Podsumowanie 2016

MAGNES Z PODRÓŻY

Podsumowanie 2016

Alfabet Dominikany

MAGNES Z PODRÓŻY

Alfabet Dominikany

Tuk Tuk Cinema - Robert

MAGNES Z PODRÓŻY

Tuk Tuk Cinema - Robert "Robb" Maciąg (recenzja i konkurs)

Dominikana poza hotelem, czyli jedziemy do Higuey!

MAGNES Z PODRÓŻY

Dominikana poza hotelem, czyli jedziemy do Higuey!

Kto mnie zna, to wie, że plaża plażą, palmy palmami, ale nie wytrzymam za długo za murami hotelu i po prostu muszę zobaczyć dany kraj od środka, na co dzień, pobyć chociaż trochę z mieszkańcami. I tak w upalny dzień, pod palmami zaświtał mi pomysł - jedziemy do Higuey! Kojarzycie oczy Kota w butach ze Shreka? Mniej więcej takiej wielkości oczy zrobiła rezydentka na wieść o moim pomyśle. Już miasto jak miasto, ale ja tam chciałam jechać autobusem, nie taxi. Patrzyła na mnie, jakbym chciała co najmniej do Portoryko wpław płynąć. Ale dokonałam tego wyczynu. Zajechałam, dotarłam, byłam, zobaczyłam, zwyciężyłam! Gorąco jak diabli. Normalnie pot leje się litrami. Idziemy ulicą w tym skwarze, co chwilka zaczepiani przez chłopaków na motorach chętnych do podwózki, ale nie korzystamy, bo plan zakładał podejście do autostrady i złapanie autobusu do Higuey. Od drugiego rezydenta (nie patrzył na nas jak na wariatów) dowiedzieliśmy się, że trzeba podejść do owej autostrady, zamachać rączką i już. Proste, prawda? Otóż nic bardziej mylnego! Z hotelu do głównej drogi jakieś 3-4 km. W tym upale i wilgotności to jakby z 13-14. W końcu doszliśmy i pierwsza kłoda pod nogi. Trzeba przejść na drugą stronę. Samochody pędzą jak szalone i my gdzieś pomiędzy nimi na drugą stronę biegniemy. Stoimy w tym upale, ale autobusu jak nie było, tak nie ma. Za to średnio co minuta jakiś motocyklista z ofertą podwózki. Jeden z nich wyjaśnił nam, że tutaj nie złapiemy autobusu do Higuey, a musimy cofnać się jakieś 1,5 km i tam jest taki mały plac pośród domów, nazwijmy to dworzec autobusowy, chociaż uwierzcie, że ponosi mnie teraz wyobraźnia, bo to po prostu pusty plac z busem pośrodku, i stamtąd dotrzemy do Higuey. Dodam, że tłumaczył to po hiszpańsku i albo od gorączki dostałam językowego olśnienia, albo tak obrazowo machał rękoma, że zrozumiałam, o co mu chodzi, nie wiem sama :) No to powrót. Znów trzeba przejść. I pędzą te auta, motorki, i gdzieś w tym bałaganie my, nasza dwójka szaleńców, powoli zaczynam rozumieć rezydentkę. Jestem już zrezygnowana. Staliśmy z dobre pół godziny na nic w pełnym słońcu. Teraz powrót i do końca nawet nie wiem, co nas czeka. Z jednego pasa na drugi, stop na pasie zieleni. Zaczepia nas taksówkarz. Targuje się z nami o cenę. Na środku autostrady! Trąbią wszyscy, jeszcze jedzie policja. Super! A panowie policjanci robią tylko gest buziaka, mówią hola, chica i jadą dalej! Ja już się mandatu spodziewałam za ten bieg po autostradzie i postój na środku autostrady, a dostałam powietrznego buziaka!! Co za kraj! Co za ludzie! Szok!Udało się w końcu przedostać z powrotem na zwykłą drogę i maszerujemy w poszukiwaniu autobusu. Znów jesteśmy atakowani przez oferty podwózki motocyklowej, ale skutecznie odmawiamy. I docieramy do placu, o którym mówił pan przy autostradzie. Faktycznie stoi tam busik, merengue gra na całą moc głośników, jest tabliczka Higuey. Pytamy