Gaijin w podróży

Gęstość zaludnienia w Japonii

Japonia to jeden z najbardziej zaludnionych krajów na świecie. Widać to zresztą na każdym skrzyżowaniu w większych miastach. Co ciekawe, jest to jeden z najbardziej jednolitych pod względem narodowościowym krajów na świecie. Aż 98% mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni to Japończycy. Według danych z początku 2016 roku, Japonię zamieszkiwało 126,8 milionów mieszkańców. Gęstość zaludnienia wynosi aż 335 osób na km2. Choć to jeszcze nic w porównaniu z nizinami nadbrzeżnymi i kotlinami śródgórskimi. Na ich powierzchni zajmującej zaledwie ¼ kraju, gęstość zaludnienia wzrasta do 1000 osób na km2. Widać więc wyraźnie, że rozmieszczenie mieszkańców jest nieregularne i zależy od środowiska naturalnego. Okazuje się, że te najdogodniejsze warunki znajdują się na południowym wybrzeżu wyspy Honsiu, gdzie mieszka blisko połowa Japończyków. To strefa ciągnącą się od Tokio, Kawasaki i Jokohamy poprzez Nagoję do Kioto, Kobe i Osakę. Wyjątkowo gęsto zaludniona jest również północna część Sikoku i Kiusiu. Jeśli z kolei chcemy jak najdalej uciec od tłumów, warto wybrać się w najmniej zaludnione części kraju, czyli Hokkaido, północne Honsiu oraz południowe Kiusiu. Gęstość zaludnienia wyraźnie rzutuje na stopień urbanizacji, który w Japonii jest jednym z najwyższych na świecie i wynosi obecnie 89%. Milionowe miasta W Japonii jest aż 12 miast liczących powyżej miliona mieszkańców. Większość tych gigantycznych ośrodków skoncentrowana jest na wybrzeżu Oceanu Spokojnego. Przy rosnącej liczbie mieszkańców miast, wciąż narasta problem z malejącą liczbą ludności w małych miastach i na wsiach. Tam gęstość zaludnienia wynosi zaledwie 52 osoby na km2. Dodatkowo rejony te zamieszkałe są w dużej mierze przez osoby w podeszłym wieku. Brak natomiast mieszkańców w wieku produkcyjnym, które utrzymywałyby gospodarkę tych rejonów na dobrym poziomie. Artykuł Gęstość zaludnienia w Japonii pochodzi z serwisu Gaijin w Podróży.

POSZLI-POJECHALI

Słowacja, Małe Karpaty – Dni otwartych piwnic

Słowacja jest jednym z położonych najbliżej Polski krajów winiarskich. Słowacja i wina, zapytacie Wy? Tak, i to jakie! Jedynie mieszkańcy Małopolski i Podkarpacia (mam wrażenie) są bardziej obeznani z tematem – do sąsiadów blisko, a i w Krakowie da się znaleźć w winotekach i restauracjach słowackie Artykuł Słowacja, Małe Karpaty – Dni otwartych piwnic pochodzi z serwisu Poszli-Pojechali.

TROPIMY

Książki dla kochających podróże – edycja 2016

Czas na podsumowanie 2016 pod kątem książek podróżniczych, które przewinęły się przez nasze mieszkanie, ułożyły się w stosy na stolikach nocnych, zmieściły się na Kindle’u, do torebki w drodze do pracy i walizki w... Dzięki, że czytasz nas przez RSS! :) Przemek i Magda Post Książki dla kochających podróże – edycja 2016 pojawił się po raz pierwszy w TroPiMy.

qbk blog … photoblog

Kilka ekwadorskich plenerów

Kilka ekwadorskich plenerów Quilotoa Plaża Canoa Plaża Canoa Klify Canoa Klify Canoa Quilotoa Baños Baños Huśtawka na krańcu świata czyli Casa Del Arbol (Domek na drzewie) w Baños Laguna de Cuicocha Mindo Mindo Mindo Mindo Widok z Teleferico De Quito Teleferico De Quito Ekwador, październik 2016

Recenzja książki: Dzieci odkrywają Śląskie

wszedobylscy

Recenzja książki: Dzieci odkrywają Śląskie

Listopad

Tu i Tam

Listopad

Czemu Bratysława bije na głowę Pragę i Budapeszt? Idealne miasto na weekend [PRZEWODNIK]

WEEKENDOWI PODRÓŻNICY

Czemu Bratysława bije na głowę Pragę i Budapeszt? Idealne miasto na weekend [PRZEWODNIK]

POJECHANA

Nowa praca, nowy dom!

Kilka tygodni temu przyznałam Wam się, że nie chce mi się już jechać… Zamarzył mi się dom, bezpieczna przystań, do której mogłabym wracać ze swoich kolejnych podróży. Zatęskniłam ze własną lodówką, zdrową kuchnią, zawsze ciepłą wodą i miękkim ręcznkiem. Zatęskniłam też za codziennymi obowiązkami, własnym biurkiem, przy którym mogłaby powstać kolejna książka i nowymi wyzwaniami (o zgrozo!) zawodowymi. Wspomniałam Wam też, że znaleźliśmy miejsce, które ma szansę stać się naszym domem. Nie ogłosiłam co to za miejsce, bo w głowie kłębiło się jeszcze mnóstwo wątpliwości, a gdzieś głęboko w sercu zagnieździł się strach (tak, strach), czy przeprowadzka na akurat ten koniec świata, to dobra decyzja. Gdy w połowie października wracaliśmy do Europy po 15 miesiącach w podróży przez Azję i Amerykę Południową, z coraz mniejszym entuzjazmem, z coraz większymi wątpliwościami rozmawialiśmy o naszym planie, a planem było, że w maju wracamy do Ekwadoru. Tak, to w Ekwadorze mieliśmy zamiar osiąść na stałe, to w Ekwadorze mieliśmy zakładać swoje firmy, to w Ekwadorze mieliśmy próbować znaleźć nowych przyjaciół. Wracaliśmy z myślą, że zobaczymy co przyniosą nam najbliższe tygodnie, dając sobie czas na przekonanie się do tej ważnej decyzji. Alternatywą od początku była Francja. Moimi argumentami przeciw od początku były wysokie koszty życia, brak możliwości znalezienia pracy i brak znajomości języka francuskiego. Wierzcie mi lub nie, ale znajomość języka obcego nie spływa magicznie na nikogo przez fakt dzielenia życia z Francuzem, słówka nie przechodzą przez dotyk (a dotykam go dużo, tu chyba wątpliwości nikt nie ma). Za brakiem znajomości języka podąża zaś niemożliwość znalezienia pracy, a to z wysokich kosztów życia tworzy mur nie do przeskoczenia. Jednak jeszcze zanim wsiedliśmy na pokład międzykontynentalnego samolotu w drodze do Europy, Adrien już wiedział, że we Francji czeka na niego bardzo ciekawa  propozycja pracy. Chwilę potem wspólni znajomi zaproponowali wspólny wynajem domu we francuskich Alpach. Nagle stałam o krok od zrealizowania trzech marzeń: życia w małej wiosce w górach, gdzie w cieple kominka będą powstawać kolejne strony moich kolejnych książek, dzielenie codzienności z grupą przyjaciół mieszkających pod jednym dachem i rozwijanie swojej kiełkującej wspinaczkowej pasji. Na drodze stały te dwie kwestie: znajomość języka i pieniądze. Języka można się nauczyć- to oczywiste. Życie można sobie zorganizować nawet bez jego dobrej znajomości (tak jak mi się to udało zrobić w Chinach). Ale skąd wziąć pieniądze na drogie życie we Francji, jeśli przychody z bloga pozwalić mogą na sfinansowanie codziennych potrzeb raczej w taniej Tajlandii? Nie lubię, gdy pieniądze, a raczej ich brak, krzyżują mi plany. Nie lubię, gdy moi bliscy muszą rezygnować z czegoś (tu perspektywy świetnej pracy) z mojego powodu. Nie lubię iść na łatwiznę, nie lubię się bać. Nie chcę zmuszać partnera do podejmowania ryzyka, do którego sama nie jestem przekonana (tu naszych planów dotyczących Ekwadoru). Nie wyobrażam sobie spędzenia życia będąc finansowo na nim uwieszona. Niezależność to coś, czego zaraz obok miłości bardzo potrzeba mi do szczęścia. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i poszukać nowych możliwości pracy. Zastanowiłam się co umiem, co lubię, w czym jestem dobra, wydrukowałam wizytówki i zabrałam się do pracy. Najpierw poszłam na międzynarodowe targi turystyczne. Nie czekałam na specjalne zaproszenie, na dedykowane spotkanie. W zamkniętym dla zwiedzających dniu branżowym, wchodząc na przysługującą mi jako blogerce wejściówkę medialną podchodziłam do stanowisk krajów, których organizacjom turystycznym (zajmujących się promocją danego kraju lub regionu) w mojej ocenie mam coś do zaoferowania w ramach biznesowej współpracy. W większości przypadków spotkałam się z dużym zainteresowaniem, czego wynikiem są toczone przeze mnie aktualnie negocjacje dotyczące wyjazdów sponsorowanych. Następnie odezwałam się do firm, którym (również w mojej ocenie) miałam coś do zaoferowania. Coś, co wyróżniało mnie na tle innych potencjalnych kandydatów. Potencjalnych, bo żadna z tych firm nie prowadziła rekrutacji. I wiecie co? Moją kandydaturą były zainteresowane wszystkie (!) firmy, do których się odezwałam. Wybrałam tą, o której najwięcej wiedziałam, która dobrze mi się kojarzyła i z której właścicielką od razu się jakoś tak fajnie, po babsku dogadałam. W ten sposób zaczęłam współpracę z Discover Asia organizującą wyprawy z plecakiem na mój ukochany kontynent. Jeśli chcielibyście pojechać z Pojechaną- przewodnikiem do Kambodży, Tajlandii lub Indonezji zajrzyjcie TU. Nie czekałam na cud, nie płakałam nad swoim losem, nie czekałam na odpowiedni moment, sprzyjającą sytuację. Czy się bałam? Oczywiście! Czy się wstydziłam? I to jak! Jednak co miałam do stracenia? Stwierdziłam, że tak naprawdę niewiele. Wzięłam więc realizację swoich marzeń w swoje ręce, tu i teraz, dzięki czemu siedzę właśnie przy kominku w domu w małej wiosce we francuskich Alpach i z uśmiechem myślę o nadchodzącym nowym roku, bo wierzę, że kiedy wszystko się dobrze układa, to znak, że wybraliśmy dobrą drogę. A piszę Wam o tym, bo wierzę też, że samo się nic nie zrobi, fajne życie musimy zrobić sobie sami. Podwijajcie więc rękawy i do roboty! Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera! Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy. Post Nowa praca, nowy dom! pojawił się poraz pierwszy w Pojechana.

Ogród Botaniczny w Lublinie

SISTERS92

Ogród Botaniczny w Lublinie

Blogmas: dzień 13. - trzynaście seriali na trzynasty dzień grudnia. ;)

PO PROSTU MADUSIA

Blogmas: dzień 13. - trzynaście seriali na trzynasty dzień grudnia. ;)

