BANITA

Wolno podróżować

W życiu jak w podróży, nie chodzi o przebyty dystans – liczy się głębokość przeżycia. Dan Kieran, „O wolnym podróżowaniu”   Przepisowe dwadzieścia sześć dni urlopu i wyścig z czasem, żeby jak najwięcej zobaczyć, zwiedzić, dotknąć, poczuć, posmakować. A odpoczynek? Przydałby się. Od tego przecież jest urlop. Na etacie moje powroty z dwu, trzytygodniowych wakacji wymagały zwykle kolejnego tygodnia wolnego, po to tylko, by złapać oddech po maratonie, który sobie fundowałam na urlopie. Bo zamiast faktycznie zresetować umysł i na ten krótki czas zrezygnować z codziennej gonitwy – pędziłam, chcąc w pełni wykorzystać każdą nanosekundę.  Często wieczorami padałam na twarz. Kłaść się spać jednak nie chciałam, bo przecież im wcześniej się położę, tym szybciej będzie jutro, a każde „jutro” przybliżało do powrotu do pracy. No cóż, taka moja pokręcona logika. Długie dojrzewanie Do podróżowania tak, samo jak do whisky, trzeba dojrzeć. Potrzebny jest czas, by zrozumieć, że nie warto jej smaku zabijać colą, że trzeba się nią delektować powoli, w małych ilościach, doceniając bukiet smakowo-zapachowy. Mądrzę się trochę teraz, bo whisky nie lubię i pewnie nie dorosnę na tyle, by zmienić zdanie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że z podróżami jest tak samo. Nie da się tego pojąć i zmienić od razu. Niektórzy nigdy nie będą w stanie przetłumaczyć sobie, że warto zwolnić, zatrzymać się, przysłuchać i popatrzeć, zamiast gnać, zaliczając kolejne atrakcje, które wcale nie czynią naszego życia lepszym, piękniejszym czy bardziej wartościowym. Tak, jak niektórzy zawsze będą pili whisky z colą. Po rozstaniu z etatem, wolnych dni się namnożyło. Mogłam je dzielić, rozczłonkowywać, pławiąc się w rozkosznym nieróbstwie. W końcu mogłam mieć tyle czasu na podróżowanie i chłonięcie, ile chciałam. A wciąż nie umiałam sobie z tym poradzić. Miałam zakodowane w podświadomości: pośpiech i zaliczanie atrakcji. Potrzebowałam czasu, by się przyzwyczaić do myśli, że wcale już nie muszę się nigdzie spieszyć. Chociaż prawdę mówiąc, mając 26 dni urlopu też nie musiałam. Miałam jednak sto pięćdziesiąt dni na podróż przez Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk, a w głowie wciąż te same myśli, co przy pięciu tygodniach urlopu na etacie: że to może pierwsza i ostatnia taka podróż, bo będzie potem trzeba wrócić na etat, że może już tu nie wrócę, więc znów trzeba pędzić, gnać, odwiedzić wszystkie ruiny majańskie, azteckie, wejść na wszystkie szczyty, przedreptać każdą uliczkę. Napchać się do syta i nie ważne, że potem padnie się na twarz, bo padnie się przecież zwyciężonym, odhaczając z listy kolejne punkty zwiedzania. Aż w końcu… zaczęłam podróżować, a nie tylko zmierzać do celu. Zaczęłam zwalniać, tłumaczyć sobie, że i tak wszystkiego nigdy nie zobaczę, że nigdy nie poznam skrawek po skrawku żadnego kraju przy jednorazowej kilkutygodniowej czy nawet kilkumiesięcznej wizycie. Potem zaczynałam rozumieć, że wcale nie muszę wszystkiego zobaczyć. Ba, nie muszę nawet oglądać tego, co oficjalnie uznane jest jako „must see”. Autor książki „O wolnym podróżowaniu” krytykuje „zwyczaj pobieżnego oglądania licznych atrakcji, bez prawdziwego ich doświadczania.” Pomstuje, a raczej może współczuje tym, którzy „do domu zabierają jedynie napuszoną dumę z racji tego, że na własne oczy widzieli jakiś kościół czy malowidło”, traktując podróżowanie bardziej jako zawody: kto więcej zobaczy, więcej krajów odwiedzi. Ile razy spotykałam się z pytaniami od innych turystów: czy widziałam to a tamto, czy byłam w tym i tamtym miejscu. Zaprzeczenie wzbudzało nawet nie zaskoczenie, ale wręcz oburzenie. Przez chwilę wzbudzali we mnie poczucie winy, że nie chcę iść i tracić czasu na jakieś muzeum czy kościół, które wcale nie sprawiłby, że moje życie stałoby się lepsze, a podróż pełniejsza. Potrzebowałam jednak czasu, by to zrozumieć i pojąć, że zdarza się nam odwiedzać miejsca w jakimś „fałszywym poczuciu obowiązku”, któremu ja – porządna i obowiązkowa, wzorowa uczennica – starałam się sprostać. Bez sensu. Nie mówię, że w takie miejsca nie chodzę już wcale, ale zauważyłam, że coraz mniej tego potrzebuję. Przekonałam się, że: „Kiedy zmierzamy w kierunku odwrotnym niż ludzie dookoła, zazwyczaj okazuje się, że idziemy w stronę bardziej interesującą” i że „Kiedy podróżuję tak jak wszyscy, mam wrażenie, że nie podróżuję wcale”. I to zachwycanie się miejscami, które wcale nie wzbudzają naszego zachwytu, a często rozczarowują. Skoro już przebyliśmy taki kawał świata i tyle wydaliśmy na podróż, bilety wstępu to nie możemy się nie zachwycać, prawda? W ten sposób obnażylibyśmy bezsens naszego wyjazdu. Wydanie pieniędzy straciłoby sens, a na to nikt nie chce pozwolić. Wszystko musi mieć swój sens. Stoimy więc i patrzymy na takie piramidy egipskie, zastanawiając się jak długo powinniśmy się im przyglądać, czy te dwie czy pięć minut to przypadkiem nie za mało. Inni wgapiają się dłużej, często wręcz z namaszczeniem. A może to z nami jest coś nie tak, bo docieramy gdzieś i nagle ekscytacja przepada, bo przecież myśleliśmy, że Sfinks będzie większy, a piramidy nie będą leżały niemal w centrum miasta. „Obchodziłem kościoły, muzea i galerie sztuki – tak wiele, że już dawno pomieszały mi się w głowie – doznając głównie bólu zmęczonych nóg. Zaczynam się zastanawiać czy wszyscy nie padliśmy ofiarą jakiejś zmowy milczenia. Czy w ogóle jest ktoś, kto czuje się takimi rzeczami wzbogacony?”, zastanawia się autor książki „O wolnym podróżowaniu”, wywołując uśmiech na moje twarzy.  „Dlaczego stereotypy są tak kuszące? Dlaczego wszyscy tłoczymy się w tych samych pozbawionych realnego znaczenia miejscach? Dlaczego mam zdjęcia jak stoję na wieży Eiffla w Paryżu, na moście Karola w Pradze, na Schodach Hiszpańskich w Rzymie, na (…) Długo można by jeszcze wymieniać, prawda? Czego tak naprawdę szukamy?”, pyta Dan Kieran i odpowiada, że najprawdopodobniej działamy tak ponieważ znane rzeczy w świecie, porządkują naszą rzeczywistość w trakcie podróży. Trudno nam wyjść poza schemat już znany, poza własną strefę komfortu. Wolne podróżowanie, czyli coś zamiast samolotu Pamiętam zaskoczenie znajomego, gdy oświadczyłam, że do Chorwacji jadę stopem. „A nie wolisz samolotem? Przecież loty teraz są takie tanie! I w dodatku oszczędzasz czas.” A na moje tłumaczenie, że nie o pieniądze chodzi, a przynajmniej nie tylko, ale o przygodę, o kontakt z ludźmi, o doświadczanie i zwyczajne bycie w drodze, delektowanie się nim, widziałam tylko coraz bardziej powiększające się ze zdziwienia oczy. Nie o czas również, ponieważ absurdalnie autostop jako forma świadomego podróżowania, wyjścia poza strefę […] The post Wolno podróżować appeared first on .

BANITA

Podejmij decyzję i rób swoje – wywiad z Edytą Siedlecki

Edyta dużo się śmieje. Rozmowa z nią to czysta przyjemność. Spontaniczna, wesoła, zabawna, choć widać, że tęskni za byciem w drodze i wciąż jeszcze nie potrafi odnaleźć się w codzienności. Mija dopiero niecały miesiąc od jej powrotu do Polski. Powrotu z prawie trzymiesięcznej rowerowej podróży przez Patagonię. O jej przygodach i nie tylko można poczytać na blogu Travelerka - Wszystkich zawsze interesuje jedno: Jak to się zaczęło? Czy pasja podróżowania wyssana została z mlekiem matki/ojca/babci/dziadka, a może jednak od tak, pewnego dnia wstałaś i powiedziałaś: chcę podróżować. Edyta: Zaczęło się chyba od wyjazd do Stanów. Na trzecim roku studiów postanowiłam wziąć udział w programie Work&Travel. Wyjechałam do pracy na cztery miesiące, podróżowałam i bardzo mi się to spodobało. Rok później wyjechałam więc znowu, ale tym razem do Hiszpanii. Pojeździłam trochę po kraju, pozwiedzałam, no i tam też poznałam mojego męża. Ja byłam pokojówką, on był kelnerem. Taka romantyczna historia (śmiech). - Mowa o mężu, więc chciałabym zahaczyć o historię twojego nazwiska. Łączy się ona jakby nie było z podróżą dookoła świata. Więc dlaczego Siedlecki, a nie Siedlecka? Edyta: Zaczęło się od planów weselnych, a właściwie ich braku. Żadne z nas nie chciało takiego normalnego wesela i borykania się z problemami: kogo zaprosić, gdzie i kiedy zrobić przyjęcie, jak rozsadzić gości. Do tego doszły jeszcze finanse. Jak zobaczyłam potencjalne koszty za wesele to stwierdziłam, że tak kosmiczne pieniądze można wykorzystać znacznie lepiej. Zgodnie stwierdziliśmy więc, że nie robimy wesela. Padł wówczas pomysł, że może po prostu wyjedziemy do Las Vegas i tam Elvis udzieli nam ślubu (śmiech). Ale skoro mieliśmy być już w Las Vegas to stwierdziłam, że może zrobić to porządnie. Znalazłam biuro, prowadzone przez Polkę, która zajmowała się organizacją ślubów na Hawajach. A skoro a tapecie pojawiło się tak odległe miejsce, to poszłam na całość i kupiłam od razu bilet dookoła świata: Londyn Los Angeles, Nowa Zelandia, Honkong i Londyn. Na miesiąc. A co do nazwiska, to zapomniałam, że tam się ich nie odmienia i gdy zapytano mnie czy chcę przyjąć nazwisko męża, to powiedziałam, że tak. Było dla mnie oczywiste, że napiszą Siedlecka. Akt dostaliśmy dopiero po trzech miesiącach i wtedy zobaczyłam, że jestem Siedlecki. I tak zostało. - Była więc podróż dookoła świata z mężem i wiele innych wyjazdów. A Twoja pierwsza podróż w pojedynkę. Czy to właśnie Patagonia? Edyta: Nie. W zeszłym roku były Chiny na dwa tygodnie. Ale pierwsza dłuższa wyprawa to właśnie zeszłoroczna Patagonia. - I to rowerem. Też po raz pierwszy? Skąd wziął się w ogóle w Twoich planach rower, skoro nawet nie miałaś własnego i na podróż musiałaś pożyczyć od męża? Edyta: Zależało mi, żeby zrobić coś innego, coś niestandardowego. Nie chciałam już jechać i tylko zwiedzać. Marzyło mi się zrobienie czegoś nowego. Czegoś, co byłoby wyzwaniem. Niestety nie umiem zbyt wielu rzeczy: nie jeżdżę na deskorolce, hulajnodze, nie wspinam się itd. Stwierdziłam więc, że rower jest najprostszym rozwiązaniem (wybuch śmiechu). Jeździć na nim przecież może każdy. Brałam jeszcze pod uwagę jakąś pieszą włóczęgę, ale stwierdziłam, że lepiej jednak mi będzie na rowerze. Pomimo tego, że nigdy wcześniej nie byłam na takiej wyprawie, myślałam, że to będzie super łatwe. W końcu co to za problem wsiąść na rower i jechać przed siebie. Co to jest 50-100 km dziennie. Przecież to bajka, myślałam cały czas, wyliczając średnio dzienny przebieg w okolicach 100 km. - Przy wiatrach patagońskich średnia dziennie 100 km to dużo. Przeliczyłaś się? Edyta: Jest teoria i jest praktyka (śmiech). Na początku planowałam, że przejadę wyznaczoną trasę, a potem wrócę jeszcze na północ i pojadę na pustynię Atacama. Byłam przekonana, że jak mam cały dzień na jazdę, a nawet 14-16 godzin, bo w Chile późno zapadał zmrok, to te 100 km to będzie pestka. W praktyce jednak bywało różnie. Czasem osiągałam zawrotną prędkość -5km (śmiech). Tragedia. Jednak nie na tyle, bym znając te realia nie zdecydowała się pojechać po raz drugi. Pojechałabym z pewnością, choć wtedy wielokrotnie myślałam: „Ty idiotko! Po co to robisz?! No po co?!”. - To wiemy już dlaczego rower. A dlaczego akurat Patagonia, gdzie wiadomo, że potwornie wieje i nie jest to raj dla rowerzystów i dlaczego Carretera Austral. Jak pomyślałaś rower to od razu kolejną myślą była właśnie ona? Czy szukałaś gdzieś inspiracji na trasę? Edyta: Na początku miałam w planach przejechać rowerem najdłuższy kraj na świecie. Padło więc na Chile. Potem uznałam jednak, że trzy miesiące to zbyt mało czasu na takie wyzwanie, a nawet jeśli udałoby mi się tego dokonać, cała podróż byłaby tylko nieustanną jazdą rowerem. Plan skurczył się więc do samej Patagonii. - Myślałaś, że rower jest prosty, bo siadasz na nim i po prostu pedałujesz. Ale nie wsiadłaś na niego tak od razu i nie popedałowałaś do Patagonii. Przygotowania wiem, że były. Opowiedz o nich trochę. Edyta: Bilet kupiłam w czerwcu, a lot był zaplanowany na koniec listopada. Miałam więc pięć miesięcy na przygotowania. Wymyśliłam wtedy, że będę jeździć do pracy rowerem, czyli prawie trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Motywacja była silna, więc na początku faktycznie jeździłam. Potem już trochę oszukiwałam, bo czasem korzystałam z dobrodziejstwa warszawskiego metra. Jednak trzy- cztery razy w tygodniu starałam się przejechać minimum sześćdziesiąt kilometrów. Miesiąc przed wyjazdem przestałam już tak regularnie jeździć. Trochę mi się nie chciało (śmiech). A poza tym? Starałam się zdrowo odżywiać, ale to akurat też mi nie wychodziło. - Wszyscy mnie o to pytają, gdy mówię o wyjazdach rowerowych, więc i ja postawię to pytanie: „Ale czy ty dziewczyno w ogóle potrafisz naprawić rower?” Edyta: Cały sprzęt do naprawy zabrałam ze sobą. Nie musiałam całe szczęście go używać. A co umiałam zrobić przed wyjazdem? Wymienić koło i dętkę, założyć łańcuch. Nie potrafiłam na pewno regulować hamulców. A to by mi się akurat przydało. Zwłaszcza na ostatnich kilometrach, gdy dojeżdżałam do Punta Arenas. Jechałam już wtedy właściwie bez hamulców. Ale właściwie w Patagonii ich brak to nie problem. Wiatr wiał w twarz praktycznie o każdej porze dnia i nocy więc hamulce w ogóle nie były przydatne (śmiech). - O jakich prędkościach mówimy? Edyta: Najmniejsza, a właściwie taka z którą na pewnym odcinku […] The post Podejmij decyzję i rób swoje – wywiad z Edytą Siedlecki appeared first on .

BANITA

Podróże grupowe czy w pojedynkę

Kiedyś myślałam, że podróże w pojedynkę nie są dla mnie, że trzeba być bardzo odważnym, pewnym siebie i przede wszystkim samowystarczalnym, by ruszyć w świat bez towarzystwa. Mi tej odwagi brakowało, podobnie jak brakowało mi pewności siebie i wszystkich umiejętności, które myślałam, że należy posiadać, by w razie nieprzewidzianych okoliczności przeżyć. Nie umiałam krzesać ognia, nie miałam pojęcia, jakie rośliny są jadalne w razie, gdybym zgubiła się w lesie i gdzie szukać wody w przypadku utknięcia na pustyni. Nie wiedziałam nic z tych rzeczy. No cóż, właściwie po trzech latach od momentu rozpoczęcia przygody z podróżami, niewiele się zmieniło. A potem przeczytałam gdzieś słowa Marka Twaina, że: „Odwaga to nie brak strachu, lecz panowanie nad nim”. I pojechałam sama. Od tego momentu, choć podróż w pojedynkę bywa czasem trudna, stała się dla mnie jedynym słusznym sposobem poznawania świata. Co więc mnie podkusiło, by wyjechać z grupą? Z kilkoma osobami i to zupełnie obcymi? Wyzwanie – to było to. Chciałam sprawdzić się w innych warunkach. Nie o grupę jednak chodziło, lecz o porę roku. Jazda rowerem w zimie była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Musiałam tego spróbować. Zima mi się spodobała, gorzej było z jazdą w zespole. Przekonałam się, że to nie dla mnie, że wolę jednak sama, bo mimo że trudniej, to mnie chyba właśnie to kręci: im trudniej, tym przyjemniej. Podróż w pojedynkę daje siłę Podróż w pojedynkę zmusza do bycia silnym, przede wszystkim psychicznie. Jestem sama i sama za siebie odpowiadam, o wszystko muszę się zatroszczyć, wszystko sama wyszukać. Nikt nie pójdzie za mnie na zakupy, nie znajdzie transportu, nie zapyta o drogę, nie popilnuje plecaka, gdy będę chciała skorzystać z toalety na dworcu, nie będzie pilnował trasy na szlaku i doglądał w razie choroby, nie obroni w razie napaści i nie wstawi się w przypadku nachalnych zaczepek. Jadę i sama za wszystko jestem odpowiedzialna. Taka sytuacja uczy widzieć i słuchać, a nie tylko patrzeć i słyszeć. Z jednej strony uczy otwartości na innych i bezpośredniości, a z drugiej rozbudza intuicję i świadomość, zmuszając do racjonalnego postępowania w wielu sytuacjach. Z czasem uczy też asertywności i zmusza do wynalazczości. Nie ma już wysługiwania się drugą osobą. Chcesz zjeść, musisz sam zrobić śniadanie. Chcesz dojechać, sam złap stopa. Owszem taka sytuacja czasami męczy, bo zmusza do wysiłku, który w grupie rozkłada się na dwie, trzy lub więcej osób. Stres to wyzwanie Ale nie boisz się?, pytają wszyscy, gdy mówię, że jadę sama. Owszem, bałam się potwornie za pierwszym razem. Z każdym kolejnym jest lepiej, choć stres towarzyszy mi przy każdym wyjeździe w pojedynkę. Czasem nawet sama nie zdaję sobie sprawy z kosztów, jakie ponosi mój organizm w takiej sytuacji. Mi wydaje się, że jest w porządku, ot zwykły „reisefieber”, który przedłuża się czasem na całą podróż. Wydaje się niezauważalny, ale nagle na kilka miesięcy podróży tracę okres, który wraca zaraz po powrocie do domu (tak, wiem, że sprawy fizjologii nie każdego interesują, zwłaszcza mężczyzn, ale taka jest prawda i nie uważam tego za temat tabu). Specjaliści mówią, że to częsty przypadek w sytuacjach stresowych. Podróż w grupie minimalizuje stres. W moim przypadku do zera. Jadę wyluzowana i w moim przypadku to nie jest pozytyw. Okazuje się, że lubię adrenalinę, która towarzyszy mi w drodze, to że nie wiem gdzie dojadę i czy w ogóle dojadę na czas, czy znajdę swojego hosta albo w ogóle jakiś nocleg, czy się nie zgubię albo czy się odnajdę. W takich sytuacjach czuję, że żyję. W grupie umieram. Nie liczę godzin i dni Lubię decydować sama o sobie, o tym, gdzie pojadę, w którą stronę, o której godzinie zacznę jazdę, a o której ją skończę. Lubię decydować sama o tym, kiedy mi się chce siku czy jeść i kiedy potrzebuję odpoczynku, a nie robić to pod dyktando innych. W grupie musisz się dostosować i iść na kompromis, więc sikasz wtedy, kiedy sika reszta i jesz wtedy, kiedy jedzą wszyscy, nawet odpoczywać musisz w tym samym czasie, bo co masz robić, gdy chcąc nie chcąc i tak musisz się zatrzymać? Wysikujesz i najadasz się na zapas. Ja jadąc na rowerze nie potrzebuję zbyt wielu przerw, sikać nie muszę co dziesięć kilometrów. Nie stroję się na rower, więc pół godziny od wstania do zapakowania sakw w zupełności mi starcza. W grupie traci się mnóstwo czasu, który można byłoby wykorzystać w bardziej interesujący sposób. Bezmyślność mnie zabija Wiele osób lubi, gdy ktoś nimi dowodzi, mówi co i kiedy ma robić, jak postępować. Potrzebują mieć lidera, który wskaże drogę. Nie należę do osób, które kiedykolwiek jakimkolwiek dowodzącym mogłyby zostać. Nie nadaję się do tego. Gdyby przyszło mi poprowadzić grupę, pewnie zgubiłabym najpierw nas wszystkich, a później samą siebie. Nie nadaję się jednak też do tego, by być w zespole, którym ktoś dowodzi. Każdorazowo rodzi się we mnie bunt, gdy ktoś próbuje narzucić mi swoja wolę, nawet, gdy ta „jego wola” jest słuszna (takie zaszłości z korpo). Znów odzywa się to zamiłowanie do decydowania samemu o sobie, nawet jeśli te decyzje są kiepskie, nieprzemyślane i nawet, gdy decyzyjność nie jest najmocniejszą stroną (moją nie jest stanowczo). Wolę uczyć się na błędach, zabłądzić, źle odczytać mapę niż ślepo podążać za grupą, a niestety tak było podczas ostatniego wyjazdu. Czułam, że cofam się w rozwoju, że z samodzielnej, świadomej osoby staję się elementem bezmyślnego tłumu ślepo podążającym za resztą. Źle się czuję w takich sytuacjach, bo mam wrażenie, że tracę odwagę, pewność siebie i tę samodzielność z takim trudem budowaną przez ostatnie lata. Cztery to już grupa Kilka osób stanowi już zamknięty krąg. Trudniej się do niego dostać, nie każdy w ogóle chce próbować. Kiedy podróżuję sama ludzie garną się do mnie. Niektórym jest mnie żal, inni podziwiają, kolejni współczują. Finalnie wszyscy jednak chcą pomóc, porozmawiać ze mną, nie potrafią pozostać obojętni wobec podróżującej samotnie dziewczyny. Co jest do cholery, myślałam, gdy cisnęłyśmy w mrozie, deszczu, zimnie i wietrze przed siebie, zakamuflowane jak żółwie ninja. Czasem ktoś zaczepił, zlitował się, poczęstował herbatą, zapytał dokąd jedziemy. Z rzadka jednak. Tak z rzadka, że nie mogłam się pozbyć zdziwienia. Normalnie, gdy jestem sama, nawet […] The post Podróże grupowe czy w pojedynkę appeared first on .