kierowcę, po ile bilet i czy na pewno do Higuey. Słyszymy si i cenę 100 peso lub 2,50 $ na osobę. Jedziemy!Autobus to guagua. Mały bus, w który wchodzi tyle ludzi, ile da radę wejść. Jeden kierowca prowadzi to wesołe cudo, a drugi w czasie jazdy zbiera pieniądze. Hałas niesamowity. Muzyka, telefony, gadanie, tu ktoś śpiewa, tam nawet tańczy. Sam przejazd jest niesamowitą przygodą. Zupełnie czymś innym jak nasze autobusy. Jedziemy około godziny, zbierając machających ludzi po drodze. Nie ma przystanków, nie ma rozkładu jazdy. Mijamy okoliczne wioski. Kolorowe domki z blaszanymi dachami. Zielone wzgórza. Gaje palmowe. Małe rancza. Zdjęcia na pewno nie są najlepszej jakości, robione telefonem z autobusu, ale na pewno są prawdziwe, pokazujące prawdziwe widoki, oblicze Dominikany. Higuey słynie z bazyliki. Często porównywane jest do Częstochowy właśnie ze względu na ten religijny konspekt. Faktycznie bazylika stanowi centrum miasta, punkt rozpoznawczy. Jan Paweł II podarował koronę na cudowny obraz Matki Boskiej. Samo miasto to... Ja nawet nie wiem, jak to opisać! Plątanina kabli, samochodów, motorów, brak sygnalizacji, przejść dla pieszych, totalny chaos, pełno śmieci, kolorów, muzyki, ludzi!Autobus zatrzymuje się pod bramą bazyliki i od razu doskakują do nas przewodnicy. Niby licencjonowani, niby z Centrum Turystyki, do dziś nie wiem, czy faktycznie wszystko do końca działające legalnie, ale nie żałuję, że jeden z przewodników z nami po mieście spacerował. Poznajcie Miguela. Miguel z legitymacją na szyi, w koszulce z numerem 17 zaczął gadać i gadać, i gadać... Moje nastawienie było całkowicie na NIE. Pomyślałam, że znów ktoś chce od nas wydębić kasę, a ja chciałam na spokojnie pozwiedzać miasto, ale kiedy w końcu zaczęłam słuchać idącego za nami Miguela, stwierdziłam, że mówi fajnie, do rzeczy, ciekawie. Odkryłam w nim pasję. Pal licho to 15$, które chciał za oprowadzenie po mieście, niech idzie, przynajmniej sobie posłucham i pogadam, dowiem się czegoś ciekawego, odkryję inną Dominikanę. Swojej decyzji nie żałuję ani trochę.Bazylika moim zdaniem nie powala. Architektonicznie lepiej prezentuje się na zewnątrz. Dość ciekawa budowla. W środku uwagę przykuwa cudowny obraz. Można dotknąć szyby, za którą się znajduje, pomodlić się i poprosić o łaskę. Bazylika znajduje się pośrodku ogrodu palmowego. Jest tam zielono, czysto. Z bazyliki wyruszamy w miasto. Miasto, jakiego jeszcze moje oczy nie widziały. Szczerze, gdyby nie Miguel, chyba bym z pięć razy zginęła pod kołami motocykli, które np. jeździły po... chodniku. Ogólnie jest jedna zasada jazdy: nie ma zasad! Jeżdżą, jak chcą. Trąbią i jadą. Kto większy, szybszy albo odważniejszy, ten pierwszy. Totalny chaos, hałas, kurz i ogrom śmieci. Wszędzie śmieci. Zapytałam Miguela o te wszechobecne odpadki, ale albo źle zrozumiał, albo nie chciał zrozumieć (trash - crash) i zaczął mi o wypadkach opowiadać.Spacerując po Higuey, wzbudzałam sensację. Chyba większą, niż jakby Beyonce Warszawę przemierzała. Miguel stwierdził, że to przez to, że taka jasna jestem. Nawet opalona na tle przeważnie mulatów, wyglądałam po prostu biało. Do tego jasne włosy i niebieskie oczy wyróżniały się, a po drugie Dominikańczycy, powiedzmy szczerze, są kochliwi i lubią flirtować. Mąż