama, tylko z czterema innymi osobami. Mama westchnęła. Wiedziała, że i tak nie ma wpływu na moje decyzje. – W sumie lepiej może, że do tego Iranu jedziesz niż do Turkmenistanu – Dała za wygraną. – Widziałam ostatnio zdjęcia z tzw. Wrót Piekieł. Nie chciałabym, żebyś przypadkiem do nich wpadła. Uśmiechnęłam się. Po pierwsze, dlatego że moja mama zawsze wymyśla niestworzone historie, które mogą mi się przydarzyć, a po drugie, dlatego że… – Wiesz, mamo… jakby ci to powiedzieć… tak się składa, że…hmm… Turkmenistan i Wrota Piekieł też mamy w planach.   Miesiąc wcześniej – Myślisz, że damy radę? Że dojedziemy? Wiedziałam, że Kamili też bardzo zależało na dotarciu do Wrót Piekieł. Między innymi, dlatego pierwotny plan, według którego mieliśmy pedałować tylko przez Iran, rozrósł się na Turkmenistan, choć jeszcze na dwa tygodnie przed wyjazdem w ogóle nie wiedzieliśmy czy uda się nam do niego wjechać. Niewielu turystów dostaje wizy, choć pewnie i niewielu się o nie stara. Mało bowiem o tym kraju wiadomo. Turkmenistan uznawany jest za jeden z najbardziej zamkniętych dla turystów krajów. Rocznie odwiedza go tylko około 7000 osób. Nam się jednak udało. Wprawdzie przyznane wizy były jedynie tranzytowymi, na marne pięć dni, ale darowanemu…sami wiecie co. Dobre i pięć dni. W tym czasie musieliśmy przejechać na rowerze prawie 200 km dzielące nas od granicy z miasteczkiem Mary, w którym mieliśmy przekazać rowery i pałeczkę sztafetową szóstemu etapowi, znaleźć transport do Derweze, pokonać prawie tysiąc kilometrów, w większości przez pustynie, dotrzeć do Wrót Piekieł i wrócić do stolicy, by zdążyć wylecieć z kraju nim minie nam ważność wizy. – Będzie wyścig z czasem. Ale damy radę. Wiedziałam, że skoro Kamila tak mówi, to tak właśnie będzie. Miesiąc później Kierowca znalazł się dość szybko. Pertraktacje finansowe trwały jednak długo. Właściwie miałam wrażenie, że w Mary nie ma żadnego innego zawodu, tylko taksówkarze. W okolicach dworca kolejowego i autobusowego stały dziesiątki samochodów różnych marek, mniejsze i większe, których właściciele nie dawali spokojnie przejść, oferując swoje niezawodne usługi. Nasz kierowca pochodził z Aszchabadu. Przywiózł uczestników V etapu i zgodził się nam pomóc, oczywiście za godziwą zapłatę. Nie mieliśmy wyjścia. Do końca wizy zostały nam dwa dni i tysiąc kilometrów do pokonania. Nie wiedzieliśmy, jakie drogi na nas czekają. Można bowiem pokonać tysiąc kilometrów w kilka godzin, a można i w kilka dni. Wszystko zależy od nawierzchni. Po drogach turkmeńskich wiele się nie spodziewaliśmy albo raczej spodziewaliśmy się wszystkiego, oprócz tego, że będzie to gładki lśniący asfalt. Mieliśmy już doświadczenie w tym temacie. Pokonywaliśmy rowerem drogi, które czasami na wielokilometrowych odcinkach wyglądały jakby zostały niedawno zbombardowane. Żartowaliśmy, że gdy ktoś z nas wjeżdżał w taką dziurę, to na chwilę traciliśmy go z oczu. Trasa do stolicy, a potem do Derweze na mapie oznaczona została czerwoną kreską, czyli jako główna droga. Zwykle, gdy widzimy na mapie takie oznaczenie to