BANITA

Gdańsk – biegowe impresje

Lubię być w drodze. Trafiać do nowych miejsc, zagłębiać się w ich atmosferę, odkrywać nieznane dotąd zakamarki, doświadczać i kosztować. Zwykle towarzyszy mi podekscytowanie. Bo mój mózg budzi się z letargu codzienności, ze znanych schematów. Odrywa się od miejsc mocno zakorzenionych w podświadomości, z czynności wykonywanych już automatycznie, bez zastanowienia, bez włączania uważności. Jest jednak miejsce dobrze mi znane, w którym świadomość mimo wszystko budzi się, a zmysły wyczulają się. To miejsce, za którym tęsknię nawet na końcu świata. Pierwszy kilometr. Tylko on jeden dzieli mnie od lasu. Nim jednak las, to jeszcze dwa przejścia dla pieszych, jedne tory, komisariat policji i mały parczek z ławkami letnią i wiosenną porą obsadzonymi przez dzielnicowych pijaczków. Zaraz obok zewnętrzna siłownia. Chyba postawili ją w zeszłym roku. Na drugim przejściu prawie nigdy nie czekam, samochody zatrzymują się, gdy tylko dostrzegają, że podbiegam. Bieganie jest modne już od dawna. Biegacz – rzecz święta. A potem już w górę ulubioną ulicą wzdłuż zabytkowych kamienic, z których – jestem pewna – każda kryje niesamowitą historię. Ja biegnę, a przez moją głowę biegnie każdorazowo ta sama myśl, że to idealne miejsce na zbrodnię i idealne na pisanie kryminałów. Drugi kilometr. Zabudowań już mniej. Jedna i druga mała kamieniczka i asfalt, ale nie taki gładki, po którym  z łatwością można sunąć na rolkach, ale chropowaty, naszpikowany dziurami niczym durszlak. Trzymam się miękkiego pobocza, usłanego igliwiem. Czuję jak ziemia miękko ugina się pod moimi stopami. I szeleszczę liśćmi jesiennymi, pozimowymi. Szeleści też czarny ptaszek, którego zawsze spotykam w tym samym miejscu. Dziwne. Trzeci kilometr. Biegnąc w górę zawsze przyglądam się bardziej lewej stronie, choć wydaje mi się, że tak naprawdę cały czas patrzę przed siebie. Skupiam się na oddechu, by był miarowy, by nie przyspieszyć za bardzo, by tętno było równe, by nie przekroczyć stu czterdziestu uderzeń na minutę. Biegnę więc powoli, co pozwala mi chłonąć każdy szczegół mijanego krajobrazu. Dostrzegam więc wiewiórkę, która chwyciła coś z ziemi i na mój widok czmychnęła na drzewo, pęknięcie na korze. Wyczuwam delikatny powiew wiosny. Nawet ją dostrzegam – w postaci pąków na gałęzi jednego z drzew. Czwarty kilometr. Wreszcie wkraczam w tę najbardziej ulubioną część trasy. Zostawiam za sobą zamknięty szlaban, mijam leśniczówkę, która każdorazowo przypomina mi o tym, że popełniłam błąd wybierając się na polonistykę. Trzeba było zostać leśniczym (leśniczką? A może leśniczówką?) i zabunkrować się gdzieś w środku lasu. Przede mną dwa kilometry pod górę, choć rozchodzi się tu kilka ścieżek i mogłabym wybrać którąkolwiek, na przykład tę bardziej płaską. Piąty kilometr. Uwielbiam to miejsce. Dokładnie to, w którym głos z endomondo informuje, że właśnie jestem na piątym kilometrze. Droga zaczyna się wić. Po prawej jest miejsce, które mogę fotografować tysiąc razy i tysiąc razy wyjdzie ono w niewyobrażalnie magiczny sposób. To tu na maleńki skrawek pomiędzy kilkoma drzewami padają promienie porannego słońca, sprawiając, że osiadła na trawie rosa zaczyna mienić się kolorami i oślepiać. Jakbym oglądała świat przez oszlifowany diament. Szósty kilometr. Szpaler drzew, a pośrodku ja. Aż do szczytu jestem zwykle sama. Potem dobiegam do miejsca, w którym przecina się wiele ścieżek, a na każdej z nich często ktoś biegnie, uprawia nordic-walking albo przejeżdża na rowerze. Kiwamy do siebie ręką, pozdrawiamy się. Niektórych widuję kilka razy w tygodniu, innych codziennie, czasem pojawi się ktoś nowy. Siódmy kilometr. Droga wskazuje kierunek. Wije się jak wstęga, a ja razem z nią. Ostatnie półtora kilometra, do zielonego szlabanu, który prowadzi już do głównej drogi, zwykle z rana zakorkowanej. Tu wolę włączyć muzykę. Dźwięki lasu na 7,5 kilometrze zostają zdławione przez hałas silników. Czasem jeszcze odbijam w bok i biegnę przez kolejne dwa, trzy kilometry. Czasem…nie dziś. Ósmy kilometr. Dopiero teraz zauważam, że w wielu miejscach leży jeszcze śnieg. Poczerniał już trochę, ale nadal jest, a to przecież już wiosna. Dziewiąty kilometr. Uśmiecha się i macha ręką. Rewanżuję się tym samym. Zwykle biegacze pozdrawiają biegaczy, a rowerzyści rowerzystów, ale z tym rowerzystą mijamy się codziennie już od kilku miesięcy. Nie straszna mu żadna pogoda. Czy wiatr, czy deszcz, czy temperatury bliżej minus dziesięciu. On zawsze jedzie. Ja zawsze biegnę. Dziesiąty kilometr. Późniejsza godzina i więcej osób na trasie. Zwykle oprócz rowerzysty w pomarańczowej czapce jest jeszcze biegacz, jedyny, którego jestem w stanie wyprzedzić. Biegam powoli, ze względu na kolana. On biega jeszcze wolniej. Wiosennie. Ma nowe okulary z pomarańczowymi szkiełkami. Takie lubię najbardziej. Świat wygląda w nich zdecydowanie pozytywniej. Jedenasty kilometr. Na rozstaju, na trzech różnych ścieżkach, w oddali mignęły mi sylwetki innych biegaczy. Każdy sam. Każdy w swoją stronę Dwunasty kilometr. Biegnij z nami, słyszę za plecami. Pięciu chłopaków mija mnie w żwawszym od mojego tempie. Po chwili skręcają w jedną z leśnych odnóg. Takie grupowe bieganie może i mogłoby być dopingujące, ale w grupie Las Oliwski zatarłby się w szczegółach. Trzynasty kilometr. Niebieski, fioletowy, różowy. Wyblakłe już trochę. Dachy zabawnych domków działkowych. Kolorowe trójkąty wyglądające jak trójkąciki serków Hochland, każdy o innym smaku. To tu wiosną i latem zapach lasu miesza się z zapachem grilla. Wiem, że grillowanie na węglu nie jest zdrowe, ale zazdroszczę im wtedy tych maleńkich działeczek w środku lasu. Tego, że je mają. Czternasty kilometr. Ostatnia prosta. przychodzi lekkie zmęczenie. Zmysły zaczynają tracić na ostrości. Powoli powracam do codziennego letargu. Usypiam uważność, chociaż wcale nie chcę. Piętnasty kilometr. Droga w dół. Kamienice. Morderstwo na poddaszu w tym budynku z wieżyczką. Jedno przejście, parczek. Trzy starsze panie ćwiczą na zewnętrznej siłowni. Zawsze o tej samej porze. Macham do nich. Drugie przejście dla pieszych, tory, komisariat i dom. Mam wrażenie, że znam każdy fragment mojej codziennej trasy, ale i tak zawsze mnie coś zaskakuje. Każdego dnia las wygląda inaczej, o każdej godzinie, o każdej porze roku. Potrafi zmienić się w ciągu tych kilku kilometrów, gdy biegnę w górę, a potem wracam tą samą, a jednak jakby inną drogą. Takie jest moje miejsce. Tak bardzo zmienne jak natura kobieca…jak ja. I to za nim tęsknię gdziekolwiek jestem. The post Gdańsk – biegowe impresje appeared first on .

BANITA

Każdy może nauczyć się pisać – wywiad z Marią Kulą

Maria Kula – redaktorka, pracuje z pisarzami, prowadzi warsztaty i kursy pisania pod szyldem Perypetie. Studiowała dziennikarstwo, komparatystykę i politykę wydawniczą i księgarstwo. W Wydawnictwie Otwartym prowadziła dział prozy polskiej. Od trzech lat pracuje jako freelanserka pomagając pisać w procesie indywidualnym i grupowym. Pisze artykuły i listy o pisaniu. Poza czytaniem kocha podróże, zwłaszcza samotne i z biletem w jedną stronę, gotowanie i jedzenie i taniec w każdej postaci. Mieszka w Krakowie.   - Co lubisz bardziej? Prowadzenie warsztatów, pracę nad tekstem z autorem, a może jednak własne pisanie? A może nie da się tego tak jednoznacznie rozdzielić? Maria: Wszystko lubię, a najbardziej to, że mam to wszystko naraz. Każda rzecz, gdybym robiła tylko ją, w którymś momencie by mnie zmęczyła. Potrzebuję różnorodności. Z jednej strony mam naturę samotnika i lubię popracować nad czymś w odosobnieniu. Z drugiej cenię sobie bardzo pracę indywidualną z kimś i to, że jest wytwarza się między nami jakaś energia, że się rodzi relacja, że to jest na dłużej, że się do siebie przywiązujemy. Ale jeśli długo pracuję sama czy indywidualnie to zaczynam czuć potrzebę pobycia wśród ludzi, czerpania energii od nich, dlatego organizuję warsztaty. Trochę to egoistycznie, ale prawdziwe. Poza tym dobrze czuję się w roli przewodnika, lidera. Lubię prowadzić grupę, dowodzić jej, przemawiać na forum i zupełnie mnie to nie stresuje. A moje pisanie, takie małe, na przykład newslettera też bardzo lubię. - Dziewczynki zwykle chcą zostać aktorkami czy piosenkarkami. Od kiedy wiedziałaś, że chcesz być redaktorem? Przypadek? Maria: To nie był przepadek, ale też jako dziecko nie miałam pojęcia, że ktoś taki jak redaktor istnieje. Długo więc nie wiedziałam, że chcę nim zostać. Zawsze jednak bardzo dużo czytałam. Myślałam o zostaniu bibliotekarką, może dziennikarzem. Na studiach zaczęłam jednak pracować w wydawnictwie Znak jako recenzent wewnętrzny. Czytałam książki po angielsku i wydawałam na ich temat opinie. Chodziłam do Znaku odbierać książki i widziałam panie redaktorki siedzące przy biurkach i tak bardzo mi się to podobało. Też tak chciałam, choć właściwie nie miałam pojęcia, co one robią i o co w tym wszystkim chodzi. Ale im więcej czytałam książek i wydawałam recenzji, im więcej z rozmawiałam z redaktorkami w wydawnictwie, tym lepiej poznawałam świat wydawania książek. I tym bardziej byłam przekonana, że też chcę tak pracować. Któregoś dnia dziewczyny z wydawnictwa powiedziały mi, że Otwarte szuka redaktorów. „Przecież ja się w ogóle na tym nie znam”, rzuciłam, ale na rozmowę poszłam. Pracę dostałam. Jest jeszcze taka historia… Był taki film z Emmą Thompson „Przypadek Harolda Cricka”, gdzie ona gra pisarkę i ma swoją agentkę, redaktorkę, która przychodzi do niej, wyciąga z depresji, mówi co ma teraz napisać, podtrzymuje na duchu, poprawia rozdziały. Ten film widziałam jeszcze na pierwszym roku studiów, zanim rozpoczęłam pracę w Znaku. Byłam totalnie zafascynowana tym, że jest taka osoba, że można wykonywać taką pracę. I bardzo mi się to podobało Nie śmiałam jednak nawet myśleć, że taka praca mogłaby być moim udziałem. Ale gdy przestałam pracować w Otwartym i szukałam na siebie pomysłu, to do mnie wróciło. Ten obrazek z filmu i pomyślałam, że przecież ja też tak mogę, że mogę to robić. - Pracowałaś w wydawnictwie i prowadziłaś dział prozy polskiej. W ostatnim czasie częściej słychać jednak o Tobie jako redaktorce książek podróżniczych. Czy faktycznie podróże należą do ulubionej przez Ciebie tematyki? Bo w końcu sama też podróżujesz. Maria: Różnie. To idzie falami. W zeszłym roku zajmowałam się faktycznie głównie literaturą podróżniczą. Pisanie o podróżach i praca z autorami książek podróżniczych jest mi bliska, ponieważ ja rozumiem tych ludzi przez to, że sama podróżuję. W tym roku przeważa fantastyka, która nie jest wprawdzie bliska mojemu sercu, ale to nie znaczy, że tak się nie stanie w najbliższej przyszłości. I to jest właśnie super ciekawe w mojej pracy, że dowiaduję się rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. - Podróże są Twoją pasją. Ale czy od początku w wydawnictwie została Ci powierzona praca związana z tym tematem? Maria: Pracę zaczęłam w dziale Prozy Polskiej, który obejmował również serię książek podróżniczych. Przede mną prowadziła ją dziewczyna, która tego nie czuła. Nie było jej dane złapać bakcyla podróżniczego. Wyjeżdżała zwykle na zorganizowane wczasy, poza tym zawsze elegancka, na obcasie. I wtedy pojawiłam się ja na jej miejsce. Na początku miałam tylko kontakt mailowy z autorami, którzy wiedzieli, że jestem zastępczynią, więc automatycznie wyobrażali sobie mnie jako wersję jej. I pamiętam pierwsze spotkanie z nimi, gdy wybrałam się na festiwal podróżniczy Trzy Żywioły. Przyjechałam ubrana tak normalnie jak zwykle chodzę: w dżinsach, omotana jakimiś szalikami, w płaskich butach. Usiadłam z nimi przy ognisku i mówiłam, że podróżuję z plecakiem. I to było dla nich takie: „Wow! Ty jesteś redaktorem!” I niedowierzanie. To było bardzo zabawne, ale zdawałam sobie sprawę, że tym właśnie ich od razu kupiłam. Bo oni wiedzieli, że ja rozumiem, o czym oni mówią. I tak się zaczęła praca wokół książek podróżniczych, choć zajmowałam się całym działem. Gdy jednak przestałam pracować w Otwartym, wielu autorów serii poszło za mną. Bo wiedzieli, ze ich rozumiem. Potem Tomek Michniewicz dodatkowo mnie zareklamował i tak już poszło. Nagle się okazało, że jestem specjalistką od książek podróżniczych, co bardzo mnie cieszy, bo po prostu to lubię. - Że podróżujesz to już wiemy. To teraz opowiedz o tej swojej pierwszej podróży w pojedynkę. Co cię do niej skłoniło. Maria: Moje pierwsze samotne podróże były krótkie. Wyjechałam do Turcji na Wolontariat Europejski. I jak już tam mieszkałam, to wypuszczałam się sama na kilka dni, żeby pozwiedzać. Ale w pierwszą długą samotną podróż wyjechałam dwa lata temu, do Portugalii. Nie planowałam tego. Myślałam, że wyjeżdżam na dwa, może trzy tygodnie, a wróciłam po czterech miesiącach. I od tamtego czasu podróżuję sama i nie wyobrażam sobie, żebym miała tego nie robić. - Dlaczego sobie nie wyobrażasz? Co takiego odkryłaś w podróżowaniu w pojedynkę? Maria: Odkryłam, że gdy jesteś z kimś, nieważne czy jest to przyjaciółka, mama czy chłopak, ale jest ta druga osoba, to tworzy się między wami mikrokosmos, który zabiera bardzo dużo energii. Musisz się konfronotować i zmagać z różnymi sytuacjami, które czasami są trudne. Ktoś chce iść, […] The post Każdy może nauczyć się pisać – wywiad z Marią Kulą appeared first on .

BANITA

Kolosy

Mam nadzieję, że piątek 13 nie będzie dla mnie pechowy, sprzęt będzie sprawny, a ja nie nawalę z prezentacją. Bo w piątek 13 marca zaczynają się Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów i w piątek 13 właśnie o 18.55-19.25 zapraszam na swoją prezentację „Kobieta (i) wulkan” w sali audytoryjnej Pomorskiego Parku Naukowo Technologicznego. W tym roku również będzie można oglądać moje zdjęcie na wystawie konkursowej fotografii FotoGlob. Zakwalifikowałam się do finałowego etapu . Okazuje się, że na piękne Torres del Paine nikt nie pozostaje obojętny. Można na mnie głosować na miejscu, jeśli zdjęcie przypadnie Wam do gustu. Ale widziałam już inne fotografie i mam swoich faworytów. Niestety do nich nie należę, ale może Wy będziecie innego zdania Tutaj znajdziecie cały PROGRAM The post KOLOSY appeared first on .

BANITA

O chłopcu, który jeździł rowerem…

Marzenia są po to, by je spełniać, a nie po to, by je tylko mieć. Cenię ludzi, którzy biorą sprawy w swoje ręce i działają, zamiast czekać, aż marzenie spełni się samo. Karol miał  marzenie o wydaniu książki i udało mu się je zrealizować. Na początku muszę wyjaśnić kilka spraw. Po pierwsze: nigdy nie chciałam być recenzentem książek (to ponoć ci, którzy sami nie potrafią pisać, tak samo jak krytycy filmowi to ci, którzy byliby beznadziejnymi aktorami czy reżyserami). Po drugie: nie chciałam recenzować publicznie książek osób, które znam, lubię i z którymi się przyjaźnię, a tak jest z autorem książki „Kołem się toczy. Przez Kaukaz i Bliski Wschód”. – Zrecenzujesz moją książkę? – zapytał Karol, a mnie oblał zimny pot. – A co, jeśli mi się nie spodoba? – odpisałam mu po chwili na czacie. Wiedziałam, że jeśli mi się nie spodoba to po prostu nie napiszę nic, ale jeśli nie napisałabym niczego, Karol od razu wiedziałby, że mi się nie podobało. Mi byłoby przykro. Jemu pewnie też. Znając jednak umiejętności Karola spodziewałam się, że źle na pewno nie będzie. Czy pomyliłam się? Dawniej, gdy nie podróżowałam tyle, korzystając jedynie z dwudziestosześciodniowego urlopu,  łapczywie połykałam każdą książkę podróżniczą. Czytałam wszystko jak leci, szukając inspiracji i bodźca czy też argumentów za tym, by samej rzucić wszystko i pojechać w świat. Po postawieniu pierwszego kroku i pięciomiesięcznym wyjeździe, książki podróżnicze zamieniłam na reportaże z podróży, poszukując w książkach czegoś więcej niż przygód, opisów miejsc czy zabytków oraz bodźca do wyjazdu. Szukałam ludzkich historii. Bo dla mnie w podróży zawsze najważniejsi są ludzie. W książce Karola tego nie brakuje. Jest w niej to, co lubię najbardziej: historie o bezinteresownej życzliwości. Czasem są to tylko okruchy kilkuminutowych spotkań, czasem tylko przemiły gest: wręczony kawałek ciasta czy kupiony specjalnie soczek w kartonie, innym razem zaproszenie na obiad, na noc czy pomoc w znalezieniu bezpiecznego noclegu. I tu nie chodzi o to, że dostaje się coś za darmo, ale o to, że takie gesty sprawiają, że powraca wiara w ludzką bezinteresowną dobroć. Jest też rzecz jasna o rowerze. Ci, którym jednak podróżowanie w ten sposób jest zupełnie obce, nie muszą obawiać się przydługich opisów problemów technicznych. W drodze Karola z Piotrkiem nie ominęły kłopoty techniczne. Niezainteresowanym tematem te problemy mogą wydać się jedynie ciekawostką. Mogą jednak również pociągnąć za sobą pytanie, tak często słyszane przez chłopaków i myślę, że wielu rowerzystów w trakcie podróży: „Po co jedziecie na tych rowerach?” Po co? Dlaczego? Dla kogo? Bo, żeby jechać od tak? Dla czystej przyjemności?! Przecież to niemożliwe. Kto chciałby się tak męczyć? Co to za wakacje, kiedy trzeba wciąż pedałować i jeszcze wieczorem kłaść się w namiocie, zamiast w wygodnym hotelowym łóżku. Jeść na zmianę makaron z niedogotowanym ryżem i brać prysznic z butelki. Kto jednak raz tego spróbował i złapał bakcyla, temu nie trzeba tłumaczyć. Ten aspekt też jest poruszany w książce Karola. Rower pozwala być bliżej innych. Jest magnesem przyciągającym drugiego człowieka, wzbudza zainteresowanie i sprawia, że nie jest się anonimowym. Rower to często furtka do serc, a nawet domów spotkanych w drodze ludzi. Jest też o historii, o kulturze i tradycji. Wszystko jednak podane w sposób optymalny. Bez przepisywania encyklopedii, zbędnych szczegółów, nadmiaru dat, które szybko wyparowują z głowy. Wychodzę z założenia, że jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o zabytkach czy dogłębniej o historii kraju to sięgam po encyklopedię, tudzież przewodnik. Całe szczęście autor miał chyba podobne zdanie. I jest też Iran. Kierunek, który z racji mojego wyjazdu rowerowego w tamte rejony, szczególnie mnie interesuje. Karol stara się ukazywać Iran nie jako: „Zły kraj, zamieszkiwany przez złych ludzi” jak wielu o nim mówi (cyt. z książki), ale jako przyjazną turystom krainę, w której niezwykła gościnność (czasem mylona z ta’araf -jeśli chcesz wiedzieć, co to takiego, sięgnij po „Kołem się toczy. Przez Kaukaz i Bliski Wschód”) długo nie daje o sobie zapomnieć Książkę czyta się szybko. Bardzo takie lubię. Nie wiem, w czym tkwi tajemnica, że nad kartkami jednej męczę się godzinami, a inne wręcz połykam. W przystępności języka? Braku skomplikowanych konstrukcji językowych? Nie udało się Karolowi uniknąć tego, czego w książkach podróżniczych nie lubię, czyli pewnej relacyjności (pisała też o tym Monika na swoim blogu), ale myślę, że dość trudno uniknąć podobnej konstrukcji, gdy używa się takiej a nie innej formy transportu i gdy ta droga często piaszczysta, czasem szutrowa, innym razem asfaltowa stanowi nieodłączny element podróży. Nie przeszkadzało mi to tak bardzo, dlatego czepiać się nie zamierzam. Tym bardziej, że książka pozbawiona jest tego, czego od relacji nie lubię znacznie bardziej. Nie ma sztuczności, nienaturalnych dialogów, silenia się na zmanierowane i wyszukane metafory czy porównania, często zamieniające tekst w pretensjonalny gniot, którego nie da się czytać. Mam wrażenie, że Karol pisze tak, jak mówi czy myśli. I ten niepozowany autentyzm czuć. Jest jedno zdanie w książce, które wyjątkowo przypadło mi do gustu, i utkwiło w pamięci: „W takich momentach ratuję się muzyki słuchaniem, w sobie zamknięciem, o niczym niemyśleniem”. Niemal jak haiku. Piękne! Czy coś jeszcze oprócz relacyjności mi się nie podobało? Tak i owszem. To, że Karol z Piotrkiem „oszukiwali” na podjazdach. Jak można marnować takie okazje?! Ja wiem, że większość stanowczo woli zjeżdżać z góry na rowerze niż pod nią wjeżdżać i że ja jestem trochę dziwna, ale dla mnie im większy podjazd i im bardziej stromy, tym lepiej. A tak na poważnie. Zmartwiła mnie jedna rzecz. Nie Karola w tym jednak wina. To zarzut skierowany do wydawnictwa. Karol robi bardzo dobre zdjęcia. Wiele uwiecznionych przez niego pejzaży wywołuje mój nieposkromiony zachwyt. Wydanie zostało jednak z tego zachwytu odarte. Zdjęcia są „przepalone”, pozbawione kolorów jakby wyblakłe. O tyle, o ile nie szkodzi to pięknym portretom, o tyle krajobrazom już tak. „Może kiedyś pozwolę sobie na podróż bez zobowiązań, limitów czasowych, bez wszystkich tych przyziemnych spraw, które tkwią z tyłu głowy, bez myśli, że gdzieś tam czeka normalne życie, nauka, zarabianie pieniędzy, rodzina. Może kiedyś.” (cyt. str. 172) Tego życzę Ci Karol z okazji urodzin i gratuluję spełnienia marzenia. A reszcie życzę przyjemnej lektury. The post O chłopcu, który jeździł rowerem… appeared first on .

BANITA

Rowerowe Jamboree- najgorsze dni w podróży

Zwykle w podróży jest tak, że wszystkie dni są fajne, a przynajmniej większość z nich. Wiele dni nazwiemy epickimi, a tylko czasem w podróż wkradnie się przez przypadek jakieś nieciekawe wydarzenie, które popsuje dzień i zapisze się w historii „wypadków przy pracy”. W trakcie drugiego etapu Rowerowego Jamboree, przez 21 dni jazdy, zaledwie trzy dni zaklasyfikować można do fajnych, reszta to te właśnie „wypadki przy pracy”. Dwa jednak z nich zapiszą się w mojej historii rowerowej na dłużej. NUMER 1 Pada? Pada, odpowiedziały głosy. Właściwie to leje, stwierdziłam po chwili, wychodząc z sakwami na ganek, na którym stały rowery. Było szaro i mgliście. Wzdrygnęłam się. Nie miałam ochoty wychodzić z ciepłego pensjonatu. Najchętniej to położyłabym się w łóżku pod ciepłym śpiworem i z kubkiem herbaty w ręku poczytała książkę. Pozostałe dziewczyny też nie rwały się do pomysłu jechania w deszczu. Agata usiadła na ławce i stwierdziła, że się nie ruszy dopóki nie przestanie padać. Założyła nogę na nogę, ręce splotła na klatce piersiowej, dając tym samym sygnał, że zdania nie zmieni. Do granicy z Turcją pozostało nam do przejechania zaledwie dziewięć kilometrów. W taką pogodę nawet połowa tego dystansu groziła całkowitym przemoczeniem. Jedynie Kasia była zdeterminowana, by jechać. Stopy wcisnęła w przeciwdeszczowe ochraniacze na buty. Mi do wyboru pozostawały: worek na śmieci albo reklamówki. To tylko dziewięć kilometrów, a potem już tylko czterdzieści pięć i będziemy u naszego hosta z warmshowers, przekonywała. Po dłuższym czasie uległyśmy. Okazało się, że nie tylko deszcz był silny, ale wiatr również. Pierwszy podmuch wyraźnie dał nam do zrozumienia, że to nie będzie nasz dzień. Deszcz zacinał boleśnie. Cieszyłam się, że pożyczyłam gogle narciarskie. Miały wprawdzie służyć na śnieżyce, ale kto by pomyślał, że i na ulewy się nadadzą (bo kto w ogóle by pomyślał, że będziemy pedałować w taką pogodę). Gdy wjechałyśmy do centrum miasteczka, by wydać ostatnie bułgarskie pieniądze, wszystkie oczy mieszkańców zwróciły się w naszą stronę. A że miasteczko w stylu „późny Gierek”, gdzie nic się nie dzieje, to cztery rowerzystki jadące w ulewie budziły duże zainteresowanie. Przyklejone do witryn sklepowych i barowych twarze, świdrowały nas spojrzeniami. Miałam wrażenie, że przez ich usta przewinęła się fraza „one są chyba szalone”. Słów nie było słychać, bo zagłuszały ją podmuchy wiatru i obrywające się pod naporem wody chmury. Miny na twarzach przyklejonych do szyb mówiły same za siebie. Dokąd wy jedziecie w taką pogodę?, padały pytania w sklepie. Sprzedawczyni i klienci sklepu załamywali ręce. Do Turcji. Tam przecież ma być słonecznie, bezwietrznie i ciepło, myślałam, robiąc w myślach przegląd garderoby, którą zabrałam specjalnie na Turcję. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że tam przecież też jest teraz zima. W ulewie wspinałam się dziewięciokilometrowym podjazdem do granicy. Potem już powinno być z górki. Tylko, że na szczycie byłyśmy już przemoczone doszczętnie. Ja nigdzie nie jadę dopóki nie wyschnę i nie przestanie padać, stwierdziła Agata. Rozsiadłyśmy się już po stronie tureckiej w niewielkim sklepiku, który robił też za tureckie cafe. W sklepiku była koza, do której drewienek dorzucał pracujący tam młody chłopak. Pozwolił się rozłożyć, ogrzać, herbatę zrobił, nawet podzielił się hasłem do wifi. Ściągnęłam buty i próbowałam wysuszyć ocean, który w nich się zrobił (ocean po 9 km, a miałyśmy jeszcze 45 do zrobienia!). Każda z nas skupiła się na suszeniu rzeczy albo zagłębiła się w internetowe odmęty. Gdy ocknęłam się po około pół godzinie (a może nawet zdążyła upłynąć godzina), w czasie której młody pracownik próbował do nas zagadywać, uzmysłowiłam sobie, że „młody” stoi przed nami z rozsuniętym rozporkiem wystawiając na nasze niewinne spojrzenia swoje przyrodzenie w całej okazałości. I nie, na pewno nie rozsunął mu się ten rozporek niechcący. Tu nie było przypadku. Co, do cholery….!!! Deszcz przestał mieć znaczenie. Początkowe pomysły, że może zostaniemy w sklepiku na noc i ruszymy następnego dnia, rozpierzchły się szybko. Podjazd za podjazdem. Dziwne, bo przecież powinien w końcu być też jakiś zjazd. Nawet nie czułam, że się pocę, bo i tak wszystko miałam przemoczone. Przeciwdeszczowe spodnie, płaszcz nie dawały żadnej ochrony. Fizycznie nie dostawałam w kość, ale jazda w ulewie, kiedy przeciwdeszczowe rękawiczki już nie chronią i powodują, że ręce zaczynają kostnieć z zimna, sprawiała, że wciąż powtarzałam: „Co ja tu do cholery robię?!”. Zafiksowałam się na tej myśli jak na mantrze i wtedy coś strzeliło, a pod moimi kołami wylądował… łańcuch rowerowy. Nie wierzę! Żadna z nas nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę. 45 kilometrów w ulewie, jeden zboczeniec onanizujący się przy nas i jeszcze zerwany łańcuch, którego żadna z nas nigdy nie naprawiała. Czy może być gorzej?! Tego dnia byłyśmy przekonane, że nie. NUMER 2 Przez całą noc wiatr z łoskotem uderzał w szyby. Wcisnęłam mocniej stopery, by nie słyszeć tego, co się dzieje za oknem. Taką przyjęłyśmy taktykę. Jak coś się nam psuło, gdy łańcuch rzęził, czy strzelało coś w przerzutkach, pogłaśniałyśmy muzykę, żeby tego nie słyszeć. W nocy robiłam podobnie. Jeśli czegoś nie słyszysz, to po prostu to nie istnieje. Przynajmniej dopóki nie wyjmiesz stoperów, słuchawek lub stukanie samo nie ustąpi. Byle do jutra. „Jutro” nie było jednak wcale lepsze. Wiatr miotał gałęziami drzew na lewo i prawo. Śmieci na ulicy miotały się niczym kuleczki w maszynie losującej Lotto. Wczoraj zapowiadali huragan, powiedział nasz host. Huraganu jednak nie było. Przyszedł z opóźnieniem, takim jednodniowym. Długo zastanawiałyśmy się, co robić. Jedziemy czy zostajemy? Pytanie kilka godzin wisiało w powietrzu i każda z nas z niepokojem patrząc a to za okno, a to na wskazówki zegara, głowiła się, co dalej. Nie miałyśmy wiele do przejechania. Ponad pięćdziesiąt kilometrów jedynie, byle dotrzeć do kolejnego miasteczka. Prognoza pogody wskazywała, że od południa ma być lepiej. Cieszyłyśmy się naiwnie. Cieszyłyśmy się też naiwnie z tego, że dziś nie pada, bo po przemoknięciu dnia poprzedniego, sądziłyśmy, że nic gorszego już nas spotkać nie może. Minęło południe. Wyjechałyśmy. Przemieszczając się po mieście między budynkami, odczuwałyśmy silne podmuchy wiatru. Liczyłyśmy jednak, że może będzie wiało nam w plecy, chociaż raz. Nie wiało jednak w plecy. Ale w twarz też nie. Za to wiatr próbował nas spychać, uderzając w bok. Zawrotna prędkość naszej jazdy 5-6 kilometrów na godzinę nie wróżyła szybkiego […] The post Rowerowe Jamboree- najgorsze dni w podróży appeared first on B*Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Włóczykij w Gryfinie