ma urodę, nazwijmy ją włosko - hiszpańską, i przechadzał się niezauważony. Ja za to miałam z tysiąc ofert zakupowych i drugie tyle małżeńskich, ale nie było to dla mnie bardzo uciążliwe. Coś proponowali, odmawiałam, jeśli nie byłam zainteresowana, uśmiechy, parę zdań wymienionych na zasadzie "skąd jesteś", itp. i do przodu. Rozumiem ich. Są biedni, chcą zarobić. Większość z nich nigdy nigdzie nie była. Uważają, że wszyscy biali są bogaci, trzymają się razem. Widzą w nas dolary, ale nie są też bardzo nachalni, nie obrażają się, jeśli powiesz nie. Ja naprawdę jestem zauroczona, zachwycona, zakochana w mentalności tych ludzi! Ogólnie po powrocie stwierdziłam, że przestaję się stresować, wiecznie martwić i narzekać.Miguel wyjaśnił, że średnia pensja to około 200$, z czego 100$ pochłaniają opłaty i nie wyżyliby  z rodziną za drugie 100$. Turystyka i napiwki są w dużej mierze głównym źródłem ich życia. Nasz dominikański kumpel nigdzie poza Dominikaną nie był. W sumie nawet za bardzo Higuey nie opuszczał. W mieście znał go chyba każdy. Słuchał moich opowieści o Polsce, Europie z zaciekawieniem. Chciał, żebym mu opowiadała o moich wyjazdach. My byliśmy nastawieni na zwiedzanie, więc nie patrzyłam, nie chodziłam po sklepach. Nie orientuję się w cenach w mieście. Zobaczyłam za to bazylikę, potem przespacerowaliśmy się parkiem do najstarszego kościoła, ogólnie po mieście zahaczając np. o bary z muzyką merengue ( 12 w południe, a tam tańczą na całego), a na koniec perełka - targ. Wyobraźcie sobie mieszankę upału, kurzu, wilgotności ponad 80% i dodajcie do tego zapach krwi, surowego mięsa, bo otóż tak, na tym targu znajdziecie od mięsa wiszącego na hakach, leżącego na tekturze, żywe ptaki, po owoce (banany, papaje, gujawy), warzywa (maniok, juka), buty, ubrania, metalowe części, garnki, groch, mydło i powidło. Zdziwienie wzbudził fakt, że w Polsce nie tylko mamy marchew, ale że ona u nas rośnie. Ot, taka ciekawostka dla lokalsów. W klatach perliczki, wybierasz sobie jakiś okaz, łeb ptaka na pieniek, ciach, pach i gotowe. Oczy przecierałam ze zdumienia! Najbardziej przeżywałam to mięso, bo pełno much, temperatura, robią swoje, do tego każdy je łapie, ogląda, no nasz sanepid miałby zawał murowany! Dla białego turysty z zimnej Polski, gdzie dodatkowo wszystko trzyma się w lodówkach, jest to coś niesamowitego i prawdziwie egzotycznego. Targ wywarł na mnie ogromne wrażenie.Nie czułam się zagrożona, nie czułam się w mieście źle, nie widziałam jakiegoś ogromnego niebezpieczeństwa i naprawdę nie rozumiem rezydentki i jej podejścia, że autobusem to nie, bo jeżdżą, jak chcą, bez ładu i składu. To ma swój urok. Ja wyprawę do Higuey wspominam z sentymentem, jako wielką przygodę i odkrycie chociaż cząstki innej Dominikany. Informacje praktyczne:- guagua z Punta Cana do Higuey 2,50$ (100 peso) za osobę w jedną stronę- wstęp do bazyliki 1$/osoba- przewodnik oficjalnie 20$/grupa- toalety przy bazylice bezpłatne, ale pani rozdaje mydło i papier przed wejście do toalety, więc my daliśmy 1$- litrowe piwo przy samym terminalu 3$- nie ma przystanków ani rozkładu jazdy autobusów, należy wyjść na główną drogę i machać dłonią góra - dół, nie prawo - lewo, bo kierowca od kiwa uśmiechnie się i pojedzie dalej :-)

