Tak to się wszystko zaczęło

Na Wschodzie

Tak to się wszystko zaczęło

Achtala pełna kolorów

Na Wschodzie

Achtala pełna kolorów

Na Wschodzie

Złośliwie o spotkaniu autorskim

Zdarza się, że człowiek przeczyta jakąś książkę, potem wywiad z autorem, zachwyci się, że takie mądre, popędzi na spotkanie i okazuje się, że autor w oryginale rozczarowuje. Tak było teraz, gdy poszłam na spotkanie z Mateuszem Janiszewskim, autorem książki "Dom nad rzeką Loes". To, że autor wystylizowany na lewicowego luzaka sprawiał wrażenie mającego dość lekceważące podejście do czytelników i zbywający większość pytań odpowiedziami, że to "za szeroki temat do dyskusji, by teraz o tym mówić", to jedno, i tak, gdy już otwierał buzię, to mówił do rzeczy. Ale najbardziej groteskowy był niezamierzony efekt spotkania.   Otóż to miało być spotkanie poświęcone Timorowi Wschodniemu, w którym uczestniczył rzeczony autor oraz pracownica humanitarna. Janiszewski w książce nie ukrywał krytycznego podejścia podejścia do przemysłu humanitarnego, więc zestawienie tych osób było dziwne, biorąc pod uwagę, ze tematem nie był sens pomocy humanitarnej, tylko Timor.  No i na spotkaniu ten kontrast między lekarzem-wolontariuszem a pracownikiem humanitarnym bił po oczach.   Dziewczyna zaprezentowała zdjęcia ze swojej pracy w Timorze, kiepskie jakościowo i niewiele mówiące o tym miejscu. Jest za to na zdjęciach ona sama w otoczeniu tubylców, śliczna, uśmiechnięta, błyskająca białymi zębami, wyglądająca tak, jak wyobrażamy sobie pracowników humanitarnych. Ona i Janiszewski mówili innymi językami. Nie było tam w ogóle porozumienia. On o ludziach, ona o projektach, on o ogłupiającym systemie pomocowym, ona bezrefleksyjnie o najgłupszych zarządzeniach, on o lekarzu-idealiście, ona o ministrach i doradcach. Na koniec padło pytanie o sens pomocy humanitarnej i właściwie odpowiedź była jasna... każdy mógł sam wyciągnąć wnioski.   A co dla mnie wynikło z tego spotkania? Nic. Wymiana zdań jest dialogiem wtedy, kiedy ludzie się rozumieją. Tutaj dyskusji nie było, bo była ona niemożliwa. Miałam wrażenie, że osoby te mówiły o zupełnie innych miejscach i innej sytuacji. Roześmiana pracownia humanitarna kontrastowała z dość mrocznym lekarzem, którego "mrok", miałam wrażenie, w pewnym stopniu był zasługą pracy na Timorze, to było widać po sposobie, a jaki mówił o tym miejscu. Słuchałam dwóch różnych narracji, nawet nie tylko narracji, co urywków, bo siłą rzeczy półtorej godziny to za mało czasu na dwie różne prezentacje. I właściwie jedyny wniosek, który mi się nasuwał, to ten sam, co po przeczytaniu książki - że przemysł humanitarny tak się rozrósł, że w dużej mierze służy sam sobie, bo zagubił gdzieś swój cel. Szkoda mi było tylko tej dziewczyny, bo widać, że ma dobre intencje, chce pomagać i mieć poczucie sensowności tego co robi. A w sposób niezamierzony wyszło jak wyszło.