Nowy rok to nowy sezon festiwalowy. Rozpoczęłam go festiwalem „Na Szage” w Poznaniu, na którym krótko prezentowałyśmy z dziewczynami z II etapu zimowego Rowerowego Jamboree naszą podróż z Ukrainy do Stambułu. A teraz czas na kolejny festiwal. O Włóczykiju słyszałam już wiele od różnych osób. To, czego się dowiedziałam o tym wydarzeniu na pewno to, że „Włóczykij to stan umysłu”. Tak po prostu. Zamierzam w końcu, po raz pierwszy sprawdzić to osobiście. Jadę tam nie tylko towarzysko (chociaż głównie dlatego), ale po to, by opowiedzieć o mojej ostatniej solo podróży do Ameryki Środkowej. No i przede wszystkim, by posłuchać inspirujących opowieści. A tych nie zabraknie. Będzie Bear Girl, Los Wiaheros, Łukasza Supergana, Roberta Gondek, który ostatnio zgarnia nagrody na wszystkich festiwalach i wielu innych fantastycznych podróżników. Przybywajcie! Program sprawdzicie na stronie Włóczykija o TU The post Włóczykij w Gryfinie appeared first on B*Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Dzienniki zimowe, czyli II etap Rowerowego Jamboree

14.01.2015 Czerniowce – Suczawa Czuję je. Normalnie wiem, że jest ich dziesięć. Po pięć w prawej i po pięć w lewej. Ale zwykle po prostu są. A dziś czuję je bardzo dokładnie. Każdy z osobna palec u stopy daje mi dziś do zrozumienia, że istnieje. Jest zimno. Bardzo. I ciemno bardzo też jest. Mkniemy nieoświetloną drogą przez czarną jak smoła noc. Jedna za drugą, niemal gęsiego, koło przy kole, by się nie zgubić, by nie zostawić kogoś w tyle. Drogę raz po raz rozświetlają reflektory potężnych tirów, które mijają nas z jazgotem. Mam wrażenie, że w ogóle nas nie dostrzegają. Jesteśmy jedynie małymi świetlikami na asfalcie. W głowie jedna myśl: byle już dotrzeć. 15.01.2015 Suczawa – Cristesti Temperatura chyba w ogóle się nie zmieniła. Swoje trzy grosze dorzucił jeszcze przenikliwy wiatr, wiejący prosto w twarz. Za to słońca trochę było. A może przerwa na jabłka? Przed jednym z domów stoją całe ich wory. Można byłoby tam i z toalety skorzystać? A może i na herbatę by zaprosili? Bo jabłka na sprzedaż przed prywatnym domem stoją. Może właściciele się zlitują? Zlitowali się. Jabłka dali. Dali też herbatę i kawę, a nawet po kieliszku domowej roboty wiśniówki. Nawet albumy ze zdjęciami rodzinnymi pokazali. Umościłyśmy się na krzesłach na tarasie i popijając kawę z porcelanowych filiżanek, kierowałyśmy twarze w stronę promieni słonecznych. Chciało się zostać. Nie jechać dalej. Bo jechało się coraz trudniej. Robiło się coraz chłodniej. W sakwach zaś robiło się coraz puściej. Wrzuciłam na siebie kolejną bluzę i polar, kominiarkę i chustę, dodatkowe rękawiczki. Oj, Zimo! Dajesz nam popalić. 16.01.2015 Cristesti – Roman „Bardzo gęsta mgła. Słaba widoczność” – odezwał się rano mój telefon. W terenie zabudowanym jechało się dobrze. Z niechęcią wjeżdżałyśmy za to na otwarte przestrzenie, na których wiatr gasił nasz zapał i zmniejszał naszą prędkość do 10-12 km/h. Palce znów zamarzały. Co 10 km postój na coś ciepłego, na rozgrzanie, na rozmrożenie skostniałych dłoni i stóp. Coś dzwoniło. Jakby owieczka. Wiatr bawił się tym dźwiękiem, niosąc go w dal. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jego źródła. To dziewczynka w płaszczu w zgniło-zielonym kolorze, z futerkiem przy kapturze. To nawet bardziej kubraczek był niż płaszcz. Jak ze starych fotografii. Dziewczynka wyglądała jak zjawa. W tej mgle, wietrze. Minęłam ją, a gdy po chwili odwróciłam się, zniknęła. Rozpłynęła się. Pozostał tylko głuchy dźwięk dzwoneczka. 19.01.2015 Onesti – Targu Secuiesc Pot ścieka mi po plecach. Mam wrażenie, że powoli się roztapiam. Za chwilę zostanie po mnie jedynie niewielka kałuża. Wszystko mam mokre. Ale nie, nie dlatego, że jest gorąco. Przecież to zima. I jeszcze tydzień przed przyjazdem tu, do Rumunii, temperatury oscylowały w okolicach -20 stopni. Ten pot to przez czterokilometrową pnącą się serpentynę górską. Coś zakłuło w kolanie. Lewym. Niedobrze. Tym, które jest do operacji. Ale nieważne, w końcu są góry w oddali, ośnieżone pobocza, czarny asfalt lekko zwilżony deszczem. Dziś poczułam nawet trochę wiosnę. Ale tylko przez chwilę. 20.01.2015, Targu Secuiesc – Braszów Śniadanie, kawa/herbata, siku, wifi, drugie śniadanie, kawa/herbata, siku, wifi. Jezu! Ile można przerw robić?! W takim tempie trudno gdzieś dojechać. Ale cóż, uroki jazdy w grupie. A potem znów McDonald, gdzie kawa, siku i wifi są w jednym miejscu na raz. A potem jeszcze grzane wino. Choć o tym grzanym to nie powinnam chyba na forum wspominać, bo potem wsiadamy na rower i jedziemy do harcerzy. A harcerze nie piją. Ale ja harcerzem nie jestem i to moje dzienniki, więc może i w nich być o grzanym winie. 22.01.2015, Braszów – Sinaia Czuję się jakbym wracała na „stare śmieci”. Zaledwie półtora roku temu byłam tu. W tym miejscu łapałam stopa. O, a tam kupowałam owoce. Na tym mostku robiłam zdjęcia. Jedziemy przez Busteni, nad którym królują ośnieżone szczyty. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Jest magicznie. Tak to można jechać bez końca. 23.01.2015, Sinaia – Bukareszt Umarłam dziś. Nawet kilka razy. Może i kilkunastu śmierci bym się nawet doliczyła. Jazda przez Bukareszt w godzinach szczytu wieczorem, po zmroku. Czy może być większy koszmar dla rowerzysty? 27.01.2015, Wielkie Tarnowo – Gurkowo Mój mąż wyzionąłby tu ducha, myślałam nie przestając pedałować. Wspinałyśmy się przez czterdzieści kilometrów, naciskając powoli i równomiernie pedały. Wciągałam brzuch i stabilizowałam kręgosłup, ostrożnie pedałując. Takie podjazdy to dla chorych kolan wyzwanie, dla kręgosłupa często też. W zimie jednak takie podjazdy to też zbawienie. To jedne z niewielu momentów, podczas których jest wreszcie naprawdę ciepło. 29.01.2015 Karnobat – Burgas Po co zmieniałyście klocki, padło pytanie. Bo się starły, padła odpowiedź. Po niecałych tysiącu kilometrach (zdziwienie, szok, niedowierzanie). No, co ja na to poradzę? Rower nie hamował to musiałam zmienić, a że nie wiedziałam jak… Na youtube oglądałyśmy jak to zrobić, dodałam. Do zdziwienia i niedowierzanie dołączył śmiech i politowanie. Ej! No co?! Jak na pierwszy raz to i tak chyba dobrze, prawda? Zaczęły hamować po zmianie. Cel został osiągnięty. I o to chyba chodzi? Czy nie? 30.01.2015 Burgas – Małe Tarnowo Góra dół, góra dół, góra dół. Ale jak pięknie! Nieważne, że wiatr znów cały czas w twarz, zamiast w plecy. Bez znaczenia. Bo to najpiękniejszy dzień od momentu ruszenia z Ukrainy. Czy taki dzień będzie zdarzał się tylko raz na piętnaście dni?! A może by tak trochę częściej? 31.01.2015, Małe Tarnowo – Kirklareli Co ja tu właściwie robię?! Za jakie grzechy?!, myślę wspinając się dziewięć kilometrów w ulewnym deszczu do granicy z Turcją. A miało być tak pięknie. Miało w Turcji być słonecznie i ciepło. Miała być czapka, rękawiczki na dnie sakw i letnie buty na nogach. A tu ulewa, przemoknięcie do majtek i potem kolejne 45 km w ulewnym deszczu. Nie mogę swobodnie oddychać. Powietrze łapię haustami. Deszcz zacina. Momentami zamienia się w drobny grad. Gdyby nie gogle narciarskie straciłabym chyba wzrok. Nagle coś strzeliło. Pod moje koła wsunął się zerwany łańcuch roweru jadącego przede mną. Seriously?! 1.02.2015, Kirklareli – Kirklareli Gdy już myślisz, że gorzej być nie może, los płata ci figla. Bo gorzej zawsze może być. Jeszcze kałuża w butach nie wyschła po oberwaniu chmury poprzedniego dnia, a tu huragan atakuje. Sześć kilometrów w jedną stronę i sześć w powrotną. Dałoby się […] The post Dzienniki zimowe, czyli II etap Rowerowego Jamboree appeared first on B*Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Podróżnicza „Randka w ciemno”

W podróży czasem jest jak w programie „Randka w ciemno”, który już dawno zniknął z ekranów naszych telewizorów. Nigdy nie wiesz, kim jest osoba, którą spotykasz, kogo złapiesz na stopa, na kogo wpadniesz na mało uczęszczanych szlakach, na pustej plaży albo w sklepiku na granicy. Wprawdzie w drodze masz możliwość „rzutu okiem” i szybkiej oceny, ale też ta pierwsza ocena może wyprowadzić nas na manowce. W „Randce w ciemno” zwykle było trzech kandydatów, którzy odpowiadali na ambitne lub zwykle mniej ambitne pytania. To sondowanie pozwalało w mniejszym lub większym stopniu ocenić kandydata. W rzeczywistości, w drodze mamy mniej czasu na rozpoznanie, ale też często zupełnie nie mamy wpływu na to, kto na tej naszej drodze stanie. Zwykle w drodze trafiam w dziesiątkę albo w prawie dziesiątkę. Sami sympatyczni ludzie. Nie zawsze można mieć takie szczęście. Czasem za parawanem kryją się osoby, których wolałybyśmy nie spotkać. Sprawdźmy, kto za nim jest. KANDYDAT NR 1 Wzrost: niski Kolor włosów: trudno powiedzieć, głęboko nasunięta na oczy czapeczka Kolor oczu: czarne Wiek: dwadzieścia parę lat Profesja: Rybak Kraj: Salwador. Miejsce spotkania: plaża Barra del Santiago, Salwador. Cechy charakterystyczny: obłęd w oczach Kandydat nie jest przystojny. Z oczu wyziera lekkie obłąkanie. Lubi włóczyć się po pustej plaży wieczorami i napędzać stracha spotkanym przypadkowym turystkom. Zaczyna od zaczepek słownych, od zawołań, które z trudem przeciskają się przez huk fal. A potem jest już tylko mocny chwyt dłonią między uda i wysyczane słowa: „Chcę seksu!”. Zero subtelnych aluzji, wysublimowanych słów, zawoalowanych sugestii. W żaden możliwy sposób nie wzbudza pozytywnych emocji. Za to strach, przerażenie tak. Serce wali, ale z przerażenia i z wysiłku, bo biegnę, ile sił w nogach, by znaleźć się już wśród ludzi, by wiedzieć, że jestem bezpieczna. Łzy, które ciekną po mojej twarzy na pewno nie są łzami szczęścia. Kandydat numer 1 zostaje daleko w tyle. KANDYDAT NR 2 Wzrost: średni Kolor włosów: ciemny blond Kolor oczu: jasne Wiek: około dwudziestu lat Profesja: Sprzedawca Kraj: Turcja Miejsce spotkania: granica bułgarsko-turecka Cechy charakterystyczne: wyjątkowo jasne jak na Turka włosy Jest młody. Subtelny. Sympatyczny. Dużo się uśmiecha, zagaduje, choć znajomość języka obcego jest mu…obca. Ale jest zaradny. Wpisuje całe zdania w translator, a ten nam tłumaczy. Pełen empatii, wyjaśnia, że białe kobiety uważane są w Turcji z prostytutki (czy to na pewno przestroga czy może zawoalowana propozycja, zastanawiam się) Szybko okazuje się, że jednak propozycja. Nawet nie musi nic mówić. Wystarczy, że pokazuje. No, bo dlaczego miałby się nie pochwalić, że ma penisa? A jak ma to może się nim zabawić. Nawet bez aktywnego udziału białej kobiety, która wystarczy, że jest i że można się na nią gapić. Ale biała kobieta szybko przekreśla kandydata nr 2, zostawiając go w sklepie ze spuszczonymi spodniami. KANDYDAT NR 3 Wzrost: wysoki (choć trudno określić na siedząco) Kolor włosów: czarne Kolor oczu: ciemne Wiek: około czterdziestki Profesja: kierowca TIRa Kraj: Turcja Miejsce spotkania: trasa Polska – Barcelona Cechy charakterystyczne: złoty łańcuch na szyi, złoty sygnet Bezpośredni i stanowczy. Chce nas zabrać na stopa, a właściwie tylko jedną. Na to nie wyrażamy zgody. Dwie albo żadna. Po kilku godzinach naszego oczekiwania na innego kierowcę, a jego „pauzowania”, macha na nas. Zabierze dwie, ale plecaki każe wrzucić na pakę. Na to też się nie zgadzamy. Okazuje się jednak, że jest też zdesperowany. Wsiadamy z plecakami do przodu. Mówi po rosyjsku trochę, ale my nie. Jest obrotny. Na migi, po turecko-rosyjsku z pojedynczymi angielskimi wtrąceniami próbuje do nas zagadywać. Po trzech minutach pada magiczne pytanie: „Husband?”. Machamy mu przed oczami zaobrączkowanymi palcami, oddychając z ulgą, że pierwsze lody zostały przełamane. Jest mąż, jest święty spokój. Minutę jednak później pada kolejne magiczne pytanie: „Sex no problem?”. Problem, problem wrzeszczymy jedna przez drugą. Tylko, co dalej. Żadna z nas już nie chce z nim jechać. Tym bardziej, że kandydat nr 3 zaczyna zbaczać z trasy, na którą się umawiałyśmy. Autobahn, highway!, mówimy pokazując na mapę, a on macha ręką i mamrocze coś o stacji benzynowej. Za nic nie można się dogadać. Po chwili gdzieś dzwoni, a nasza wyobraźnia już pracuje. O co chodzi?! Gdzie my jedziemy? Chcemy wysiąść. Dostaję telefon do rąk. „Frend. Poland”, mówi kandydat nr 3. W słuchawce faktycznie polska mowa, choć akcent bardziej rosyjski. Na tyle jednak wszystko zrozumiałe, że trafia do mnie, że musimy zjechać na inna drogę, bo tam jest też stacja benzynowa, tańsza, że nie mamy się niczego obawiać. I w momencie, gdy mam już oddawać słuchawkę właścicielowi słyszę na koniec rozmowy: „Ale seks to nie problem?”. Ewakuacja, krzyknęłam, ciskając w kierowcę telefonem, a sama łapiąc za plecak. TIR zwolniła akurat przed światłami. Wyskoczyłyśmy. Kandydata nr 3 zostawiłyśmy zaskoczonego, ciesząc się, że nie zgodziłyśmy się na umieszczenie plecaków na pace. Podsumowanie „Głosu” Kandydat nr 1 Jest romantyczny. Lubi zachody słońca i spacery po plaży. Choć jest rybakiem, to bardziej od łowienia ryb, lubi łowić samotne turystki. Kandydat nr 2 ma w sobie coś z ekshibicjonisty. Wprawdzie nie chodzi na co dzień w czarnym płaszczu i czas najczęściej spędza na granicy tureckiej, sprzedając słodycze i parząc herbatę, ale znajduje też czas na typowo męskie rozrywki. Kandydat nr 3 nie grzeszy subtelnością, ale wielu może docenić jego prostolinijność i szczerość. Nie lubi komplikować sobie życia, dlatego zawsze mówi, co myśli. Wybór należy do Ciebie? Randka w ciemno kieruje się swoimi prawami. Kandydatów jest trzech, więc i ja przy tylu zostanę. W trakcie moich podróży jeszcze kilku pewnie by się znalazło. Całe szczęście nie ma ich aż tak wielu. Dlaczego? Bo staram się nie lekceważyć kultury krajów, do których jadę, słucham zwykle swojej intuicji i ufam jej, postępuję rozsądnie i w podróży staram się po prostu nie być głupia. Bo głównym powodem tego, że przydarzają się nam trudne, niebezpieczne czy nieprzyjemne historie jest nasza własna głupota. Ale kobiety podróżujące, choć w wielu kwestiach mają łatwiej niż mężczyźni, to w niektórych, a przede wszystkich w kontaktach z mężczyznami mają trudniej i bardziej muszą uważać. Najczęstszymi pytaniami zadawanymi podróżującym solo kobietom są pytania dotyczące obaw, strachu i stosunków damsko-męskich. Tak, boję się. Tak, mam obawy. Tak, z facetami w podróży jest czasem bardzo trudno, […] The post Podróżnicza „Randka w ciemno” appeared first on B*Anita Demianowicz Blog.

BANITA

Jazda rowerem w zimie – plusy i minusy

Jazda rowerem, gdy na zewnątrz panują temperatury na minusie, ma… no cóż wiele minusów, ale nie chcę być pesymistką czy zniechęcać kogokolwiek do jazdy rowerem. Chcę się jedynie podzielić spostrzeżeniami z mojego zimowego pedałowania. Gdyby trzy miesiące temu ktoś mi powiedział, że dziś będę rowerem pokonywać trasę z Ukrainy, przez Rumunię, Bułgarię do Turcji i to w szczycie sezonu zimowego, przy temperaturach poniżej zera, w śniegu i wietrze, to stuknęłabym się w głowę, dając do zrozumienia, że ja na pewno szalona nie jestem, ale za to on chyba ma nierówno pod sufitem. Ja i zima? Nie, przykro mi. Tu miłości nigdy nie będzie! Wystarczyło kilka tygodni, by się okazało, że jednak oszalałam. Kolejne pozwoliły mi wyłuskać esencję z podróży i w jaskrawym świetle ukazały plusy, choć jednak więcej minusów takiego podróżowania. Bo to, że rower to świetny sport z wielu powodów, a podróżowanie rowerem i zwiedzanie świata z poziomu siodełka to rewelacyjna i najlepsza metoda poznawania świata, wiadomo nie od dziś. Wiadomo też jednak, że najlepiej uskuteczniać to zwiedzanie, gdy słońce za oknem, a delikatny i ciepły wiatr we włosach, a nie szron na rzęsach i włosy skołtunione pod kominiarkami i czapkami. No więc czy warto wybrać się zimą na rower? A może jednak odpuścić i zaczekać na sezon? Minusy 1. „O, rany, ale mnie suszy!” To pierwsza myśl po pół godziny jazdy rowerem. Tylko teraz tak. Albo się zatrzymuję i muszę ściągnąć zimowe rowerowe rękawiczki, żeby wyciągnąć termos z sakwy, albo jadę bez picia. Pierwsze wyjście łączy się z marznięciem, drugie z odwodnieniem. Niestety w zimie, gdy piździ jak…nie, nie jak w kieleckim, lecz jak w Patagonii i gdy myśli się tylko o tym, by już się doczłapać na miejsce, stawanie, co chwilę na łyk herbaty wiąże się z późniejszym dotarciem do ciepłego pomieszczenia. Ale dlaczego w takim razie nie pijesz wody, zapyta ktoś. 2. „Z zamarzniętego nawet Salomon nie naleje…czy jakoś tak” Jak jest zima to musi być zimno. Proste. A jak jest zimno, czyli poniżej zera to chcąc nie chcąc woda szybko zamarza. Dotyczy to również wody w bidonie. Zaraz na początku dnia jeszcze do pierwszej godziny daje się ją wypić, potem robi się coraz zimniejsza i zimniejsza. Zaczyna mrozić zęby, doprowadzając je wręcz do bólu, a potem już lodowacieje i nie daje się uszczknąć nawet kropelki. Zostawała więc ciepła woda lub herbata w termosie, której aby się napić, trzeba było się zatrzymać. 3. „Daleko jeszcze?” Pytanie powtarzające się dość często w podróży. No, ale jak ma być blisko skoro non stop trzeba się zatrzymywać na picie, szczególnie ciepłego. Jeszcze pół biedy jak ciepłe jest w termosie, a jak się skończy, to zostają przydrożne knajpki, restauracje i bary, ewentualnie domy życzliwych ludzi. I droga się wydłuża tym sposobem. 4. „Nie ma nic za darmo” No cóż, na pewno jest drożej rowerować w zimie. Po pierwsze ciągłe postoje na ciepłe napoje. Bo niby można byłoby sobie zagrzać wodę na kuchence gazowej, ale chodzi też o to, żeby się rozgrzać, ogrzać, osuszyć i w ogóle, a przy kuchence się tego zrobić nie da, więc do środka wejść gdzieś trzeba. To tyczy się też spania. Bo niby namiot w zimie – można, czemu nie. Tylko jednak po całodniowej jeździe chciałoby się tak…w ciepełku położyć, ubrania wysuszyć i odpocząć od wiecznego marznięcia. A jak nie da się w namiocie, to trzeba wyskakiwać z kasy. 5. „Ależ pani pociągająca…” Niebywale, muszę przyznać. Bo na rowerze zimą wszyscy są pociągający. Z nosa cieknie na całego, bez przerwy. Można niby go wydmuchać, ale w pewnym momencie chusteczek zaczyna brakować, a poza tym, żeby wydmuchać nos to trzeba znów ściągnąć te wielkie ciepłe zimowe rękawice. A jak się je ściągnie to znów się marznie. I tak w kółko Macieju, czyli patrz punkt 1 i 2. 6. „Jest zima, to musi być zimno” Tak rzecze znana sentencja z „Misia” i nie ma, co tu się sprzeczać. Podczas jazdy rowerem zimą jest zimno i już. Można się ciepło ubrać, założyć kilka warstw, ale nie ma niestety idealnego stroju na każdą pogodę. A to jest za ciepło i się przegrzewasz, a to za bardzo się pocisz, a potem podwiewa albo zatrzymujesz się na picie i zamarzasz. U mnie niewiele dały ciuchy oddychające, odprowadzające pot itd. itp. Może niewłaściwe konfiguracje? Nie wiem. W trakcie jazdy aż tak bardzo nie marzłam. Trudniej było jednak podczas postojów. 7. „Cyknij fotkę” Żeby to było takie proste. Można telefonem, ale żeby to zrobić trzeba się zatrzymać, a jak się zatrzymamy, to wiadomo, co się dzieje. Trzeba ściągnąć rękawiczki. Najpierw jedna warstwa ciepła zimowa, trzypalczasta (to w moim przypadku), potem warstwa kolejna (niestety nie mam takich współpracujących ze smartfonami). No i łapy marzną. A lustrzanka? Nie przewiesisz jej przez ramię tak, jak w lecie, bo za zimno, bo możesz się łatwo wywrócić na rowerze i wtedy po obiektywie. A wygrzebywać z plecaka, co chwilę (a do tego też trzeba ściągnąć grubaśne rękawice) też nie bardzo ma się ochotę. To chyba najlepsza metoda na problemy ze zbyt dużą liczbą zdjęć z podróży lub z za małą ilością miejsca na karcie pamięci. 8. „Nie podchodź, bo zadzwonię do psychiatryka!” Jest zima. W zimie jeździ się na sankach, nartach, łyżwach i snowboardzie. I to jest normalne. Ale rower?!!! Naprawdę?!!! Dla wielu ludzi nie ma nic bardziej szalonego. Więc trzeba uważać, bo mogą cię wziąć za wariata. Niektórzy kierowcy samochodów z niedowierzaniem spoglądali na nas. Ich miny wyraźnie wskazywały na to, że uważają, iż mamy nierówno pod sufitem. 9. „Pan czy może jednak pani?” Na rowerze zimą traci się wszelką kobiecość. „Wyglądam jak terminator”, zauważyła jedna z dziewczyn. I miała rację. Wszystkie tak wyglądałyśmy. Dopóki nie ściągnęłyśmy czapek, kasków, masek, kominiarek, chust, okularów to tak naprawdę z trudem można było odgadnąć jakiej jesteśmy płci. Nie żeby mi to przeszkadzało, że nie wyglądam jak kobieta, ale co tu dużo gadać. Sprawdzone jest, że kobieta w drodze wzbudza w ludziach matczyne i ojcowskie uczucia. I pewnie mogłybyśmy liczyć na znacznie więcej opieki ze strony innych, gdyby wiedzieli, że jesteśmy kobietami. No cóż, taka nasza kobieca wyrachowana natura Plusy Myśl kobieto! […] The post Jazda rowerem w zimie – plusy i minusy appeared first on B*Anita Demianowicz Blog.