Dominikana czytaj raj

MAGNES Z PODRÓŻY

Dominikana czytaj raj

Dominikański konkurs z magnesami

MAGNES Z PODRÓŻY

Dominikański konkurs z magnesami

Mam dla Was małe prezenty z Dominikany :) Zgodnie z nazwą bloga przywiozłam magnesy, ale że i ograniczenia wagowe, i finansowe - za dużo na rum straciłam ;) mam 3 sztuki, które możecie wygrać w mini konkursie zanim opublikuję posty. Do wygrania jest odpowiedni ze zdjęcia magnes na Instagramie, blogu lub fanpagu. Zasada prosta piszecie z czym Wam się kojarzy Dominikana - jedno słowo, nie trzeba pisać dlaczego. Te odpowiedzi, które przypadną mi do gustu wygrają. Gdyby się powtarzały to wylosuję zwycięzcę. Konkurs trwa do 31.10.2016r. włącznie. Zwycięzca poproszony zostanie o podanie danych na mail. Odwagi w skojarzeniach! PS musicie wiedzieć, że bardzo o te magnesy walczyłam z ... falami, bo butik był dosłownie zalewany przez ocean :D

Rzeszów i Zamość

MAGNES Z PODRÓŻY

Rzeszów i Zamość

Kiedy wybrałam się w Bieszczady od początku planowałam zwiedzić dodatkowo miasta z południa Polski, gdzie z racji mieszkania w Wielkopolsce najbliżej nie mam. Jako, że zbieram magnesy ze stolic wojewódzkich musiałam zobaczyć Rzeszów - województwo podkarpackie i Zamość, choć akurat to miasto stolicą żadnego województwa nie jest, ale podążając zachwytami innych tam też się udałam i muszę przyznać, że Zamość to piękne miasto, faktycznie polska perełka, a Rzeszów mu nie ustępuje. RzeszówZamośćRzeszówNa zwiedzanie miasta niestety nie miałam dużo czasu, dlatego też postanowiłam zobaczyć to, co mi osobiście z Rzeszowem najbardziej się kojarzy, a więc Rynek, słynną okrągłą kładkę dla pieszych, oraz Pomnik Czynu Rewolucyjnego. Zwiedzanie zaczęłam od samego serca miasta, czyli Rynku, który pomimo wczesnej pory już gościł ludzi na kawie, herbatce w ogródkach. Pogoda dopisywała, bo był to piękny, słoneczny, wrześniowy dzień. Spowity promieniami słońca Rynek był malowniczy. Jasne kamienice, czerwone dachy, na środku altanka. Muszę przyznać, że Rzeszowianie lubią kebab, bo chyba co drugi lokal właśnie ów danie serwował :-)Z Rynku udajemy się na poszukiwanie słynnej okrągłej kładki dla pieszych. I znów pozytywne zaskoczenie. Wyobrażałam sobie taką betonową, toporną konstrukcję, a tutaj prawie jak na balkonie, tarasie: drewniana podłoga, ławeczki, kwiaty w donicach, na przeszkolonych balustradach opisana i przedstawiona na zdjęciach historia Rzeszowa. Pomimo tego, że pod kładką ruch niesamowity, bo to przecież główna ulica, to jakoś zabiegi architektoniczne, właśnie takie balkonowo - ogródkowe sprawiły, że stało się to miejscem nie tylko do przejścia na drugą stronę, ale i odpoczynku.  I nie wiem, jak ja zdjęcia robiła, bo na żadnym nie udało mi się uchwycić właśnie tego zabiegu, ale wierzcie na słowo, to nie jest tylko sam beton i stal.Z kładki widać w oddali nasz kolejny cel: Pomnik Czynu Rewolucyjnego. Moje odkrycie w Rzeszowie to małe, zadbane ogródki miejskie, skwery. Po prostu rewelacja! Pełne traw, kwiatów, znajdziecie tam rzeźby, ławeczki, fontanny. W większości utrzymane w tonacji bieli, która współgra z zielenią traw ozdobnych. Miejsce do odpoczynku, schowania w cieniu przed upałem, naprawdę gratuluję pomysłu i aranżacji często małych skrawków ziemi.ZamośćZ czym Wam się kojarzy Zamość? Mi z pięknym Rynkiem, nad którym króluje budynek ratusza. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz o dziwo nie na zdjęciach w Internecie, gazecie tylko w Parku Miniatur w Inwałdzie, od razu wiedziałam, że muszę zobaczyć go na żywo, na własne oczy. Ratusz jest naprawdę ogromny i niesamowite wrażenie robią schody z dwóch stron, które tworzą dosłownie koronkową spódnicę budynku. Dodatkowo uroku dodają wokół kolorowe niczym tęcza kamienice. Nie dziwi w ogóle, że wielu nowożeńców obiera sobie Rynek Zamojski jako tło swoich ślubnych fotografii.Zamość to nie tylko Rynek. To też Twierdza Zamość, czyli fortyfikacja zbudowana na zlecenie Jana Zamoyskiego. Potężne mury z czerwonej cegły nie jedną bitwę i walkę o miasto pamiętają. Zamość to też urokliwe małe uliczki, małe ryneczki, parki. Naprawdę żałuję, że miałam tak mało czasu, gdyż warto byłoby w Zamościu zostać na dłużej, zatopić się w jego rytm, dokładniej pozwiedzać i w końcu jak to powiedział mój nowo poznany przyjaciel z jednej z zamojskich restauracji, który wyglądał jak żywcem z Muminków wyjęty Włóczykij: "Trzymaj się Zamościa!". Rację miał to miasto przyciąga jak magnes i ciężko się od niego oderwać.Magnesy z Rzeszowa i Zamościa 