         Na początku powiem szczerze - jestem niepoprawną serialoholiczką. Zaraz obok książek na liście ulubionych moich zajęć niewymagających większej aktywności jest oglądanie seriali. Nic na to nie poradzę i nie wstydzę się tego, że potrafię machnąć jeden sezon w jedną noc. Zdarzało się i tak. ;) Niestety, odkąd kilka miesięcy temu umarł mój laptok, skończyło się radosne oglądanie w łóżku, bo na stacjonarnym sprzęcie nie ma to takiego uroku. Za to rekordowe ilości książek dzięki temu czytam, na co też wcale nie narzekam, bo i tak ich sterta przy łóżku zupełnie nie chce maleć, tylko rośnie. Zupełnie nie wiem czemu. ;p Ale wracając do seriali, postanowiłam dzisiaj opowiedzieć o trzynastu moich ulubieńcach. I nie śmiejcie się, ale nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudno było się ograniczyć do tej liczby, na kartce wypisałam sobie ponad dwa razy tyle, ale wówczas notka byłaby wyjątkowo tasiemcowa, jak niektóre seriale. ;p Także siądźcie wygodnie i zapraszam do lektury. :)       1) "Chirurdzy" - stwierdziłam, że będziemy trzymać się kolejności alfabetycznej i nazw polskich (w większości), bo tak będzie chyba najłatwiej. Na pierwszy ogień idzie zatem weteran listy, mający już trzynaście sezonów. Opowieść o lekarzach z Seattle, którym przydarzają się wszystkie możliwe katastrofy, a trup ściele się gęsto. Mimo faktu, że większości ekipy z pierwszych sezonów już nie ma, serial ciągle trzyma jakiś poziom i co tydzień czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek. Ostatnio też zauważyłam, że jest to serial, gdzie praktycznie na każdym odcinku muszę się popłakać, ale wcale nie jest to wadą. Czasem dziwne rzeczy mnie wzruszają. ;pChirurdzy od 2005 roku ciągle z nami. :)       2) "Dynastia Tudorów" czyli raptem cztery sezony opowieści o Henryku VIII i jego sześciu żonach. Do moich ulubionych zaliczają się te z Anną Boleyn (bo to też zdecydowanie moja ulubiona żona Heńka, a i aktorka Natalie Dromer), później już ciut mnie nudziło. Ale sporo historii przewija się w serialu, a że to jeden z moich ulubionych okresów, to musiał się ten serial znaleźć na mojej liście. No i te stroje. <3 Kiedyś to nosiło się sukienki. ;))Dynastia Tudorów 2007-2010 r.            3) "Gra o Tron", gdzie też noszą całkiem niezłe sukienki i też gra Natalie. Tutaj także trupów nie brakuje, intryg jest zaś jeszcze więcej niż w "Modzie na sukces". Generalnie chyba za bardzo nie ma co przedstawiać tego serialu, bo podejrzewam, że każdy o nim chociaż kiedyś słyszał, nawet jeśli nie oglądał. Obecnie doszliśmy do etapu, gdy serial wyprzedza książkę (która w sumie ponoć powstaje, ale jest jak Yeti ;p), więc wszyscy z niecierpliwością czekają na siódmy sezon. ;)Gra o tron cieszy i bawi od 2011 roku i na razie ma sześć sezonów. ;p            4) "Kochane Kłopoty" i pierwszy na liście serial bez zbyt wielu trupów na ekranie. Wprost przeciwnie - jest to siedem sezonów niezwykle ciepłego i pozytywnego serialu (ostatnio Netflix wydał taki jakby epilog czteroodcinkowy), który ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Perypetie matki i córki, gdzie matka jest niezwykle postrzelona (stąd też przytrafiło jej się dziecko w wieku lat szesnastu), zaś córka stateczna i układna (oczywiście do pewnego momentu ;p). Do tego absolutnie przeuroczy klimat małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego i dużo miłości. W każdej postaci. Idealny na zimowe wieczory, bo rozgrzewa jak najlepsza herbatka. :)Kochane Kłopoty 2000-2007 r. i siedem sezonów.               5) "Lucyfer" to jedna z nowszych pozycji na liście, bo na razie ma zaledwie półtora sezonu. Wciągnął mnie stosunkowo niedawno i miałam z nim dwa maratony (najpierw pierwszy sezon, ostatnio pół drugiego) i czekam na nowe odcinki. Opowieść z piekła rodem, gdzie znudzony swym życiem w gorących otchłaniach diabeł Lucyfer przenosi się do ciut tylko chłodniejszego Los Angeles, gdzie zostaje właścicielem nocnego klubu. Trochę mu się nudzi, więc zostaje konsultantem policji u boku niezwykle uroczej detektyw Chloe i razem rozwiązują sprawy. Oczywiście dzięki swoim nadprzyrodzonym mocom diabełkowi jest o wiele łatwiej, chociaż okazuje się, że przy pani detektyw tak nie do końca wszystko idzie po jego myśli. Także zastanówcie się o czym marzycie i koniecznie obejrzyjcie Lucyfera. ;) Naprawdę warto. :) Plus jest to jeden z niewielu seriali, gdzie gra dziecko, które wyjątkowo nie irytuje, tylko bawi i rozśmiesza. ;)Lucyfer bawi zaledwie od 2016 roku i ma półtora sezonu. ;p                 6) "Madam Secretary" czyli serial o sekretarz stanu USA i jej rodzinie. Jak pierwszy sezon ciut mnie nudził, tak drugi i trzeci (którego na razie też połowa jest) to po prostu dwie petardy. Można z bliska przyjrzeć się jak wyjątkowo specyficzna jest polityka Stanów Zjednoczonych i jak chwilami trzeba manewrować, żeby uzyskać korzystne dla siebie rozwiązanie. Takie trochę żeńskie "House of cards", tylko w nieco bardziej lajtowej wersji. Obecnie jeden z moich ulubieńców, których jestem gotowa oglądać nawet przy biurku na stacjonarnym komputerze. ;)Madam Secretary od 2014 roku ma już prawie trzy sezony. :)             7) "Mentalista" serial z absolutnie przeuroczą rolą męską. Zastanawiałam się między tym bohaterem a Sherlockiem, jednak to Patrick Jane jest zdecydowanie bliższy mojemu serduszku. Jeden z gatunku tych mężczyzn, dla których garnitur jest drugą skórą i wygląda w nim rewelacyjnie. Poza tym, cudny uśmiech. ;) Nie na tym jednak skupia się serial (a szkoda), ale na seryjnym mordercy nazwanym Red John (którego znakiem rozpoznawczym jest czerwona buźka namalowana krwią w miejscu zabójstwa), który zabił Patrickowi rodzinę i od tej pory on usiłuje się na nim zemścić. Znaczy się zabić go. ;p Przy okazji Patrick jest mentalistą, czyli posiada doskonale rozwinięty dar obserwacji i dedukcji (podobnie jak Sherlock), dzięki czemu idealnie sprawdza się w roli konsultanta policji. Polecam, szczególnie końcówkę przedostatniego sezonu, gdy zawsze płaczę jak bóbr. Ale wyjątkowo ze szczęścia. :)siedem sezonów w latach 2008 - 2015. :)      8) "Narcos" czyli jeden z lepszych seriali Netflixa. Pablo Escobar i kartel narkotykowy w Kolumbii okazały się rewelacyjnym materiałem na serial. Absolutnie jeden z lepszych w ostatnich latach, jaki widziałam, a już wiecie, że widziałam sporo. ;p Świetnie zrealizowana historia, dwa sezony naprawdę fajnej akcji, szczególnie końcówka robiła wrażenie. Zdecydowanie pozycja warta obejrzenia, zwłaszcza że Netflix zapowiedział, że pojawią się kolejne sezony z kartelem Cali w roli głównej. Też może być ciekawie. :)Narcos i dwa genialne sezony od 2015 roku. :)              9) "Plotkara" czyli kolejny serial na liście, gdzie można zobaczyć dużo pięknych sukienek, tylko w zdecydowanie nowszym stylu. Serial o bogatych dzieciakach z Upper East Side w Nowym Jorku i pewnym blogu, gdzie właśnie Plotkara opisuje ich życie. Chwilami banalny, czasem poważny, zdarzało się, że złościł, że denerwował swoją infantylnością (no bo heloł, ile jeszcze tych konfiguracji związkowych ;p), ale i tak z przyjemnością oglądało się kolejne odcinki. I to obstawianie kto tak naprawdę jest tą Plotkarą. Ja nie zgadłam. ;p Plus jak już się zna jej tożsamość, to fajnie ogląda się wszystko raz jeszcze, bo wtedy zupełnie inaczej patrzy się na pewne sprawy. ;pPlotkara i sześć sezonów w latach 2007 - 2012.                 10) "Przyjaciele" czyli klasyka klasyk. :) Nie mogło go zabraknąć na liście, bo jest to w sumie jedyny serial, który mogę oglądać wzdłuż i wszerz, niezależnie od odcinka. Najlepiej oczywiście ogląda się go z Tomaszem, który zna go praktycznie na pamięć, więc czasem nawet nie słyszymy dialogów z telewizora, bo sami je mówimy. Perypetie szóstki przyjaciół w NY, których problemy nawet po upływie tylu lat od premiery ciągle są aktualne. :) I ciągle bawią, nawet po kilkudziesięciu razach. ;)dziesięć świetnych sezonów w latach 1994 - 2004.              11) "Victoria" - najmniejszy serial na całej liście, bo liczy zaledwie jeden sezon i osiem odcinków. Zdecydowanie miłość od pierwszego wejrzenia, bo też i historia sama w sobie piękna jest. Mogłabym się przyczepić, że w sumie nieco twórcom serialu mieszają się fakty, ale nie będę, bo realizacja zdecydowanie mi się podoba. Królowa Victoria jest przeurocza osóbką (z którą czują ogromną bliskość z powodu podobnego wzrostu), która została postawiona w niezwykle trudnej roli. Serial pokazuje jak powoli się w niej odnajduje i uczy się stawiać na swoim. Oczywiście niezwykle istotny jest też tutaj wątek miłosny, który wzrusza i porusza nawet najtwardsze serduszka. Polecam. :)) A i ma być sezon drugi. <3zaledwie jeden króciutki sezon w 2016 roku.                12) "Wojna i pokój" i tutaj miałam dylemat, bo na przestrzeni kilku lat pojawiły się dwie fajne wersje. Są to generalnie miniseriale, bo ten z 2007 roku trwa osiem godzin (ale ma cztery odcinki), zaś ten najnowszy z 2016 trwa godzin sześć (ale odcinków też ma sześć). Ciężko mi wybrać lepszą wersję, bo każda ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, ale za to w każdej z nich moimi ulubionymi postaciami jest rodzeństwo Bołkońskich - książę Andrzej i księżna Maria. Tej drugiej zawsze mi żal, zaś ten pierwszy jest zawsze do schrupania. I ciągle nie umiem się zdecydować czy bardziej w tej roli podobał mi się Alessio Boni (2007) czy James Norton VIII (2016) - każdy z nich ma w sobie to coś co sprawia, że nie są oczywiście przystojni, ale ciągnie do nich każdą babę. ;p Plusem przemawiającym za wersją starszą jest moja ulubiona scena, gdy książę Andrzej na balu po tańcu z Nataszą (będącą de facto główną bohaterką, ale w obu wersjach była irytująca, chociaż w 2007 roku nie tak bardzo jak w 2016) mówi do siebie, jak ona wraca do rodziców, że jeśli się obejrzy, to zostanie jego żoną. I obejrzała się. I ta scena chwyta za serduszko. :))wersja z 2007 roku. wersja z 2016 roku.                13) "Żona idealna" jako przedstawiciel niezwykle bogatego rodzaju seriali prawniczych. Główna bohaterka po kilkunastu latach przerwy wraca do zawodu, po tym jak okazało się, że jej mąż (znany polityk) ją zdradza. Początek nie brzmi jakoś szalenie oryginalnie, ale później się dzieje. Dużym atutem serialu są mocno zarysowane postacie drugoplanowe, gdzie można znaleźć swoich ulubieńców. Moim był Will, przystojny pan adwokat z wielkim nosem, stara miłość Alicji ze studiów. A wiadomo, że stara miłość nie rdzewieje. ;)siedem sezonów w latach 2009-2016.        Uff, dobrnęliśmy do końca listy. Ciężko było się zdecydować i nawet w trakcie pisania wywaliłam kilka, bo przypomniały mi się inne. Wielu tutaj brakuje, ale dzięki temu może jeszcze kiedyś napiszę drugą część, bo materiałów mam naprawdę sporo. ;) A wy co lubicie oglądać? ;)~~Madusia.Ps. zdjęcia pochodzą z Filmweba. ;p

Gwatemala – to trzeba zobaczyć!

Ale piękny świat

Gwatemala – to trzeba zobaczyć!