BANITA

TRAMPKI II Edycja Gdańsk 27.02.-1.03

Trwają przygotowania do drugiej pełnej edycji TRAMPEK. Odbędzie się ona w Gdańsku w weekend 27.02.-1.03.2015 Więcej informacji znajdziecie na stronie TRAMPEK. Będzie ciekawie: prezentacje z podróży, warsztaty, wystawa fotograficzna. Zobacz kogo będzie można spotkać w Gdańsku. PATRONI MEDIALNI The post TRAMPKI II Edycja Gdańsk 27.02.-1.03 appeared first on .

BANITA

Torres del Paine. Jak zorganizować tygodniowy trekking?

Szlak turystyczny w Parku Narodowym Torres del Paine uznawany jest za jedną z najpiękniejszych tras trekkingowych świata. Jak przygotować się na taki wyjazd? W poście prezentuję garść praktycznych porad jak dojechać i co ze sobą zabrać, czyli jak zaplanować tygodniowy trekking. Torres del Paine leży na południowym krańcu  Chile. Ponad 3000  km od stolicy kraju – Santiago. Jednak pomimo tej odległości warto wybrać się do Patagonii i przejść szlak wokół masywu. Widoki są imponujące! Jak dostać się do Parku Torres del Paine? Samolotem Najwygodniejsza i najszybsza opcja to samolot do Punta Arenas i stamtąd już autobusami (ok. 7 godzin do parku). Można lecieć bezpośrednio z Santiago, albo poszukać czy nie będzie taniej np. z Puerto Montt. Podróż samolotem trwa oczywiście najkrócej i jeśli się dobrze poszuka, można znaleźć bilety do Punta Arenas niemal w tej samej cenie w obie strony (a czasem nawet nieco taniej) co bilety autobusowe. Z Chile latają dwie linie LAN Airlines  (chilijski narodowy przewoźnik) i Sky Airlines Na stronie LAN w zależności od tego  jaki kraj wybierzecie na stronie głównej przewoźnika, zobaczycie zupełnie różne ceny. Podając, Chile za lot rezerwowany z odpowiednim wyprzedzeniem można trafić ceny poniżej 100.000 peso (czyli ok.160 dolarów), jednak gdy podamy kraj UE cena skacz powyżej 500 dolarów. Czy bilet kupiony w ten sposób będzie honorowany niestety nie testowałam. Jednak wprowadzając rezerwację zmiana narodowości na kolejnych krokach nie powoduje żadnych błędów czy zmiany ceny. Może warto zaryzykować? Z dyskusji na forach wynika, że nie ma problemu z honorowaniem takich biletów. Warto też pamiętać, że cena którą ujrzymy w kalendarzu lotów nie zawiera podatków i po przejściu do dalszej części rezerwacji wzrośnie. Ceny poniżej 250 dolarów można uznać za całkiem atrakcyjne. Do Punta Arenas można się też dostać z Argentyny tymi samymi liniami, jednak ceny z Buenos Aires, są wyżssze niż z Santiago. Autobusem Najpierw z Santiago do Puerto Montt (12-13 godzin) – koszt za miejsca pół-leżące (ok. 15-20 000 peso), miejsca leżące (ok. 30 000 peso) Puerto Montt do Punta Arenas (30 godzin) – koszt biletu ok. 30.000 peso od osoby Następny etap podróży autobusem dotyczy również osób, które do Punta Arenas doleciały. Punta Arenas do Puerto Natales  (4,5 godziny) – bilet 6.000 peso od osoby Puerto Natales do Torres del Paine (ok. 2 godzin) – bilet 10.000 peso w dwie strony. Bilet powrotny jest otwarty, wracasz kiedy Ci pasuje. Nie ma obawy o to, że gdy przyjdziesz z powrotem na autobus a nie masz wykupionego konkretnego miejsca, że go zabraknie dla ciebie. Kilka firm w tym samym czasie podjeżdża po turystów i w razie, gdy autobus firmy, w której kupowałeś bilet, będzie pełny, kierowca przesadzi cię do innego autobusu. Bilet można kupić w Puerto Natales na dworcu, na który dojedziesz z Punta Arenas. Autobusy odjeżdżają o 7.30 rano lub o 14.30, a wracają z Laguna Amarga o 16.45 i o 19.45. Mają jeszcze trzy inne przystanki na terenie parku. Trzeba dobrze się wczytać w rozkłady bo są nieco mylące. Nocleg w Punta Arenas Jest mnóstwo hosteli. Już właściwie zaraz po wyjściu z terminalu można natknąć się na pierwszy z nich. My zarezerwowaliśmy najtańszy jaki znaleźliśmy i za pokój dla dwóch osób zapłaciliśmy 40 dolarów. Hostal Torres del Paine może do najnowszych i najpiękniejszych nie należy, ale można poczuć się jak w domu, dzięki jego cudownej właścicielce Carmencicie, z którą bardzo szybko złapałam dobry kontakt. Minusem jest brak kuchni, ale śniadanie jest wliczone w cenę i można zawsze poprosić o zagotowanie wody na kawę czy herbatę. Dostać się do niego łatwo, choć od centrum i terminalu trzeba przejść z 6-7 skrzyżowań. Naprawdę godnym polecenia hostelem jest Hostal Patagonia de Ataño, mieszczący się kilka budynków od Hostalu Torres del Paine. Miejsce wygląda na drogie i luksusowe (my początkowo nawet nie chcieliśmy tam zajrzeć i chyba pierwszy raz spałam w tak eleganckim hostelu), ale ceny okazały się podobne do tych oferowanych przez większość hosteli, a nawet niższe od wielu hosteli oferujących pokoje w centrum miasta. Hostal Torres de Paine – pokój dwuosobowy ze śniadaniem – 40 $ (24.000 peso) Hostal Patagonia de Ataño – pokój dwuosobowy ze śniadaniem – cena jak wyżej Nocleg w Puerto Natales Spaliśmy w dwóch hostelach. Jeden mieliśmy już wcześniej zarezerwowany przez booking.com, ale tak naprawdę w miasteczku jest wiele hosteli, których na portalach do rezerwacji znaleźć się nie da i można do nich zajrzeć z ulicy. Okazuje się często, że trafi się lepiej niż rezerwując przez Internet. Hostal Bella Vista Patagonia – 30 $ (18.000 peso) Estancia de Patagonia – pokój dwuosobowy ze śniadaniem – 20.000 peso Pierwszy znajduje się bliżej centrum. Drugi kilka kroków od dworca i ten polecam. Czyściutko, przemiły właściciel. Zaledwie po jednej nocy spędzonej w jego domu, żegnał nas niczym starych znajomych. Jedzenie na trekking Część zakupów można zrobić już w Santiago czy Puerto Montt. My nie byliśmy pewni jak będzie z przewożeniem jedzenia przez granicę. Okazało się, że wszystko, co zapakowane w puszkach, pojemnikach, butelkach można przewozić. Zabronione jest przewożenie świeżych owoców, warzyw, nasion, roślin, ziół. Zamknięty jogurt, mleko w kartonie, nawet mięso, ale ugotowane czy upieczone (jednak bez kości) też można wieźć bez problemów w bagażu podręcznym. Bagaż główny jedzie w zaplombowanym przez celników bagażniku i nikt nie sprawdza co się w nim znajduje. Nie ma jednak potrzeby wieźć wszystkiego z Santiago. W Punta Arenas w centrum są dwa sklepy Unimarc, w których można zrobić podstawowe zakupy. Ale na większe i z szerszym wyborem warto wybrać się do tzw. Zona Franca, gdzie znajdują się m.in. sklepy wolnocłowe. Z miasta jadą w tamtą stronę taxi colectivos, oferujące wspólne przejazdy. Do Zona Franca jedzie ich sporo, m. in nr 13, 14 czy 15 („taksówki” mają swoje trasy). Z okolic hostelu najlepiej łapać 15. Stawka to 400 peso za osobę w tygodniu (w dniu świąteczne i weekendy – 450 peso, a w nocy – 500 peso) Zakupy najlepiej robić w Abu-Gosh (taksówkarz powiedział mi, że jest znacznie lepszy niż np. Sanchez&Sanchez. Tu można zaopatrzyć się nie tylko w jedzenie, ale i cały sprzęt oraz w ciuchy trekkingowe. Prowiant na drogę obliczaliśmy na tydzień trekkingu. Ostatecznie trasę […] The post Torres del Paine. Jak zorganizować tygodniowy trekking? appeared first on .

BANITA

Inspirujący ludzie

Ludzie są najważniejsi – to zdanie przewija się w moich podróżniczych rozważaniach nieustannie. Tym razem chciałabym jednak napisać o nieco innych ludziach. Nie tych, których spotykam w podróży, ale tych, którzy sami podróżują i też o tym piszą. Sama bym nie pomyślała, że będę tworzyć jakiekolwiek podsumowanie roku, a że jeszcze dwa?! To już w ogóle nie było w planach. Daleka też jestem od robienia jakichkolwiek rankingów, bo ludzi nie da się skategoryzować i wsadzić do jednej szufladki albo jednych postawić wyżej jako ważniejszych, a innych niżej. Wszyscy przecież są jedyni w swoim rodzaju i wyjątkowi. Jest jednak coś, o czym napisać muszę. Bo rok 2014 oprócz tego, że obfitował w liczne podróże, w piękne miejsca, w spełnianie kolejnych marzeń i nowe doświadczenia, to był również bogaty w znajomości. Nie podchodzę jednak do tematu bardzo restrykcyjnie, bo niektóre z tych osób poznałam nieco wcześniej, ale te znajomości ewoluowały w 2014 w taki czy inny sposób. Tak się składa, że wielu z nich, podobnie jak i ja, prowadzi blogi podróżnicze. I jakoś tak się dziwnie składa, że blogi, na które zaglądam regularnie to właśnie ich blogi. Zaglądam na nie z różnych powodów. W jednych cenię zdjęcia, w innych porady praktyczne, w jeszcze innych styl. Ale we wszystkich przede wszystkim człowieka, którego znam osobiście. Wiadomo, że o podróżach piszą dziesiątki, a nawet setki osób. Ja ciągle jestem w podróży, a jak nie jestem to piszę, a gdy nie piszę i mam czas wolny, to czytam. A jak już czytam to głównie książki. I szczerze przyznaję, że nie mam za bardzo czasu na czytanie blogów. Czasami brak mi czasu nawet na prowadzenie własnego. Ale są takie strony, na które zajrzeć muszę. Bywa, że nie czytam wszystkich wpisów, jeśli ktoś pisze ich za dużo (wówczas nie nadążam po prostu. Karol! Opanuj się! =D ), ale lubię tam bywać, bo wtedy mam wrażenie, że jestem bliżej nich, choć w większości przypadków w rzeczywistości jestem od nich bardzo daleko, bo ciągle ktoś z nas jest w drodze, a poza tym mieszkamy w różnych zakątkach Polski. Dzięki bywaniu na ich stronach, czuję się prawie jakbyśmy byli na wspólnym piwie. Opowiem Wam dzisiaj o blogach i o ważnych dla mnie ludziach, którzy za tymi blogami stoją i są dla mnie inspiracją Los Wiaheros photo by project-on z Alicją Było o nich głośno. Pięcioletnia podróż a to rowerem, a to jachtostopem, a to kilkumiesięczne przemierzanie Australii. Byli w miejscach, o których ja marzyłam. A potem okazało się, że w Trójmieście jest pokaz. Skomentowałam, że nie mogę się doczekać. I potem od słowa do słowa z Andrzejem dogadaliśmy się, że zatrzymają się u nas. Niby nie mam problemu w kontaktach z ludźmi, ale nigdy się nie wie, na kogo się trafi, więc trochę stres był. Niepotrzebnie. Rozmowa ciągnęła się do późnych godzin nocnych. Zresztą potem jeszcze kilka razy zdarzyło się nam to powtarzać. Trudno mi wyrazić to, co myślę o Alicji i Andrzeju. Wiem, że nie ma ludzi idealnych, ale oni w moich oczach niemal tacy właśnie są. Są wyjątkowi: mądrzy, ciepli, życzliwi, pomocni i z takim naprawdę fajnym podejściem do świata i do podróżowania. Powinni stanowić przykład dla każdej osoby podróżującej. Bo oni podróżują mądrze. W dodatku nie pchają się na świecznik, nic nie robią pod publiczkę. Robię świetne rzeczy, a ich skromność czasem mnie poraża. Uwielbiam z nimi rozmawiać. I uwielbiam ich towarzystwo, dlatego, że są to jedne z nielicznych osób, którym zależy, którzy potrafią słuchać i po których widać, że naprawdę ich obchodzisz. Strona Andrzeja i Alicji Bear Girl photo by project-on O Kamili słyszałam dużo zanim ją jeszcze poznałam osobiście. Szalona, roztrzepana, postrzelona, kobieta rakieta, pogromczyni niedźwiedzi (albo raczej tańcząca z niedźwiedziami) i dziesiątki podobnych sformułowań pojawiały się w opisach jej osoby. Wiedziałam, że muszę ją poznać, bo podróżuje głównie solo, a w przypadku Trampek, które zaczęłam organizować jej osoba wydawała mi się wyjątkowo ciekawa. Zaczęłam zaglądać na bloga, trafiałam na jej artykuły w prasie. Podobało mi się to jak pisze. Zresztą Kamila ma i doświadczenie pisarskie i talent. Poznałam ją na Kolosach, gdzie opowiadała o swojej rowerowej wyprawie na Kamczatkę. Zrobiła na mnie wrażenie. Pewna siebie, mimo tego, że szalona i postrzelona to czułam, że ma poukładane w głowie. No i przede wszystkim jest osobą, z którą przysłowiowe konie można kraść. Stała się moją inspiracją i jest nią cały czas. Lubię powtarzać, że „jak dorosnę, to chcę być jak Bear Girl”, choć od niedźwiedzi wolę duże koty. To między innymi jej osoba zainspirowała mnie do tego, żeby wsiąść na rower i wybrać się teraz na zimowy etap sztafety rowerowej. Bo skoro Kamila może jeździć po Jukonie przy minusowych temperaturach, to i ja przecież dam radę. W tym roku będziemy „konie kraść” razem. Odliczam dni do wspólnego wyjazdu rowerowego w ramach piątego etapu sztafety – przez Iran. Strona Kamili Travelerka Na Edyty blog pewnie bym nie zajrzała, gdybym jej nie poznała osobiście. I wiele bym straciła, bo styl Edyty i jej poczucie humoru bardzo mi odpowiadają. Poza tym to niezwykle dzielna kobieta, która akurat, gdy o niej piszę, przemierza przechodzony już przeze mnie szlak w Torres del Paine w Chile. Ale mało tego, bo Edyta sama rowerem jedzie przez Chile. Kruchutka, niziutka czarnulka, która wygląda jak lalka z tymi swoimi wielkimi ciemnymi oczami mierzy się z patagońskim wiatrem, podczas gdy jej mąż czeka na nią w domu. I może dlatego też jest mi bliska. A poznałyśmy się nie tak dawno i w sumie przypadkiem, bo w Boruszynie na Plenerze Podróżniczy im. Kazimierza Nowaka. Od tego czasu zaglądam na jej blogu regularnie i dopinguję jej. Strona Edyty Kołem się toczy photo by Maria Cywińska Karola poznałam chyba pod koniec 2013, a może już w 2014. Nie pamiętam. Ale poznaliśmy się tylko wirtualnie. Karol wiecznie miał jakieś pytania i coś tam w kółko wystukiwał do mnie, a to o blog, a to o jakiś konkurs, czasem pogadaliśmy o pierdołach. I dopiero pod koniec roku spotkaliśmy się na żywo na wspólnym wyjeździe zorganizowanym pod hasłem Blogerzy w Batumi. I dość szybko złapaliśmy naprawdę dobry kontakt. Czułam się jakbym była […] The post Inspirujący ludzie appeared first on .

BANITA

Heksaemeron* patagoński

I nastał wieczór i poranek, dzień pierwszy (16 km) Panował chaos. W mojej głowie. Dopadło mnie jakieś rozgorączkowanie, dziwna ekscytacja. Czułam jak serce mi kołacze, jak coś ściska w gardle. Po kilkudziesięciu godzinach w końcu tu byłam. Miałam wrażenie jakbym po długim czasie ciemności, w końcu ujrzała światło. Na wjeździe do parku jednak chaos był nie mniejszy niż w mojej głowie. Wypełnianie druków, zakupy biletów, bagaże, tłum ludzi, jedni się przepakowują, inni już wyruszają na szlak. A ja stałam oniemiała i wpatrywałam się w przestrzeń, nie bardzo wiedząc jak ta droga i kilkudniowa podróż będzie wyglądała. Może to będzie dziewięć dni albo osiem jak przewidują przewodniki, a może mniej. Nie miałam pojęcia. Droga z Laguna Amarga przez większość czasu wiodła nas płaskim terenem. Na razie nie było niebiańskich widoków. Krajobraz bardziej przypominał dantejski czyściec. Całe połacie martwych drzew, biało-czarnych, spalonych kikutów, wystających z ziemi. Jakiś turysta kiedyś nie dogasił niedopałka, czy też odpalił gaz w kuchence turystycznej na otwartej przestrzeni i duża część parku poszła z dymem. Upał panował niemiłosierny. Rozmyślałam, o ile przyjemniej wędrowałoby się w cieniu drzew, nawet takich skarlałych, przypominających nieco japońskie drzewka bonsai (na taki natrafialiśmy bowiem w późniejszych etapach). Szliśmy jednak na otwartej przestrzeni i prażyliśmy się na słońcu niczym pestki dyni na patelni. Miałam ochotę wskoczyć do tej rzeki o bladoniebieskim czy może siwym kolorze, która wyglądała jakby wsypano do niej niezliczone wiadra cementu. Podziwiałam ją jednak z daleka. Ta rzeka przez długi czas miała nam jeszcze towarzyszyć. Po kilku godzinach wędrówki naszym oczom ukazała się zielona ukwiecona rumiankami polana. Na polanie stał domek i metalowa budka. W słońcu odbijały też blask z rzadka jeszcze ustawione namioty. Rozłożyłam się pod drzewem dającym cień i rozkoszowałam dniem. Chmury nie przybierają tu żadnych kształtów, pomyślałam z żalem. Wpatrywałam się w niebo już od co najmniej dwóch godzin, próbując w podniebnym puchu odnaleźć postaci z dzieciństwa. Nie było ich tam. Czy w wieku 33 lat tracę w końcu coś z dziecka?, zmartwiłam się. Stwierdzając jednak, że nie, bo wciąż czerpałam dziecięcą radość z tego błękitu nieba, zieleni trawy, żółci mleczy i bieli chmur oraz rumiankowych płatków. I nastał wieczór i poranek, dzień drugi (30 km) Z nieba od rana lał się znów żar. Szliśmy przez bajecznie zielony las. Raz w górę, raz w dół. Naprzemiennie jakbyśmy podążali ściegiem zygzakowatym właśnie wyjętym spod igły starego Singera. I tak przez dziesięć kilometrów, aż do pierwszej strażniczej budki. Tylko wpis do zeszytu, numery paszportów. To może jeszcze woda od strażnika, krótka pogawędka, kilka migdałów na dalszą drogę. A potem już nieco bardziej płasko niemal aż do jeziora Dicksona, z którego wypływała bladoniebieską cementową rzekę Rio Paine. I potem wędrówka wzdłuż Rio Los Perros i znów zejście i podejście, zejście i podejście naprzemiennie, nieustannie. I ścieżka wijąca się alejkami wśród drzew. A z daleka już zaczynał docierać do oczu blask lodowca Los Perros. Jeszcze kawałek do niego. Zbliżaliśmy się powoli. W miarę zbliżania się do wprost proporcjonalnie rosła siła wiatru i wielkość oraz zagęszczenie kropel, które zaczęły kapać z nieba. Ochłodziło się. Jakby pory roku trwały tu po dzień czy półtorej dnia i zmieniały się tak ze sobą nieustannie. Nadeszła dżdżysta chłodna szara jesień. I tylko ten lodowiec błyszczał i przyciągał niczym magnes. Wspinałam się na brzeg wzniesienia, by zerknąć na lagunę, by z bliska spojrzeć na lodowiec, ale wicher starał się zniweczyć moje plany. Zaczynałam poznawać prawdziwą naturę patagońskiego wiatru, o której tyle słyszałam. Walczył ze mną. Walkę przegrałam, staczając się na zbocze. Zaczęło lać. Coraz mocniej i mocniej i wiać jeszcze bardziej barbarzyńsko. A tu jeszcze droga w górę i wreszcie w dół. Jeszcze kilkaset kroków i jesteśmy na miejscu, szepnął mąż. Zmęczona, wychłostana wiatrem i deszczem, nim zniknęłam za ostatnim wzgórzem, odwróciłam się by spojrzeć na lodowiec. Nie był sam. Wyjrzało kilka słonecznych promieni i tęcza. Lepszego zakończenia dnia wymyślić nie mogłam. I nastał wieczór i poranek, dzień trzeci (12 km) Powierzchnia, po której stąpałam wcale nie była sucha. Przez całą noc padało. Błoto rozbryzgiwało się na wszystkie strony. Najtrudniej było z podejściami i zejściami. Niekończąca walka z tym, żeby się nie pośliznąć i nie wylądować pupą na glebie. Nie żeby o ból czterech liter chodziło, ale o czystość ubrań, bo przecież niewiele ich w plecaku na zmianę. Liczyła się waga bagażu, a oprócz ubrań musiał pomieścić się wielki śpiwór, sprzęt kuchenny i kilogramy jedzenia. Zresztą zmieniać nie byłoby co, bo z zimna niemal wszystkie fatałaszki miałam wciśnięte na siebie. A ani suszyć, ani prać nie było gdzie. Najtrudniej było z butami, bo już na „dzień dobry” najpierw lewym, potem prawym wpadłam po kostki w błoto. Wciągnęło mnie, tworząc w moim obuwiu istne morze. Morze następnie zaczęło stopniowo zamarzać, ale do suchego lądu było jeszcze daleko, bo oto przed naszymi oczami zaczęła rozciągać się biała przestrzeń. Z błotnistego lasu, weszliśmy niemal wprost w ramiona śnieżycy. W takich warunkach jeszcze nie wędrowałam. Zamiast jednak kląć na co popadnie za koszmarne warunki pogodowe, parłam przed siebie z uśmiechem na twarzy. Było genialnie, choć kostniałam z zimna i miałam wrażenie, że każda próba zrobienia zdjęcia, co wiązało się najpierw z uwolnieniem dłoni z rękawiczek, skończy się odmrożeniem. Uśmiech nie schodził z twarzy, nawet gdy musiałam przystawać i rękami łapać za pierwszy lepszy wystający kamień czy głaz, na tyle silnie osadzony w ziemi, by stanowił dla mnie wsparcie i pomógł oprzeć się nieprawdopodobnie silnemu wichrowi. – Zawsze tu taka pogoda? – Zapytałam Estebana, strażnika z kempingu Perros, którego mijałam, gdy ten stojąc w jednym z głównym punktów obserwacyjnych, sprawdzał czy na szlaku wszystko gra. – Często jest gorsza. Dziś macie dobrą pogodę. Macie szczęście – odpowiedział z uśmiechem, przekonując, że czasem wieje tak mocno, że nic tylko plackiem leżeć na ziemi. A ja rozważałam jak potrafi się niebywale zmienić pojęcie „dobrej pogody”. Z każdym niemal krokiem wiatr przybierał na sile. Punkt kulminacyjny znajdował się na Przełęczy Gardnera. Przy zejściu oczom ukazał się lodowiec. Grey! Morze lodu. Oniemiałam z zachwytu. Miałam go teraz przed sobą niemal w całej okazałości. Zdumiewał i zachwycał mnie swoim ogromem. Gdyby nie przenikliwe zimno i powolna utrata czucia […] The post Heksaemeron* patagoński appeared first on .