Oktoberfest

MAGNES Z PODRÓŻY

Oktoberfest

Lublin i Kielce

MAGNES Z PODRÓŻY

Lublin i Kielce

Tajski epizod z dreszczykiem - Marek Lenarcik

MAGNES Z PODRÓŻY

Tajski epizod z dreszczykiem - Marek Lenarcik

Całuski z Ustki

MAGNES Z PODRÓŻY

Całuski z Ustki

Dzwoni telefon. Odbieram.- Cześć. Jedziesz z nami nad morze?- Gdzie? - pytam od niechcenia.- Kołobrzeg albo Ustka, może Darłowo. W sumie D. jest w Ustce.- Można jechać. Kiedy?- Jutro. Załatw sobie urlop.Odkładam słuchawkę. Idę do szefa.- Szefie, od jutra bym urlop chciała.- Dobrze - odpowiada.- Dziękuję!Szybkie pakowanie i wyjazd. Padło ostatecznie na Ustkę i była to bardzo dobra decyzja. W sumie byli tam już jedni znajomi, dojechaliśmy my, a za nami kolejni znajomi i tak zrobiła nas się spora grupa, a żeby było jeszcze zabawniej, sam mój szef stwierdził, że też jedzie nad morze... do Ustki! Pogoda rewelacyjna. Całe dnie spędzaliśmy na błogim lenistwie. Plażowanie, opalanie, kąpiel w o dziwo ciepłym, czystym Bałtyku, spacery brzegiem morza, podziwianie zachodów słońca oraz śmiech, zabawa na plaży prawie do rana - czysta definicja wakacji. Nad Bałtykiem jak jest, każdy widzi :-) Słońce świeci, sprzedawcy się wydzierają, dzieci piaskiem sypią, mewy skrzeczą... W Ustce byłam ostatni raz prawie 10 lat temu. Miasto zmieniło się na lepsze. Więcej ścieżek, skwerków, wszędzie piękne kwiaty, dosłownie dywany kwiatów. Plaża zachodnia nadal urzekająca, niezagospodarowana, mająca w sobie naturalny urok, dzikość. I chociaż wolę nasze polskie morze po sezonie, to chyba bardzo potrzebowałam tego wyjazdu, bo nawet nie przeszkadzał mi tłum, szum, zapach gofrów zmieszany z zapachem kebabów, nawoływanie na kolbę kukurydzy, morze parawanów na plaży, dźwięk z salonów gier, bo w końcu każde morze ma swój urok, ale... nasze jest najlepsze!