Miejsca poznaję dzięki ludziom, których tam spotykam, zapamiętuję poprzez chwile, które z nimi przeżywam. I taka właśnie jest moja Gwatemala... Do Gwatemali trafiłam przez przypadek. Od ponad dwóch miesięcy szwendałam się po Meksyku - wzdłuż wybrzeża Jukatanu jakaś siła pchała mnie na południe, dalej i dalej, aż trafiłam do Chetumalu przy granicy z Belize. Stąd był już było zaledwie kilka godzin chickenbusem do Gwatemali. – To może pojadę do Tikal? – mówi wewnętrzny głos przygody.Zmęczona wędrówką cześć mojej duszy zareagowała natychmiastowo. Po co? I zagrała kartą wspomnień z Tulum.. Kilka dni temu byłam świadkiem dramatycznej sceny. – Thanks to the ancient Mayas, i have to do another lost city tour! - krzyczał zdesperowany amerykański nastolatek na wieść, że jutro też będzie zwiedzał. – A więc tak wygląda przesycenie organizmu piramidami – pomyślałam wtedy. – Czy też chcesz doprowadzić się do tego stanu – powiedziała mi teraz zmęczona cześć mojej duszy.– Tak, chcę!I pojechałam.TikalKilka dni później stałam już na szczycie pierwszej piramidy. Pode mną po horyzont rozciągał się zielony dywan, utkany z koron drzew. Ten widok znałam już z Gwiezdnych Wojen. W Episode IV A New Hope, Tikal z wirtuozerią „zagrało” księżyc Javin 4. Z kolejną piramidą nie poszło już tak łatwo. Schody na szczyt puszczono wzdłuż ściany, a że ta była prawie pionowa to i same schody bardziej przypominały drabinę. No cóż, trzeba wejść. Wspinam się na kilka szczebelków i od razu daje o sobie znać paniczny lek wysokości. Schodzę.– I tak zamierzasz to zostawić? – na ambicję wchodzi głos przygody.Patrzę na scianę, na człowieka wielkości mrówki, który właśnie jest w połowie drogi. Tak po prostu się poddam? Podejmuję kolejną próbę. Zachodzę wyżej, ale strach sprawia że trzęsą mi się ręce. Odpuszczam.– No nie, ale z ciebie cykor! - głos przygody nie daje za wygraną. Ma rację. Nie codziennie mam okazję chodzić po Tikal. Dobra, do trzech razy sztuka. Wspinam się, wspinam, błagam wszystkie okoliczne aluxes, czyli majańskie duchy strażników o pomoc i dalej się wspinam... Zaszłam nieco dalej, kiedy znów dopada mnie strach. Robię krok w dół i nagle zdaję sobie sprawę, że tak samo się boję jak bym wchodziła. To idę za ciosem. Do góry. – Daj mi aparat – usłyszałam na szczycie piramidy. Jakiś turysta przyglądał się mojej alabastrowo białej twarzy z artystycznym ogniem w oczach. – Muszę zrobić ci zdjęcie, bo jesteś tak pięknie przerażona! Mixco ViejoTo była huczna impreza. Na osiedlu otoczonym murem kolczastym w samym sercu Ciudad Guatemala świętowaliśmy nominację ministerialną naszej znajomej. Stawili się wszyscy sąsiedzi – głównie działacze najróżniejszych organizacji NGO. Do pewnego momentu wszystko szło według schematu – rozmowy o najnowszych konferencjach, wymiana opinii na temat kondycji państwa, kilka zdań na temat nowych projektów na rzecz kobiet i reszty gwatemalskiego świata. – Co jutro robicie? – w pewnym momencie odzywa się Ana.Co za pytanie! Ana siedzi tu już pół roku i jeszcze się nie nauczyła, że pracownik NGO dzień wolny od pracy spędza w zaciszu drutu kolczastego otaczającego swoje osiedle? – Nie pojechaliście do Mixco Viejo? – Ana nie odpuszcza.– Przecież poruszanie się po mieście jest zakazane! – odpowiada koleżanka z UNICEFU. Ale komu ona mówi, przecież Ana się zakochała. No tak... Ana kilka tygodni temu poznała Conrado. Podczas gdy reszta towarzystwa dzień spędza w klimatyzowanych biurach on pracuje w terenie, aktualnie w slumsach. A to nie byle jakie wyzwanie. Do slumsów trzeba umieć wejść i trzeba mieć protektorów, którzy zapewnią bezpieczeństwo. Czyli Conrado dogadał się z mafią. Kiedy wieczorem reszta towarzystwa zjeżdżała się taksówkami na teren osiedla, on do centrum miasta turlał się chickenbusami. Iedy reszta towarzystwa degustowała pizze Taki chłopak nie mógł zagrać swojej dziewczyny na pierwszą randkę do restauracji sushi. Conrado zaprosił więc Anę na plażę. Ana nigdy wcześniej nie była na gwatemalskiej plaży. Piasek i morze stanowiło miłą odmianę dla nudnej trasy praca - osiedle – praca. Mało tego! Była bardzo zaskoczona, że przeżyła tę eskapadę. Kiedy indziej poszli na spacer po Zona 1. Też nic się nie stało. I tak Ana zasmakowała w adrenalinie.– To jak, jedziecie?– My nie możemy – mówi Rachel z ambasady USA. – U nas panuje absolutny zakaz oddalania się poza granice miasta. – Ale ja chętnie pojadę! - powiedziała Carmen z jakiegoś NGO, który zajmuje się kobietami. – Wiecie, że mieszkam tu już pól roku i jeszcze nigdy nie spacerowałam po mieście?Wyjechaliśmy następnego dnia. Carmen zachwyciły chickenbusy – podstawowy środek transportu gwatemalskich kobiet. Ubawiły ją dziury w asfalcie – że jest ich więcej niż asfaltu. Ale najlepsza zabawa czekała na nią w pewnym barze, gdzieś w zapomnianym przez Boga miasteczku, w którym mieliśmy kolejną przesiadkę. – Que quiere? - Kelner pytał kilka razy i ciągle otrzymywał jedną odpowiedź:– Cafe con leche – czyli kawę z mlekiem. Na twarzy mężczyzny pojawiło się zafrasowanie. Jeszcze kilka razy powtórzył zamówienie po czym przyniósł szklankę mleka i słoik nescafee. Wszystko się zgadza: jest i kawa i mleko. Carmen parsknęła śmiechem. Przez łzy setnego ubawienia robiła jedno zdjęcie za drugim. Ja nie zrobiłam żadnego, bo po prostu zrobiło mi się przykro. A Mixco Viejo? Cóż, dojechaliśmy. Spotkaliśmy szamanów, wspinaliśmy się na piramidy, ale to Carmen już tak nie ubawiło...Antigua GuatemalaW Gwatemali trzeba stąpać ostrożnie. Życie nocne istnieje tylko w kościołach protestanckich. Na szczęście jest Antigua. Za każdym razem, kiedy tu wracałam czułam się jak pies spuszczony ze smyczy. Nareszcie mogłam spacerować po zmierzchu, nareszcie mogłam zajrzeć w każde podwórko i odkrywać galerie, kawiarnie, sklepy, robić zdjęcia ruinom klasztorów na tle wulkanów. Nareszcie mogłam też wejść wieczorem do baru i napić się piwa... Ups! Tym razem nie mogłam, bo w wejściu leżał człowiek – ofiara happy hour. – Cóż, piwo poczeka, kiedy tu leży człowiek – odezwało się we mnie poczucie odpowiedzialności. Na szczęście długo sama nie stałam. Po chwili podeszło do mnie jego dwóch kumpli z Quetzaltecą w dłoniach. Quetzalteca to jeden z nielicznych typowo gwatemalskich trunków – smaczny, mocny i zdradliwy. – Ups... już padł?– Padł.– To w takim razie ty się z nami napijesz!I tak poznałam lewicowego filozofa, prawicowego historyka i rozłożonego na łopatki archeologa. Archeolog, kiedy już się pozbierał następnego dnia, zdradził mi, że jedzie ratować kamienne stelle w Quirigua. – Jedziesz ze mną? Mamy samochód.– A nocleg? – Też mamy – będziemy spać w pokojach dla archeologów. QuiriguaNastępnego wieczoru jechałam już do Quirigua – majańskiego miasta, które słynie ze wysokiej klasy steli. Na miejsce dotarliśmy tuż przed północą. – Idziemy zwiedzać! – mówi mój znajomy. Zabraliśmy 2 latarki na cztery osoby i poszliśmy w ruiny otoczone lasem deszczowym. Czarną noc rozpraszaliśmy strugą światła, którą raz omywaliśmy stele innym razem drogę. Archeolog podświetlał hieroglify i czytał znak po znaku i w milczeniu szliśmy za blaskiem księżyca. – Słyszycie? – archeolog – Nie.– No właśnie. Dżungla zamilkła.– I co z tego? – A to, że przechodzi wielki zwierz. Włączajcie wszystkie latarki i głośno mówcie, bo duże zwierzęta zazwyczaj unikają ludzi. W ten sposób dowiedziałam się, że dżungla mówi, krzyczy i milczy.PanajachelMiasto ani ładne, ani specjalnie malownicze. Ot zwykły kurort gwatemalski nad wodą, w której mają odwagę się kąpać jedynie Gwatemalczycy. – Od lat 60 ściągali tu Gwatemalscy hipisi – tłumaczy mi Pablo, poeta i piosenkarz. Pablo muzyką zajmuje się bez przekonania, ale jego kumple robią prawdziwe kariery. Odwiedziliśmy Giovanniego z Bohemia Suburbana. Właśnie świętował nominację MTV na najlepszą grupę latynoską. Dlaczego nie było z nim kumpli z zespołu? Bo wszyscy już dawno wyemigrowali do stanów. Giovanni też spędza tam sporą część roku. Ale lubi od czasu do czasu pooddychać atmosferą Panajachel. Był z nami jeszcze ktoś. Rene – Indianin Kaqchiquel do niedawna przede wszystkim malował obrazy i murale. Niedawno poczuł w sobie powołanie do hip hopa. Śpiewa w maya i nagrywa pierwszą płytę. Występuje w majańskich rozgłośniach radiowych, koncertuje... Ale to jest temat na kolejną opowieść, która opiszę po powrocie z najbliższej podróży do Gwatemali. Wyruszam już w styczniu!Chcecie poznać ten świat? Chcecie dotknąć prawdziwego życia Gwatemalczyków? Zapraszam na moją autorską wyprawę z Superfemka Projekt. Wyruszamy w czerwcu!Szczegóły: http://superfemka.pl/guatemaya-dorota-chojnowska-ukryty-swiat-majow/

Na zamkach Regec i Fuzer oraz Wielkim Miliciu

marcogor o gorach

Na zamkach Regec i Fuzer oraz Wielkim Miliciu

Geografia węgierska i słowacka traktują Góry Tokajsko-Slańskie jako dwa odrębne pasma, rozdzielone granicą państwową: Góry Slańskie (Slanské vrchy) po stronie słowackiej i Góry Zemplińskie (Tokaji-hegység lub Zempléni-hegység) po stronie węgierskiej. Podział ten jest jednak sztuczny – geomorfologicznie pasmo tworzy jedną całość. Po wizycie przed kilkoma laty po słowackiej stronie tychże gór, a konkretnie na najwyższym szczycie Simonce oraz Ciernej Horze postanowiłem zapoznać się z węgierską ich częścią przy okazji dłuższego pobytu na Węgrzech. Pasmo Gór Tokajsko-Slańskich ma około 80 km długości (z tego około 50 km na Słowacji) i od 12 do 20 km szerokości. Rozciąga się z północy na południe z lekkim wybrzuszeniem na wschód. Wysokość tego pasma maleje z północy na południe.  spojrzenie z zamku Regec na Góry Bukowe Góry Zemplińskie leżą w Karpatach Zachodnich, na północ od Wielkiej Niziny Węgierskiej. To młode góry wulkaniczne, o średniej wysokości ok. 450 m n.p.m., gdzie najwyższy szczyt Nagy Milic (Wielki Milić)  ma 895 m n.p.m. W Górach znajduje się ponad 500 oznakowanych dróg turystycznych i 150 km tras rowerowych. Jako ciekawostkę dodam, że w Sátoraljaújhely na turystów czeka park przygód. Najpiękniejsze w tym regionie są jednak zamki, jak te w Regec, Fuzer, Sarospatak, czy Szerencs. One też były moim celem oprócz najwyższego szczytu pasma. Spośród zamków preferuje ruiny, bo zwiedzanie dobrze zachowanych budowli z częścią muzealną, przeważnie w centrach miasteczek mnie nie kręci. Wolę te zrujnowane, kryjące w sobie tajemnice i sekrety, zawsze gdzieś na uboczu,  oczywiście na wzniesieniu nad miastem, przez co stanowią też dobre punkty widokowe. panorama Gór Zemplińskich z Regec I oczywiście ich położenie gwarantuje wspinaczkę, a ja mam takie już zboczenie, że lubię chodzić pod górę! Przed zdobywaniem szczytów wybrałem sobie dwa z nich do zwiedzania, te w miejscowościach Fuzer i Regec. W tym rejonie Węgier jest także dużo ładnych zespołów pałacowych oraz znane kąpielisko lecznicze Sárospatak-Végardó. Warto również odwiedzić Muzeum Kopalni Złota w Telkibánya i Muzeum Porcelany w Hollóháza. Natomiast w pobliżu Sárospatak, w Pálháza znajduje się najstarsza na Węgrzech – działająca od 1888 roku – kolejka leśna długości 7 km. Po przekroczeniu granicy moim pierwszym celem było jednak dotarcie do wsi Regec na pograniczu. ruiny zamku Regec Regéc to niewielka miejscowość w północno-wschodniej części Węgier, położona na obszarze Średniogórza Północnowęgierskiego. Główną atrakcją turystyczną są tu usytuowane na wzgórzu malownicze ruiny średniowiecznego zamku. Pierwotna warownia wzniesiona została tutaj już prawdopodobnie na przełomie XIII i XIV wieku. Zamek został zniszczony podczas oblężenia jakie miało miejsce w XVII wieku. Odbudowany, oraz dodatkowo powiększony i ufortyfikowany został dopiero w drugiej połowie XVII wieku. Inicjatorem jego odbudowy był ówczesny węgierski szlachcic i zarazem książę Siedmiogrodu – Franciszek I Rakoczy. Dotarcie do niego nie jest trudne, bo we wsi prowadziły mnie znaki z napisem Regec-var. Dojechałem więc na sam jej koniec, gdzie droga kończyła się w lesie. Jest na tyle szeroka, że można było tam swobodnie zostawić samochód. zamek Regec Idąc dalej za znakami nadal poruszałem się po tej leśnej drodze, by na polance z wiatą turystyczną i tablicą informacyjną odbić w lewo stromą ścieżką na wprost do zamku. Spacer nie trwał dłużej jak trzy kwadranse. Moim oczom ukazały się pięknie położone na wyniosłym wzniesieniu dość okazałe ruiny po widocznej renowacji. Obszedłem warownię dookoła, ale żeby wejść na teren zamkowy musiałem zakupić bilet za około 15 zł. Oprócz kasy jest tam duża sala muzealna z eksponatami i tablice opisujące historię tego miejsca. Można zakupić też pamiątki, skorzystać z toalety, a nawet dostać lornetkę do zwiedzania. Wiele razy przejeżdżałem drogą na południe w stronę Miszkolca i marzyłem o zdobyciu tego zamku widocznego z daleka i w końcu się udało! Z murów warowni rozpościera się naprawdę przepiękna panorama całej okolicy. pasmo graniczne Gór Zemplińskich widziane z ruin Zwłaszcza kolorowe, jesienne, pobliskie Góry Zemplińskie prezentowały się cudnie, choć widać było również Góry Bukowe na południu. Ruiny są potężne i zrobią na każdym duże wrażenie. W niektórych zadaszonych komnatach są ekspozycje ze znaleziskami archeologicznymi z tego miejsca oraz dostępne są multimedialne prezentacje wyświetlane przez komputerowe kombajny. Zwiedzając wspinamy się na zamku coraz wyżej, by z najwyższej baszty móc obejrzeć dookólną panoramę, dzięki okrągłemu tarasowi widokowemu. Wyjść musimy tą samą drogą co wcześniej weszliśmy. Galeria zdjęć zamkowych powinna przekonać każdego, że warto się tu wybrać. Po zejściu do auta ruszyłem w kierunku kolejnego zamku, czyli do wsi Fuzer. Niestety pogoda psuła się z minuty na minutę, ale nie rezygnowałem z wytyczonego sobie planu eksploracji tego regionu, nawet podczas krótkich opadów. Szkoda tylko, że zepsuło to widoki w Fuzer i odebrało ochotę na dłuższe odwiedziny tej twierdzy. zamek Fuzer w pochmurną pogodę  Do zamku prowadzą podobnie jak w Regec znaki we wsi do Fuzer-var. Poniżej wzgórza zamkowego znajduje się wielki parking, skąd jest już tylko kilka minut na zamek. Ta olbrzymia warownia inaczej niż w Regec jest odbudowana. Zamek ogrodzony jest murem, a wstępu na dziedzińce broni kasa biletowa wraz z centrum informacji. Tam też znajdziemy wystawy i eksponaty związane z historią tego miejsca. Jako, że nie przepadam zbytnio za zwiedzaniem tego typu zamczysk, zamienionych bardziej w muzea, obszedłem go tylko dookoła, nie wchodząc do środka. Postanowiłem wykorzystać pozostały czas dnia na wejście na najwyższy szczyt Gór Zemplińskich. Choć zamek wygląda cudnie z daleka, położony, na niedostępnym, zdawać by się mogło wzniesieniu, jest jak najbardziej do zdobycia, a przy dobrej pogodzie oferuje wspaniałe widoki na okolice. Mi to niestety nie było dane… zamek Fuzer na tle Gór Zemplińskich Usytuowane na szczycie wysokiej góry (552 metry n.p.m.) majestatyczne ruiny średniowiecznego zamku są naprawdę nie lada atrakcją pogranicza. Pierwotna warownia wzniesiona została tu prawdopodobnie już pierwszej połowie XIV wieku w miejscu dawnego drewnianego grodu obronnego. Twierdza ta stanowiła ważny element północnej linii umocnień obronnych kraju, chroniących go przed częstymi najazdami Tatarów. W XV wieku zamek stał się własnością możnego rodu Perényi, a niespełna wiek później przeszedł w ręce Stefana Batorego, który to z kolei przekazał go swej siostrzenicy Elżbiecie Batory. Na przełomie XV i XVI wieku miała miejsce pierwsza większa przebudowa warowni. To właśnie wtedy powstała m in. okazała wyniosła gotycka kaplica oraz pałacowe skrzydła mieszkalne. Mimo wielu najazdów, Turkom nigdy nie udało się zdobyć zamku, a w czasie ich panowania w murach twierdzy skrywano przez blisko rok królewską koronę! Częściowo odrestaurowany zamek otwarty jest od wtorku do niedzieli w godz. 9:00-16:00. zamek Fuzer z bliska Po nasyceniu oczu pięknym widokiem na architekturę, zapragnąłem udać się na łono natury. Z wioski Fuzer wychodzi szlak na Veľký Milič (węg. Nagy-Milic; 895 m). Szczyt górski w Górach Tokajsko-Slańskich na granicy słowacko-węgierskiej. To najwyższy szczyt węgierskiej części pasma. Na północnym stoku istnieje rezerwat przyrody Miličská skala, ale ze strony słowackiej na szczyt nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Przy podejściu od południa też widoczne są jednak liczne ostańce skalne. W ogóle przyroda, upstrzona jesiennymi barwami wyglądała cudnie, czy to w dolinach, czy na szczytach. Dość wygodna droga prowadząca z podnóży zamku zamieniła się pod koniec wędrówki w stromy stok, który lekko zaszroniony dał mi się we znaki, zwłaszcza przy zejściu. Dodam jeszcze, że na początku drogi stoi ciekawy szałas ziemny, mogący służyć za schronienie przed deszczem. wieża widokowa na wierzchołku Kiss-Milic W pewnym momencie oddziela się ścieżka do Miličskiej skaly, nieopodal zamkniętego na cztery spusty budynku, ale ja ruszyłem prosto na szczyt, by zdążyć przed zmrokiem. Po wzmiankowanej już stromiźnie wszedłem na graniczny grzbiet, a po kilku minutach na wierzchołek, nazwany przez moją mapę z gps-u Kiss Milic. To był przedwierzchołek głównego szczytu, ale był atrakcyjniejszy, bo to właśnie tutaj stoi potężna drewniana wieża widokowa. Doskonale widać z niej zamek Fuzer w dole i pobliskie pasma górskie. Niestety z racji dużego zachmurzenia tego dnia zobaczyłem wszystko w sposób bardzo ograniczony. Po chwili byłem już na głównym wierzchołku Veľkiego Miličia. Szczyt jest niestety zalesiony, a wyróżnia się tym, że postawiono tu betonowy obelisk. Znajdują się też tu ławki i stoły dla odpoczynku. Wzdłuż granicy dołącza także zielony szlak, ale ja zmuszony byłem wracać z powrotem niebieskim. wierzchołek Wielkiego Milicia przed zmrokiem Niestety nie było czasu na dłuższy wypoczynek, bo robiło się już ciemno, a chciałem zejść jeszcze przy dziennym świetle po największej stromiźnie. To mi się udało, a potem kontynuowałem zejście na parking po własnych śladach przy świetle czołówki. Przy samochodzie zakończyła się moja kolejna węgierska przygoda. Dziękuję za miłe towarzystwo dzielnego Daniela. Po zjedzeniu szybkiego podwieczorku w aucie wyjechałem w kierunku Miszkolca na nocleg. Kolejne dni miały przynieść następne górskie i nie tylko wrażenia. O nich możecie już poczytać w tekstach o Lillafüred, Kekesie, Vilagos, czy Szalajce.  Opisałem swój długi weekend listopadowy nie wiem czemu od końca i na tym koniec mych węgierskich opowieści. zachód słońca na grani granicznej Niby niewysokie te góry mają nasi braci Węgrzy, ale jakże urokliwe. I choć większość ścieżek jest niezbyt uciążliwa znajdziemy tu również niezłe wyrypy. Przyroda chroniona w wielu miejscach, a zwłaszcza bukowe lasy prezentują się pięknie zwłaszcza jesienią, czyli w czasie, który ja wybrałem na tę podróż. Jeśli do tego dodamy mnóstwo atrakcji historycznych do zwiedzania, dziesiątki źródeł termalnych i jaskiń oraz słynne węgierskie wina na długie wieczory to wychodzi z tego całkiem niezły plan na dobrze spędzony weekend. Mi się udał, co do zamierzeń, choć pogoda popsuła zwłaszcza te widokowe plany. Przebywałem jednak te trzy dni w słynnych regionach winiarskich, więc smucić się nie było mowy… Miałem wieczorem odwiedzić jeszcze tego dnia Tokaj, ale brakło czasu. Czyli znowu optymistycznie napiszę, będzie po co wracać! Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia chronologicznej fotorelacji z opisanej wycieczki. A kto zechce niech polubi jeszcze moją stronę. Wystarczy kliknąć „lubię to” na dole, z prawej strony bloga…  Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