BANITA

Szukając pumy III

Puma!!!, wrzasnęłam, ile pary w płucach. Chyba oszaleję, zwariuję ze szczęścia! Nie, nie zobaczyłam jej. Jeszcze nie. Na razie tylko przeczytałam, że w Torres del Paine puma żyje. Wprawdzie nie moja ukochana czarna, ale ujrzenie w warunkach naturalnych jakiejkolwiek byłoby spełnieniem dziecięcego marzenia.. – Tym razem musi się udać. – rzekłam z przekonaniem do męża. Nie udało mi się w Hondurasie, nie udało się w Kostaryce, ale Chile nie przepuszczę. Gdzieś pod skórą, w najcieńszej jej warstwie czułam, że tu po prostu muszę ją spotkać, że ją zobaczę, że stanę z nią oko w oko, że poczuję jej zapach. Po prostu to musi stać się tu, w Torres del Paine. – Widziałeś kiedyś pumę? – Zapytałam guardaparque, przez Amerykanów zwanego rangersem, a przeze mnie mniej dumnie strażnikiem parku. Siedziałam w chatce strażników. Grzałam się przy piecu, siorbiąc przez bombillę yerba mate, którą Chacho, co chwilę zaparzał od nowa, podając po kolei każdemu z obecnych na tej niewielkiej – trzy na trzy metry – powierzchni. Oprócz mnie, na plastikowym krzesełku siedział Święty Mikołaj. Tak, we własnej osobie. Stwierdził, że do świąt jeszcze daleko, więc mógł sobie pozwolić na wędrowanie po Torres. Z prezentami zdążę, mówił Jeff, bo tak naprawdę się nazywał. Miał ponad sześćdziesiąt lat i twierdził, że już w drodze zdążył rozdać jeden prezent. – Na polu namiotowym w Perros zostawiłem strażnikom swoje skarpetki. Powiesiłem do suszenia nad piecem i zapomniałem. – Zaśmiał się. – Chyba już ze dwa prezenty rozdałeś, a nie jeden – podpowiedziałam, a Mikołaj alias Jeff spojrzał na mnie podejrzliwie. – Słyszałam, że w drodze na przełęcz dałeś komuś bandaż elastyczny. Jeff roześmiał się. – Faktycznie! – Zapomniałem o tym. – Jakieś Chilijce coś stało się z nogą. Poratowałem ją bandażem, bo nic innego mi nie zostało. – Wytłumaczył pozostałym. – Ja nie jestem Mikołajem, ale też rozdałem mnóstwo prezentów – Wtrącił Stephan, drugi sześćdziesięciolatek, starej daty wspinacz z Anglii. – To ja też chcę! – Na prezenty zawsze byłam łasa. Trzech rangersów z oczekiwaniem wpatrywało się we wspinacza. Ten zamaszystym ruchem, z zawadiackim uśmiechem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki blister tabletek. – Oto i on! – Wykrzyknął radośnie– Ibuprofen! Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Niezły Mikołaj, co to wszystkich po drodze szprycuje tabletkami. Jeff pochodzi z Walii i już piąty raz jest w Torres del Paine. Pumy jednak nie widział. Za to reszta tak. Znaczy strażnicy, guardaparques czy rangersi jak kto woli. Kristofer w parku pracuje już dziesięć lat, to jego dziewiąty sezon w Campamento. A sezon turystyczny trwa od listopada do marca na szlaku „O” i do kwietnia na szlaku „W”. Kristofer stacjonuje jednak głównie w Campamento Paso, jednym z trzech darmowych pól namiotowych w parku. Tym zaraz za przełęczą, najbardziej wietrzną i chyba najzimniejszą częścią parku. W Campamento Paso nie ma nic, a właściwie niewiele jest. Jest buda z dziurą, pełniąca funkcję toalety i dwie umywalki na zewnątrz z wodą bieżącą wprost z górskiego strumienia. I szopa, otwarta z jednej strony, sklecona z falistej blachy. Na tyle, by osłonić nieco od porywistego i przeszywającego wiatru. Tam można odpalić gaz i zagotować wodę na herbatę i makaron z soją. I pogadać z innymi wędrowcami i razem z nimi potrząść się z zimna lub rozgrzać naparstkiem Absynthu, którym ktoś poczęstuje. Jest tu też kilkanaście miejsc na namioty i ławeczka w punkcie widokowym na lodowiec. No i chatka strażników, w której jest ciepło i jest normalna łazienka i toaleta. – Anita! – Wrzasnął Ludvik przez okno, przyuważając jak wychodzę z szopy z dziurą. – Nie chodź tam, przychodź do nas, tu wygodniej ci będzie. Ja to jednak zawsze potrafię się urządzić, pomyślałam uśmiechając się do samej siebie. Ludvik jako strażnik pracuje w Torres trzeci sezon. Chacho, ten od yerba mate, dopiero pierwszy. Każdego dnia jeden zostaje na miejscu, by prowadzić rejestr przechodzących przez przełęcz i zatrzymujących się na kempingu, drugi wspina się na przełęcz, a trzeci wędruje w dół rzeki. Pilnują porządku na szlaku. A potem siedzą w ciepełku, grzejąc się przy piecu, popijając yerbę, prowadzą życie towarzyskie z nowo przybyłymi, którzy odważą się do nich do chatki zajrzeć. Nie mają łatwej pracy w takich warunkach, ale nie narzekają. I tak, najtrudniej, moim zdaniem, ma chyba Esteban, z kempingu Perros. Każdego dnia, przez kolejnych jedenaście  z rzędu (potem ma cztery dni przerwy), musi wspinać się w śnieżycy, wichrze, czasem osiągającym prędkość 100-120 km/h na Przełęcz Gardnera, punkt, który na turystycznej mapie parku zaznaczony jest jako najbardziej wietrzny. – Wolę wspinać się w taką pogodę niż w słońcu – stwierdził, gdy w wichurze, opatulani śniegiem i owiewani wiatrem, ucięliśmy sobie pogawędkę na zimowym szlaku. – Mniej się tu męczę. Było to widać, bo pomykał w tych trudnych, niemal wysokogórskich warunkach (choć wysokość nie była wielka) niczym młoda kozica, zajmując co jakiś czas odpowiednie miejsce z widokiem na cały szlak, rozglądając się na boki, sprawdzając czy wszywko jest w porządku, czy ktoś z turystów nie potrzebuje pomocy. Pumę widział, a jakże! Pumę widział też, i to nie raz, a razy kilka, Kristofer. – Naprawdę?! Nie żartujesz? – Pytałam podekscytowana. – Gdzie? Chłopak wygrzebał z kieszeni telefon i zaczął coś na nim przeglądać. – Spójrz! – Podał mi aparat. Na zdjęciu, wprawdzie nieco rozmazanym, widniał piękny wielki kot. – Ale to nie tu. W Paso jest trudno. Najłatwiej je spotkać w okolicy Laguna Amarga. Raz też widziano ją w Campamento Grey – zdradził. – Jeśli chcesz ją spotkać, to szukaj tam. – Poradził. – Wszyscy mi mówią, że bardzo trudno spotkać dużego kota. – Nieprawda – Żachnął się Kristofer. – Tu to dość łatwe. Aż policzki zapłonęły mi z wrażenia i momentalnie zrobiło się ciepło. Skoro łatwe, to na pewno ją spotkam. Przez następne dni wypatrywałam jej starannie. Zatrzymywałam się co jakiś czas, przy okazji czekając na mojego męża, i rozglądałam po okolicy, próbując wypatrzyć gdzieś zwinne kocie ruchy. Nie liczyłam na to, że stanie mi na drodze, ale chociaż na to, że przebiegnie gdzieś choćby kilkanaście metrów ode mnie. Czasami zatrzymywałam się gwałtownie i zaciągałam powietrzem. – Czuję zwierza – Szeptałam wówczas do Małżonka, nakazując mu zachowanie ciszy. – To […] The post Szukając pumy III appeared first on .

BANITA

24 godziny albo Dzień Świstaka (część trzecia i ostatnia)

1h W autobusie rozbrzmiewa przede wszystkim hiszpański. Są Meksykanie, Argentyńczycy i Chilijczycy. Wszyscy jadą do Punta Arenas. Niektórzy przemierzają stale tę trasę. Może wracają do domu? A może jadą do pracy? Ciekawe ilu wybiera się do Torres del Paine? Dziewczyny z przodu autobusu, nastolatki, hałasują. Zaśmiewają się do rozpuku. No tak, Włoszki. Choć są turystkami, to nie wyglądają na takie, które zamierzają wypuścić się na dłuższy trekking. Chłopak obok, ten w turystycznym rynsztunku, właśnie wraca z trekkingu w innej części Chile. 2h Nie chce mi się już nic oglądać. Oczy bolą od czytania. Za oknem ciemno. Pora na dobranoc, jak powiedziałby Miś Uszatek. I znów ten sam rytuał, żeby się ułożyć. Lewa, prawa. Może trochę w górę. Obniżyć oparcie. Nogi najchętniej w górę, ale nie ma jak. Zwijam się w kłębek i zasypiam na swojej części. 3h Jakaś strzelanina. Wytężam słuch. Nie, to tylko w tle słychać dźwięki z filmu. 4h Nie mogę się ułożyć. 5h Ktoś chrapie. A to mój mąż. Cholera! Dłonią wymacuję stopery, które wrzuciłam do kieszeni spodni. Spanie na siedząco to nie spanie. 6h – 8h Śpię. 9h Koszmar, co?, pyta mąż, gdy na chwilę minimalnie otwieram oczy. Potakuję, zamykając je. Która godzina? Siódma? Przewracam się na drugą stronę. Jeszcze trochę snu. 10h Słońce zagląda przez zielone zasłonki. Zmusza mnie do zmrużenia oczu i w końcu do ich otworzenia. Koniec spania. 11h Pojawia się steward autobusowy. Co podać? Kawka? Tak, tylko tym razem bez cukru, proszę. Pierwszy raz zdarza mi się pić kawę przez słomkę, dziwi się Małżonek. Ja zaczęłam ten sposób picia kawy praktykować już w Ameryce Środkowej. Lubię tak. Nic się z kubka nie wylewa, nie parzy się warg. Wygodnie, a przy tych wiatrach, które momentami rzucają autobusem z prawa na lewą, picie przez słomkę jest niezastąpione. 12h Kolejny papier do wypełnienia. Deklaracja celna. No tak, bo żeby dojechać do Torres del Paine trzeba wyjechać z Chile, przejechać przez Argentynę i znów wjechać do Chile. A do Chile nie można niczego wwozić. Żadnych owoców, warzyw, mięs. A mi banany dojrzewają w torbie i kanapka z szynką. Tylko niech spróbują zabrać mi płatki owsiane, odgrażam się. W Chile je przecież kupiłam. A to, że nie ma innej drogi niż przez Argentynę, to nie moja wina przecież. 13h Jeee! Minęły właśnie dwadzieścia cztery godziny podróży, ucieszył się mąż. Dwadzieścia cztery godziny nieustannej jazdy autobusem. Od co najmniej pięciu sześciu godzin, odkąd się obudziłam, ten sam monotonny płaski krajobraz. Przyglądam się mu dokładniej. Nie, wcale nie jest monotonnie. Nie ma drzew, ale czasem jakieś pojedyncze się pojawi. Jest złoty piasek i jest pampa. Z rzadka jakieś wzniesienie. Ale są i niewielkie jeziora, rzeczki, rozlewiska, a przy nich liczne ptactwo. Gdzieś w oddali pasą się stada guanaco. 14h O, flamingi! 15h I znów stado guanaco. Wszystkie z pochylonymi w kierunku ziemi głowami. Wcinają trawę. Tuż niedaleko, stado owiec. 16h „Ale najdonioślejszym wydarzeniem owego lata było przybycie z dalekiego Chile, leżącego gdzieś za siedmioma górami…”, przeczytałam w książce Vargasa Llosy, po którą sięgnęłam w drodze. Idealna książka w idealnym czasie, pomyślałam. 17h Wyrzucić jajka? Nie, no jajka chyba można, gadam do siebie. Nikt mnie nie rozumie. Całe szczęście, bo monolog o jajkach mógłby się spotkać z niezrozumieniem. Dobra, wyrzucam. Ale musli uparcie wnoszę. Paragon jest. Coś do zdeklarowania?, pyta urzędniczka. Pokazuję co mam. ‘”Pasa”, mówi, każąc przechodzić. No to co można, a czego nie można wwozić? Nie można świeżego, odpowiada. Więc ugotowane jajka można? A mogłam ich nie wyrzucać. Musli jednak uratowane! 18h Ależ wieje! Normalnie iść się nie daje. Chociaż gorzej z oddychaniem pod wiatr. A tu to i tak jest nic, uświadamia mnie mąż. W Torres będzie gorzej. Wsiadam do autobusu i łykam łapczywie powietrze. Myśli, że mnie wystraszy? Jakimś tam wietrzykiem?! Będę płakać, jęczeć i kląć, ale nie poddam się. 19h Viva Punta Arenas!, krzyczę. A właściwie to mam ochotę krzyczeć, ale nie chcę mężowi robić siary. Jakimś cudem dojechaliśmy. Ba, mało powiedziane, że dojechaliśmy. My tę podróż przeżyliśmy. Trzydzieści godzin nieustannej jazdy, z trzema przerwami, w tym dwoma przymusowymi, bo na granicy. Myślałem, że będzie gorzej, powiedział Małżonek. Ja też. 20h Dwa do Puerto Natales, proszę. No tak, bo to przecież jeszcze nie koniec podróży. Cel wciąż nie osiągnięty. Bramy Torres del Paine otworzą się dla nas jeszcze za jakieś pięć godzin jazdy. Po odpoczynku i wyspaniu się w wygodnym łóżku jest łatwiej, choć autobus już nie tak wygodny. Miejsca na nogi brak, choć z moimi 168 cm wzrostu i tak nie jest źle. Skarżyć może się Małżonek ze swoimi 187 cm (z czego znaczną część stanowią nogi). 21h Chyba sprzedali nam ostatnie wolne miejsca, stwierdza, pociągając nosem. Też zaczynam pociągać. Siedzimy na szarym końcu. Tuż koło toalet, o czym trudno niestety zapomnieć. Na dokładkę dwa maluchy przed nami. Całe szczęście po wypowiedzeniu z kilkanaście razy słowa „kurva” (cytuję Małżonka: „Ale przeklinają gówniarze”. Przypisek redakcji: „kurva” to po hiszpańsku zakręt), w końcu zasypiają. Oby spały te trzy i pół godziny. 22h Spały. A ja razem z nimi. 23h To chyba żart jakiś! Czemu zawsze moje wybory okazują się źle trafione? Znów wybrałam firmę, która się spóźnia i autobus, który się psuje. A przecież na dworcu w Puerto Natales jest co najmniej kilka firm, które oferują transport do Torres del Paine. To zatrzymujemy się, to ruszamy. Kierowca wyskakuje, coś sprawdza. Znów zasiada za kierownicą, próbuje ruszyć. Coś burczy, trzeszczy. Nie!!!! Proszę. Ja chcę już iść, być w drodze, zacząć wędrówkę wokół Torres del Paine. 24h W końcu! Po siedemdziesięciu dwóch godzinach w drodze jesteśmy na miejscu – Laguna Amarga. Jeszcze tylko jeden kwitek, jeszcze tylko opłata i decyzja, w którą stronę. Zaczynamy wędrówkę szlakiem „O”, czyli pełna trasa wokół górujących na krajobrazem wież. Jeszcze tylko przed nami ze 120 kilometrów z dwudziestokilogramowym plecakiem. Ale co to dla nas! W końcu na tym polega podróż, prawda? Na nieustannym byciu w drodze. The post 24 godziny albo Dzień Świstaka (część trzecia i ostatnia) appeared first on .

BANITA

8 najpiękniejszych miejsc w 2014

Dziś pierwszy dzień nowego roku. Początek wszystkiego. Jak napisał mój kolega Tomek na facebook’u „365 dni, 365 nowych szans”. Koniec roku to zwykle czas podsumowań. Na którą stronę się nie zajrzy wszyscy dokonują przeglądu roku, pisząc o tym, gdzie byli, co im się udało, a co nie wyszło do końca tak jak chcieli. Ile wejść mieli na stronę i ile postów napisali w ciągu roku itd., itd. A u mnie? Podsumowań nie będzie. Zresztą ja je zrobiłam w moje urodziny, a właściwie urodziny mojego bloga (Nie, jednak i w dniu jednego i drugiego, bo przecież dzień narodzin mojego bloga, był dniem moich ponownych narodzin i nowego życia). Pomyślałam, że po prostu „przeżyjemy to jeszcze raz”, czyli zajrzymy do najpiękniejszych miejsc z moich podróży w 2014 roku, największych dla mnie odkryć i do miejsc, które dały mi najsilniejsze przeżycia Najpiękniejsze miejsca i jednocześnie najlepsze trekkingi (jakoś to u mnie zwykle wiąże się jedno z drugim) 1. Park Torres del Paine – Chile Tak w szczegółach i tak ogólnie. Magiczny ze swoimi rozległymi przestrzeniami, wzgórzami, skalistymi górami i lodowcem. Z czterema porami roku w ciągu zaledwie kilku dni, ze szmaragdowymi lagunami, gęstymi lasami, z silnym patagońskim wiatrem, z palącym skórę słońcem i śniegiem sypiącym się na głowę po wyjściu z namiotu. 2. Lodowiec Grey – Chile Moje odkrycie i moja nowa wielka miłość. Nigdy nie sądziłam, nie pomyślałam, nie spodziewałam się, że lodowce mają w sobie tyle magii i siły przyciągania. Nigdy wcześniej nawet o nich nie myślałam, bo przecież wszystko, co z zimą i zimnem związane odsuwałam nawet od swoich myśli w niepamięć. Aż nagle, nie mogę oderwać wzroku, czuję wręcz niewyobrażalne przyciąganie. Rodzi się we mnie fascynacja i zachwyt bezprecedensowym pięknem. Potęga, absolut – zostałam pochłonięta. 3. Park Narodowy Chirripo – Kostaryka Żmudne wspinanie się na trasie dwudziestu pięciu kilometrów z kilkunastokilogramowym plecakiem do  łatwych nie należało. Zwłaszcza w dość trudnych warunkach, bo najpierw w potwornym upale i wilgotności powietrza (jako że była akurat pora deszczowa), a potem podążanie w ulewie, ześlizgiwanie się po błocie w dół. Ale te widoki parującego mglistego lasu, wyjętego niczym z impresjonistycznych malarzy i ten widok następnego dnia z najwyższego szczytu Kostaryki – Cerro Chirripo. Bezcenne! 4. Wulkan Telica – Nikaragua Nie tylko jeden z najpiękniejszych wulkanów, jakie do tej pory widziały moje oczy, ale również miejsce, w którym po raz pierwszy udało mi się zobaczyć lawę. Było to dla mnie – fanatyczki wulkanów – ogromne przeżycie. 5. Wulkan Baru – Panama Znów wielogodzinny trekking, tym razem w nocy, więc widoków zero, ewentualnie na podświetlone przez nasze czołówki, tarantule, które wyłaziły na drogę. Ale ta cisza w lesie i ta nieprzenikniona ciemność, gdy gasiliśmy lampki i wpatrywaliśmy się w tak rozgwieżdżone niebo jakiego nigdy przedtem ani potem nie widziałam. I wisienka na torcie w postaci wschodu słońca podziwianego z najwyższego szczytu Panamy – wulkanu Baru. 6. Wulkan Cerro Negro – Nikaragua Nuda, powiedziałby ktoś. Nic tylko wulkany i wulkany. Ale ten, mimo że wcale nie był najpiękniejszy, najwyższy czy najstarszy, był wyjątkowy. I wcale nie tylko dlatego, że można tu uprawiać volcano boarding, czyli zjazd na desce z aktywnego wulkanu, ale dlatego, że to tu przezwyciężyłam ogromny strach. Po tym zjeździe już nic nie było i nie będzie takie samo.   7. Park Narodowy Corcovado – Kostaryka Najprawdziwsza dżungla, wielogodzinny trekking, pot zalewający oczy i ten niewyobrażalny skwar. Wilgotność sięgająca powyżej osiemdziesięciu procent, zapadanie się w piasku na plaży w czterdziestostopniowym upale, ale i pohukiwanie małp w nocy, krokodyle widziane z odległości dwóch metrów, tapir śpiący słodko zaledwie metr ode mnie – zoo w naturze, na wyciągnięcie roki. Jeden z najpiękniejszych parków narodowych według National Geographic. 8. Wschód Polski Co tam odległa Nikaragua, Kostaryka czy Panama z ich wulkanami. Co tam Chile z Torres del Paine. Może to się wydać zabawne niektórym, ale dla mnie jednym z najlepszych tegorocznych wyjazdów było rowerowanie wzdłuż wschodniej granicy Polski. Piękne krajobrazy, puste przestrzenie, życzliwi ludzie, “filmowy” wiatr we włosach i niewiarygodne, niewypowiedziane uczucie wolności. The post 8 najpiękniejszych miejsc w 2014 appeared first on .

BANITA

24 godziny albo Dzień Świstaka (część druga)

Kolejne 24 godziny 1h Dzień Świstaka jak jasna cholera! Tyle że samolot zamieniłam na autobus. I znów cięgiem trzynaście godzin. Czy ja to zniosę? W samolocie przejść się można, nogi rozprostować. I wino darmowe dają. A tu? 2h Szybko kończę rozważania. Padam na twarz. Słońce i upał Santiago dało się we znaki. We znaki dał się też ciężar plecaków (w sumie 16kg), które przez kilka godzin nosiliśmy łażąc po stolicy. Po co zostawiać w przechowalni? Ponośmy je i przyzwyczajajmy się. W Torres del Paine nie będziemy się z nimi długo rozstawać. Tylko ja mogłam wpaść na tak idiotyczny pomysł. 3h I znów to samo. Ułożyć nogi. Przewiercić się z jednej na druga stronę. Ułożyć, ugnieść fotel do siebie, przyzwyczaić się do niego. Zlać się z nim w jedną całość. Za oknem ciemno. Nie pocieszę oczu krajobrazami. 4h – 11h Zasypiam się i przebudzam. Byle dotrwać do rana, mruczę pod nosem, szukając swojego miejsca. 12h I znów budzę się i od nowa to samo. Krajobraz tylko nieco się zmienia. Niebo nieco inne, bardziej zachmurzone niż w stolicy. I słońca brak. Zmieniają się też miasteczka, choć w sumie wszystkie są do siebie podobne. 13h Za chwilę wszystko się zmieni. No, prawie wszystko. 14h Środek transportu nie zmienia się. Zmienia się tylko firma, z która jadę. Ja chyba tego nie przeżyję. Moje podróże trwały niezliczone liczby godzin. Do Gwatemali dotarłam po 45 godzinach. Ale zawsze są jakieś przerwy, poczekania, nawet nocleg na lotnisku. Ale żeby 30 godzin w jednej pozycji? Był kiedyś Leningrad (jeszcze z czasów istnienie Leningradu, dzisiejszego Sankt Petersburga) i były to dwie doby, ale w pociągu, gdzie można wyjść na korytarz, pospacerować, rozprostować nogi i położyć się na łóżku. Pozycja przyjmijmy umownie, że półleżąca, tutaj w autobusie nie mogła się nijak do leżącej w pociągu równać. Dobra, czas najwyższy chyba pospać, stwierdziłam. Noc tak sobie przespana była, bo goście naszych cudownych gospodarzy z dziecięciem małym podróżowali i o piątej nad ranem rozmowy na skypie służbowe prowadzili. Czasu na sen będziemy mieli wiele, zapewniłam przejętą gospodynię, która też tej nocy za dobrze nie spała. Obudź się 15h Obudź się! Małżonek potrząsnął mną i wyrwał ze snu, który tak dobrze się zaczynał. Nie wiem co on ode mnie chce, wskazał na pracownika busa, który stał nad nami skupiając się nad jakąś kartkę papieru. Ja rozumiem, że Ty nic nie rozumiesz po hiszpańsku, ale papier chyba poznajesz, obruszyłam się na męża, zła, że mnie wybudził. Jak z dzieckiem! Nie zna języka i gdy tylko ktoś się na niego spojrzy, już mnie woła jakbym ja wszystko rozumiała. A ten chilijski jakiś taki trochę dziwny. Też czasami nic nie kumam. 16h To już 1/10 za nami, powiedział Szanowny Małżonek, a ja od razu postanowiłam tę uwagę wklepać do tekstu. Uwaga niby niewyszukana, ale pokazująca nasze cierpienie z powodu zamknięcia na 30 godzin w autobusie pełnym ludzi. Bądź silna! Napisała mi Evita na fejsbuku. Będę! – odpowiedziałam z zakrzykiem (tylko w głowie), przypominając sobie scenę z Kilera. O, jest i granica. Czekamy. Nie, wysiadamy. Jednak czekamy. 17h Nie miała pani żadnych problemów? Na granicy nigdy nie? A może jednak? A gdzie pani mieszka w Chile? Celnik obok przesłuchuje kobietę z mojego autobusu. Moja celniczka przegląda uparcie kartki z pieczątkami. Trochę się ich zebrało w ostatnim czasie. W końcu oddaje. Wracamy do autobusu. 18h Jest jak w restauracji. Chłopak, który poprzednio sprawdzał bilety, zamienił się w kelnera. Jaki napój? Kawa, herbata, a może sok? Nie, mleka nie ma, czysta kawa. Tak, dostaję czystą, z jakimiś trzema łyżkami cukru. Kanapeczki, ciasteczko, orzeszki, a za oknem niebieści się jezioro. Nie jest tak źle. 19h Nie śpię. Wciąż. Podziwiam krajobraz za oknem. A jest co. Błękit nieba upstrzony bialutkimi chmurami, soczysta zieleń pól, poprzetykana żółcią drobnych kwiatów i pasącymi się wszędzie krowami. W oddali góry i wulkany skapane w chmurach. Ośnieżone szczyty. Szkoda teraz spać. Jest pięknie. 20h To może film dla rozrywki. Ale żeby „Armagedon”?! No dobra, niech będzie. Są hiszpańskie napisy. Traktuję jako lekcję hiszpańskiego. O, nie! Płyta się zacina. Jednak nie Armagadeon. O, rany, żeby tylko nie „Żółwie ninja”. Nie ma wojowniczych gadów. Jest za to „Robocop 2”. To już wolałabym Armagedon. 21h Robocop nie podołał. I tak zasnęłam. Za oknem góry, ośnieżone szczyty, zielone lasy, a ja śpię. 22h Za chwilę przerwa na kolację w restauracji, oświadczył ”boy autobusowy”. Może będzie internet i coca cola, wyrażam nadzieję. Pewnie autobus musi zatankować, stwierdza mój mąż. Myślisz, że będzie to tak duży punkt ze stacją i knajpą jak w Ostródzie? No pewnie!, rzucam świecie o tym przekonana. Chyba jednak nie będzie netu i coli. Mąż spogląda na mnie z ironicznym uśmieszkiem. Ale jest kilkunastoletni, starutki pies Bernardyn, który łasi się do mnie czule i dwa koty bliźniaki, które człapią zaraz za nim (i jak się okazuje zostawiają mi na pamiątkę pchły). Zaczynają ubiegać się o moje względy, a właściwie o moją rękę, ewentualnie o nogę, o którą mogą się poocierać. 23h Słońce zaszło za góry. Jeszcze tylko niektóre szczyty mienią się na pomarańczowo, łapiąc ostatnie promienie słońca. Mogę teraz gapić się bez przeszkód w przesuwający się z prędkością 90 km na godzinę krajobraz. Słońce swoja siła nie rani już oczu. Nic mi się nie chce. Małżonek przymyka oczy i próbuje złapać sen. Ja staram się złapać inspirację. Może dobrze byłoby wykorzystać ten czas na pisanie? 24h Przejeżdżamy przez jakieś miasteczko. Równo przystrzyżone trawniki, klomby kwiatów , kolorowa niska zabudowa. Jest czysto, wszystko zadbane. Nad miastem górują Andy, jeszcze co nieco czerwone na szczytach. W samym centrum jakaś impreza. Młodzi ludzie tańczą w parach wymieniając się białymi chusteczkami. Mam ochotę się tu zatrzymać i zostać na dłużej. Argentyna.   The post 24 godziny albo Dzień Świstaka (część druga) appeared first on .