wiemy, że jak nic czeka nas asfalt, droga ekspresowa czy autostrada. Tylko, że w tych regionach, wcześniej w Iranie czy tu w Turkmenistanie  wiedzieliśmy, że mapa sobie, a rzeczywistość sobie. Godzina przed Słońce na pustyni zachodziło jakby szybciej. Do wioski Derweze dotarliśmy już o zachodzie. Na horyzoncie, gdzieś w oddali, na środku pustyni Kara-kum dostrzegałam łunę. To tam, na pewno tam są wrota. Ale tam trzeba już jechać samochodem 4×4, bo tam piasek i wydmy. Zwykły samochód nie da rady. Trzeba było znaleźć nowego kierowcę, a takich, którzy posiadaliby samochód terenowy, w Derweze doliczyć się można było sztuk jeden. Według informacji od miejscowych dawniej było ich więcej, ale przeniesiono wioskę nieco dalej i sporo osób rozjechało się w różnych kierunkach. Został więc tylko jeden pastuszek (tak, pastuszek, który posiada samochód terenowy 4×4, czaicie to?), który dysponuje samochodem terenowym i może za odpowiednią sumę zabrać nas do wrót. Cena była nienegecjowalna, ale po raz kolejny wyjścia nie było. Gonił nas czas. Gdybyśmy dotarli jeszcze za dnia, można byłoby pójść na piechotę, ale teraz, po ciemku… Wsiedliśmy do terenówki. Godzina Zero Serce biło mi mocniej. Wiedziałam, że to głupie, bo przecież czym tu się emocjonować, przecież Wrota Piekieł to tak naprawdę zwykła wielka dziura w ziemi (o średnicy70 metrów i głębokości około 25 metrów), która płonie od 44 lat i to jeszcze w wyniku głupoty ludzkiej. Ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Czekałam na ten dzień bardzo długo. To była moja wisienka na torcie i od momentu, gdy dowiedziałam się, że jedziemy do Turkmenistanu, Wrota Piekieł stały się dla mnie głównym celem wyjazdu. Teraz byłam już tak blisko. Szłam w stronę „krateru” jak zahipnotyzowana, przyciągana blaskiem płomieni, mieniących się całą paletą czerwonych i pomarańczowych odcieni. Wokół było czarno. Musiałam patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć i nie przewrócić, ale płomienie oślepiały mnie i gdy spoglądałam pod nogi, nie byłam przez dłuższą chwilę w stanie dojrzeć czegokolwiek innego. Oczy raz oślepiane żarem, potrzebowały kilku chwil, by na nowo przyzwyczaić się do ciemności. Podeszłam do krateru. Podmuch ciepła był gwałtowny. Ścisnęło mnie w gardle. Z wrażenia, ze wzruszenia. Byłam w miejscu, o którego odwiedzeniu długo marzyłam. W takich chwilach zawsze się wzruszam. Turkmenistan to kraj, który żyje ze złóż gazu i dzięki nim może budować pałace, ramy okienne i dachy pokrywać złotem, a także stawiać przedziwne konstrukcje, które nie wiadomo czy mają zachwycać, czy też przerażać (tak jest w stolicy kraju-Aszchabadzie). Gaz jest niemal wszędzie, ale w 1971 roku właśnie w Derweze znaleziono bogate jego złoża. W trakcie odwiertów, podłoże na którym stała wiertnia, zapadło się (ponoć w wyniku gwałtownej zmiany ciśnienia złożowego) i stworzyło krater. Gaz zaczął się ulatniać, a przestraszeni sowieccy inżynierowie postanowili temu zaradzić. Wpadli na pomysł pozbycia się […] The post Wrota Piekieł – Gdzie diabeł mówi dobranoc appeared first on .