qbk blog … photoblog

Gustowny zielony kapelusik

Gustowny zielony kapelusik czyli notka o Ekwadorczykach, Quilotoa Pan się wyłonił znikąd, gdzieś w okolicach Quilotoa Otavalo Canoa Dzieciak z Canoa Właścicielka baru w Quilotoa. W menu były świnki morskie – nie spróbowałem. Quilotoa, Pan który naprawiał drogę. Twierdził, że ma 85 lat, a trzyma się świetnie dzięki powietrzu i zupie na wodzie z jeziora. Tańce w Banos Tuż przed katedrą w Cuenca Mężczyzna ze szczotkami, Cuenca Dziewczyny z chipsami z banana, Cuenca Sprzedawca soków, Cuenca Dwie gracje, Cuenca Sprzedawczynie na targu w Otavalo Targ ze zwierzętami, Otavalo Otavalo Stara kobieta na targu w Otavalo Otavalo Ostatnie dwa zdjęcia pochodzą z muzeum Antigua Fabrica San Pedro, Otavalo. Ekwador, październik 2016

Chwila moment w Gdyni

SISTERS92

Chwila moment w Gdyni

Blogmas: dzień 12 - ulubione świąteczne reklamy. :)

PO PROSTU MADUSIA

Blogmas: dzień 12 - ulubione świąteczne reklamy. :)

       Poniedziałek i "rozpoczął się ostatni tydzień co Święta poprzedza" jak napisał w swoim genialnym wieczór "Czterdziesta czwarta" Marcin Świetlicki. Stąd też pomysł, abyśmy dzisiaj poczuli znowu świąteczny klimat na blogasku, wszakże to już półmetek blogmasa. Były już piosenki, były filmy, więc teraz czas na reklamy. Ostatnio stało się niezwykle popularne robienie świątecznych reklam, które najlepiej oglądać z paczką chusteczek. Trzeba przyznać, że to prawdziwa sztuka zamknąć niektóre historie w kilkudziesięciu sekundach. I dzisiaj właśnie takie mini arcydziełka pojawią się na blogasku. Zapraszam! :)      1) Reklama Allegro o językach obcych, czyli obecnie największy hit naszej części internetu. Trzeba przyznać, iż wyjątkowo wzruszająca jest, a zarazem powoduje, iż uśmiecham się promiennie pod noskiem widząc jak starszy pan usilnie zgłębia podstawy języka angielskiego. I chociaż od samego początku można domyślić się zakończenia, to zdecydowanie chwyta za serduszko i można spokojnie uronić kilka łez. :)       2) Reklama Temptations, czyli z tego co się zorientowałam - jedzenia dla kota. Bo i koty tutaj się głównym bohaterem. Sama reklama pokazuje reakcje kotów na Święta, czyli co może zrobić kilkanaście kotów wpuszczonych do pomieszczenia udekorowanego baaaardzo bogato. Dzieje się tutaj sporo, ale ciężko się gniewać na te urocze futrzaki. Mimo wszystko, nie chciałabym jednak tego sprzątać. ;p     3) Reklama lotniska Heathrow o dwóch misiach, które tak naprawdę są uroczą parą staruszków, którzy lecą samolotem na Święta. We mnie budzi ona takie niezwykle ciepłe uczucia, aż chciałoby się porwać te misiaki i tulić do serduszka. I oto w sumie też w Święta przecież chodzi - o ciepło i bliskość drugiej osoby. :)    4) Reklama John Lewis, która (z tego co wyczytałam) zwykle inauguruje sezon świątecznych reklam. W tym roku postawili na zwierzęta i trampolinę, także już z tych dwóch słów można wywnioskować, iż poziom słodziakowatości tej reklamy jest naprawdę duży. W roli głównej - niezwykle sympatyczny bokser. :)     5) I coś z półki dla tych powyżej osiemnastu lat - reklama PornHub. ;p Przyznam szczerze, że chwyciła mnie za serduszko najbardziej, ale z powodów wyjątkowo osobistych. Sama w sobie jest dość niespodziewana, więc najlepiej się ją ogląda, gdy się nie wie czego dotyczy. Zaskoczenie wtedy jest największe. Ale skoro już wiecie, to i tak warto obejrzeć. ;)     Zdecydowałam się na pięć tegorocznych reklam i mam nadzieję, że Wam też się spodobały. ;) Wiadomo, że brakuje tutaj klasyki, czyli czerwonych ciężarówek Coca-coli, zielonej kawy Jacobs, która zawsze uwodzi nas swych zapachem czy chociażby reklamy H&M, ale chciałam stworzyć taki własną subiektywną listę. ;) Poczujcie magię Świąt - jeszcze półtora tygodnia. ;))~~Madusia.

Archaeological finds in the South Caucasus

Picking the Pictures

Archaeological finds in the South Caucasus

Recently on the territories of the South Caucasus (Armenia and Georgia) in the course of archaeological excavations, the experts have found a number of surprising ancient artifacts that have shocked the world. Today in this article we’d like to tell you some interesting facts about some of them. And those who are interested in archeology and wish to get more detailed information about these findings, we recommend to choose archaeological tours to Armenia and Georgia tosee the exhibits and visit the excavation sites.Leather shoe Some years ago in Armenia in Areni Caves, archeologists found a well-preserved ancient shoe (the right pair of leather sandals) made of a piece of cowhide. Inside it was filled with grass which was probably used to preserve the shape of the shoes. The archeologists are not sure yet whether this discovery belonged to a man or a woman. Initially, it was assumed that the shoe was worn about 6-7 centuries ago, but in the course of the examination carried out by two radio-carbon laboratories in Oxford, it was proved that the shoe is already 5500 years old. So, it turns out that this finding is 1000 years older than the pyramids of Giza and 400 years older than Stonehenge in the UK. The director of the Institute of Archaeology of Armenia, Pavel Avetisyan, noted during the press conference that this shoe had become the oldest example among archaeological discoveries of shoes on the terriotory of the Old World. This interesting finding became a real boom and was announced by leading mass media. WineryIn 2007, no less interesting finding was discovered in the Areni cave. The experts excavated a wine press, details for wine fermentation, a wine cup, as well as grape seeds. The grape seeds were sent for DNA expertise for in-depth analysis and definition of grape varieties used for wine producing in ancient times. It was proved that this variety is still not lost and is used by winemakers. The experts also came to conclusion that the winery is no less than 6000 years old. The director of the Institute of Archaeology and Ethnography of the National Academy of Sciences of Armenia PavelAvetisyan announced that this finding proves that Armenia is one of the oldest countries in the world for the wine production.Metallurgical centerSince 1965 on the territory of Armenian Metsamor settlement archaeologists have carried out excavations. One of the most significant finding is a large steel center with two types of blast furnaces. It was proved that in ancient times here was treated iron, copper, mercury, zinc, and gold. In this area, the archaeologists had also found several caves that were supposed to serve as a warehouse for base metals. Scientists came to the conclusion that this center is already 6000 years old, and the first iron in the ancient world, most likely, was melted here. And themetal processingat Metsamor was continued in Egypt, Central Asia, and China.Gold minesNext, we'd like to tell you about some interesting archaeological finds in Georgia – the other unique country of the South Caucasus. Probably, many of you know the myth of the Golden Fleece and the country of Colchis. In fact, this country really existed and was located in the western part of present-day Georgia. According to the legend, the ancient inhabitants of Colchis scooped gold directly from rivers, and maybe that's why archaeologists have so carefully searched for gold mines on the territories of modern Georgia. And indeed, in late 2000s at a distance of 50 km from Tbilisi on Sakdrisi Mount slopes were found tunnels where gold was mined in the ancient times. The scientists suggest that these tunnels belong to the IV millennium BC and are the oldest mines in the world. And it is interesting that despite their age there is still some gold preserved.Ceramic vesselAs it is known Georgia is famous for its unique winemaking technologies and produces about 100 kinds of wine. The viticulture in the country extends to many centuries ago which is confirmed by the excavations made by archaeologists in eastern Georgia. Exactly here was found a ceramic vessel with the remains of grape seeds as well as some fragments of wine crockery. Studies have proved that this ceramic vessel dates to the VI millennium BC. and it means that it is already 8000 years that Georgians made wine from the cultivated grapevine. With these and many other curious facts about winemaking in Georgia, you can get acquainted by choosing wine tours to Georgia.

Zimowe uroki Słowacji: Liptów

wszedobylscy

Zimowe uroki Słowacji: Liptów

Samolotem do Macedonii – co i jak + nasze doświadczenia

BAŁKANY WEDŁUG RUDEJ

Samolotem do Macedonii – co i jak + nasze doświadczenia

Basilicata. Flight of the angel – unknown gem of southern Italy

ITALIA BY NATALIA

Basilicata. Flight of the angel – unknown gem of southern Italy

There were two towns Castelmezzano and Piterapertosa spaced from each other little more than a kilometer and separated by a deep ravine of Dolomiti Lucane. Innovative and enterprising residents, one day put steel wire rope over a precipice and through it created the possibility of "flying" between towns. Today, everyone can fly, and experience incredible mixture of fear, excitement and delight of the landscape beauty. See one of the greatest experiences in the history of our Italian trip - Volo dell'Angelo, located in Basilicata, which is one and a half kilometer rope stretched 400 meters above the precipice and being traveled at a speed of 120 km/h. News coverage with Angel Flight, along with the film from the camera mounted on a helmet! Source: Italia by Natalia

With love

Kurs Przewodników Beskidzkich: Wszystko, co chciałbyś wiedzieć (FAQ)