BANITA

24 godziny albo Dzień Świstaka (część pierwsza)

Dzień Świstaka. Widziałam ten film ze sto razy. Za każdym razem myśląc, że sama nie chciałabym czegoś takiego przeżyć. To tylko niecałe pięć i pół godziny, pocieszam się, a potem już pójdzie z górki. Wiem jednak dobrze, że wcale nie pójdzie. Bo po tych pięciu i pół godzinach, będą kolejne dwie i pół w Polskim Busie do Berlina, a potem kolejne trzy samolotem z Berlina do Madrytu i jeszcze trzynaście z Madrytu do Santiago. Przerw, poczekań, przeczekań, przejść nie liczę. Bo i po co się denerwować. Skupiam się jedynie na tym, co zobaczę. Na widokach, na wulkanach, na górach i tej nieokiełznanej przestrzeni, którą najbardziej kocham. 1h Ten plecak wygląda naprawdę na porządny – powiedział Szanowny Małżonek jeszcze na kilkanaście minut przed godziną zero. Pokiwałam głową na znak zgody. Nie wierzę, że już się urwał!, wrzasnęłam w pierwszej minucie pierwszych 24 godzin. Ledwo weszłam do pociągu. Trzeba będzie zszyć. Najlepiej nicią dentystyczną. Mamy coś? 2h Śpię. To jedyna rzecz, która wychodzi mi najlepiej w trakcie podróży. Czy pociąg, czy samochód, czy samolot. Jestem w stanie zasnąć wszędzie i niemal w każdej pozycji. Im jednak dłużej śpię w środkach transportu, tym bardziej jestem zmęczona. Dziwna sprawa. Postanawiam pomyśleć nad nią jednak innym razem, przy innej podróży, a tym razem po prostu się zdrzemnąć. 3h Podnoszę się, by podać bilet konduktorowi. Bez mrugnięcia okiem i zbędnych ceregieli, zostawia swój konduktorski ślad na moim bilecie. 4h Przewracam się na drugi bok. Jak to dobrze, że pociąg jest tak pusty i mam cztery siedzenia dla siebie, myślę nim odpłynę znów w sen 5h Nic się nie zmienia. Może robi się tylko bardziej szaro za oknem, ale w sumie skąd ja to mogę wiedzieć, skoro mam zamknięte oczy i śpię. Słyszę chrząkanie męża. Wiem, że nudzi się. Nie umie spać w środkach transportu. 6h Autobus jest w ponad połowie pusty. A właściwie w ¼ zapełniony. Tyły zajęte. Znów cztery siedzenia na sen. Ja to jednak potrafię się urządzić. Z zadowoleniem wgapiam się w nocny krajobraz za oknem. 7h Kurczę, ile można spać! Małżonek jest niezadowolony. Trudno się dziwić. On nie może, a ja wbijam mu pięty w uda i od czasu do czasu podkopuję, przewracając się z boku na bok. Jeszcze tylko półtorej godziny. 8h Noc rozświetla się światłami miasta. Jest dworzec, a potem jest lotnisko. 9h Jezu! Ja wiem, że mam pecha (choć staram się go zaklinać, powtarzając sobie, że mam szczęście), ale czemu zawsze muszę siedzieć w tłumie małych dzieci w samolocie?! Tym razem jesteśmy otoczeni. Wpada mi do głowy pomysł (za który wszyscy rodzice mnie teraz znienawidzą i już nigdy więcej nie zajrzą na mój blog), że linie samolotowe powinny stworzyć specjalne pomieszczenie dla rodziców z dziećmi, odizolować je od innych dorosłych. Niech sobie tam drą ryja całą noc, a nam dadzą spać. Izolatek brak, a dzieci postanawiają spełnić mój najgorszy koszmar. 10h Czy to dziecko ma jakiegoś rodzica, zastanawiam się, gdy mały biega w tę i na zad korytarzem, wrzeszcząc przy tym za każdym razem. Zresztą wrzeszczy niezależnie od sytuacji: gdy się bawi, gdy się złości, gdy się cieszy. 11h Film. Wreszcie. Nieważne, że „Żółwie Ninja 2” (a jedynki nie widziałam i wcale nie zamierzam). Wkładam słuchawki do uszu. Wolę żółwie niż hałasujące stado. Ale nie! Bo skoro tak się wycwanili, że zatykają uszy, to ja im zasłonię obraz, kombinuje gówniarz, rozpoczynając swoją niecną misję. 12h O znalazła się mama. Skąd wiem, że to ona? Bo siedzi w pierwszym rzędzie, w tym przy samym telewizorze, a teraz stanęła zasłaniając ekran i rozpoczęła misję demakijażu. Za chwilę znalazł się i ojciec, przewieszając się przez oparcie swojego fotela do tyłu i przyłączając się do rodzinnej misji uniemożliwienia współpasażerom czerpania niewątpliwej przyjemności z oglądania żółwi ninja. Idę w końcu wytłumaczyć, że samolot nie jest prywatny. Jestem okropna! 13h Jesteśmy w połowie. Jeszcze tylko drugie dwanaście godzin. 780 minut. 16800 sekund. Teraz to już będzie z górki. 14h Skąd jesteście? Na ile jedziecie? Kupiliście w promocji bilety? My też. My to jedziemy zdobywać szczyt najwyższego wulkanu Chile. A my mamy pięć tygodni. Jesteśmy w czwórkę i jedziemy trochę tu, a potem wypożyczamy samochód i ruszamy do Argentyny. A Wy Torres? Fajnie. My może innym razem. Godzina mija na konwersacji. Pierwszy raz w kierunku amerykańskiego kontynentu lecę z tyloma Polakami. Pierwszy raz w ogóle lecę w tamtą stronę z Polakami. 15h Na sen najlepsze wino, nie? Ale na jetlag już nie. Jetlagu nie będzie, oświeca mnie mąż. Różnica to tylko cztery godziny. Oddycham z ulgą. Byłam pewna, że tak jak w przypadku Ameryki Środkowej będzie to siedem osiem godzin. Źle znoszę jetlag. Dopiero po miesiącu zaczynam sypiać normalnie. 16h Małe te buteleczki, nie? To nawet 200 ml nie jest. No, ale darowanemu koniowi… Idź lepiej przynieść jeszcze po jednej. Małżonek nie bez oporów, ale idzie. No bo przecież nie zna hiszpańskiego. Jakby w samolocie stewardessy nie znały angielskiego. 17h To może jeszcze po jednej? 18h Ja tego psychicznie chyba nie zniosę. Patrzę na męża, który już nie śpi od kilkunastu godzin. Nie wygląda najlepiej. Oczy przekrwione. Twarz poszarzała. Przecież to dopiero siedemnasta godzina w drodze! Dziś czeka nas jeszcze siedem. Powstrzymuję się od wspominania, że potem czeka nas jeszcze tych godzin z pięćdziesiąt, by dotrzeć do celu. 19h – 23 h Nie wiem jak małżonek, ale ja śpię. Rozkładam się na czterech siedzeniach, czasem na trzech, a momentami tylko na dwóch. Wiercę się. To na siedząco, to na półleżąco albo na półsiedząco. Wszystko przez te kolana. Bolą. Niektórzy leżą od kilku godzin w niezmienionej pozycji. Jak oni to robią? Rany, tylko te dzieci niech się uspokoją! Jak mogłam zapomnieć stoperów?! Śni mi się coś głupiego. Śni mi się każda z tych pięćdziesięciu godzin, które jeszcze potem czekają mnie w drodze. I jetlag. I to, że znów będę funkcjonować jak zombiak, z niedospaniem, podróżniczym zmęczeniem i zastygłym na butach kurzem ulicy. 24h Budzę się. Zasypiam. Budzę się. Zasypiam. Chyba jeszcze żyję? Rany, wciąż w jakimś środku komunikacji. A może już nie żyję? Dwadzieścia cztery godziny w podróży. Jak on miał? Jack chyba? Jack Bauer? Ten z serialu. […] The post 24 godziny albo Dzień Świstaka (część pierwsza) appeared first on .

BANITA

Wszystko się może zdarzyć!

- Pisz! – Nieznoszącym sprzeciwu głosem nakazał mi mąż. – Dokładną datę. Ale jak ta data być powinna. Jakaś znacząca, ważna, prawda? Powinna coś symbolizować. Być jakaś taka…no nie wiem…ładna może po prostu? Chociaż tyle. Nie, na pewno powinna mieć sens. Ta data powinna mówić do mnie, że to właśnie ona, że to wtedy, że to ten dzień. Ten właściwy dzień. Ale który z tych 365 dni jest tym właściwym? Głowiłam się już nad tym zbyt długo, od zbyt wielu lat. Właściwie może nie od tak wielu, bo od pięciu. Ale pięć to i tak dużo, a w pracy, której się nie znosi pięć lat urasta niemal do lat pięćdziesięciu. Jakbym pracowała tam niemal całe swoje życie. No, dobra więc co z tą datą? Krótka kalkulacja, prosta matematyka (matematyka w żadnym wydaniu i w moim wykonaniu nie jest niestety prosta) i wychodzi, że skoro na początku roku chcę wyjechać w świat, to datą musi być 1 listopada. No data jakby nie patrzeć idealna. Prawie zakrzyknęłam z zachwytu. Święto Zmarłych. Prawie jakby moje. Bo przez te pięć lat miałam wrażenie jakbym funkcjonowała na poziomie zombiaka. Nie martwa, ale nie żywa (tak, tak, pewnie przesadzam. Aż tak źle w korpo nie było). Ale data 1 listopada spodobała mi się. Przemówiła do mnie. Dzień śmierci idealny na zakończenie współpracy z korporacją i przejście do świata żywych. Lynch nie wymyśliłby tego lepiej. Data wybrana, zapisana i przyszło tylko czekać na ten dzień, a potem spakować plecak i ruszyć w świat za wielką przygodą. Wszystko to tak pięknie i prosto brzmi. Rzucić pracę, spakować plecak i ruszyć w świat…. Bajka normalnie, prawda? A wcale jak w bajce nie było. Bo nic nigdy nie jest proste. Zmiany wymagają poświęceń i odwagi, wyjścia poza strefę komfortu, poza to, co znane i do czego jesteśmy przyzwyczajeni i wejścia w świat zupełnie nieznany, gdzie jedyną wiadomą jest…niewiadoma. Bo nie wiemy, czego możemy się spodziewać, co się nam przydarzy, czy wszystko pójdzie po naszej myśli, a może wszystko się rozpadnie i całe nasze życie zawali się totalnie, a my pozbawieni korzeni, stałej pracy, którą wzgardziliśmy, skończymy marnie swój żywot i obudzimy się któregoś dnia z ręką w nocniku, gdzieś pod mostem (ja jestem niezwykłą optymistka i i tak wiem, że tam skończę =D), bez perspektyw, a właściwie z jedna perspektywą: życia bez emerytury (jakbym akurat i tak miała tę emeryturę za 30 lat dostać albo za nią przeżyć! Hahaha!), bez ubezpieczenia zdrowotnego (i tak mam je teraz tylko ze względu na posiadanie męża. Ubezpieczenie zniknie wraz z mężem). No, dobra. Na razie pod mostem nie śpię, ubezpieczenie zdrowotne skrzętnie wykorzystuję (operacja kolana jedna już była, drugie czeka w kolejce). Na razie budzę się wciąż w łóżku z ręką ewentualnie na podłodze (ale wciąż jeszcze nie w nocniku). Może i to łóżku nie zawsze jest wygodne i czyste, czasem zapluskwione, ale jest. Tu jak zwykle w całej okazałości prezentuje się moja elokwencja albo jak nazwałoby ją wielu: gadulstwo, a ja w chwili szczerości, bez owijania w bawełnę, po prostu nazwę to wodolejstwem i gadaniem od rzeczy. No bo miało być o czymś zupełnie innym. Bo dziś, czyli 6 grudnia nie jest dniem, w którym rozstałam się z korporacją. Absolutnie nie. Dziś jest druga rocznica narodzin mojego bloga i niemal jednocześnie początku mojej wielkiej przygody i pierwszej podróży w pojedynkę. Dwa lata temu sikałam niemal ze strachu na myśl, że za dwa dni będę już leciała do strasznej, nieznanej, obcej i groźnej Gwatemali. Zupełnie sama, bez męża, bez znajomości języka i w ogóle bez wszystkiego. Wszystko, co bliskie, ważne, znane zostawiałam w Polsce. Więc dziś kolejne urodziny. W życiu nie pomyślałabym, że tak długo będę potrafiła prowadzić blog, pisać na niego, dbać o stronę wizualną. Wyjeżdżając w swoją pierwszą podróż w ogóle nie byłam pewna czy dam radę pisać dłużej niż kilka tygodni. Byłam wówczas przekonana, że nie, że nie będę miała tyle siły i samozaparcia i chęci, by ciągle coś tworzyć (choć pisać lubiłam zawsze i zawsze to robiłam). A jednak. Dwa lata minęły niczym kilka chwil. Nawet nie ta rocznica bloga jest dla mnie ważna, lecz podróż. Bo oto dwa lata temu zaczęło się realizować moje marzenie. A dziś jestem znów w drodze. Wprawdzie nie do mojej ukochanej, bo pierwszej, Ameryki Środkowej, ale blisko, bo do Południowej. Wszystko dziś jest jednak trochę inne. Przede wszystkim to, że tym razem w moim ukochanym kierunku nie jadę sama, a z mężem i już przede wszystkim z tego powodu ta podróż na pewno nie będzie taka sama. Inna będzie nie tylko podróż, ja też jestem inna. Inne jest moje życie. Od dwóch lat spełniam swoje marzenia: podróżuję, angażuję się w fajne projekty, piszę o podróżach, opowiadam o nich, inspiruję innych, organizuję spotkania podróżnicze (już w lutym trzecia ich edycja), a przede mną leży umowa wydawnicza. Umowa dotycząca mojej pierwszej książki podróżniczej. W sumie to niewiele. Dziś przecież prawie wszyscy wydają książki, piszą teksty podróżnicze, prowadzą bloga, jeżdżą na festiwale. Nie różnię się niczym od nich. Może od niektórych jestem mniej popularna, nie tak rozpoznawalna, nie mam tak wielu zaproszeń na spotkania, ale jakby zupełnie nie ma to dla mnie znaczenia. Kiedyś, gdy byłam nastolatką, a nawet dwudziestokilkulatką porównywałam się wciąż do innych koleżanek. Chciałam być tak ładna, zgrabna, mądra jak one. To, czego na pewno nauczyły mnie podróże to tego, by się do nikogo nie porównywać, by nie patrzeć na siebie oczami innych i poprzez pryzmat innych, ale być sobą i starać się akceptować siebie samego takim, jakim się jest i doceniać to, co się robi i jaką jest się osobą. Dziś wcale nie muszę być najładniejsza i najzgrabniejsza (no dobra, trochę chciałabym =D). Nie muszę też być superpopularna i najzdolniejsza, nie muszę być nikim wybitnym (no umówmy się, że drugą Skłodowską to ja nigdy nie miałam szansy zostać z moim talentem matematyczno-fizyczno-chemicznym!), nie muszę zdobywać najwyższych szczytów (nie wiem jakim cudem to mi kiedyś do głowy przychodziło? Chyba nie zastanawiałam się nad temperaturą jaka panuje w górach wysokich, a wszyscy wiemy przecież, że nie znoszę zimna i zimy), ani mieszkać z gorylami […] The post Wszystko się może zdarzyć! appeared first on .

BANITA

Kobiety, alkohol, papierosy i śpiew

Co ja właściwie wiem o Gruzji, zastanawiałam się, gdy dostałam propozycję wyjazdu. Skojarzenia, które od razu nasuwały mi się na myśl to Morze Czarne oraz góry, przede wszystkim najbardziej znany szczyt Kazbek oraz to, o czym czytałam w książce Mellera „Guamardżos” (po której zakochałam się w Gruzji), niekończące się supry, czyli gruzińskie biesiady, na których jedzenia i chachy (alkohol ok. 60-70%) oraz wina, którym wznosi się rozliczne toasty, nigdy nie brakuje. Gruzja od kilku lat siedziała w mojej głowie. I nawet w tym roku, we wrześniu miałam plan, by jechać w gruzińskie góry i po raz pierwszy spróbować wejść nieco wyżej niż na wysokość dotychczas zdobytych przeze mnie czterech tysięcy metrów n.m.p. Wyjazd jednak do skutku nie doszedł. I gdy już straciłam nadzieję, że znajdę na tyle czasu, by jednak uskutecznić wyjazd jeszcze w tym roku, pojawiła się nowa okazja. Mimo że miał to być wyjazd grupowy i zorganizowany, postanowiłam skorzystać, biorąc udział w akcji Blogerzy w Batumi. Kobietą być! – W nocy, wieczorem to raczej samej tam nie chodź. – Usłyszałam jak zwykle dobrą radę od jednej znajomej. – Nie jest tam bezpiecznie dla kobiety, zwłaszcza z jasnymi włosami. Bzdura!, pomyślałam wówczas, ale lampka ostrzegawcza mimowolnie się zapaliła. Jak to może być niebezpiecznie? W Gruzji? W życiu nie przyszło mi to do głowy. Lampka szybko zgasła, gdy przypomniałam sobie jak wszyscy straszyli mnie przed podróżą do Gwatemali, Hondurasu i Salwadoru. A niebezpiecznie przecież może być w każdym kraju. I wciąż, niczym zdarta płyta, powtarzam, że nawet u siebie w Gdańsku w łeb mogę dostać, gdy znajdę się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Mimo wszystko wrzuciłam w wyszukiwarkę hasło „kobieta w Gruzji”. Zamiast krwawych historii o zgwałconych i napadniętych turystkach, znalazłam informacje o sytuacji kobiet gruzińskich. Dawniej i dziś. Ich sytuacja znacznie różniła się od tej, w którą zaplątane były kobiety ze Wschodu. Choć panem i władcą w gruzińskim domu był zawsze mężczyzna, to jednak status kobiety był wysoki. Przed objęciem władzy nad Gruzją przez Związek Radziecki kobiety kształciły się, kończyły studia, uczyły się języków. Zawsze brały też udział w suprach i mogły spożywać alkohol, choć nigdy nie wznosiły toastów. Tak jest do dziś. Zaletą bycia kobietą w Gruzji jest to, że bez uszczerbku na dumie można odmówi spożywania procentów. Mężczyźnie odmówić nie wypada. Nieco inna sytuacja panowała jednak w Adżarii, do której się wybieraliśmy. Przez lata był to region bardziej muzułmański niż chrześcijański. Wprawdzie obecnie muzułmanie stanowią tu mniejszość (30%, a nie jak wcześniej 70%), ale i tak zastanowiło mnie czy przypadkiem na ulicę nie będę musiała wychodzić z zakrytymi włosami (kurczę, jak ja będę biegać z chustą na głowie?!). Na ulicach nie dostrzegałam jednak muzułmanek. – Te 30% muzułmanów to na pewni ci Turcy, co tu mieszkają. – Zasugerował kolega. I ten jedyny meczet w Batumi pewnie też istnieje tylko ze względu na nich, pomyślałam. Zwłaszcza, że w okolicach meczetu ulice zasypane są tureckimi sklepikami i knajpkami oraz barami szybkiej obsługi z kebabem w roli głównej. Gdy spacerowaliśmy w tych okolicach, mijaliśmy knajpki ze stolikami na zewnątrz i siedzącymi przy nich mężczyznami, którzy zamiast piwa (jak to u nas zwykle bywa) popijali herbatę z typowych maleńkich tureckich szklaneczek. Zajrzeliśmy do kawiarnio-cukierni. – Może baklawę? – Zaproponował sprzedawca, dodając po chwili, że ma również w sprzedaży tradycyjne tureckie szklaneczki, które można kupić komuś na prezent. To, że w Batumi jest sporo Turków poświadczył manager kasyna w hotelu Sheraton, do którego zostaliśmy zabrani, by wygrać (przegrać?) trochę pieniędzy. Całe szczęście vouchery na przegranie dostaliśmy w prezencie. Kasyno zaszalało i każdemu z naszej dwunastki sprezentowało taki kupon na pięćdziesiąt lari (równowartość stu złotych). – 95% klientów kasyna stanowią Turcy. Reszta to Żydzi i Chińczycy – powiedział. A Turcy tutaj w takiej ilości stąd, że Batumi leży zaledwie dwadzieścia kilometrów od granicy gruzińsko-tureckiej. – W dodatku nie potrzebują wizy, to przyjeżdżają pograć – Dodał manager. Pewnie poza granicami kraju Allach nie widzi, powiedziałam sama do siebie. Nie wiem jak podchodzą muzułmanie do hazardu, ale przypuszczam, że raczej, delikatnie mówiąc, bez entuzjazmu. Podobnie jak i do alkoholu. Gaumardżos, czyli Na zdrowie! Czego się napijecie? Zamawiajcie co chcecie, usłyszałam. – To może mojito? – Stwierdziłam, że skoro kasyno stawia, to zaszaleję i zamienię chwilowo chachę i wino na coś innego. Tak dla urozmaicenia. Mojito przyniesiono chyba po pół godziny. – Musicie wybaczyć. – powiedział manager. – W kasynie klienci rzadko piją drinki. Nie byliśmy na to przygotowani. W ruch zwykle idzie whisky i inne mocne alkohole. Zresztą to od razu daje się wyczuć. I wcale nie po panach, którzy słaniają się przy maszynach, ale po sposobie przygotowania drinków przez barmanów. Co tu dużo mówić. Nie umieją tego robić. Mohito nie należy do najlepszych, jakie w swoim życiu piłam. Zresztą malibu z mlekiem i lodem niezmieszane w szejkerze też smakiem nie powala. Ale darowanemu koniowi….. Skoro Turcy zamawiają tylko czysty alkohol, to nie ma czemu się dziwić. Praktyka czyni mistrza, a skoro nie ma na kim praktykować, to i trudnej umiejętności przygotowywania finezyjnych kompozycji nabyć. Zresztą w Gruzji pije się głównie wino i chachę. Chachę można pić niezależnie od pory dnia. Częstują nas koło południa, gdy zajeżdżamy na prywatną plantację mandarynek, jest oczywiście do kolacji, a jak ktoś chce to i do obiadu. Na plantacji na zagryzkę częstują czekoladką z nadzieniem, a w domowej destylarni dolmą (takimi małymi gołąbkami z liści winogronowych) i moimi ulubionymi plackami kukurydzianymi (mczadi). Już pierwszego dnia mam okazję spróbować chachy, gdy Walery, nasz kierowca na zrozumiałe w wielu szerokościach geograficznych znaki i mało dyskretne sugestie, ruszył do samochodu (albo gdzieś indziej, bo długo go nie było), by po pewnym czasie pojawić się z plastikową butelką po wodzie mineralnej, wypełnionej 60-70 procentowym płynem. – Wódki nie lubię – Stwierdziłam z obrzydzeniem, nie wyrywając się do kosztowania alkoholu. Na pomruki uznania ze strony niektórych dziewczyn, postanowiłam się jednak skusić. Faktycznie chacha miała inny smak, całkiem niezły zresztą. Gruzja słynie z toastów wznoszonych podczas biesiady przez Tamadę, którego można nazwać mistrzem toastów. Zwykle przy pierwszym piliśmy za pokój. Potem za nas jako gości, za przyjaźń polsko-gruzińską, za miłość, za piękne kobiety i […] The post Kobiety, alkohol, papierosy i śpiew appeared first on .