Batumscy pogromcy gryzoni

Na Wschodzie

Batumscy pogromcy gryzoni

Mandarynki i wielka polityka

Na Wschodzie

Mandarynki i wielka polityka

Opowieści spod Pamiru i Tien-szanu

Na Wschodzie

Opowieści spod Pamiru i Tien-szanu

Betlejem - miejsce historii, wojen i legend

Na Wschodzie

Betlejem - miejsce historii, wojen i legend

Nieoczywisty urok starego Tbilisi

Na Wschodzie

Nieoczywisty urok starego Tbilisi

Na Wschodzie

Reportaż z miejsca przeklętego

Timor Wschodni to zapomniany kawałek świata. Zbyt daleki i zbyt mało znaczący, by mógł interesować bogaty Zachód. To, że gdzieś ktoś ponosi skutki dawnego kolonializmu, ktoś na kogoś napada, porywa i torturuje, a potem przez dziesięciolecia miejsce pozostaje dotknięte przemocą i ubóstwem, nie istnieje w polu widzenia "lepsze" części świata. Zwłaszcza gdy kończy się wojna, wtedy tak daleki kraj przestaje pojawiać się w wiadomościach. W to ponure miejsce wybrał się Mateusz Janiszewski, ale nie pojechał tam jako wścibski obserwator biedy, ciekawski podróżnik, który chce zobaczyć kawałek gorszego świata. Pojechał tam jako lekarz-wolontariusz i to nadaje książce, która powstała jako plon wyjazdu, dodatkową wartość. Bo kto głębiej wejdzie w miejsce i lepiej je pozna niż lekarz, który musi zostać przez miejscową społeczność zaakceptowany i siłą rzeczy, nie pozostaje tylko zewnętrznym obserwatorem?   "Dom nad rzeką Loes" Mateusza Janiszewskiego to jedna z lepszych książek, które w mijającym roku przeczytałam. Mroczna, ponura i przygnębiająca, do tego ciężka w czytaniu i napisana w trzeciej osobie, co w przypadku relacji jest manierą dość irytującą. Ale zostaje w człowieku na długo, a po tym poznaje się wartościowe lektury.   Książka zaczyna się od tego, że bohater po skończeniu medycyny jedzie do Timoru Wschodniego i już na promie przechodzi medyczny chrzest bojowy. A potem wkracza w ponurą rzeczywistość kraju pogrążonego w ciemności. Tak musi wyglądać piekło. Terror, przemoc i pieniądze rządzą tamtym światem, a czytając książkę wkraczamy w kolejne kręgi piekielne.   Z premedytacją piszę o tej książce przed Świętami, żeby trochę zburzyć spokój i wytrącić z atmosfery błogiego konsumpcjonizmu. "Dom nad rzeką Loes" jest jak wyrzut sumienia. Myślimy: Timor Wschodni, podobnie jak kongo Rwanda, Kambodża, to miejsca dalekie. Nic nam do nich. Od pomocy są organizacje międzynarodowe. A tu okazuje się, że organizacje międzynarodowe już od dawna nie spełniają swojej roli i w święcie nędzy stają się symbolem zdegenerowania, a realną pomoc niosą pojedynczy zapaleńcy.