Jeżeli tutaj zaglądasz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozważasz zapisanie się na Kurs Przewodników Beskidzkich lub chcesz dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Świetnie! Poniżej znajdziesz listę najczęściej zadawanych pytań i odpowiedzi na nie, które powinny rozwiać Twoje wątpliwości. Jeżeli są kwestie, o których nie napisałam, a uważasz je za ważne, zostaw komentarz — uzupełnię wpis o kolejne punkty. Uwaga! FAQ, które znajdziesz poniżej, to małe kompendium wiedzy na temat szkolenia organizowanego przez Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie. Mimo tego, że kursy przewodnickie w Polsce mają ten sam cel i przyświecają im podobne idee, mogą się od siebie znacznie różnić — jeżeli interesuje Cię kurs odbywający się w innym mieście, o szczegóły pytaj u źródła. Formalności  Kiedy zaczyna się kurs i jak długo trwa?  Co się robi na kursie?  Jaki jest koszt uczestnictwa w kursie?  W jaki sposób można zapisać się na kurs? Jest ryzyko, że zabraknie miejsc?  Nie jestem jeszcze członkiem PTTK. Czy mogę zapisać się na kurs?  Nie jestem już studentem. Czy mogę zapisać się na kurs?  Mam ponad 30 lat. Czy mogę zapisać się na kurs?  Nie mieszkam w Krakowie. Czy mogę zapisać się na kurs? Wyjazdy Jak często odbywają się wyjazdy? Jak wyglądają wyjazdy piesze? Ile to kosztuje? Jak wyglądają wyjazdy autokarowe? Ile to kosztuje? Czy trzeba być na wszystkich wyjazdach? Wykłady Jak często odbywają się wykłady? Jaka jest tematyka wykładów? Czy wykłady są obowiązkowe? Zaliczenia i egzaminy Czy kursanci otrzymują materiały edukacyjne? Jak wygląda zaliczenie wyjazdów? Czym są graniówki? Jak wygląda ich zaliczenie? Jak wygląda Impreza Na Orientację? Jak wyglądają praktyki na bazach namiotowych? Jak wygląda egzamin połówkowy? Jak wygląda sesja teoretyczna? Jak wygląda egzamin wewnętrzny? Jak wygląda egzamin państwowy? I czy da się go zdać bez „znajomości”? Varia Jak wygląda kwestia bycia przewodnikiem beskidzkim po deregulacji zawodu? Żaden z moich znajomych nie chce iść na kurs. Co robić? Czy kurs da się połączyć z pracą i/lub studiami? Mało chodziłam/em po górach. Czy sobie poradzę? Mam kiepską orientację w terenie. Czy sobie poradzę? Jestem nieśmiała/y, stresują mnie wystąpienia publiczne. Czy sobie poradzę? Nie znoszę zimy i mrozu. Czy sobie poradzę? Skąd mam wiedzieć, czy odnajdę się na kursie? Dlaczego ludzie rezygnują z kursu? Czy na kursie można znaleźć męża/żonę? FAQ Kiedy zaczyna się kurs i jak długo trwa? Kursy Studenckiego Koła Przewodników Górskich w Krakowie rozpoczynają się jesienią, zazwyczaj na przełomie października i listopada. Start kursu zawsze poprzedza spotkanie organizacyjne. Zostaniesz na nim poinformowany o wszystkich najważniejszych sprawach związanych z kursem oraz terminie pierwszego kursowego wyjazdu, podczas którego będziesz miał okazję zobaczyć, jak wygląda praktyczna część szkolenia. Szkolenie trwa półtora roku. Co się robi na kursie? Życie dzieli się na „Życie Przed Kursem”, „Życie Na Kursie” i „Życie Po Kursie”. A „Życie Po Kursie” już nigdy nie jest takie samo. „Życie Na Kursie” dzieli się z kolei na „Życie Przed Połówką” i „Życie Po Połówce” — i wcale nie mam na myśli alkoholu! „Życie przed połówką”, czyli pierwsza część kursu, to wyjazdy piesze, podczas których odwiedzisz wszystkie grupy górskie w polskiej części Beskidów oraz niektóre pasma położone u naszych sąsiadów. Po roku, zazwyczaj w październiku, odbędzie się egzamin „połówkowy” (czyli właśnie „połówka”), który zweryfikuje Twoją wiedzę i predyspozycje do bycia przewodnikiem — pozytywny wynik egzaminu umożliwi Ci udział w drugiej części szkolenia, podczas której będziesz poruszać się głównie autokarem. „Życie Po Połówce” to kilka intensywnych miesięcy, podczas których będziesz ćwiczył pilotaż i zaprzyjaźnisz się z mikrofonem (oraz kierowcą autokaru!). Poznasz drogi dojazdowe prowadzące do najważniejszych miast położonych u stóp Beskidów oraz dowiesz się, co też ciekawego można w nich zobaczyć. W tej części szkolenia wybierzesz się również na kilka wyjazdów pieszych. Szkolenie kończy sesja teoretyczna, poprzedzająca egzamin praktyczny, wewnętrzny, który zwyczajowo odbywa się w maju. Jego pozytywny wynik będzie Twoją przepustką do przystąpienia do egzaminu państwowego, który zwyczajowo odbywa się w czerwcu. Jest to ostatni egzamin podczas “Życia Na Kursie”. Po jego zdaniu z dumą będziesz już mógł nosić upragniony czerwony polarek. Jaki jest koszt uczestnictwa w kursie? Cena uczestnictwa w Kursie Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2016-2018 to 749 zł (podzielone na trzy raty). W kolejnych latach może ona ulec zmianie. Co się w nią wlicza? M.in. wynajem sali wykładowej, koszty udziału przewodników-instruktorów w zajęciach praktycznych, część materiałów szkoleniowych, ewentualne (!) dofinansowanie części zajęć praktycznych oraz inne wydatki związane bezpośrednio z prowadzeniem kursu. Warto pamiętać, że opłata za kurs nie obejmuje kosztów udziału w zajęciach praktycznych (dojazdy, noclegi, jedzenie). Wykładowcy i przewodnicy-instruktorzy pracują społecznie — za prowadzenie kursu i pomoc w jego organizacji nie otrzymują wynagrodzenia. Robią to, bo uważają, że Kurs Przewodników Beskidzkich to dla każdego miłośnika gór świetna przygoda, która pozostawia w głowie mnóstwo niesamowitych wspomnień, mocno poszerza horyzonty i daje możliwość połączenia pasji z pracą, czyli robienia tego, co naprawdę się lubi. W jaki sposób mogę zapisać się na kurs? Jest ryzyko, że zabraknie miejsc? Zapisy na kurs ruszają po spotkaniu organizacyjnym i przyjmowane są wykładach (we wtorki i czwartki między 18:00 a 20:15 w sali konferencyjnej na Zyblikiewicza 2b). Aby zapisać się na kurs należy: wpłacić przynajmniej I ratę, dostarczyć zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia i braku przeciwwskazań do uczestnictwa w Kursie Przewodników Beskidzkich oraz wypełnić formularz zgłoszeniowy. Nie musisz od razu zapisywać się na kurs. Na kilka pierwszych wyjazdów możesz pojechać zupełnie na luzie, bez formalności, po to, aby zobaczyć, jak to wszystko wygląda w praktyce i czy czujesz klimat kursu. Udział w części praktycznej szkolenia skutecznie weryfikuje wyobrażenia o nim i oczekiwania, dzięki czemu o wiele łatwiej podjąć ostateczną decyzję. Miejsc nie zabraknie! Na kurs z radością przyjmowany jest każdy, kto tylko chce wziąć w nim udział. Nie jestem jeszcze członkiem PTTK. Czy mogę zapisać się na kurs? Oczywiście! Bycie członkiem PTTK i posiadanie aktualnie opłaconej składki jest jednym z warunków dopuszczenia kursanta do udziału w egzaminie „połówkowym”, kończącym pierwszą część szkolenia. Do tego czasu legitymacji PTTK wcale nie trzeba posiadać, jednak warto ją mieć — podczas kursowych wyjazdów bardzo często nocuje się w obiektach PTTK. Legitymacja PTTK uprawnia do korzystania ze zniżek. Legitymację wyrobić można np. w Centralnym Ośrodku Turystyki Górskiej PTTK w Krakowie przy ul. Jagiellońskiej 6. Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie jest kołem Oddziału Akademickiego PTTK — możesz zostać członkiem właśnie tej sekcji. Nie jestem już studentem. Czy mogę zapisać się na kurs? Jak najbardziej! Mimo tego, że kurs organizowany jest przez Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie, bycie studentem nie jest wymagane, choć może wiele ułatwiać, zwłaszcza w kwestii organizacji czasu, który trzeba kursowi poświęcić. Czeka Cię intensywne 1,5 roku — z dużą dozą prawdopodobieństwa możesz założyć, że to głównie wokół tego tematu będzie się kręciło Twoje życie. Mam ponad 30 lat. Czy mogę zapisać się na kurs? Wiek nie stanowi żadnego problemu! Wystarczy być młodym duchem i mieć wystarczająco dużo energii i motywacji, by przebrnąć nie tylko przez setki kilometrów beskidzkich szlaków, ale także przez wciągający proces zdobywania wiedzy o górach. Osoby, które ukończyły 30. rok życia, a chcą wziąć udział w kursie, proszone są o wstrzymanie się z płaceniem pierwszej raty — lista takich osób będzie dostarczona do Zarządu Koła, który na pierwszym spotkaniu w styczniu podejmie się głosowania. Wszyscy, którzy ukończyli 30 lat, powinni również wziąć udział w jednym z dwóch pierwszych wyjazdów kursowych, aby przetestować swoje możliwości i sprawdzić, jak uczestnictwo w kursie wygląda w praktyce. Nie mieszkam w Krakowie. Czy mogę zapisać się na kurs? Możesz zapisać się na kurs nawet wtedy, kiedy mieszkasz w Gdańsku, jeżeli tylko będziesz w stanie uczestniczyć w wyjazdach i angażować się w to, co się na kursie dzieje. Mieszkanie w Krakowie wiele ułatwia — bez przeszkód chodzić można na wykłady teoretyczne, docierać na czas na dworzec przed wyjazdami w teren czy po prostu spotykać się z innymi kursantami “po godzinach”, by wspólnie się integrować (to bardzo ważne!). Uczestnictwo w kursie, kiedy nie mieszkasz w Krakowie, będzie od Ciebie wymagało lepszej organizacji czasu i bardziej zaawansowanej logistyki, ale rzecz jasna jest to do zrobienia — jeżeli tylko Ci się chce. Jak często odbywają się wyjazdy? Piesze wyjazdy szkoleniowe najczęściej odbywają się w weekendy (sob-nd), co 2-3 tygodnie. Na kursie czeka Cię również kilka dłuższych obozów: obóz sylwestrowy pod koniec grudnia (ok. 6 dni), obóz zimowy w trakcie ferii zimowych (ok. 9 dni), obóz letni (ok. 14 dni) a także obóz zagraniczny (ok. 9 dni) w trakcie wakacji. Część praktyczna szkolenia służy dokładnemu poznaniu Twojego przyszłego rejonu uprawnień. W drugiej części szkolenia odbędą się również autokarówki (głównie w weekendy), czyli możliwość poćwiczenia umiejętności pilotażu i prazy z kierowcą autokaru. Z reguły jest ich kilka w rejonie uprawnień. Służą nauce metodyki prowadzenia autokaru, topografii dróg oraz poznawaniu zabytków kultury materialnej regionu. Jak wyglądają wyjazdy piesze? Ile to kosztuje? Zacznę od tego, ile to kosztuje. Na koszt wyjazdu weekendowego składa się: cena dojazdu do miejsca, z którego wychodzimy na szlak i powrotu do Krakowa, cena noclegu (zazwyczaj w schronisku, chatce, czasem szkole), cena jedzenia. Całość zamyka się zwykle w kwocie 50-70 zł. Warto korzystać ze zniżek PTTK i zniżek studenckich! Cena dłuższych wyjazdów i obozów zimowych rośnie proporcjonalnie do liczby noclegów. Podczas obozów letnich śpimy najczęściej pod namiotami. Posiłki (kolacje, śniadania) przygotowywane są przez kursantów z produktów, które zabieramy ze sobą lub kupujemy w sklepach, jeżeli mamy taką możliwość — pozwala to znacznie obniżyć koszty wyżywienia. Od pierwszego wyjazdu będziesz się wcielać w rolę przewodnika i prowadzić grupę. Twoim zadaniem będzie doprowadzić ją do wyznaczonego celu, nikogo w tym czasie nie zgubić oraz w międzyczasie opowiedzieć coś ciekawego o tym, co będziemy mijać po drodze. Bardzo często będą to panoramki, które pozwolą Ci lepiej zapoznać się z topografią terenu i poćwiczyć plastyczny opis tego, co widać na horyzoncie. Po dniu pełnym wrażeń i dotarciu na miejsce noclegu będzie czas na wspólny posiłek i integrację (gitary mile widziane!). Jak wyglądają wyjazdy autokarowe? Ile to kosztuje? Koszty wyjazdów autokarowych uzależnione są od tego, ile osób bierze udział w danym wyjeździe — cena wynajmu autokaru (przy większej liczbie osób) lub busa (przy mniejszej liczbie osób) dzielona jest pomiędzy uczestników. Im więcej kursantów, tym taniej, dlatego warto aktywnie uczestniczyć w wyjazdach w drugiej części szkolenia! Tak, jak na wyjazdach pieszych będziesz wcielać się w rolę przewodnika, tak na wyjazdach autokarowych będziesz wcielać się w rolę pilota… i przewodnika! Krótko mówiąc: Twoim zadaniem będzie “dowieźć” grupę do wyznaczonego celu, którym zazwyczaj będzie jakieś miasto, miasteczko lub wieś — ponieważ będziemy poruszać się po terenach, którymi trzeba przemieścić się, by dotrzeć w Beskidy. Siedząc wygodnie obok kierowcy będziesz musiał nie tylko instruować go, którędy ma jechać i gdzie skręcić, ale także opowiadać do mikrofonu o tym, co też ciekawego widać za oknem. Na tym etapie szkolenia będziemy skupiać się zarówno na topografii, jak i historii i kulturze materialnej regionu. Podczas postojów będziemy zwiedzać najważniejsze miasta i zabytki, dzięki czemu będziesz miał okazję ugruntować wiedzę zdobytą w pierwszej części szkolenia i poćwiczyć metodykę pilotażu, która na pewno bardzo Ci się przyda. Dzień autokarowy pojawi się również na egzaminie wewnętrznym, kończącym kurs przewodnicki. Czy trzeba być na wszystkich wyjazdach? Nie trzeba. Ale warto! Jak wiadomo — praktyka czyni mistrza. A wyjazdy szkoleniowe to najlepsza okazja do tego, aby poznawać teren przyszłych uprawnień i ćwiczyć metodykę prowadzenia grupy czy autokaru. Szybko przekonasz się, że “co w nogach, to w głowie” (albo “co w kołach, to w głowie” — i wcale nie jest to powietrze!) oraz że samemu ciężko nadrobić zaległości. W kwestiach formalnych związanych z wymaganymi “dniówkami”: do egzaminu połówkowego dopuszczeni są uczestnicy kursu, którzy uczestniczyli w co najmniej 14 dniach zajęć praktycznych, w tym przynajmniej 8 weekendowych (nie obozowych); do egzaminu końcowego dopuszczeni są uczestnicy kursu, którzy uczestniczyli w co najmniej 40 dniach zajęć praktycznych, w tym 15 po egzaminie połówkowym, 10 dniach w warunkach zimowych oraz czynnie w co najmniej 6 dniach autokarowych. Warto brać udział w jak największej liczbie wyjazdów! Nie tylko dlatego, że można się na nich sporo nauczyć, ale także dlatego, że wyjazdowe wieczory są tym, co najlepiej się potem wspomina. I za czym najbardziej się tęskni! Jak często odbywają się wykłady? Wykłady odbywają się we wtorki i w czwartki, w godz. 18:00-20:00. W pierwszej części szkolenia przy ul. Zyblikiewicza 2b, w drugiej — przy ul. Jagiellońskiej 6a. Oczywiście w Krakowie! Jaka jest tematyka wykładów? Wykłady prowadzone są zgodnie z nową Ustawą o usługach turystycznych. Zajęcia prowadzone są przez specjalistów w danej dziedzinie, którzy dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem, przybliżając zagadnienia teoretyczne związane z pracą przewodnika. Wykłady, które Cię czekają, to m.in.: historia Polski, geografia turystyczna Polski, historia kultury w Polsce, przyroda i jej ochrona w Polsce, turystyka w Polsce, metodyka przewodnictwa, podstawowe przepisy prawne w turystyce, wybrane zagadnienia z psychologii i socjologii, podstawowe wiadomości o górach Europy i świata, geografia turystyczna gór Polski, zagadnienia ochrony obszarów górskich, góry w kulturze polskiej, historia i organizacja turystyki górskiej w Polsce, zasady letniej i zimowej turystyki górskiej, bezpieczeństwo w górach, historia Beskidów na tle historii Polski, geografia, geologia i przyroda Beskidów, kultura i sztuka Beskidów, etnografia i kultura ludowa, topografia, komunikacja, zagospodarowanie turystyczne, trasy dojazdowe w Beskidach, metodyka i technika prowadzenia wycieczek w warunkach zimowych. Czy wykłady są obowiązkowe? Wykłady teoretyczne nie są obowiązkowe, ale gorąco zachęcam do udziału w nich — są świetnym przygotowaniem do wyjazdów i pozwalają uporządkować posiadają już wiedzę (albo uzupełnić jej braki). Zazwyczaj po wykładach uskuteczniana jest również tradycyjna integracja „na mieście”, która pozwala solidnie zacieśnić kursowe więzi! Czy kursanci otrzymują materiały edukacyjne? W czasie szkolenia otrzymasz materiały edukacyjne zawierające podstawowe informacje o Beskidach. Część wykładowców dzieli się również z kursantami prezentacjami, z których korzysta w czasie zajęć. Jest to tylko zarys tematyki, którą powinieneś zgłębiać we własnym zakresie, poszukując wiedzy również w innych źródłach (przewodnikach, książkach, monografiach, czasopismach, itp.). Tak naprawdę tylko od Ciebie zależy, ile się