BANITA

Gruzja – biegowe impresje

Tbilisi Czy tu w ogóle jest gdzie pobiegać?, zastanawiam się wyjrzawszy przez okno. Poranek wciąż spowija ciemność. Nie mogę jednak czekać, aż się rozwidni. Wybiegam na ulicę. Mieszkamy w hotelu gdzieś wydawałoby się na obrzeżach. W najbliższej okolicy tylko nasz hotel nie straszy wyglądem i nie rozpada się. Chodniki zastawione samochodami. Biegnę więc po kałużach jezdniami. Całe szczęście wciąż jeszcze jest na nich pusto. Miasto zaczyna żyć znacznie później niż w Polsce. Nic dziwnego skoro jasno robi się dopiero koło ósmej. Pierwszy kilometr. Gubię się. No, prawie. Muszę rozszyfrować nazwę ulicy, co do łatwych zadań nie należy. Na mapie mam napisane dwie wersje. Nazwy ulic w mieście są tylko w jednej – gruzińskiej. Porównuję literkę za literką, chyba pasuje. Skręcam i biegnę dalej. Drugi kilometr. Przebiegam przez wielki most. Skręcam w prawo i jestem już przy rzece Mtkwari. Ulice są ciemne, ale za to wciąż puste. Bieganie w smogu i hałasie nie należy do przyjemnych. Ale wiem, że mam jeszcze chwilę czasu, że jeszcze chociaż pięć kilometrów przebiegnę w spokoju. Nim mieszkańcy wstaną i ruszą do pracy. Nad taflą wody krążą ptaki. Po jej drugiej stronie wprost z wody wystrzeliwują skały. Na ich zboczach równo w rzędzie ustawiono domy i hotele. Trzeci kilometr. Nie wiem czy potrafiłabym tak mieszkać. Pięknie i mrocznie, ale jestem pewna, że każde wyjrzenie przez okno czy wstąpienie na balkon wywoływałoby zawrót głowy. Potrząsam nią jakby już sam przebłysk myśli ów zawrót powodował. Czwarty kilometr. Powoli jednak robi się tłoczno. Ale jedynie na ulicy. Chodniki wciąż są puste. Jedynie co jakiś czas natykam się na opartego o murek wędkarza, który w środku stolicy jak gdyby nigdy nic zarzuca wędkę. Obserwuję jak pilker zanurza się w wodzie. Chciałabym spytać, co się tu łapie. Ech, ten brak znajomości języka mocno ogranicza. Już chwilę wcześniej dostrzegałam ją na wzgórzu – Świątynia Metechi. W mroku jesiennego poranka, zatknięta na szczycie skały wygląda baśniowo, mrocznie, tajemniczo. Jakbym oglądała jedną z fotografii analogowych w kolorze sepii. Przystaję, by zrobić zdjęcie. Krążące nad jej kopułą ptaki nadają obrazowi dramatycznego oblicza. Mam słabość do przesyconych mrokiem i mgłą obrazów. Odkryłam to jednak dopiero niedawno. Piąty kilometr. Mijam futurystyczny most, zwany Mostem Pokoju lub jak go nazywają miejscowi – podpaską. Faktycznie kształt podobny, nawet ze skrzydełkami. Sam w sobie mi się podoba, ale według mnie zupełnie nie wkomponowuje się w architekturę i klimat starego Tbilisi. Szósty kilometr. Dobiegam do alejki parkowej. Na jej końcu, jeszcze tego samego dnia odbywa się targ staroci. Krążę wśród stoisk, oglądam stare aparaty, wysłużone instrumenty, przyglądam się hazardowi mężczyzn. Zaglądam przez ramię jednego, potem próbuję dojrzeć grę poprzez rozstawione nogi drugiego. Chcę zrobić zdjęcie, ale zostaję upomniana: „No foto”. Próbuję ich przekonać, ale język migowy nie jest do tego najlepszy. Wracam więc do alejki. Przysiadam na ławeczce. Obok zakochana para, splecona uściskiem i pocałunkiem. Wydają się nie zauważać świata. Nie przeszkadza im krzyk dzieciaków urzędujących w skateparku tuż obok, warkot silników, jazgot klaksonów, a już na pewno nie szelest liści ocierających się o podeszwy moich butów. Naprzeciwko stoją równie niewzruszeni wędkarze. Jestem zaskoczona jak ich tutaj wielu. Rozglądam się wokół. Ziemia usypana jest „złotem”. Ale „złotej polskiej jesieni” tu nie ma. Mam wrażenie, że słońce dawno nie zaglądało do Tbilisi. A przydałoby się. W świetle słonecznym wszystko wygląda piękniej. A co tu dużo mówić, stolica Gruzji jest brzydka, choć muszę przyznać, że w jakiś niewyjaśniony sposób mnie samej podoba się, przyciąga. Może ze względu na ten mroczny klimat, niewymuskane domy, brudne ulice. Takie miasta kręcą mnie bardziej niż wychuchane zachodnie europejskie stolice. Na stałe jednak nie chciałabym tu chyba mieszkać.   Batumi „Rozszarzało” się. Minimalnie ochłodziło, ale i tak podciągnęłam rękawy zielonej bluzy, którą zwykle zakładam do biegania. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło mnie od deptaka nadmorskiego. Nie mogłam nie pobiec. Ciało zmęczone siedmiogodzinną podróżą busem domagało się ruchu. Zdążyłam jedynie zrzucić plecak. Spojrzałam na niego. Granat już zdążył dawno poszarzeć od kurzu i pyłu środkowoamerykańskich dróg. Był już ze mną w tak wielu miejscach. Ale do tego luksusowego pokoju w hotelu Radisson w Batumi wyjątkowo nie pasował. Gryzł się z nim jak spódnica w kropki z bluzką w paski. A czy ja pasowałam? Pierwszy kilometr. Mięśnie są przykurczone. Czuję jednak jak przy każdym kolejnym kroku rozluźniają się. Kłuje w kolanie, ale nic się nie liczy oprócz biegu wzdłuż Morza Czarnego i kamienistej plaży z jednej strony oraz szeregu palm z drugiej. Jest też wiele budynków, mniejszych i większych, nowoczesnych i zupełnie zrujnowanych. Staram się nie zwracać na nie uwagi, skupiając się jedynie na szumie morza, zieleni liści palmowych i wdychanym gruzińskim morskim powietrzu (potrzebuję „resetu”). Nie sposób jednak minąć Wieżę Alfabetu, nie zauważywszy jej, zwłaszcza gdy wieczorem i nocą rozbłyskuje światłem i kolorami. Pnie się wysoko. Wstępu na nią jednak nie ma. Po co powstała? Do czego służy? „Jeszcze nie wiadomo”, odpowiedziała oprowadzająca nas po Batumi Gruzinka. Z założenia wiele budynków ma być hotelami. Jedna z wyższych budowli to hotel Sheraton z kasynem (które zresztą później odwiedzamy). Inny, najwyższy w regionie, to budynek Uniwersytetu Technologicznego, który świeci pustkami. Najbardziej nowoczesny jest chyba budynek hotelu Radisson Blue. Reszta w budowie lub rozbudowie lub w oczekiwaniu na wskazanie sensu ich bytu. Drugi kilometr. Deptak jest pustawy. Może to pora dnia? Jest wieczór. A może po prostu koniec sezonu. Małe budki z lodami i piwem, umiejscowione, co kilkaset metrów są pozamykane. Tylko niektóre kawiarnie i restauracje wciąż funkcjonują, chociaż w środku siedzi zaledwie garstka ludzi. Parę osób kręci się po plaży. Na ławeczce siedzi zakochana para, wtulają się mocno w siebie, chroniąc nawzajem przed wiatrem. Ktoś mija mnie na rowerze. Ja omijam jednego, potem kolejnego przechodnia, biegnąc w swoim tempie, oddychając miarowo. Czasem na horyzoncie pojawia się inny biegacz. Nie ma jednak kiwania do siebie głową czy pozdrawiającego machnięcia ręką. Deptak w większości zapełniony jest przez mężczyzn. To oni biegają, spacerują, stoją w niewielkich grupkach i rozmawiają. O! I jest kobieta. Ale nie biega, nie ćwiczy, nie spaceruje. Tylko sprząta. Na każdym kolejnym kilometrze też spotykam jakąś. Wszystkie są w pracy. Spotykam je w grupie dopiero w drodze powrotnej, gdy po pracowitym dniu siadają […] The post Gruzja – biegowe impresje appeared first on .

BANITA

Sztokholm – pomysł na weekend

Mając do wykorzystania jedynie 26 dni urlopu w roku warto dobrze zaplanować sobie weekendy. Poznaj mój pomysł na weekend w stolicy Szwecji. Zobacz Sztokholm w 2 dni! Wiem jak to jest kiedy ma się tylko 26 dni urlopu w roku (niektórzy maja nawet mniej). Najgorszym okresem dla mnie były początki pracy, kiedy byłam na etapie nabywania dni urlopowych. Pierwszy rok to mniej niż dwadzieścia dni. Koszmar! Zwłaszcza, że należałam do wyjątkowej grupy osób (a właściwie jak dobrze pomyśleć, to byłam jedyną osobą w tej grupie), której firma nie musiała upominać o wykorzystywanie zaległych wolnych dni (przeciwnie to ja wciąż firmę błagałam o bezpłatny urlop pod koniec roku). Wykorzystywałam zwykle każdą nadarzającą się okazję, by gdzieś czmychnąć. Już w styczniu niezwykle precyzyjnie planowałam wakacje na cały rok, biorąc pod uwagę wszystkie dni świąteczne, dzięki którym mogłabym wydłużyć urlop o dzień lub dwa, oszczędzając w ten sposób cenne „wolne”. Dziś nie muszę już tak skrzętnie liczyć (przynajmniej jeszcze przez jakiś czas) i w każdej chwili, gdy pojawia się okazja, mogę wyjechać. Ale wciąż pamiętam o tych, którzy tak dobrze nie mają. Dla Was więc propozycja weekendowego wypadu do stolicy Szwecji Sztokholmu. Jak dotrzeć? Sposoby są dwa: 1.    Samolotem. Istnieje wiele możliwości zakupu tanich biletów do Sztokholmu. Najtańsze loty oferuje Rynair oraz Wizzair. Bilety w jedną stronę zaczynają się od 29 zł. (Ostatnio moi znajomi, dzięki dodatkowym kuponom zniżkowym, kupili bilet w obie strony za 20 zł za osobę) 2.    Promem. Z Gdańska płynie prom Polferies. Już dwukrotnie korzystałam z oferty weekendowej (wypłynięcie w sobotę, powrót we wtorek), z trzema noclegami na promie i trzema śniadaniami. To rozwiązanie korzystne ze względów finansowych. Jeśli nie masz w zwyczaju korzystać z couchsurfingu i nad wyraz cenisz swoją prywatność, a przy tym nie chcesz zbankrutować, wybierz opcję z noclegiem na promie w Nynashamn. 3.    Dojazd z Nynashamn do Sztokholmu. Jeśli wybrałeś opcję promową, ale na własną rękę, bez wycieczki, możesz bez problemu dotrzeć z Nynashamn pociągiem. Ceny Wycieczka promem – w zależności od oferty oraz terminu, ceny wahają się od ok. 400 zł do 700 zł (cena dotyczy rejsów tematycznych, w cenę wliczony jest nocleg, śniadania i kolacje oraz przewodnik i transport do Sztokholmu) Prom na „własną rękę” – cena ok. 380 zł (miejsce w 4-osobowej kabinie, trzy noclegi, 3 śniadania) Szczegóły można sprawdzić na: stronie Polfferies Dojazd z Nynashamn do Sztokholmu na „własną rękę” – 500 metrów od Terminala Promowego znajduje się stacja kolejki. Dojazd do centrum Sztokholmu trwa godzinę. Bilet można kupić w kiosku przy stacji kolejki. Bilet w obie strony kosztuje 200 koron dla 2 osób dorosłych. Bilet 24godzinny kosztuje 115 koron za osobę. Dzieci do 7 lat podróżują bezpłatnie. Można też dojechać stopem. Karta Sztokholmska – czy warto? Jeśli jadąc do Sztokholmu nastawiacie się na zwiedzanie muzeów i przemieszczanie się komunikacją miejska, to polecam zakup Karty Sztokholmskiej. W Sztokholmie byłam cztery razy i kartę miejską kupiłam dwukrotnie. Po jej zakupie, ma się dostęp do  blisko 80 muzeów i komunikacji miejskiej (metro, autobus, w cenę karty jest też wliczony przejazd z Nynashamn do Sztokholmu i z powrotem) Karta nie jest tania. Jednodniowa kosztuje 525 koron (ok 240 zł), dwudniowa 675 koron (ok 310 zł), ale biorąc pod uwagę, że ok 230 koron (105 zł) trzeba zapłacić za przejazd z portu do stolicy, a potem jeszcze przemieszczać się po mieście (co też nie jest tanie) i płacić za wstępy do muzeów, to taką kartę stanowczo opłaca się kupić. Strona Karty Sztokholmskiej Co warto zobaczyć? Jest wiele niezwykłych miejsc. Podczas każdej z czterech wizyt w Sztokholmie byłam w gdzie indziej. Gdybym jednak miała wybierać warte polecenia atrakcje na jedną wizytę, to na pewno byłoby to: Muzeum Waza (Vasamusset). To muzeum wyjątkowe na skalę światową. Byłam w nim dwukrotnie i każdorazowo zrobiło na mnie gigantyczne wrażenie. W muzeum można nie tylko poznać historię słynnego okrętu wojennego, zbudowanego m. in. przeciwko Polsce, ale co najważniejsze ten okręt zobaczyć na własne oczy. Zbudowany z tysiąca dębów, o masztach wysokości ponad pięćdziesiąt metrów i z 64 działami na pokładzie. Jego popularność wiąże się z tym, że budowany był trzy lata, a już po zaledwie dwudziestu minutach od wypłynięcia z portu, zatonął. Dla nas to i może dobrze, że zatonął. Po pierwsze dlatego, że miał być jednym z najważniejszych okrętów szwedzkiej floty wojennej i prawdopodobnie wpłynąłby do Polski,  a po drugie, bo dziś możemy go podziwiać w całej okazałości. To chyba najpopularniejsze muzeum w Sztokholmie. Od czasu jego powstania przewinęło się przez nie ponoć blisko 30 milionów ludzi. Strona muzeum (również po polsku) Wstęp: 130 koron (ok 60 zł) Wyspa Djurgården. Dawniej królewskie tereny łowieckie, dziś popularne i bardzo lubiane tereny rekreacyjne. To tu skupiona jest znaczna część muzeów. Ale poza tym to idealne miejsce na piknik, spacery i odetchnięcie świeżym powietrzem. Tu można zaplanować cały dzień. Skansen. Byłam w wielu skansenach, ale ten sztokholmski zrobił chyba na mnie największe wrażenie. Przede wszystkim ze względu na wielkość. Na przepięknym i rozległym terenie znajduje się blisko sto pięćdziesiąt budynków, z których najstarszy pochodzi z XIV wieku. Można zajrzeć do piekarni, apteki, wysłać kartkę z dawnej poczty czy zajrzeć do huty szkła. Pracownicy skansenu przebrani są w stroje z epoki i prezentują różnego rodzaju prace, używając dawnych narzędzi i starych technik. Naprawdę miałam wrażenie przeniesienia się w czasie. Strona Muzeum www.skansen.se Wstęp: w zależności od sezonu od 100 koron zimą (ok 46 zł) do 170 koron w lecie (ok 80 zł) Oceanarium. Ze mną jak z dzieckiem. Uwielbiam parki rozrywki, akwaria i eksperymentatoria – wszystkie miejsca, w których czegoś mogę dotknąć, spróbować, w którym mogę przeprowadzić eksperyment. Samo przyglądanie się ekspozycjom nie daje mi takiej frajdy. Całe szczęście tego rodzaju muzea powoli odchodzą do lamusa, wychodząc naprzeciw bardziej wymagającym użytkownikom. W akwarium miałam szansę poczuć się niczym w prawdziwym lesie deszczowym, miałam możliwość przeżyć ulewę i burzę w dżungli. (Choć i tak najpiękniejsze oceanarium odwiedziłam w Lizbonie i w Stanach Zjednoczonych) Strona: http://www.aquaria.se/ Wstęp: 100 koron (ok 46 zł) Muzeum ABBY. Nigdy bym siebie nie podejrzewała, że do muzeum zespołu ABBA trafię, a jednak. Fanom muzyki stanowczo polecam. Pozostałych namawiać bardzo nie […] The post Sztokholm – pomysł na weekend appeared first on .

BANITA

Konkurs Wielka Pętla Wielkopolski – rozwiązanie

Czas rozwiązać konkurs z Wielką Pętlą Wielkopolski, zorganizowany przez TARRAYA S.A I MIEJSCE Nagroda:  dwuosobowy namiot otrzymuje Edyta Siedlecki za odpowiedź: “Największą atrakcją Wielkopolskiej Pętli jest moim zdaniem: Windsurfing na jeziorze Mikorzyn Deska pode mną szalenie chybocze Wietrzyk po buzi mile łaskocze Mikorzyńska bryza od lądu oddala Jestem już teraz zdana na siebie Wcale się nie czuję jakbym była w niebie Choć słońce me czoło solidnie przypala Trener się chwyta mocno za głowę W duchu szykuje sobie przemowę Moja niezdarność go chyba powala „Ugnij kolana!” – krzyczy Myślę – „To raczej z cudem graniczy” Lecz jego rozkaz się w głowie utrwala Nagle się wzbijam w powietrze Przez chwilę szybuję na wietrze Pryncypał mnie głośno w eter wychwala Windsurfing na jeziorze to żadna nuda Nie jest to wcale moja obłuda Kryć się, bo idzie wielka fala!” II MIEJSCE Nagroda: Termoizolacyjna torba na rower otrzymuje: Agnieszka Czapiewska za odpowiedź: “Wycieczki rowerowe – bardzo lubię, spływy kajakowe – jeszcze bardziej. Ale żeby szusować po jeziorze jak po stoku w Alpach? Tego jeszcze nie robiłam! To, co proponuje WAKEPARK Ślesin po prostu wgniotło mnie w fotel! I już odliczam dni do lata, żeby tego genialnego w swej prostocie wynalazku wypróbować! Już czuję ten wiatr we włosach, palące gorące słońce na twarzy i cudny pęd powietrza schładzający moje ciało! A może nawet uda mi się na takiej deseczce wyskoczyć w górę? Polatać choć kilka sekund ponad taflą jeziora? Poczuć totalną wolność będąc zawieszoną w przestrzeni tuż nad wodą? Gdzieś w środku brzucha czuję wibrujące motyle podpowiadające mi jednoznacznie: „Moja droga, POKOCHASZ TO!”. Tak, lubię nowości. Tak, lubię się „testować”. I uwielbiam adrenalinę. Wiem więc, że wizyty w Ślesinie uniknąć się nie da, bo ja po prostu będę musiała tam pojechać, żeby doczepić tę magiczną dechę do własnych nóg i samej spróbować, jak to jest tak pędzić po jeziorze niczym jeziorny Superman. Żadne blogowe relacje mi nie wystarczą, nie ma szans.  Nie teraz, gdy obejrzałam już zdjęcia pełne TAKICH emocji na twarzach. Także, cóż… Szykujcie dla mnie dechę!” III MIEJSCE Nagroda: Latarka wodoszczelna otrzymuje: Agnieszka Ptaszyńska za odpowiedź: “Urok wodnej Wielkopolski zaczęłam doceniać – o ironio – jak się z niej wyprowadziłam. Nagle mieszkam w mieście, gdzie nie mam 10 kilometrów do kilku jezior jednocześnie. Nagle nie mogę skoczyć na chwilę popływać i być w domu za godzinę. Nagle spotykam się ze znajomymi i tak, jak oni lepiej chodzą po górach, tak ja prześcigam ich jakichkolwiek zawodach pływackich. Największą atrakcją wielkiej pętli Wielkopolski jest dom. To jej samo południe – tam mniej więcej gdzie Warta przepływa przez Śrem. Tam jest mała wieś Mościszki, a w niej z dwa jeziora, pałacyk myśliwski i sprzedany przez moją rodzinę kilka lat temu dom, w którym się wychowałam. Tam w ogrodzie była żaglówka, w garażu deski windsurfingowe, a rano zamiast biegania chodziłam przepłynąć jezioro – na drugi brzeg i z powrotem. W okolicy Rogalin, klasztor w Lubiniu, skansen w Cichowie, a nawet jak się uprzeć, to rowerkiem do Kórnika. W końcu kto szczęśliwemu zabroni? :)” Gratulacje! Proszę o przesłanie adresów do wysyłki nagród. The post Konkurs Wielka Pętla Wielkopolski – rozwiązanie appeared first on .

BANITA

Sztokholm inaczej

Ogrzewanie śmieciami, komunikacja miejska za darmo, alkohol sprzedawany w weekend w sobotę tylko do 15, publiczna dezaprobata za kupowanie napojów wyskokowych, okna bez zasłon, bo i tak nikt nie zagląda. Brzmi dziwnie? A może nierealnie? Jednak to prawda. Takie rzeczy tylko w Sztokholmie. Było szaro-buro. A w ogóle to zacinało deszczem i zimnem. Mimo wszystko byłam w dobrym nastroju, chociaż po nieprzespanej nocy na promie (absolutnie nie, dlatego że bujało, ale ze względu na przedłużającą się kolację, która z restauracji przeniosła się do baru) nie tryskałam niespożytą energią. W Sztokholmie byłam już kilka razy i byłam prawie pewna, że widziałam już wszystko. A tu figa z makiem! Tym razem trafiłam do miejsc, z których o kilku nie miałam w ogóle pojęcia. Hammarby Sjostad, czyli mieszkać ekologicznie Wokół wszystko szklane i drewniane – naturalne tworzywa, przyjazne człowiekowi i środowisku. – Nie tylko dlatego dzielnica jest jednak nazywana ekologiczną – wyjaśnił Daniel, korespondent PAP-u i nasz przewodnik po Sztokholmie. O jej ekologiczności świadczy przede wszystkim gospodarka odpadami. Wokół nie ma, znanych z polskich podwórek i ulic, koszy na śmieci, są za to specjalne rury, które zasysają wrzucane do nich posegregowane już śmieci i transportują je bezpośrednio do punktów odbioru, a tam zamieniane są już w energię i ciepło oraz w biogaz, wykorzystywany jako paliwo dla autobusów komunikacji miejskiej. Jeśli ktoś nie chce jednak przemieszczać się autobusami, woląc unikać korków, może skorzystać z małych promów, kursujących z dzielnicy ekologicznej. Wodny transport publiczny, jako rozwiązanie ekologiczne, również jest mocno promowany, dlatego korzystanie z niego jest darmowe. Mieszkańcy zresztą posiadają też własne łódki, które równo „zaparkowane” stały przy drewnianym podeście, którym spacerowaliśmy, zwiedzając tę zaskakującą dzielnicę. Skandynawowie są dziwni, pomyślałam. Myśl ta wywołana została niecodziennym ich zachowaniem, niecodziennym jak na polskie realia, do których niestety jestem przyzwyczajona. Bo jak nie myśleć, że to „wariactwo”, by pieniądze, których nie wydało się na jeden konkretny cel, przeznaczyć od razu na zupełnie inny, nietuzinkowy? Projekt ekologicznej dzielnicy sięga lat dziewięćdziesiątych, kiedy to Sztokholm starał się zostać gospodarzem Olimpiady Letniej. Z tych starań nic nie wyszło, ale jak powiedział Daniel: „ten naród jest bardzo pomysłowy”. Postanowiono, że z takim budżetem jaki mieli na stworzenie miasteczka olimpijskiego mogą stworzyć ekologiczną dzielnicę. Jak pomyśleli, tak zrobili. Dziś mogą tu mieszkać wszyscy. To nie tylko dzielnica dla wybranych i bogatych. Część mieszkań jest komunalnych. Nie ukrywaj się! Spacerując ulicami miasta, zresztą nie tylko Sztokholmu, ale i innych miast Szwecji, rzadko dostrzegałam zasłony czy firanki wiszące w oknach. Słyszałam, że oni ich po prostu nie potrzebują, bo też ich kultura nie pozwala zaglądać w cudze okna. Tu każdy pilnuje swojego nosa i nie ogląda się na innych. Tak przynajmniej kiedyś usłyszałam i tak też myślałam. Daniel jednak wyprowadził mnie szybko z błędu. To, że Skandynawowie nie zasłaniają okien wynika z tradycji protestanckich. Człowiek nie powinien mieć nic do ukrycia i powinien być czysty moralnie. Jeśli żyje zgodnie z zasadami i w duchu czystości (przede wszystkim wstrzemięźliwości od alkoholu) nie musi się niczego wstydzić i przed kimkolwiek chować. Taki rodzaj kontroli społecznej. Odsłonięte okna jako oznaka czystości moralnej. (Już wiem dlaczego przez wiele lat też nie miałam zasłon w domu i w sumie dalej nie mam). Kupujesz alkohol? Wstydź się!!! W Polsce idziemy do sklepu i bez żadnych problemów kupujemy alkohol. Czy jest środek tygodnia, czy dzień, czy noc, nawet w święta nie ma z reguły problemu, by kupić napój alkoholowy, może trzeba się więcej nachodzić i naszukać, ale zawsze znajdzie się sklep całodobowy albo w ostateczności stację benzynową. W Szwecji tak prosto nie jest. Panuje monopol na sprzedaż alkoholu powyżej 3,5%,. Funkcjonuje tzw. Systembolaget, który jest siecią państwową. Sklepy są zamknięte w niedzielę, a w sobotę otwarte są jedynie do 15. Zakupy trzeba więc  planować z wyprzedzeniem. Co ciekawe, butelki zostają zapakowane w niezwykle kolorowe i odblaskowe torby, które wręcz „krzyczą” na ulicy, oznajmiając, że oto ich właściciel zamierza tego dnia dużo wypić. Taki rodzaj publicznego napiętnowania. Pytanie czy ten sposób pomaga przeciwdziałać problemom z alkoholizmem. Na pewno utrudnia zdobycie alkoholu, ale przecież dla kogoś kto musi czy chce się napić, niemożliwe nie istnieje. Daniel przyznał, że Szwedzi piją tak samo dużo jak inne narodowości. A skąd w ogóle ten problem się wziął? Wynika z historycznych naleciałości. Szwecja na początku XX wieku była krajem biednym, w którym zaczął się rozprzestrzeniać alkoholizm. Ten problem próbowali rozwiązywać protestanccy pastorowie, którzy chwytali się różnych sposobów, m. in. zakładali kółka wstrzemięźliwości, ale to różnie działało. W końcu postanowiono problem powierzyć państwu, który do dnia dzisiejszego sprawuje pieczę nad sprzedażą alkoholu. Nobel – teraz powód do dumy, ale wcześniej… Nobla dziś wszyscy wielbią i podziwiają, ale gdy pracował i żył miał wiele problemów w Sztokholmie. Przede wszystkim wiązały się one z jego pasją i zamiłowaniem do wybuchów. Nim wynalazł dynamit, dobierając dla niego odpowiednie proporcje, wiele razy wybuchy mu się nie powiodły. Zdarzyło mu się nawet wysadzić ludzi, w tym własnego brata. Mieszkańcy mieli go dość, co w końcu skończyło się zakazem pracy na terenie Sztokholmu. Musiał się wynieść na obrzeża i tam prowadzić dalej eksperymenty. W tamtych czasach był więc dla miasta zmorą. W tej chwili wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że gdyby nie on, rozwój miasta nie byłby możliwy. Dlaczego? Sztokholm położony jest na skałach i budowanie czegokolwiek jest dość trudne (np. dlatego tylko połowa metra znajduje się pod ziemią, reszta nad). Nobel uratował Sztokholm, ponieważ dzięki dynamitowi udało się pokonać wiele trudności i dokończyć wiele inwestycji. Wystarczył jeden, drugi wybuch i już można było tworzyć coś nowego. – Kiedy coś nowego buduje się w Sztokholmie, miasto się trzęsie od wybuchów. Żeby zbudować piwnicę budynków, skały muszą być rozsadzone. Ja to słyszę po nocach i czuję, że drga ziemia. – Wyznał Daniel. Chcesz zjeść po noblowsku? Proszę bardzo! W zeszłym roku na balu noblowskim serwowano perliczkę, krewetki dublińskie z sosem winegret i truflami, a największym przebojem był wybuchowy deser w kształcie dynamitu. Wnosiło go dwustu sześćdziesięciu kelnerów. Przygaszone światła i błysk zapalonego lontu robiły ogromne wrażenie. Takich smakołyków spróbować mogą zaproszeni goście, rodzina i przyjaciele laureata nagrody Nobla, przedstawiciele krajów, z których pochodzą laureaci, a […] The post Sztokholm inaczej appeared first on .