MAGNES Z PODRÓŻY

Pielgrzymka do Częstochowy - u bram

Każdy trud, każda kropla krwi, każda łza na pielgrzymce uroniona znika, kiedy docierasz do celu, kiedy widzisz Jasną Górę, wchodzisz alejami, witają cię tłumy, bo tak wygląda wejście do sanktuarium - idą tłumy i tłumy te tłumy witają...Ciężko słowami opisać jest radość i szczęście, które temu towarzyszy. Euforię, która rozrywa twoją pierś. Czujesz miłość, nadzieję. Czujesz się ważny. Stojąc na drodze prowadzącej na Jasną Górę, jesteś VIP-em samego Pana Boga. Przez każdą ranę, ryskę, odcisk, pęcherz na twoim ciele przepływa energia spełnienia, bo na tym polega pielgrzymka, żeby się spełnić, żeby odkryć swoje wewnętrzne ja i poczuć siły na dalsze wyzwania, jakie życie ma dla nas w zanadrzu.Przed wejściem do Częstochowy odprawiana jest msza św. w Kłobucku i stąd już połączone pielgrzymki udają się do głównego celu, na Jasną Górę. Wejście alejami to witanie strudzonych pielgrzymów, którzy ostatkiem sił dziękują za to, że wytrwali, piosenkami. Wiewają flagi, wszyscy tańczą. W powietrzu unoszą się czyste pierwiastki najpiękniejszych uczuć, jakie w życiu dane było poznać. Przed samym wejściem uczestnicy są błogosławieni i tutaj oczywiście ksiądz prowadzący moją grupę musiał skomentować, że "idą jego szatany" i mocno nas poświęcić. Oczywiście my jak poparzeni zaczęliśmy się przed obfitością świętej wody zasłaniać i zahaczyłam się o próg, niszcząc przy tym ostatnie klapki, jakie posiadałam i ostatecznie pod obraz Matki Boskiej Częstochowskiej szłam... boso! Później ksiądz kupił mi nowe klapki, twierdząc że "taki ze mnie diabeł, że od świętej ziemi tamte się rozpadły". Zmęczeni, ale naprawdę szczęśliwi, zwiedziliśmy cały obiekt na Jasnej Górze i udaliśmy się na pociąg. I w tej całej podróży to nie osiągnięcie głównego celu było najpiękniejsze, a ta droga do niego. Wszystkie przygody wesołe i smutne, odciski, pęcherze, rozwalone buty, aloesowy interes, kąpiele przy studni, rozbijanie namiotu, zupa codziennie inna, a tak naprawdę ta sama, słońce, deszcz, kurz, pył, każdy krok.To, co zapamiętam na zawsze i na zawsze w moim sercu pozostanie, to to że nigdy już nie czułam takiej siły i wiary, jak wtedy. Kiedy mam słabsze dni, cięższe chwile, sięgam pamięcią do pielgrzymki do Częstochowy, aby gdzieś jeszcze zaczerpnąć tej wiary i nadziei.Część ICzęść II

Niemożliwe nie istnieje - historia Zuzi

MAGNES Z PODRÓŻY

Niemożliwe nie istnieje - historia Zuzi

Kiedy dowiadujesz się, że jesteś w upragnionej ciąży, kiedy wiesz, że zostaniesz w końcu mamą czy tatą, nie wyobrażasz sobie większego szczęścia i czekasz na tę jedną jedyną chwilę, by małą istotkę ze swojej krwi, kości, miłości w ramionach trzymać... Niestety jednak czasami to szczęście znika, światełko gaśnie, ale walczymy dalej, bo Promyczek, o którym piszę, podjął największą i najważniejszą walkę i będzie walczył, a my z nim, tylko do tej walki potrzeba wojska, potrzeba mieczy. Pomożecie?Cała historia Zuzi opisana jest na jej stronie na Facebooku.Jeśli chcielibyście pomóc Zuzi, możecie to zrobić np. przekazując darowiznę:FUNDACJA DZIECIOM „ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ”ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa Bank BPH SA 15 1060 0076 0000 3310 0018 2615Z dopiskiem: 29374 WOJDZIAK ZUZANNA – darowizna na pomoci ochronę zdrowiaDla wpłat zagranicznych: Bank BPH SA - PL 15 1060 0076 0000 3310 0018 2615Kod SWIFT (BIC): BPHKPLPKw tytule wpłaty : 29374 WOJDZIAK ZUZANNA – darowizna na pomoc