nauczysz i jak wiedzę teoretyczną wykorzystasz podczas zajęć praktycznych (czyli w czasie wyjazdów szkoleniowych, podczas których będziesz ćwiczył prowadzenie grupy). Świetnie sprawdza się wspólny, wirtualny dysk, który z powodzeniem wykorzystać można do zbierania wartościowych materiałów o przyszłym terenie uprawnień — będą przydatne zwłaszcza przed egzaminami. Jak wygląda zaliczenie wyjazdów? Podstawowym wymogiem zaliczenia tzw. „dniówek szkoleniowych” jest aktywne uczestnictwo w nich. Podczas trwania szkolenia kierownictwo kursu może określić dodatkowe wymagania, niezbędne do zaliczenia obecności na wyjazdach kursowych. Są to zazwyczaj podstawowe informacje związane z grupą górską, której dotyczy wyjazd, np. jej granice turystyczne i podział na pasma, przebieg ważnych szlaków turystycznych, rezerwaty przyrody, itp. Uzbieranie określonej liczby zaliczonych „dniówek szkoleniowych” jest warunkiem koniecznym do przystąpienia do egzaminów (połówkowego i końcowego). Patrz: Czy trzeba być na wszystkich wyjazdach? Czym są „graniówki”? Jak wygląda ich zaliczenie? „Graniówki” to mapy grzbietowe poszczególnych beskidzkich grup górskich, które w uproszczony sposób prezentują ich topografię, czyli to, co najważniejsze dla przyszłego przewodnika. Mają na celu ułatwienie zapoznawania się z przebiegiem poszczególnych pasm, hydrografią terenu, najważniejszymi miastami położonymi u stóp Beskidów oraz przebiegiem ważnych szlaków turystycznych, po których można się poruszać w obrębie danej grupy górskiej. Po narysowaniu „graniówki” (nie ma na niej żadnych nazw topograficznych; trzeba je znać) należy udać się do wybranego przewodnika z Koła, który zweryfikuje Twoją wiedzę i oceni, czy jest ona wystarczająca. Wśród klasycznych „graniówek” mogą znaleźć się również inne wymogi, uzupełniające nabytą wiedzę, np. zaliczenie mapy pasm Karpat polskich (tzw. „pasmówka”) czy zaliczenie mapy dróg dojazdowych w Beskidy. Zaliczenie „graniówek” to jeden z warunków umożliwiających dopuszczenie do egzaminów (połówkowego i teoretycznego, poprzedzającego egzamin końcowy). Jak wygląda Impreza Na Orientację? Impreza Na Orientację, zwana w skrócie INO, to wyjazd, podczas którego kursanci (zazwyczaj w zespołach 3-osobowych) mają za zadanie potwierdzić w określonym limicie czasu swoją obecność przy określonych punktach kontrolnych. INO bazuje głównie na pracy z mapą i kompasem, będziesz miał zatem okazję ćwiczyć wyznaczanie azymutów oraz chodzenie bez szlaku. Podczas weekendu pokonuje się zazwyczaj ok. 40-60 km, meldując się na końcu w punkcie docelowym. INO odbywa się zwykle w czerwcu, a jesienią ustalany jest dodatkowy termin, dla tych, którzy z przyczyn losowych nie mogli wziąć udziału w pierwszym lub nie zaliczyli go. Zaliczenie INO to jeden z warunków umożliwiających dopuszczenie do egzaminu teoretycznego, poprzedzającego egzamin końcowy. Jak wyglądają praktyki na bazach namiotowych? Praktyki na bazach namiotowych (Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie posiada trzy bazy namiotowe — pod Gorcem, pod Lubaniem i w Radocynie) standardowo trwają tydzień i odbywają się pod okiem „bazowego”, czyli opiekuna bazy sprawującego funkcję jej gospodarza w określonym czasie. Do zadań kursanta-praktykanta należy pomoc „bazowemu” i wspólne dbanie o to, aby baza działała, jak należy. Może to być np. meldowanie turystów, którzy odwiedzają bazę i pobieranie opłat za noclegi, palenie w piecu, z którego korzystają turyści, noszenie wody, rąbanie drewna czy porządkowanie terenu bazy. Jeżeli nie możesz przyjechać na bazę na cały tydzień, możesz wziąć udział w jej weekendowym rozwijaniu lub zwijaniu. Odbycie praktyk na bazie namiotowej to jeden z warunków umożliwiających dopuszczenie do egzaminu połówkowego. Jak wygląda egzamin „połówkowy”? Egzamin „połówkowy” to egzamin, który kończy pierwszą część szkolenia, związaną z wyjazdami pieszymi. Jest bardzo ważny — jego pozytywny wynik umożliwia kontynuację szkolenia. Jeżeli tego egzaminu nie zdasz, niestety, musisz zaczynać kurs od początku. Egzamin „połówkowy” trwa dwa dni i od typowych pieszych „dniówek szkoleniowych” różni się tym, że są na nim obecni egzaminatorzy, którzy będą Cię oceniać (tak, to stresujące). Teoretycznie nie wydarzy się na nim nic, co nie wydarzyło się przez ostatni rok na kursie. Egzaminy nie bez powodu trwają dwa dni. Końcowa ocena jest sumą tego, co zaprezentujesz zarówno podczas jednego, jak i drugiego prowadzenia grupy. Nawet jeżeli zawalisz, możesz być pewien tego, że dostaniesz drugą, a nawet i trzecią szansę, żebyś mógł udowodnić, na co Cię stać. Jak wygląda sesja teoretyczna? Sesja teoretyczna to czas na podsumowanie pierwszej i drugiej części szkolenia, które kończy się w marcu. Jest czasem na uporządkowanie nabytej wiedzy, uzupełnienie braków w niej oraz powtórkę przed egzaminem wewnętrznym. Sesja teoretyczna nie może być krótsza niż 2 tygodnie i nie może przekroczyć 5 tygodni — ostateczny czas jej trwania ustalany jest przez Zarząd Koła. Egzamin teoretyczny obejmuje 14 egzaminów cząstkowych z następujących tematów: 1. Beskid Śląski, Beskid Mały, Pogórze Śląskie; 2. Beskid Żywiecki; 3. Beskid Makowski, Beskid Wyspowy, Pogórze Wielickie, Pogórze Wiśnickie; 4. Gorce 5. Pieniny, Spisz, 6. Beskid Sądecki, Pogórze Rożnowskie; 7. Tatry, Podhale, Orawa; 8. Beskid Niski, Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Strzyżowskie; 9. Bieszczady, Pogórze Dynowskie, Pogórze Przemyskie; 10. Ogólna geografia Karpat; 11. Etnografia, góry w literaturze; 12. Historia regionu i turystyki; 13. Przyroda i geologia Karpat; 14. Historia sztuki i zabytki regionu. Przy zdawaniu poszczególnych egzaminów z topografii będziesz musiał wykazać się dodatkowo wiadomościami z zakresu historii, zagospodarowania turystycznego i przemysłowego, zabytków, dróg dojazdowych, przebiegu szlaków turystycznych, etnografii i przyrody danego regionu. Zdanie wszystkich cząstkowych egzaminów teoretycznych jest warunkiem umożliwiającym dopuszczenie do końcowego egzaminu praktycznego, tzw. egzaminu wewnętrznego. Jak wygląda egzamin wewnętrzny? Końcowy egzamin praktyczny, tzw. egzamin wewnętrzny, jest egzaminem, którego pozytywny wynik umożliwia przystąpienie do egzaminu państwowego, na uprawnienia przewodnickie. Jeżeli tego egzaminu nie zdasz, będziesz musiał czekać cały rok, aby móc ponownie zaliczać go z kolejnym kursem, który dojdzie do tego etapu. Egzamin, podobnie, jak egzamin „połówkowy”, trwa dwa dni, z tą różnicą, że jeden z nich to dzień autokarowy, a drugi to dzień pieszy. Trasa egzaminu nie jest dokładnie znana. Kursanci otrzymują jedynie informację o miejscu noclegu oraz kilku kluczowych punktach, które pojawią się trasie. Mimo tego, że na egzaminie państwowym zakres obowiązujących tematów został mocno ograniczony, na egzaminie wewnętrznym Studenckiego Koła Przewodników Górskich w Krakpwie kursantów obowiązuje całość wiedzy, która przewinęła się przez poprzedzające go szkolenie oraz sesję teoretyczną. Jak wygląda egzamin państwowy? I czy da się go zdać bez „znajomości”? Egzamin państwowy trwa trzy dni. Pierwszy dzień to egzamin teoretyczny, podczas którego rozwiązuje się test wyboru oraz odpowiada ustnie (trzy losowe pytania) przez komisją powołaną przez Urząd Marszałkowski. Po zmianie przepisów na egzaminie w Małopolsce nie ma już dnia autokarowego, są za to dwa dni piesze, podczas których egzaminatorzy weryfikują umiejętności metodycznego prowadzenia grupy oraz stan posiadanej wiedzy na temat (przede wszystkim) grupy górskiej, w której odbywa się egzamin. Główne zagadnienia, na jakie kładziony jest nacisk to topografia, historia turystyki oraz pierwsza pomoc. Egzamin ten jak najbardziej da się zdać bez „znajomości”. Absolwenci Kursu Przewodników Beskidzkich Studenckiego Koła Przewodników Górskich w Krakowie zazwyczaj świetnie na nim wypadają i zdają go niemal w 100%. Jak wygląda kwestia bycia przewodnikiem beskidzkim po deregulacji zawodu? Deregulacja zawodu przewodnika spowodowała, że teoretycznie wcale nie musisz nim być, by oprowadzać grupy turystów po Beskidach. W praktyce jest jednak pewien haczyk. „Obszary zastrzeżone”. To tereny niektórych parków narodowych, których dyrektorzy zadecydowali, że oprowadzać mogą po nich jedynie osoby posiadające licencję. Jak taką licencję można zdobyć? Trzeba: a) być przewodnikiem beskidzkim posiadającym uprawnienia nadane przez Marszałka Województwa, b) odbyć specjalne szkolenie organizowane przez dany park narodowy, c) zdać test uprawniający do uzyskania licencji. Krótko mówiąc: jeżeli nie jesteś przewodnikiem beskidzkim, nie wprowadzisz grupy turystów do najbardziej atrakcyjnych rejonów Beskidów, w które najczęściej udają się wycieczki. Żaden z moich znajomych nie chce iść na kurs. Co robić? Nie przejmować się! Kurs Przewodników Beskidzkich to jeden wielki zbiór osób, których znajomi nie chcieli iść na kurs — w związku z tym integracja w nowym gronie przebiega bardzo szybko i sprawnie. Na tyle szybko, że po jednym, dwóch wyjazdach ma się już nowych znajomych z kursu i wszyscy zapominają o tym, że przyszli na niego sami. A z każdym kolejnym tygodniem jest tylko lepiej! Jeżeli wydawało Ci się, że w dorosłym życiu nie można się już zaprzyjaźnić… Szybko zmienisz zdanie! Wspólne wyjazdy, wspólna nauka, wspólne radości, wspólne smutki, wspólne zwycięstwa. 1,5 roku to wystarczająco długo, by dobrze się poznać i wystarczająco mało, by się sobą znudzić. Przewodnicy, którzy przyjaźnią się od 5-10-20-30-40 i więcej lat, mówią dokładnie to samo! Czy kurs da się połączyć z pracą i/lub studiami? Oczywiście, choć wymaga to sporej dawki samozaparcia i umiejętności ustalania priorytetów. Nie masz na nic czasu? Na kursie przekonasz się o tym, że im więcej masz na głowie, tym lepiej jesteś zorganizowany. Zdziwisz się, jak elastyczna jest doba, kiedy do codziennych obowiązków musisz dołożyć jeszcze jeden. No, może kilka: naukę, wyjazdy i… Wspólną integrację z innymi kursantami! A kiedy kurs się skończy i odetchniesz z ulgą, nagle uświadomisz sobie, że czegoś Ci bardzo brakuje. Choć kurs organizowany jest przez Studenckie Koło Przewodników Górskich, ostatnimi laty tendencja się odwraca i średnia wieku rośnie. Na 13 osób, które kończyły kurs w 2016 roku, tylko 3 z nich były studentami. Da się? Da się! Mało chodziłam/em po górach. Czy sobie poradzę? Na kurs zapisują się osoby z różnym doświadczeniem górskim. Zarówno takie, które przeszły już setki, a nawet tysiące kilometrów po szlakach, jak i takie, które do tej pory były niedzielnymi turystami, ale zapragnęły to zmienić. Zarówno takie, które regularnie uprawiają sporty i są bardzo sprawne fizycznie, jak i takie, których kondycja pozostawia wiele do życzenia, ale chcą nad nią popracować. Zarówno takie, które bez problemu maszerują z wielkim plecakiem, jak i takie, które przytłacza sam jego widok, ale chcą się z nim zmierzyć. Tak naprawdę tempo marszu, intensywność szkoleniowych wyjazdów i postępy sprawnościowe na kursie zawsze są wypadkową całej grupy, czyli przeciętne, więc nie martw się, dasz radę. Mam kiepską orientację w terenie. Czy sobie poradzę? Orientacja w terenie to umiejętność mocno uzależniona od osobistych predyspozycji, ale nawet jeżeli nie jesteś mistrzem w określaniu kierunków świata, wszystkie góry wyglądają dla Ciebie tak samo i nie masz zielonego pojęcia o tym, jak mapę 2D przełożyć na 3D w rzeczywistości, mam dla Ciebie dobrą wiadomość! Przez półtora roku na kursie będziesz miał okazję NIEUSTANNIE tę orientację w terenie ćwiczyć i sam szybko zobaczysz, że regularna obecność na szkoleniowych wyjazdach pozwoli Ci się wiele nauczyć. Jednym z punktów do zaliczenia na kursie jest Impreza Na Orientację, podczas której będziesz miał okazję przetestować w praktyce umiejętność korzystania z mapy i kompasu, chodzenia na azymut i przemierzania Beskidów bez szlaków. A to jedna z cenniejszych lekcji. Jestem nieśmiała/y, stresują mnie wystąpienia publiczne. Czy sobie poradzę? Na kursie będziesz mówił sporo. O tym, co ważne i czego nie sposób pominąć. O tym, co mniej ważne, ale o czym nie można zapomnieć. I o tym, co zupełnie nie ma znaczenia, ale co każdy przewodnik powinien wiedzieć… By w końcu wiedzieć, co się mówi, a nie mówić, co się wie! Jedno jest pewne — nauczysz się mówić tak, żeby inni Cię słuchali. Nawet jeżeli Ci się wydaje, że tego nie potrafisz. Kurs to świetna okazja do zmierzenia się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi w kontrolowanych warunkach. Zazwyczaj okazuje się, że wcale nie są one tak straszne, jak się wydają. Nawet jeżeli nigdy nie zostaniesz mistrzem oratorstwa, przekonasz się, że od tego wcale się nie umiera. Nie znoszę zimy i mrozu. Czy sobie poradzę? Zaliczenie “zimowych dniówek” jest jednym z warunków dopuszczenia do końcowego egzaminu wewnętrznego, więc nawet jeżeli zimy i mrozu nie znosisz, będziesz musiał im stawić czoło. Wiele razy będziesz mieć dość. I równie wiele razy okaże się, że masz w sobie mnóstwo siły, by przezwyciężyć swoje słabości. A chwile, w których było najciężej, będziesz wspominał najlepiej. I z największym sentymentem. Testowanie własnych granic wejdzie Ci w krew. I tak już zostanie na zawsze! Ta umiejętność przyda Ci się nie tylko na kursie. Skąd mam wiedzieć, czy odnajdę się na kursie? Nie będziesz tego wiedział, dopóki sam nie sprawdzisz. Zawsze lepiej spróbować, dojść do wniosku, że to nie dla Ciebie i w pełni świadomie zrezygnować z dalszego uczestnictwa w Kursie, niż nie spróbować nigdy i ciągle zastanawiać się, “co by było gdyby”. Na kilka pierwszych wyjazdów możesz pojechać bez zapisywania się na Kurs, by sprawdzić, jak wszystko wygląda w praktyce, czy czujesz klimat szkolenia i czy chcesz wziąć w nim udział. To również świetna okazja, by podpytać przewodników “jak to jest na kursie” i wymienić się swoimi spostrzeżeniami z innymi kursantami. Z doświadczenia wiem, że wiele niezdecydowanych osób rozwiewa wtedy swoje wątpliwości. Świetnym wstępem do Kursu Przewodników Górskich jest również Kurs Organizatora Turystyki PTTK, który jest pewną namiastką tego, co dzieje się na kursie. Dlaczego ludzie rezygnują z kursu? Bo wyobrażali sobie, że kurs wygląda zupełnie inaczej. Bo myśleli, że to inni będą ich uczyć, a nie, że sami, od pierwszego wyjazdu, będą musieli wcielać się w rolę przewodników. Bo dochodzą do wniosku, że to jednak nie dla nich. Bo perspektywa poświęcenia na kurs 1,5 roku z życia wydaje im się jednak zbyt przytłaczająca. Bo nie są w stanie pogodzić codziennych obowiązków z kursem. Bo w pewnym momencie im się odechciewa. Bo znajdują ciekawsze zajęcia, którym chcą poświęcić swój czas. Bo ze względu na sytuacje losowe nie są w stanie zdobyć wystarczającej liczby dniówek potrzebnych do ukończenia kursu. Bo boją się przystąpienia do egzaminów i odpuszczają zaraz przed. Niektórzy odpuszczają i już nigdy na kurs nie wracają. Są jednak tacy, którzy zaczynają go wiele razy i uparcie dążą do celu. I w końcu zdobywają upragniony, czerwony polar. Czy na kursie można znaleźć męża/żonę? Tak! Na kursie można znaleźć chłopaka/dziewczynę, co nierzadko kończy się ślubem, a w strukturach koła urodziło się i wyrosło już sporo kursowych dzieci! Wspólne zainteresowania i miłość do gór mocno łączą ludzi, niekiedy tak bardzo, że postanawiają oni przemierzać razem nie tylko górskie, ale też życiowe, ścieżki. Na kursie można znaleźć też wielu przyjaciół, znajomych i kompanów do wspólnych wycieczek, a wszyscy przewodnicy są jak jedna, wielka rodzina. Jedno jest pewne! Na pewno nie jest nudno. Masz dodatkowe pytania? Zostaw komentarz! Post Kurs Przewodników Beskidzkich: Wszystko, co chciałbyś wiedzieć (FAQ) pojawił się poraz pierwszy w With Love.