Nad kawałkiem nieba

Na Wschodzie

Nad kawałkiem nieba

Mandarynkowy raj

Na Wschodzie

Mandarynkowy raj

Zosia samosia w drodze

Na Wschodzie

Zosia samosia w drodze

Podróż do wzgórza skarbów

Na Wschodzie

Podróż do wzgórza skarbów

Kurort partyjnych bonzów

Na Wschodzie

Kurort partyjnych bonzów

Barwny ogród na Zielonym Przylądku

Na Wschodzie

Barwny ogród na Zielonym Przylądku

W dawnej stolicy Wielkiej Armenii

Na Wschodzie

W dawnej stolicy Wielkiej Armenii

Tigranakert leży na tam, gdzie wrony nie zawracają. Wrony tam nawet nie dolatują. W I w. przed Chrystusem, za czasów panowania Tigrana, było tu miasto- stolica Wielkiej Armenii. Dziś znajduje się na na peryferiach Górskiego Karabachu, na ziemiach odbitych Azerbejdżanowi i zdaje się, zamieszkanych przed wojną o Górski Karabach w dużej mierze przez Azerów.     Przyjechałam tutaj, gdyż chciałam zobaczyć Agdam . Wyszło mi to średnio, można powiedzieć, że tylko z zewnątrz obejrzałam wymarłe miasto. Z Agdamu do Tigranakertu prowadzi droga, przy której tylko widać pozostałości opuszczonych wsi. Widać jednak, że gdzieś dalej muszą istnieć zamieszkane wsie, gdyż napotkane na drodze krowy ewidentnie zmierzały w konkretnym, znanym sobie kierunku.       Okolice jednak wyglądały przygnębiająco:     Wreszcie na horyzoncie ukazała się twierdza. Dość dziwnie wyglądała pośród ruin dawnego miasta oraz ruin po ostatniej wojnie. Wstęp na teren twierdzy i danej stolicy jest płatny. I tu zaczęły się problemy, gdyż nie miałam drobnych na bilet. Drobnych dosłownie, bo dysponowałam banknotem o równowartości mniej więcej 20 zł. Niestety, pani w kasie, bardzo poważna, pozbawiona uśmiechu dwudziestoparolatka ze złotym zębem na przedzie nie miała wydać i nie chciała mnie wpuścić do środka. A gdzie można rozmienić pieniądze na tym pustkowiu, jeśli nie mógł tego zrobić ani ochroniarz terenu, ani mój kierowca?   Czułam się jak w minionej szczęśliwie epoce. Sieriozna pani władza i potulny petent, który nie może nic. Na szczęście mój kierowca przejął inicjatywę, zgarnął wszystkie drobne, które miałam, puścił do mnie oko, żebym szła zwiedzać i został z groźną panią. Nie wiem, jak ja przekonał, żeby mnie wpuściła do twierdzy.     Jak widać na załączonym obrazku, twierdza jest zrekonstruowana raczej średnio. W każdym razie nie sprawia wrażenia wiekowego budynku. Za to dzięki drzewom dookoła, cieniowi oraz fontannie na dziedzińcu ma w sobie coś z oazy poród rozgrzanego wysuszonego pustkowia.     Okolice oglądane z okien fortecy wyglądają przygnębiająco. Widać namiastkę życia, ale jest to bardzo skromna namiastka.     Z dawnej stolicy państwa rozciągającego się od Morza Kaspijskiego do Morza Śródziemnego wiele nie zostało. Wykopaliska odkryły pozostałości murów, wieży z okresu helleńskiego i ruiny bazyliki z V-VII wieku. Dla Ormian wykopaliska te mają znaczenie, gdyż pokazują, że wbrew tezie głoszonej przez Azerów Ormianie na tym terenie byli dużo wcześniej niż w XIX w., a na Kaukazie historyczna przynależność miejsc a dla ludzi większe znaczenie niż gdziekolwiek indziej.  

Futrzasta strona Tbilisi

Na Wschodzie

Futrzasta strona Tbilisi

Przysmak w perwersyjnym kształcie

Na Wschodzie

Przysmak w perwersyjnym kształcie

Dlaczego kocham Gruzję?

Na Wschodzie

Dlaczego kocham Gruzję?