BANITA

Wolno podróżować

W życiu jak w podróży, nie chodzi o przebyty dystans – liczy się głębokość przeżycia. Dan Kieran, „O wolnym podróżowaniu”   Przepisowe dwadzieścia sześć dni urlopu i wyścig z czasem, żeby jak najwięcej zobaczyć, zwiedzić, dotknąć, poczuć, posmakować. A odpoczynek? Przydałby się. Od tego przecież jest urlop. Na etacie moje powroty z dwu, trzytygodniowych wakacji wymagały zwykle kolejnego tygodnia wolnego, po to tylko, by złapać oddech po maratonie, który sobie fundowałam na urlopie. Bo zamiast faktycznie zresetować umysł i na ten krótki czas zrezygnować z codziennej gonitwy – pędziłam, chcąc w pełni wykorzystać każdą nanosekundę.  Często wieczorami padałam na twarz. Kłaść się spać jednak nie chciałam, bo przecież im wcześniej się położę, tym szybciej będzie jutro, a każde „jutro” przybliżało do powrotu do pracy. No cóż, taka moja pokręcona logika. Długie dojrzewanie Do podróżowania tak, samo jak do whisky, trzeba dojrzeć. Potrzebny jest czas, by zrozumieć, że nie warto jej smaku zabijać colą, że trzeba się nią delektować powoli, w małych ilościach, doceniając bukiet smakowo-zapachowy. Mądrzę się trochę teraz, bo whisky nie lubię i pewnie nie dorosnę na tyle, by zmienić zdanie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że z podróżami jest tak samo. Nie da się tego pojąć i zmienić od razu. Niektórzy nigdy nie będą w stanie przetłumaczyć sobie, że warto zwolnić, zatrzymać się, przysłuchać i popatrzeć, zamiast gnać, zaliczając kolejne atrakcje, które wcale nie czynią naszego życia lepszym, piękniejszym czy bardziej wartościowym. Tak, jak niektórzy zawsze będą pili whisky z colą. Po rozstaniu z etatem, wolnych dni się namnożyło. Mogłam je dzielić, rozczłonkowywać, pławiąc się w rozkosznym nieróbstwie. W końcu mogłam mieć tyle czasu na podróżowanie i chłonięcie, ile chciałam. A wciąż nie umiałam sobie z tym poradzić. Miałam zakodowane w podświadomości: pośpiech i zaliczanie atrakcji. Potrzebowałam czasu, by się przyzwyczaić do myśli, że wcale już nie muszę się nigdzie spieszyć. Chociaż prawdę mówiąc, mając 26 dni urlopu też nie musiałam. Miałam jednak sto pięćdziesiąt dni na podróż przez Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk, a w głowie wciąż te same myśli, co przy pięciu tygodniach urlopu na etacie: że to może pierwsza i ostatnia taka podróż, bo będzie potem trzeba wrócić na etat, że może już tu nie wrócę, więc znów trzeba pędzić, gnać, odwiedzić wszystkie ruiny majańskie, azteckie, wejść na wszystkie szczyty, przedreptać każdą uliczkę. Napchać się do syta i nie ważne, że potem padnie się na twarz, bo padnie się przecież zwyciężonym, odhaczając z listy kolejne punkty zwiedzania. Aż w końcu… zaczęłam podróżować, a nie tylko zmierzać do celu. Zaczęłam zwalniać, tłumaczyć sobie, że i tak wszystkiego nigdy nie zobaczę, że nigdy nie poznam skrawek po skrawku żadnego kraju przy jednorazowej kilkutygodniowej czy nawet kilkumiesięcznej wizycie. Potem zaczynałam rozumieć, że wcale nie muszę wszystkiego zobaczyć. Ba, nie muszę nawet oglądać tego, co oficjalnie uznane jest jako „must see”. Autor książki „O wolnym podróżowaniu” krytykuje „zwyczaj pobieżnego oglądania licznych atrakcji, bez prawdziwego ich doświadczania.” Pomstuje, a raczej może współczuje tym, którzy „do domu zabierają jedynie napuszoną dumę z racji tego, że na własne oczy widzieli