Migawki z Gdyni

SISTERS92

Migawki z Gdyni

qbk blog … photoblog

5000 metrów n.p.m.

O Chimborazo – wulkanie i najwyższym szczycie Ekwadoru (6268 m) pisaliśmy już na blogu #JedziemyDo, ale warto pokazać trochę większe zdjęcia. Zapraszam na wycieczkę powyżej 5000 metrów n.p.m. Wikunie andyjskie Wycieczka przy wyższym schronisku. Nie miałem objawów choroby wysokościowej, ale każdy wysiłek bardzo męczy – serce nie daje rady dostarczyć wystarczającej ilości tlenu do organizmu. Wikunie, więcej wikunii :) Alpaki Ekwador, wulkan Chimborazo Październik 2016

Blogmas: dzień 11 - a ona taka w tej białej sukience. :))

PO PROSTU MADUSIA

Blogmas: dzień 11 - a ona taka w tej białej sukience. :))

        W drugim dniu weekendu trzymamy się dalej tematów podróżniczych, chociaż dzisiaj będzie on wyłącznie tłem. Postanowiłam bowiem zrobić pierwszą i zapewne jedyną w dziejach bloga notkę... uwaga, uwaga, fanfary... o modzie. ;p A dokładniej rzecz ujmując o tej białej sukience z tytułu. Bardziej zorientowani w temacie żeglarskim skojarzą ten tekst z pewną niezwykle urokliwą szantą pod tytułem "biała sukienka", gdzie właśnie pojawia się ten zwrot. W tym roku postanowiłam ją zobrazować, zwłaszcza że udało mi się znaleźć idealną białą sukienkę tuż przed wrześniowym wyjazdem na rejs po chorwackim wybrzeżu. Grzechem byłoby zostawienie jej w domu, więc ładnie ją zapakowałam do plecaka i czekała na swoją chwilę. Nadeszła ona przedostatniego dnia na wyspie Solta w przeuroczym miasteczku Stomorska. I tam właśnie Was zapraszam. :)       Miasteczko położone jest niezwykle malowniczo i za każdym razem, gdy żeglujemy w tym rejonie, wpływamy tutaj na noc. Mieści się tutaj stosunkowo niewiele jachtów, więc podejrzewam, że w sezonie ciężko o miejsce, na szczęście pod koniec września jest ciut łatwiej, chociaż w tym roku akurat zajęliśmy ostatnie wolne miejsce. :) Fantastyczne wrażenie robi widok rozciągający się z niego, bowiem w oddali doskonale widoczne są światła Splitu leżącego niemalże dokładnie po drugiej stronie. Na kilku zdjęciach można go zobaczyć w tle. Nie ma tutaj zbyt wielkiego ruchu, więc cała wyspa po prostu pachnie. Woń kwiatów i sosenek unosi się w powietrzu i wprawia człowieka w bardzo dobry humor. :)          Uwaga, teraz część poświęcona modzie - sukienka jak widać jest biała. ;p Posiada świetną falbanę na dekolcie, przez co czuję się zdecydowanie grubsza, ale wbrew pozorom, nie jest to wada. Jakoś tak ten hiszpański styl średnio się na mnie układa, chociaż na zdjęciach wygląda naprawdę nieźle. Dostać ją można w sklepie Sugarfree, ja swoją zamawiałam przez internet, rozmiar XXS. ;p Już mam ich trzy różne sukienki i zawsze jestem pełna zachwytu, że ten rozmiar jest na mnie idealny. Szkoda, że w innych sklepach tak rzadko występuje, miałabym nieco łatwiej. ;) Wiązane zaś baletki też zostały zakupione przez internet w DeeZee i są świetne. ;) Tylko trzeba je sobie naprawdę mocno zawiązać, żeby nie spadały i można w nich hasać cały dzień. ;) Sprawdzone, bo pół mojej wizyty w Hiszpanii w nich łaziłam, po tym jak rozpadły mi się japonki, a w przedostatni dzień wyrzuciłam trampki i na Madryt zostały mi tylko one. Ale dały radę. ;)          Dodatków (poza niezbędnymi latem okularami) nie ma żadnych, makijażu też nie, nawet włosy są nieuczesane, bo nie wymagajmy zbyt wiele od siebie w wakacje. ;) Ma być luźno i wygodnie. :) Dlatego też właśnie ta stylizacja (hehehehe ;p) będzie jedyną na blogasku, bo ja po prostu się do tego nie nadaję i nie za bardzo widzę siebie pakującą na wyjazd tonę dziwnych rzeczy potrzebnych tylko do zdjęcia. Szafiarką nie będę, przykro mi. ;p Ale doszłam do wniosku, że akurat ta sukienka fajnie się będzie tutaj prezentować. I myślę, że Wam też się spodobała. ;)~~Madusia.