BANITA

Połów dorszy

Wody spowijała mgła. W mgle tonęło kamienne nabrzeże darłowskiego portu i migająca w oddali latarnia morska. – Tu trzymasz. Zarzucasz. Puszczasz i czekasz aż opadnie na samo dno. – Pan Paweł instruował i polecał, bym go naśladowała. – Gdy piker opadnie, co chwilę musisz pociągnąć wędkę nieco do góry. Piker musi się ruszać. Unosić blisko dna i opadać. Wtedy jest szansa, by złapać dorsza. Szyper na kutrze, a właściwie na żaglowcu „Księżna” pływa od siedmiu lat. Podobnie mechanik i pan Zbyszek. Pan Zbyszek jest kucharzem – Od siedmiu lat jestem na emeryturze – mówi. – Wcześniej pracowałem w odlewni. Robiliśmy kotły do samochodów i takie tam. Łowić lubił jednak zawsze. I gotować. Na emeryturze przyszedł więc na „Księżną” – Nie da się wysiedzieć w domu. Zwariowałbym. „Księżna” to dla niego odskocznia, a i do emerytury można sobie dorobić. Na co dzień, gdy są klienci, gotuje. Najczęściej zupę rybną, na którą potrzebuje złowić przynajmniej 5-6 dorszy. Jeśli złowi więcej, resztę zabiera do domu, do usmażenia. – To pan ma chyba pracę marzeń, nie ja? – Bardziej stwierdziłam niż zapytałam pana Zbyszka. – Robi pan to, co lubi. Gotuje i wędkuje w wolnym czasie. Wszystko na spokojnie, bez pośpiechu. A w domu? Zaśmiał się i potwierdził. Generalnie odpoczywa. Mechanik nie był zbyt rozmowny. Półgębkiem odpowiadał na pytania. Pewnie zły, bo przez nas kuter miał opóźnienie. Załoga musiała wrócić do portu, choć już z niego wypłynęli. No trudno. My byliśmy na czas. To Szyper zdecydował o wcześniejszym wypłynięciu. Wszyscy na łajbie łowili. Mechanik też. Ponoć do niego należy rekord złowienia największego dorsza, na „Księżnej” oczywiście – 26 kilogramów. – Wisi gdzieś zdjęcie w kajucie – powiedział Szyper (zdjęcia jednak znaleźć nie mogłam), który zresztą cały czas sprawdzał, kto i jak dużego dorsza złowił. Na kutrach wykorzystuje się echosondę. – Jak widać takie przesuwające się drobiny na dnie, to znaczy zwykle, że to dorsz. Wtedy stajemy. – Tłumaczył Szyper, pokazując palcem na małym ekranie. Ja nie widziałam żadnych dorszy, a jedynie ruszające się kreski i kropki. Szyper daje jeden sygnał, który znaczy, że należy zarzucić wędki. Na dwa sygnały wszyscy muszą je zwinąć i statek płynie dalej, w poszukiwaniu kolejnego większego skupiska ryb. – Ej, młody, dziadka wykończysz! – Krzyknął kapitan do Krzyśka, czternastolatka, który już od kilku lat przyjeżdża ze swoim dziadkiem na ryby. Mały łowił jak oszalały. Łapał nawet po dwie ryby na raz. – Nieźle ci idzie. – Skomentowałam. – Taki młody, a już takie zdolności. – Byli młodsi – odpowiedział, ale i tak w jego głosie dało się słyszeć dumę. – Wnuk kapitana, siedem lat miał jak był pierwszy raz. – A były, były. I wnuczka też nawet – Potwierdził, stojący za sterem Szyper. – Załapały bakcyla? – Załapały, załapały – potwierdził. – A Szyper też łowi? – Zapytałam z kolei mechanika, próbując po raz kolejny wciągnąć go w rozmowę. – Lubi łowić, ale leniwy jest i mu się nie chce – Skwitował. Nie wyglądał jakby pałali do siebie sympatią. – Wie pani, nie chce mi się już. Czasem łowię, ale rzadko. – Szyper wolał siedzieć na mostku, podpatrywać, komu i jak idzie i palić papierosa za papierosem. Z tym, że najlepiej odpoczywa się, wędkując, zgadzała się większość obecnych na połowie panów. Siedmiu przyjechało aż z Poznania. Nie wszyscy byli zapalonymi wędkarzami. Jeden z nich wyznał, że woli żeglować na Mazurach, ale dopiero, co stamtąd wrócił i postanowił z kolegami wybrać się na połów. Tak, by odpocząć i spędzić przyjemnie czas w męskim gronie. Panowie już od siódmej rano rozgrzewali się kolejnymi puszkami piwa. Potem w ruch poszły butelki z wódką. Na zagrychę na stole kucharz stawiał wciąż nowe talerze z kanapkami z pastą rybną, z łososiem. W metalowej miseczce leżało coś, co wyglądało jak kiełbasa, ale wewnątrz wypchane było ikrą. Całkiem smaczne. Niektórym z rybami zupełnie nie szło, ale jak stwierdził jeden z Poznaniaków czy się coś złowi, czy nie, to i tak jest fajnie. Takie podejście nie jest niestety obecnie zbyt popularne. Znajomy wędkarz i jednocześnie absolwent rybołówstwa powiedział mi w rozmowie, że nie na darmo połowy dorszy określa się mianem „mięsiarstwa”. Nie liczy się już sportowy duch jak kiedyś, liczy się wynik, to, ile ryb się złowi, bo przecież nikt nie płaci stu sześćdziesięciu złotych (lub więcej), by przywieźć kilka rybek albo nie daj boże żadnej. Niewielu łowi, a potem wypuszcza je do wody. Na wielu forach internetowych można znaleźć dyskusje na temat połowu dorsza. Sami zainteresowani, czyli wędkarze określają wyprawę na dorsze, jako „wyprawę po mięcho”. Stosuje się różne chwyty: kilka kotwiczek zaczepionych na jednym pikerze (przy połowach gruntowych na morzu dopuszcza się maksymalnie dwie kotwiczki), wyławianie i nie wypuszczanie małych rybek (dorsz musi mieć, co najmniej 38 cm długości, mniejsze powinno się wypuszczać, co też jest trochę kontrowersyjne, bo większość złapanych ryb i wypuszczonych i tak nie przeżywa). Ekipa na łajbie była mieszana. Kobiety raczej stanowią tu rzadkość. Zresztą połów dorsza jest reklamowany jako atrakcja turystyczna dla prawdziwych mężczyzn. Mało było miejscowych, więcej przyjezdnych. Dominował Poznań. Część z obecnych to byli starzy wyjadacze, część nowicjusze. W niektórych skrzynkach na początku było po jednej, dwie rybki. W innych do południa było już kilkanaście. Pod koniec połowów w wielu było powyżej dwudziestu. W jednej z nich leżały małe dorsze, nieprzekraczające regulaminowych 38 cm. Bo podczas połowu obowiązują zasady. A właściwie nie tyle, co zasady, lecz przepisy prawne, regulowane przez ustawę z dnia 19 lipca 2004 roku, która zezwala wędkarzowi na wyławiania nie więcej niż siedmiu dorszy podczas jednego połowu i o wielkości powyżej 38 centymetrów ciągu dnia połowów. – Jak to jest z tymi siedmioma sztukami? – Zapytałam jednego z mężczyzn. – E, tam! – Machnął ręka. – Głupie przepisy. W Danii i w Niemczech można łowić, ile się chce, a u nas wprowadzają jakiś durne ograniczenia. – Skwitował. – Czyli nie przestrzega pan przepisów? – Drążyłam. – Nikt tego nie sprawdza. Zabiera się, ile się złowi. Zajrzałam ponownie na mostek pod koniec dnia. Gdy już zauważyłam, że na łajbie nie respektuje się prawa. – I jak to jest z tymi przepisami? Bo prawie każdy ma więcej […] The post Połów dorszy appeared first on .

BANITA

TRAMPKI w stolicy

– Miałam koszmar. – Wyznała rano Ola. – Śniło mi się, że nikt nie przyszedł, że siedziałyśmy tak same u nas w sali i nikogo na Trampkach nie było. – Daj spokój! – Rzuciłam. – Nawet tak nie mów, bo zaczynam się stresować. Ale zostało powiedziane i zdenerwowanie się udzieliło. Nie było ono tak duże jak przy pierwszych organizowanych Trampkach, bo wtedy absolutnie nie miałam pojęciana jaki odzew mogą liczyć spotkania. Wydawało mi się, że przy drugich i przy dość dużej promocji nie powinno być gorzej, a miałam nadzieję, że będzie lepiej. Pierwsza osoba pojawiła się krótko po naszym przyjściu do kawiarni. Było dobrze przed dziewiątą. Do spotkań zostało dobre półtorej godziny. Basia przyjechała z Poznania. Tak miała autobus i niewiele w sumie w nocy spała. Od razu mnie to podtrzymało na duchu. Skoro komuś chciało się jechać taki kawał, nie zważając na sen (dla mnie dobry sen to podstawa) to znaczy, że sukces być musi. Sceptyczna mina Oli wciąż nie pocieszała mnie. Na rozpoczęciu jednak i podczas krótkiej przemowy, którą wygłaszałam, krążąc wokół tematów, zwykle najżywiej wszystkich interesujących: skąd pomysł i dlaczego „Trampki” (kojarzone zwykle nieodmiennie od samego początku z obuwiem), na sali zgromadzonych było już kilkadziesiąt osób. Co chwilę dochodziły jednak kolejne panie, rozsiadały się w fotelach lub na ławkach i w skupieniu, przy ciepłej kawie i herbacie, wysłuchiwały kolejnych prezentacji. Przyznać muszę, że upału nie było. Ja na zimno nie narzekałam, ale byłam rozgorączkowana cała sytuacją, tym, żeby wszystko wypaliło, żeby prezentacje się udały, żeby sprzęt nie nawalił i żebym poradziła sobie ze swoją prezentacją, którą długo planowałam, ale nie długo ćwiczyłam (cóż, praca nie pozwalała na rozwinięcie skrzydeł), ale potem uwag w ankietach o zimnie naczytałam się. Zależało nam jednak, żeby nie zamykać całego pomieszczenia, by zmieściło się więcej osób, a przychodziły też osoby z dziećmi, które z chęcią rozkładały się na zewnątrz. Zresztą nie było tak źle. Poranne mokre od deszczu chodniki powoli wysychały i słońce coraz łaskawiej obdarzało ciepłem. Tak błagałam o tę piękną pogodę, o to ciepło, które zachęciłoby ludzi do zajrzenia i posłuchania inspirujących historii. Wszystko zaczęło się od Chin i prezentacji Martyny Skury, która starała się jak najrzetelniej przekazać wiedzę o tym jak znaleźć pracę w Chinach i przekonać, że wcale „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Prezentacja żywiołowa, pełna energii i pasji. Chciało się słuchać i faktycznie od razu spakować i do Chin wyjechać. Z Chin zostaliśmy zabrani w góry. Przewodniczką została jedyna i niepowtarzalna Ewelina Domańska, która opowiadała nie tylko o swoich samotnych wyprawach, ale również starała się nauczyć jak orientować się w terenie. Miałam nadzieję, że sporo się nauczę, a przynajmniej, co nieco zorientuję się w orientacji. Okazuje się jednak, że trudny i oporny na taką wiedzę ze mnie egzemplarz. No nic, będę musiała do Eweliny udać się na lekcje indywidualne, na które wstępnie jesteśmy już umówione. Może ta wiedza opornie wchodził mi do głowy ze stresu, bo zaraz po Ewelinie przychodził czas na moją prezentację. Tym razem postanowiłam nie opowiadać o swoich podróżach, ale odpowiedzieć na kilka pytań. Tych, które sama sobie zadawałam przed pierwszą podróżą i tych, na które zwykle odpowiadam innym osobom: czy się nie boisz?, czy to bezpieczne? czy sobie poradzę? czy starczy mi pieniędzy? skąd bierzesz pieniądze na podróże? co na to mąż? itd. W mojej prezentacji próbowałam przekonać, że warto zrobić pierwszy krok w stronę spełniania marzeń o podróżach, bo kobiece podróżowanie w pojedynkę wcale nie musi być tak niebezpieczne jak się wszystkim wydaje. Namawiałam by nie bać się zmian, bo zmiany zwykle są dobre. Czy mi się to udało? Dziewczyny, które do mnie podchodziły potem i które do mnie pisały, przekonywały, że tak. Uważam, że natura, a przede wszystkim góry to coś, co nigdy nie może się znudzić i zawsze zaskakuje i zachwyca swoim pięknem. Dlatego na jednej prezentacji o górach się skończyć nie mogło. Magda Jończyk poprowadziła nas do Nepalu. W sposób bardzo praktyczny, tak, by każdy sam mógł taką podróż zaplanować. Kto mnie zna, wie, że temat dzieci jest mi zupełnie obcy, a prezentacje o podróżowaniu z dziećmi do interesujących dla mnie nie należą. Inaczej jest jednak z prezentacjami o podróżowaniu z dziećmi Oli Wysockiej. Po raz pierwszy po jej prezentacji na I edycji Trampek w Gdańsku powiedziałam do mojego męża: „A może jednak te dzieci to nie taki zły pomysł?”. I mimo, że sprzęt nieco zaczął nam się buntować, to i tak prezentacja Oli wyszła świetnie. Gdy jestem w drodze, to zawsze dostaję mnóstwo próśb o wrzucanie jak największej liczby zdjęć jedzenia i pisania o nowych smakach. Dla wielu osób kulinaria są jednym z najważniejszych elementów podróży. O jedzeniu, czyli o tym, co wszyscy lubią najbardziej mówiła Aldona Klebowska, pogłębiając temat tego jak się przygotować pod względem jedzenie na dłuższe wyprawy i po jakie produkty sięgać w innych krajach, by nie zachorować lub się uzdrowić. Słuchałam z ogromnym zaciekawieniem, bo zawsze mam problem jak spakować jedzenie na podróż, by odżywiać się właściwie i zdrowo, a przy tym nie dźwigać ze sobą wielu kilogramów. Co by dużo mówić, po jedzeniu warto zawsze pospalać trochę kalorii. Najlepszy do tego jest rower, na który zabrała nas Joanna Kędzierska. Razem z nią szusowaliśmy po drogach pięknej Norwegii i Islandii i mogliśmy się dowiedzieć jak do takiego wyjazdu się przygotować i jak zapakować w podróż nasz ukochany rower. O tym, że nie trzeba robić planu podróży, a czasem może i nawet nie warto, bo w podróży wszystko szybko i tak się zmienia, przekonywała Dorota Chojnowska, który bardzo lubi improwizację. Skądś znam ten sposób podróżowania. Jest mi on bardzo bliski. Sama uważam, że przy, zwłaszcza takim podróżowaniu długoterminowym, plan zupełnie nie wypala, więc z góry zakładam, by go nie robić. Na deser została najstarsza zaproszona do wygłoszenia prezentacji uczestniczka spotkań – kobieta wulkan, niesamowita osoba, z której niejeden, młodszy i starszy, powinien czerpać przykład. Małgosia Maniecka podróżuje od wielu lat. Zawsze z plecakiem, choć sama mówi, że nie zawsze już plecy i nogi dają radę. Zwykle podróżuje sama i długoterminowo. Uwielbia korzystać z couchsurfingu i z autostopu i zarażała historiami ze swoich przygód […] The post TRAMPKI w stolicy appeared first on .

BANITA

Pod wodą

Spokój. Cisza. Słychać było jedynie plusk wody, w której kotłowały się ryby, szum liści głaskanych delikatnie przez chłodnawy, choć wciąż jeszcze letni wiatr i od czasu do czasu strzępki rozmów, dobiegające po wodzie z drugiej strony jeziora. Leżałam na pustej plaży. Rozłożyłam się na złotym piasku i z przyjemnością przesypywałam go między palcami. Słońce ogrzewało mi twarz. Raz po raz zamykałam oczy, a to znów wpatrywałam się w niebo poprzecinane białymi smugami niczym twarz staruszka bruzdami. Leżałam tak godzinę. Nie robiąc zupełnie nic. To była chwila tylko dla mnie i miałam wrażenie, że jest to jeden z ostatnich takich pięknych ciepłych i słonecznych dni lata, w którym tę chwilę miałam na własność. Tak naprawdę tylko dla siebie. Rozkoszując się słodkim nieróbstwem, starałam się nie myśleć o tym, co stanie się wieczorem. Nie myśl o tym, powtarzałam sobie. Nie psuj sobie chwili. Chwila psuła się jednak sama, bo jak nie myśleć o czymś, co nas przeraża, co wywołuje strach lub choćby niewielką obawę. Zostaw to teraz, karciłam się w myślach, znów wpatrując się w niebo i próbując zająć się nadawaniem kształtów pojedynczym chmurkom. Nie teraz, nie myśl, nie martw się, będziesz potem…potem będziesz Potem więc byłam. Stałam na pierwszym drewnianym schodku. Byłam na nim. Potem byłam na drugim, trzecim. Zimna woda zaczęła mi się wlewać do pianki. Na razie tylko stopy i łydki do polowy marzły. – Rozepnij piankę – Poleciła Rafał. Rozpięłam i poczułam jak gorąca woda zaczęła wpływać najpierw do lewej, a potem prawej nogawki. – Teraz powinno być lepiej. Schodziłam coraz niżej. Przy pomoście nie było głęboko. Nawet mnie nie kryło. Było jednak zimno. Stanowczo za zimno na nurkowanie. Inaczej, kiedy słońce świeci, lepiej, kiedy jest ciepło. Ale nie miałam wyjścia. Musiałam. Weszłam po pas. – To teraz założę ci kamizelkę z butlą – Wytłumaczył następny krok Piotr. W sumie cały czas instruował, co i dlaczego i po co. Aż się ugięłam pod ciężarem butli, a i tak nie była to ta z tych największych. Kamizelkę miałam rozmiaru dziecięcego. Nie mieliśmy w planach płynąć gdzieś bardzo daleko. Przy samym brzegu, bo to był mój pierwszy raz. – Nie nurkowałaś nigdy? – Mój instruktor był zdziwiony. Zamaszystym ruchem głowy zaprzeczyłam. – A mi powiedziano, że pływałaś już tyle razy, że pomyślałam, że jakiś komandos z ciebie. Zaśmiałam się. Ja i komandos. Może i roznoszę niektóre rzeczy w pył, może i z wulkanu zjechałam na desce, ale do komandosa mi tak daleko jak do miss polonia. – Nurkowałam tylko raz, jeśli to w ogóle nurkowaniem można nazwać. Tylko z maską i rurką i w dodatku tak potwornie się bałam, że mąż musiał mnie przez cały czas trzymać za rękę. Popłynęliśmy, zobaczyłam rafę i choć było niesamowicie pięknie, nie dałam rady. Wróciłam na brzeg. Nie wiem czemu, ale przeraża mnie ten bezmiar, który otacza mnie w wodzie, ta otchłań. Przeraża mnie chyba to, że nie mogę stanąć na ziemi, że nie mogę się oprzeć stopami. Przeraża mnie to, że trzeba wybierać. Albo stoję na podłożu albo mogę swobodnie oddychać. W wodzie nie mogę robić tych dwóch rzeczy jednocześnie. To oddychanie przez rurkę szło mi zawsze najgorzej. Nie potrafiłam. Już po chwili zawsze zaczynałam czuć, że się duszę. – To jest twój tlen. – Piotr wręczył mi aparat do oddychania. No to teraz zaciągnij się powietrzem. I powoli zanurz głowę. Oddychaj w wodzie i patrz. – Jak długo? – zapytałam przestraszona. – Tyle, ile trzeba. Dam ci znać. Zanurzyłam trochę głowę i od razu ją wynurzyłam. Nie potrafiłam oddychać z tym sprzętem. Może to ten strach, że nie mogę w takiej sytuacji polegać tylko na sobie, bo przecież sprzęt jest zawodny, bo może się zepsuć, bo może zabraknąć tlenu. Lubię polegać tylko na sobie, a w nurkowaniu tak się nie da. I na dodatek to zimno. Ciepła woda wewnątrz pianki nagle przestała pomagać. Jakby odpłynęła razem z możliwością swobodnego oddychania. Zanurzyłam głowę ponownie. Wokół panowała ciemność. Słyszałam nad sobą głos Piotra, widziałam światło jego latarki, rozświetlającej głębię ciemności czy ciemność głębi. Sens słów rozpływał się na powierzchni, nie dochodził do mnie. Włączyłam swoja latarkę. Niewielkich rozmiarów rybki rozpierzchły się w popłochu. Rozglądałam się wokół, próbując opanować oddychanie. Wdech wydech, wdech, wydech… Bardzo powoli, długo, z tym dziwnym dźwiękiem, przypominającym, że nie oddychasz samodzielnie, że jest aparatura, która dostarcza ci tlenu. Jak w szpitalu. Poczułam klepnięcie. Wynurzyłam się. – I jak ci się oddycha? – Już chyba lepiej. – To teraz spróbuj uklęknąć. Najpierw jedno kolano, potem przeżuć płetwę i drugie kolanie i posiedź tak na dnie. Gdy poczujesz się pewniej, połóż się na brzuchu. Wokół noc, ciemność rozbijana jedynie światłem naszych latarek. Prawie głucha cisza. Nie bałam się. Dziwnie, bo czułam się nawet bezpiecznie. Przyklęknęłam. Najpierw jedno, potem drugie kolano. Zanurzyłam głowę. Trochę, potem coraz więcej. Ryby znów się rozpierzchły. Potem położyłam się na brzuchu. Dźwięk rury tlenowej, dostarczającej powietrze rozchodził się głucho w wodzie. Gdy zastygłam na dnie w pozycji leżącej, ryby zaczęły podpływać. Przyglądały mi się z zaciekawieniem, obracając głowę w te i we w te. Leżałam z nimi w stadzie. Otoczyły mnie. Zaczynały się przyzwyczajać. Ja też, do oddychania. Nie chwytałam łapczywie powietrza, ale powoli oddychałam, starając się zapomnieć, że pomaga mi w tym butla. Zapomnieć całkowicie było trudno, bo tak mocno zaciskałam zęby na ustniku, że zaczynała mnie boleć szczęka. W końcu Piotr dał znać, bym się wynurzyła. – I co? – Ok. – To schodzimy głębiej na platformę. Nie umiałam regulować odpowiednio powietrzem w kamizelce. Miał to robić Piotr. Ja miałam tylko leżeć, a on przemieszczając się nade mną, bądź dopompowywał ją, bądź spuszczał z niej powietrze. – W nocy, sygnał, że wszystko jest ok, kreślisz latarką na wodzie. Robisz kółko. Gdy coś będzie nie tak, będziesz się chciała wynurzyć, machasz latarką w poziomie lub w pionie. Kiwnęłam, że rozumiem. Nie płynęliśmy głęboko. Za wcześnie na pierwszy raz i na to, że była noc, a ja nie umiałam sobie nawet regulować powietrza. Zaczęliśmy schodzić nieco niżej. Było tak samo ciemno. Było dziwnie. Nie bałam się ciemności. Nie bałam się potwora z Loch Ness, o którym często wspominają […] The post Pod wodą appeared first on .