Batumi, czyli kicz, klimat, socrealizm i secesja

Na Wschodzie

Batumi, czyli kicz, klimat, socrealizm i secesja

Dwie Gruzje

Na Wschodzie

Dwie Gruzje

Było kiedyś miasto

Na Wschodzie

Było kiedyś miasto

Stolica nieistniejącego państwa

Na Wschodzie

Stolica nieistniejącego państwa

Polski prezent dla Armenii

Na Wschodzie

Polski prezent dla Armenii

Między wsiami Tatew i Harżis Polacy poprowadzili parę lat temu szlak turystyczny. Oczywiście nie za darmo, tylko w ramach grantu w kwocie 4500 eurow ramach pomocy rozwojowej dla Armenii. A tak naprawdę to poprowadzili go dla siebie, bo chyba tylko Polacy tym szlakiem chodzą;) Dla Ormian chodzenie po górach jest czynnością absurdalną, a oprócz Polaków wielu turystów niezorganizowanych tu nie przyjeżdża. Zorganizowani natomiast wjeżdżają kolejką linową do klasztoru, zwiedzaj, zjeżdżają i jadą zaliczać kolejne zabytki. Pomoc rozwojowa polega więc na tym, że czasem przyjadą jacyś Polacy, zapłacą na nocleg, wezmą taksówkę na powrót, bo inaczej się nie da i lokalesi na tym zarobią.     Dla mnie oznakowany szlak to była frajda, bo nie byłam przygotowana na chodzenie po górach na dziko, zwłaszcza że o mapy tam krucho. W informacji turystycznej nie było nawet mapy szlaku Tatew-Harżis, ponoć jakaś polska grupka bez pytania ostatnie zwinęła, a one były tylko do wglądu. Pani w informacji szlakiem nie przeszła się na pewno, bo nie umiała nic o nim powiedzieć. Pytałam, jak z ujęciami wody po drodze, bo upał tego dnia był nieludzki i otrzymałam odpowiedź, że woda jest, bo jest rzeka, a na wszelki wypadek mogę jakiś litr zabrać ze sobą. Całe szczęście, ze wzięłam więcej. Ujęcie wody jest w jednym miejscu, zanim dojdzie się do rzeki. Brzegi rzeki były tak obrośnięte, że ciężko było nabrać wodę. Zresztą i tak mi zabrakło, choć po drodze wypiłam 3 litry. Pisze to dla informacji, jeśli ktoś zamierza wybrać się tym szlakiem w upał, bo mi niedostatek wody dał nieźle do wiwatu.     Szlak zaczyna się przy informacji turystycznej w Tatewie i według oznaczeń przejście do Harżis zajmuje 5 godzin. Myślę, że to jest czas dla osób o dobrej kondycji, gdy nie pali słońce. Mi spacerek zajął blisko 7 godzin. Szlak najpierw prowadzi przez wieś. Ten piękny kot pilnuje przystanku autobusowego, choć autobusów to tu chyba nigdy nie widziano.     I tak sobie szłam przez wieś i szłam. Każdemu napotkanemu człowiekowi mówiłam"Dzień dobry", więc pytali, skąd jestem i dokąd idę, proponowali podwiezienie do Goris.     Za wsią szlak wiódł przez pola, na których gdzieniegdzie pasły się krowy i konie.     Droga powoli pięła się do góry, szlak był świetnie oznakowany, polskim sposobem, czyli czerwony pasek między dwoma białymy.     Im wyżej, tym piękniej, ale dość szybka droga doprowadziła do lasu. I to był najprzyjemniejszy odcinek wędrówki. Łagodnie pod górkę, w cieniu. Spotkałam jednego człowieka, miejscowego rolnika, który powiedział, ze do Harżis jest bardzo daleko i najpierw z górki, a potem pod górkę. Tyle z grubsza wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, jak bardzo jest to z górki. A było dość konkretnie. W pewnym momencie ukazała się przede mną dolina rzeki Worotan i była ona bardzo nisko w dole. A po drugiej stronie rzeki szlak piął się pod górę. Tak dość konkretnie. I nie było tam widać kawałka cienia. A dodam, że tego dnia w cieniu było coś pod 40 stopni Celsjusza...     Kanion rzeki Worotan był przyjemnie świeży, zielony i zachęcał do odpoczynku. Niegdyś znajdowała się tutaj wieś kurdyjska, ale została ona opuszczona w latach po walkach ormiańsko-kurdyjskich w latach 1918-20 i dziś po dawnych budynkach zostały tylko kamienie.     