Gaijin w podróży

Dawna i współczesna architektura japońska

Wśród japońskiej architektury znaleźć można proste, minimalistyczne budowle, czy pełne przepychu pałace. Symetryczne świątynie buddyjskie i asymetryczne ogrody. Każda historyczna epoka wywarła określony styl architektury. Niewątpliwe jednak niezmienny jest fakt, że Japończycy tworzą budowle zgodnie z duchem natury. Czują się jej integralną częścią, więc ich architektura od wieków wzorowana była na tym, co spotkać można w naturze. Stąd tak wiele naturalnych elementów budowli, która mimo, wydawać by się mogło, mało trwałych materiałów, przetrwała wiele wieków i zachwyca do dziś. Cechy japońskiej architektury Wpływ natury na architekturę widoczny jest przede wszystkim w świątyniach. Doskonałym przykładem jest shintoistyczna świątynia bogini słońca Amaterasu w Ise, która powstała w III wieku. To przykład ludzkiego geniuszu inspirowanego samą naturą. Świątynia powstała z drzewa cyprysowego i pokryta została korą. Do jej budowy nie użyto ani jednego gwoździa. Forma i kolor budowli tak idealnie wtapia się w naturalne otoczenie, że ma się wrażenie, iż świątynia jest integralną częścią otaczającej ją przyrodą. Od 685 roku świątynia przebudowywana jest co 20 lat. Wymiana materiałów na identyczne pozwala zachować jej oryginalny charakter już od pokoleń. Choć w przypadku architektury japońskiej, oznaki zużycia, nie muszą oznaczać od razu mniejszej wartości budowli. Wręcz przeciwnie. Tradycyjna architektura japońska przejawia zamiłowanie do materiałów, które ze względu na małą, domniemaną trwałość, są raczej lekceważone na Zachodzie. Wprawdzie nie dziwi wykorzystanie drewna i gliny jako materiałów budulcowych, ale już zamiłowanie do starzejących się materiałów nie jest powszechnie spotykane. Według japońskiej tradycji, dopiero drewno, które przejawia oznaki starzenia, nabiera estetycznego wymiaru. Mimo prostych, drewnianych konstrukcji, japońska architektura od wieków chwalona jest za wyjątkową wytrzymałość, co na tak aktywnym sejsmicznie terenie, jest wielkim skarbem. Domy składają się praktycznie z jednej stałej ściany, w której znajduje się często wgłębienie zwane tokomona, będące swego rodzaju schronem dla obrazów i dzieł sztuki. Pozostałe ściany składają się z lekkiej kraty drewnianej, oklejonej nasączonym olejem papierem. Kolejną ważną, głęboko zakorzenioną w japońskiej tradycji, cechą architektury jest asymetria. Wprawdzie dziś w Japonii wiele znajdziemy budowli o typowo symetrycznych kształtach. Ma to jednak związek z napływem chińskiego buddyzmu i wpływem kultury Zachodu. Oczywiście i asymetria ma związek ze wspomnianym wcześniej przywiązaniem do natury. Domy często budowane były na terenach górzystych, na zalesionych stokach. Dzięki asymetrii, idealnie komponowały się z naturalnym otoczeniem. Nieregularne kształty pojawiły się także w literaturze, kaligrafii, ceramice i innych sztukach pięknych. Liczący około 500 lat ogród świątyni Ryoanji to doskonały przykład asymetrii mającej swe podłoże w buddyzmie Zen. Historia japońskiej architektury Budowle okresu Jomon to jedynie ziemianki rozpoznane dzięki odkryciom archeologicznym. Jednak już w okresie Yayoi odnaleziono ślady najstarszego budownictwa, jak np. spichlerze. W czasie Kofun zaczynają powstawać charakterystyczne grobowce na planie dziurki od klucza. Z tego też okresu pochodzi najstarsza i aktualna do dziś forma świątyni shintō. Asuka to okres, w którym na tereny Japonii wkraczają wpływy kultury chińskiej. Dotyczy to także architektury, która od teraz opiera się na zasadach buddyzmu. Do jej głównych elementów zalicza się: osiowością i symetrią układu kompozycyjnego, posadowienie budynku na kamiennym cokole, dach kryty ceramiką i podtrzymywany całym systemem , bogato zdobionych wsporników. Lata 794–1185 to bardzo ważny dla rozwoju japońskiej architektury okres. Wtedy też zaczęto oddalać się od wpływu chińskiej kultury. Budowle charakteryzowała asymetria i swoista lekkość drewnianej konstrukcji . Wiele budowli stanęło na specjalnych słupach, a dachy pokryte zostały korą cyprysową. Przykładem tego typu budowli jest tzw. Świątynia Feniksa w Uji koło Kioto. Okres Muramachi to czas panowania rezydencji mieszkaniowych. Charakterystycznymi elementami budowli była wspomniana wcześniej tokonoma stanowiąca najważniejszą część budowli, gō–tenjō”, czyli kasetonowy sufi oraz „engawa” – weranda obiegająca dom dookoła. Oczywiście każdy dom otoczony był ogrodem będącym spójną częścią sąsiadującej przyrody. Często tworzono je wedle koncepcji zen. Posiadały strumień wodny oraz odpowiednio ułożone kamienie. Ogrody stanowiły idealne miejsce medytacji, liczył się więc minimalizm i prostota. W latach 1573–1603 na terenie Japonii zaczęły powstawać zamki. Były nie tylko budowlami obronnymi, ale również miejscem, gdzie przebywali władcy. Musiały więc charakteryzować się odpowiednią estetyką. Architekci wykorzystywali przede wszystkim ukształtowania terenu, które stanowiły element obronny. W tym okresie po raz pierwszy architektura świecka przeszła wspaniałością architekturę religijną. Okres Tokugawów może być nazwany barokiem japońskim. Powstają wspaniałe, przesycone barwami formy architektoniczne, złote mauzolea, bogato zdobione świątynie. Druga połowa XIX wieku to zakończenie trwającej od 1639 roku izolacji Japonii. Oznacza to migrację kultury Zachodu na teren wysp japońskich. Pod wpływem kultury europejskiej, zmienia się wygląd budynków użyteczności publicznej jak szpitale, szkoły, czy urzędy. Wiele budynków wręcz kopiowano. Jednak brak dostosowania architektury typowej dla zachodu w warunkach sejsmicznych spowodował, że większość budynków z tamtej epoki już nie istnieje. Połączenie tradycji z nowoczesnością Dziś Japonia to swoista mieszanka nowoczesności i tradycji. Obok drewnianych, zdobionych świątyń sprzed kilku wieków, stoją oszklone drapacze chmur – jedne z najnowocześniejszych na świecie. Współczesna Japonia to także eklektyzm, który charakteryzuje się swobodą w mieszaniu stylów oraz matabolizm, czyli konstruowanie tylko zasadniczego układu architektonicznego, z możliwościami zmiany i dobudowywania. Japońska architektura, podobnie jak cała kultura, jest niezwykle oryginalna. Wynika to przede wszystkim z wieloletniej izolacji kraju przed światem zewnętrznym. W tym czasie rozwijał się styl łączący świat natury z architekturą. Powstawały budowle o czystej formie i zaskakującej prostocie. To wszystko w połączeniu z mentalnością Japończyków sprawia, że architektura Kraju Kwitnącej Wiśni zasługuje na uwagę i szacunek. Artykuł Dawna i współczesna architektura japońska pochodzi z serwisu Gaijin w Podróży.

Kami and the rest of the world

Trebic, Czech Republic – charming town with two UNESCO sites

The majority of people visiting Czech Republic focus only on Prague and surroundings and I get that – it is stunning out there (Prague is my all time favorite city anyway). But the country has so much more to offer, with so many interesting little towns that you probably haven’t heard of. One of them […] Post Trebic, Czech Republic – charming town with two UNESCO sites pojawił się poraz pierwszy w Kami and the Rest of the World.

qbk blog … photoblog

Sztokholm, miasto na wodzie

Kilka zdjęc z kolorowego miasta na wodzie. Sztokholm, Szwecja, 5-6 listopada 2016

Co zrobić jak odwołają nam lot?

Kulinarny Blog

Co zrobić jak odwołają nam lot?

Opóźniony lub odwołany lot? Nieprzyjemne niespodzianki podczas podróży mogą się zdarzyć każdemu. Nie ulega wątpliwości, że warto w takiej sytuacji znać swoje prawa oraz przepisy, które regulują obowiązki przewoźników lotniczych względem konsumentów. Warto znać prawo Zgodnie z rozporządzeniem nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego, pasażer nie jest zdany tylko na dobrą wolę przewoźnika, ale przysługują mu pewne konkretne prawa, które śmiało może egzekwować w awaryjnej sytuacji. Warto również pamiętać o tym, że takie same przepisy obowiązują zarówno linie tradycyjne, low-costowe, jak też czartery i to bez względu na klasę rezerwacyjną czy cenę biletu. Odwołany lot Zgodnie ze wspomnianym rozporządzeniem w sytuacji, w której dochodzi do anulowania lotu, przewoźnik ma obowiązek zapewnić pasażerowi jedną z trzech możliwości. Jeśli podróżny zdecyduje się odstąpić od umowy należy mu się pełny zwrot kosztu biletu w terminie do 7 dni. W przypadku, kiedy chce kontynuować podróż może wybrać alternatywny lot w dogodnym terminie na tej samej trasie, w tym również inną linią lotniczą. Dodatkowo pasażerowi, którego lot został odwołany przysługuje odszkodowanie w wysokości od 250 do 600 euro w zależności od dystansu anulowanej podróży. Opóźniony lot W przypadku lotu opóźnionego uprawnienia pasażera zależą od czasu oczekiwania, przyczyny opóźnienia, a także od planowanej długości lotu. Jednakże w każdym przypadku podróżny powinien zostać otoczony bezpłatną opieką pracowników linii, taką samą jak w przypadku odwołanego lotu. Post Co zrobić jak odwołają nam lot? pojawił się poraz pierwszy w Kulinarny Blog - wiesz jak gotować!.

Dworek Kościuszków w Lublinie

SISTERS92

Dworek Kościuszków w Lublinie

Blogmas: dzień 10. - a Ty jak spędziłeś swoje ostatnie urodziny? ;)

PO PROSTU MADUSIA

Blogmas: dzień 10. - a Ty jak spędziłeś swoje ostatnie urodziny? ;)

           Sobota, dwa tygodnie do Świąt, więc przygotowania nabierają coraz większego tempa. W tym całym zamęcie chciałabym Wam dzisiaj zaproponować chwilowy powrót do wakacji. Przenieśmy się do sierpniowej Hiszpanii, gdzie przepięknie przygrzewa słoneczko, a na termometrze widnieje ponad trzydzieści kresek. Właśnie w jeden z takich dni wypadły moje urodziny, które spędziłam wyjątkowo nietypowo. Tego dnia bowiem opuściliśmy stolicę Hiszpanii i przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów kierując się w stronę gór Guadarrama. Po drodze minęliśmy słynny Escorial, ale to nie on był celem naszej wyprawy. Nie, myśmy udali się ciut dalej i ciut wyżej do miejsca zwanego Valle de los Caídos, czyli do Doliny Poległych. Świetne miejsce na spędzenie swoich ostatnich przed trójką z przodu urodzin c'nie? ;p Ale zapewniam Was, że miejsce robi ogromne wrażenie, chociaż zdecydowanie nie jest to żadna wesoła historia. Zapraszam na relację! :)          Pełna nazwa tego miejsca to Monumento Nacional de Santa Cruz del Valle de los Caídos - Narodowy Pomnik Świętego Krzyża w Dolinie Poległych i dokładnie tłumaczy jego charakter. Jest to mauzoleum poświęcone pamięci ofiar wojny domowej w Hiszpanii toczącej się w latach 1936-1939. Jego budowę zlecił w pierwszą rocznicę zakończenia wojny generał Franco, zaś ukończone zostało dopiero w 1959 roku. Widząc jednak rozmach tej budowli zupełnie nie dziwi, iż budowa trwała niemalże dwadzieścia lat. To co widać na powyższym zdjęciu jest jedynie małą częścią tego, co powstało.           Najbardziej charakterystycznym punktem całego mauzoleum jest zdecydowanie ogromny krzyż umieszczony na szczycie góry. Kiedyś można było wjechać kolejką do jego podnóża, żeby móc z bliska przyjrzeć się 18-metrowym figurom czterech ewangelistów oraz czterech cnót u podstawy krzyża, jednakże od kilku jest jest nieczynna. A szkoda, bo podejrzewam, że widok z góry na okolicę jest zachwycający. Sam krzyż też robi ogromne wrażenie, bowiem ma aż 152,4 m wysokości, 46 m rozpiętości i 6 m szerokości, zaś waży 201 tysięcy ton i jest widoczny z odległości prawie 50 kilometrów (czyli czasem widać go nawet z Madrytu) Jest on też zarazem najwyższym pamiątkowym krzyżem na świecie.       Jak już wspominałam, mauzoleum leży w górach Guadarrama w dolinie Cuelgamuros. Składa się ono nie tylko z widocznego krzyża, ale także z gigantycznej podziemnej bazyliki wykutej w skale, zaś po drugiej stronie wzgórza  Risco de Nava mieści się klasztor benedyktyński. Tam jednak nie dotarliśmy, bo zabrakło nam czasu. Sporo go bowiem spędziliśmy wewnątrz - w bazylice. Niestety obowiązywał tam zakaz fotografowania, więc jedynie słowami mogę spróbować opisać to, co tam zobaczyliśmy. Wyobraźcie sobie podziemną kryptę, długą na 262 metry i wysoką na sześć pięter. Pamiętajcie, że absolutnie wszystko zostało wykute w skale przez kilkanaście tysięcy więźniów, bowiem w myśl polityki pojednania każdy dzień pracy oznaczał skrócenie wyroku o dwa dni, a za rok pracy darowano 10 lat więzienia. Brzmi jak niezły układ, ale nie do końca tak było, bo wielu oddało przy budowie swoje życie. Zresztą, pochowanych we wnętrzu bazyliki zostało czterdzieści tysięcy poległych w wojnie, a także sam generał Franco po swojej śmierci w 1975 roku. Przy ołtarzu znajduje się tablica ze złotymi literami "Francisco Franco Bahamonde", którą oświetla światło z wykutego w skale okienka. Znajduje się tu również drewniany krucyfiks, wykonany osobiście przez dyktatora z drzewa jałowcowego. Panuje tutaj przyjemny latem chłód, ale mnie to miejsce przyprawiało o dreszcze. Czuć tutaj ogromną powagę, którą potęguje panująca cisza. Rozmiary wnętrza przytłaczają, widać, że Franco chciał przytłoczyć ludzi rozmachem tego miejsca i to mu się udało.           Wszystko w tym miejscu jest ogromne, dlatego też zupełnie nie dziwi, iż przed wejściem do bazyliki rozciąga się olbrzymi plac. Widok z niego zaś jest oszałamiający, bowiem przepięknie prezentuje się dolina, a w oddali majaczą przedmieścia Madrytu. Miejsce na to mauzoleum zostało wybrane naprawdę doskonale, mimo iż nie należy do najbardziej obleganych turystycznie. Ciężko się w ogóle czegokolwiek o nim dowiedzieć w Hiszpanii, wszyscy raczej ciągną do Escorialu niż tutaj.            Te urodziny na pewno zapamiętam na długo właśnie dzięki wizycie w tym miejscu. Spędzone tutaj godziny sprawiły, że w pełni poczułam ciężar historii, która sprawiła, iż doszło do powstania mauzoleum. Postanowiłam też przyjrzeć się z bliska hiszpańskiej wojnie domowej, bo przyznam szczerze, że jest to zupełnie pomijany w naszej szkole temat i jedyne co mi się z nią kojarzy to postać Hemingwaya. ;)  Jeśli kiedyś będziecie w okolicy Madrytu, znajdźcie kilka godzin i przejedźcie się do tego miejsca. Warto tutaj zapalić świeczkę tym bezimiennym ludziom, którzy ponieśli największą ofiarę - zarówno w czasach wojny jak i przy budowie. Co też i ja uczyniłam w swoje urodziny. :)~~Madusia.

WOJAŻER

#SztukaPodróżowania: Skąd masz pieniądze na swoje podróże?

Pieniądze, moi Drodzy, lubią ciszę. To pierwsza prawda, którą należy znać i raz na zawsze zapamiętać. To, że pieniądze szczęścia nie dają, to z kolei pierwsze kłamstwo, które wciska się tym, którzy ich nie mają. Może i pieniądze szczęścia nie dają, ale chyba trochę pomagają, a z pewnością nie przeszkadzają. Pieniądze, a szczególnie mówienie lub pisanie o nich, zawsze były drażliwym tematem, nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach rozrzuconych na wielu kontynentach świata. Nie, nie będę dziś ujawniać mojego zeznania podatkowego, nie powiem Wam, ile na podróże wydawaliśmy, bo nic to w ogólny dyskurs nie wniesie, poza tanią sensacją dla niektórych, dla innych zaś uśmiechem politowania, że i tak tanio. Perspektywa na sprawę jest różna, wedle powszechnie znanej zasady: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jednocześnie zupełnie rozumiem wszystkie te pytania, które wynikają z normalnej, ludzkiej ciekawości, oraz często, chęci powtórzenia podobnego modelu podejścia do podróżowania. Dlatego też chciałem dziś poruszyć temat pieniędzy na podróże. Także po to, abyśmy wszyscy zrozumieli, że nie ma w życiu czegoś takiego, jak rozwiązanie idealne, sposób idealny, podejście …