jakiś kościół czy malowidło”, traktując podróżowanie bardziej jako zawody: kto więcej zobaczy, więcej krajów odwiedzi. Ile razy spotykałam się z pytaniami od innych turystów: czy widziałam to a tamto, czy byłam w tym i tamtym miejscu. Zaprzeczenie wzbudzało nawet nie zaskoczenie, ale wręcz oburzenie. Przez chwilę wzbudzali we mnie poczucie winy, że nie chcę iść i tracić czasu na jakieś muzeum czy kościół, które wcale nie sprawiłby, że moje życie stałoby się lepsze, a podróż pełniejsza. Potrzebowałam jednak czasu, by to zrozumieć i pojąć, że zdarza się nam odwiedzać miejsca w jakimś „fałszywym poczuciu obowiązku”, któremu ja – porządna i obowiązkowa, wzorowa uczennica – starałam się sprostać. Bez sensu. Nie mówię, że w takie miejsca nie chodzę już wcale, ale zauważyłam, że coraz mniej tego potrzebuję. Przekonałam się, że: „Kiedy zmierzamy w kierunku odwrotnym niż ludzie dookoła, zazwyczaj okazuje się, że idziemy w stronę bardziej interesującą” i że „Kiedy podróżuję tak jak wszyscy, mam wrażenie, że nie podróżuję wcale”. I to zachwycanie się miejscami, które wcale nie wzbudzają naszego zachwytu, a często rozczarowują. Skoro już przebyliśmy taki kawał świata i tyle wydaliśmy na podróż, bilety wstępu to nie możemy się nie zachwycać, prawda? W ten sposób obnażylibyśmy bezsens naszego wyjazdu. Wydanie pieniędzy straciłoby sens, a na to nikt nie chce pozwolić. Wszystko musi mieć swój sens. Stoimy więc i patrzymy na takie piramidy egipskie, zastanawiając się jak długo powinniśmy się im przyglądać, czy te dwie czy pięć minut to przypadkiem nie za mało. Inni wgapiają się dłużej, często wręcz z namaszczeniem. A może to z nami jest coś nie tak, bo docieramy gdzieś i nagle ekscytacja przepada, bo przecież myśleliśmy, że Sfinks będzie większy, a piramidy nie będą leżały niemal w centrum miasta. „Obchodziłem kościoły, muzea i galerie sztuki – tak wiele, że już dawno pomieszały mi się w głowie – doznając głównie bólu zmęczonych nóg. Zaczynam się zastanawiać czy wszyscy nie padliśmy ofiarą jakiejś zmowy milczenia. Czy w ogóle jest ktoś, kto czuje się takimi rzeczami wzbogacony?”, zastanawia się autor książki „O wolnym podróżowaniu”, wywołując uśmiech na moje twarzy.  „Dlaczego stereotypy są tak kuszące? Dlaczego wszyscy tłoczymy się w tych samych pozbawionych realnego znaczenia miejscach? Dlaczego mam zdjęcia jak stoję na wieży Eiffla w Paryżu, na moście Karola w Pradze, na Schodach Hiszpańskich w Rzymie, na (…) Długo można by jeszcze wymieniać, prawda? Czego tak naprawdę szukamy?”, pyta Dan Kieran i odpowiada, że najprawdopodobniej działamy tak ponieważ znane rzeczy w świecie, porządkują naszą rzeczywistość w trakcie podróży. Trudno nam wyjść poza schemat już znany, poza własną strefę komfortu. Wolne podróżowanie, czyli coś zamiast samolotu Pamiętam zaskoczenie znajomego, gdy oświadczyłam, że do Chorwacji jadę stopem. „A nie wolisz samolotem? Przecież loty teraz są takie tanie! I w dodatku oszczędzasz czas.” A na moje tłumaczenie, że nie o pieniądze chodzi, a przynajmniej nie tylko, ale o przygodę, o kontakt z ludźmi, o doświadczanie i zwyczajne bycie w drodze, delektowanie się nim, widziałam tylko coraz bardziej powiększające się ze zdziwienia oczy. Nie o czas również, ponieważ absurdalnie autostop jako forma świadomego podróżowania, wyjścia poza strefę […] The post Wolno podróżować appeared first on .