Miejsce na odpoczynek było znakomite. Ptaki śpiewały, muchy bzyczały, żadnych dźwięków cywilizacji, do ludzi parę godzin spacerkiem. Sielanka:)     Most przez Worotan pochodzi z XIII wieku.     Kolejne miejsce odpoczynku. Ta dolina jest idealna do relaksu. Szczególnie niechętnie kończy się popas nad rzeką, gdy ma się w perspektywie spacer w upale pod górę;) Więc odpoczywałam dłuuuugo.     Gdzieś tu są też ruiny dawnego meczetu oraz grobowca legendarnego króla Alanów, ale, wstyd przyznać, nie doceniłam kamieni, które widziałam, bo to pewnie to było.     Swojskie oznakowanie:) I ostatni kawałek cienia. Chwilę później zaczęło się łagodne podejście zakosami pod górę.     Po bliżej nie określony czasie dyszenia i sapania na rozgrzanej patelni dotarłam do ruin starego Harżis, opuszczonego 80 lat temu po trzęsieniu ziemi. Dziś wśród ruin domów pasą się krowy.     Do dzisiejszego Harżis jeszcze był kawałek drogi. Leży ono powyżej starej wsi, na górze kanionu. Nie mogłam jednak odmówić sobie spaceru pomiędzy resztkami kamiennych domów, pomiędzy którymi zachowały się dzikie drzewa i krzewy owocowe.     W starym Harżis jest ujęcie wody, więc zatankowałam i od razu inaczej się szło, mimo że droga zrobiła się stroma.     Niemniej jednak, kiedy doszłam do Harżis na wyjęcie aparatu nie miałam już siły. Skupiłam się tylko na tym, żeby dotrzeć do Tatewu, co nie było takie proste. Na austostop nie mogłam liczyć, bo nic, ale to nic nie jechało. Do głównej drogi do Goris były jakieś km, a stamtąd mogłam łapać autostop najwyżej do bocznej drogi do Tatewu. Robiło się późno, do zmroku jakaś godzina, a do domu drogami daleko, więc zaczęłam rozglądać się za alternatywnym transportem. I gdy tak się rozglądałam zaczepił mnie jakiś facet. Okazało się, taksówkarz. Zdziwił się niebotycznie, ze samotnie przeszłam szlakiem turystycznym z Tatewu. Ale masz przy sobie broń? - dopytywał. - Przecież tam są wilki. Chyba dobrze, że o tym wcześniej nie wiedziałam;) Taksówkarz zawiózł mnie do dolnej stacji kolejki linowej. Zostawił tam i odjechał. A ja się dowiedziałam, że ostatnia kolejka tego dnia też właśnie odjechała. Pan udzielający informacji poradził mi, żeby dostała się do Tatewu taksówką, ale taksówki żadnej tam nie było. Ściemniało się, a ja znalazła się pośrodku niczego. Poszłam do głównej drogi i próbowałam coś złapać. Upłynęło pół godziny i zarzęziła jakaś łada. Zatrzymała się przy mnie, owszem, ale facet powiedział, że nie jest taksówkarzem, więc do Tatewu mnie nie zawiezie i żadne zachęty finansowe nie zmieniły jego stanowiska. Wtedy z ciemności wyłonił się kolejny gruchot. Tym razem okazała się to taksówka. Facet zaśpiewał sumę kosmiczną, ale moja pozycja negocjacyjna była marna, więc się nawet nie targowałam. Pojechaliśmy. Facet jechał ostro nad przepaściami, a jego ręka powoli zbliżała się do mojego uda. Odsuwałam się, ale niewiele to dawało. Wtedy wyciągnęłam komórkę i facet natychmiast grzecznie położył rączki na kierownicy i poprosił, żebym nie wzywała pomocy. I tak nie zamierzałam, bo nie miałam zasięgu. Odetchnęłam z ulgą, gdy dotarliśmy do wsi. Taksówkarz podniósł stawkę, ale teraz już mogłam być asertywna, więc byłam. Za to on na do widzenia nie odmówił sobie złapania mnie za kolano. Tylko rozsądek powstrzymał mnie od dania mu w mordę. Późnym powrotem do domu zgorszyłam dieduszkę Fiedię. Samotna kobieta o tej porze? Skandal! Dieduszka przy kolacji długo patrzył na mnie wzrokiem wyrażającym oburzenie, dopiero udobruchałam go znajomością historii Armenii:)

Tatew, czyli daj skrzydła

Na Wschodzie

Tatew, czyli daj skrzydła

U babuszki Swietłany

Na Wschodzie

U babuszki Swietłany

Przed siebie

Na Wschodzie

Przed siebie

Zwiedzanie zwiedzaniem, ale kraj poznaje się dopiero wtedy, gdy człowiek wypuści się przed siebie. Trochę na żywioł, z planem A i z planem B. Oraz ciekawością, co przyniesie dzień. Wyjechałam z Erewania luksusową bryką, która zbierała po domach podróżnych, wiozła ich do Goris i tam rozwoziła po miejscach docelowych. Miałam powiedziane, żeby wysiąść koło poczty, udać się do pobliskiego sklepu komputerowego i tam zapytać o marszrutkę do Dżapanuri, czyli kolejki linowej do wsi Tatew. Miał to być jedyny publiczny transport do Tatewu. Niestety, busik odjeżdżał o 13 , a ja znalazłam się w Goris o 13.40. Wylądowała na dworcu autobusowym, który w niczym dworca nie przypominał. Stały tam dwie marszrutki nie wiadomo dokąd, ale wiadomo, że nie tam, gdzie chciałam, była stacja benzynowa, szemrana knajpka oraz toaleta w stylu azjatyckim. Postanowiłam zmienić plany i zamiast do Tatewu udać się najpierw do Górskiego Karabachu. Marszrutka miała być. Nie wiadomo, kiedy, ale miała. Tzn. taksówkarze mówili, że następnego dnia, a pracownicy stacji benzynowej, że za dwie godziny, a jak nie za dwie godziny, to za mniej godzin albo więcej. Parę dni później okazało się, że niezależnie od której była marszrutka do Stepanakertu w Górskim Karabachu, to była ona nie z tego dworca;)   Myśląc, że jakaś marszrutka jednak tego dnia będzie, usiadłam sobie spokojnie w knajpie, zamówiłam soczek i czekałam. Nagle przed moim nosem wylądował szaszłyk z wódeczką, jak się okazało, zamówiony dla mnie przez grupkę panów z sąsiedniego stolika, którzy wcześniej bezskutecznie machali do mnie z zaproszeniem do swojego towarzystwa. Podziękowałam pani kelnerce i odesłałam ją z powrotem z zamówieniem, na co zareagowała miną pełną burzenia. A panowie zaczęli pogwizdywać i machać. Tegobyło już za wiele. Wylazłam z knajpy, znalazłam kawałek cienia pod murkiem i usiadłam z dala od szemranego towarzystwa. Rozejrzałam się wokoło. Brzydota była uderzająca. Taka typowo postsowiecka. Beton, śmieci, żule. Poczułam się ty wszystkim osaczona. - Nie i jeszcze raz nie! Co ja tutaj robię? Mam dość postsowieckich klimatów - klęłam w myślach. Poczułam się samotna, opuszczona i niezaopiekowana w tym brutalnym świecie, więc jak przystało na słabą kobietkę, uruchomiłam strumyczki z oczu;) Uprzednio zakładając okulary przeciwsłoneczne, naciągając kapelusz na nos, który dla niepoznaki zagłębiłam w przewodniku;) Chwile słabości trzeba maskować;)     Panowie z knajpy jednak nie ustawali w zamiarze zawarcia ze mną znajomości. Nie machali już jednak ani nie gwizdali, tylko po kolei podchodzili z uprzejmym zaproszeniem. Było też ich coraz mniej. Gdy przy stoliku zostało już ich tylko dwóch i na zmianę zapraszali, żeby usiadła w ich towarzystwie, a oni mogą nawet się nie odzywać, tylko żebym tak pod tym murkiem się nie poniewierała, to przyjęłam zaproszenie. Nie rozmawiać się oczywiście nie dało. Przedstawiliśmy się sobie, zapytali mnie, czym się zajmuję, ja ich również. Odpowiedzieli, że handlem, więc spytałam, czy handlują bronią czy narkotykami. Okazało się, że słodyczami, ale rozładowało to atmosferę i przy stoliku zrobiło się wesoło. Kebaba jako wegetarianka oczywiście nie tknęłam, na czym zyskał bezdomny śliczny czarny pudelek. Koniec końców panowie zaproponowali, że pokażą mi okolice i zawiozą do kolejki linowej, czyli wrócę do pierwotnego planu dostania się do Tatewu. Zgodziłam się pod warunkiem, że w ciągu dwóch godzin nie przyjedzie marszrutka do Stepanakertu. Oczywiście nie przyjechała, gdyż jak pisałam wcześniej, nie mogła przyjechać, gdyż z tamtego miejsca marszrutki do Stepanakertu nie odjeżdżały;)       Zatem pojechaliśmy. Zwiedzanie zaczęliśmy od miłej knajpki pośrodku niczego. Tam jeden z panów poprosił mnie o rękę. Pan był szczery i od razu przyznał, że bardziej od mojej ręki interesuje go prawo pobytu w UE, ale przy okazji moglibyśmy pobyć sobie małżeństwem i mieć dzieci. Miły człowiek był i uprzejmy, nie chciałam więc tak od razu dawać mu kosza. Postanowiłam zniechęcić go do małżeństwa ze mną bardziej subtelnymi sposobami. - Ale wiesz, że w Polsce to kobiety zarabiają, a mężczyźni zajmują się prowadzeniem domu? - wkręcałam go wiedząc, że przeciętny Ormianin jest zainteresowany wyłącznie tematyką armeńską i nie ma zielonego pojęcia o świecie. - Panowie gotują, piorą, sprzątają... - Nie mów, że też zmywają naczynia? - najwyraźniej ta czynność w mniemaniu Hakoba najbardziej ujmowała męskości. - Oczywiście, że zmywają - dobiłam go. Hakobowi mina zrzedła, a jego kolega coraz bardziej kiwał się nad flaszką i wyraźnie nad czymś dumał. - A kto jebiot? - zapytał w końcu.     Za to Hakob się zamyślił na dłuższą chwilę, po czym nieśmiało zaproponował, żebyśmy poszli na kompromis i podzielili się obowiązkami domowymi po połowie:)     Niezależnie od odsuniętych w czasie planów matrymonialnych panowie zrobili mi objazdówkę po okolicy, z postojami w najpiękniejszych punktach widokowych. Nawiązując do zdjęć - kierowca był porządny, pił tylko piwo. W każdym razie okolice Goris i Tatewa są malownicze...      ... choć punkty widokowe bywają specyficznie zdobione;)     Po obejrzeniu widoczków pojechaliśmy do gorących źródeł. Nie wyglądały one na tyle zachęcająco, bym skorzystała z kąpieli. Jedno źródło przypominało wannę, a drugie wymagało nieco akrobacji przed i po kąpieli.     Na miły koniec wycieczki panowie wsadzili mnie do kolejki linowej, uprzednio załatwiwszy  i nocleg w Tatewie. Wysiadłam więc z kolejki, gdzie natychmiast przejął mnie pan kolejkowy i odstawił do babuszki Swietłany i dieduszki Fiedii, ale o tym napiszę innym razem. Nie wyszłam za mąż za Hakoba. Na tyle nie lubił zmywania naczyń, że w ogóle się do mnie nie odezwał:)

Niespodziewane koszty podróży...

Na Wschodzie

Niespodziewane koszty podróży...

Norawank, czyli nowy kościół

Na Wschodzie

Norawank, czyli nowy kościół

Klasztor wczepiony w skały

Na Wschodzie

Klasztor wczepiony w skały