Hiszpania - Benidorm

MAGNES Z PODRÓŻY

Hiszpania - Benidorm

Benidorm był na mojej liście marzeń za sprawą serialu komediowego o takim właśnie tytule. Ów serial oglądałam w hotelu podczas delegacji w Anglii. Wydał mi się zabawny i po powrocie obejrzałam wszystkie sezony i stwierdziłam, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane stanąć na hiszpańskiej ziemi, to koniecznie muszę zobaczyć miasto, w którym rozgrywała się akcja tego serialu. Marzenia się spełniają!Z Alicante pojechaliśmy do Benidormu tramwajem. Koszt takiego przejazdu to 6,40 euro w dwie strony od osoby. My wyruszaliśmy ze stacji Mercado, a Benidorm był stacją końcową. Bilet zakupiliśmy na stacji w automacie, który wydaje resztę, ale uwaga, jeśli skończą się drobne, to wtedy drukuje paragon, z którym idzie się do obsługi i oni wydają należność. Jedzie się około godziny, a trasę umilają nam widoki na morze, plaże, malownicze domki, sady z mandarynkami.Pierwsze wrażenie - szok! Totalnie inne miasto jak Alicante. Miasto wieżowców. Co chwilkę przystawaliśmy i liczyliśmy piętra. Każdy kolejny budynek miał ich więcej. W Benidormie głównie chcieliśmy plażować. Na pierwszy rzut poszła plaża Lavante. Ze stacji do plaży kawał drogi. W słońcu, z torbami i jeszcze brakiem mapy  w telefonie, bo "GPS signal is lost", ubogim oznakowaniem trochę to trwało, ale w końcu udało się dotrzeć i powiem szczerze, z ręką na sercu, jedna z piękniejszych plaż, jakie widziałam! Piasek miękki, delikatny, gdzieniegdzie palmy, leżaczki, cudowna woda i widok z jednej strony na morze, a z drugiej na potężne wieżowce.  Pogoda była wymarzona. Opaliliśmy się, wykapaliśmy w morzu, a właściwie twardo walczyliśmy z falami. Zjedliśmy obiad w jednej z nadmorskich knajpek i poszliśmy przez miasto na kolejną plażę, tym razem Poniente. Nasza skóra miała już dość słońca i wody, pospacerowaliśmy tylko brzegiem morza, odpoczęliśmy w parku znajdującym się przy plaży. Spotkała mnie tutaj mała przygoda. Otóż zmarnowana słońcem i spragniona poprosiłam towarzyszy o coś do picia. Staliśmy wtedy na takim murku, który odgradzał plażę od części, gdzie zaparkowane były jakieś małe łódki, skutery wodne, itp. Brat stwierdził, że jest tylko piwo. Mini buteleczka, niewiele większa od spinacza. Myślałam, że umrę, wyschnę jak wampir, więc wzięłam ją i piję, delektuję się, kiedy podjeżdża straż i gwiżdże i woła mnie. Coś czuję, że A zakaz picia alkoholu, B murek to dla nich falochron. Uciekłam z resztą ekipy dość żwawym krokiem w myśl zasady: nie słyszę, nie widzę, mnie to nie dotyczy. Nie pochwalam zachowania. Uczcie się na błędach! Karma sprawiedliwa, za karę pomyliliśmy kierunki i do stacji szliśmy przez miasto w palącym słońcu z dwie godziny! W końcu dotarliśmy na stację i odjechaliśmy do Alicante. Plusem tramwaju jest też to, że odjeżdża i przyjeżdża w Benidormie zawsze na ten sam peron, nie trzeba nigdzie przechodzić, po prostu konduktor przesiada się z przodu na tył i następuje zmiana kierunku jazdy. 

Kopenhaga

MAGNES Z PODRÓŻY

Kopenhaga

Hiszpania - Alicante - perła Costa Blanca

MAGNES Z PODRÓŻY

Hiszpania - Alicante - perła Costa Blanca

GoEuro!

MAGNES Z PODRÓŻY

GoEuro!

Samochwała w kącie stała i wciąż tak opowiadała ... aż GoEuro postanowił to opublikować :-)Zostałam poproszona przez portal GoEuro do napisania w kilku zdaniach, co warto zobaczyć, zjeść i jak spędzić czas w Paryżu oraz Nicei. Bardzo mnie ta współpraca cieszy, bo to oznacza, że moje zdanie się liczy i jest to mój mały sukces. Opublikowanie tam moich wypowiedzi cieszy tym bardziej, że towarzystwo innych blogerów, obecnych na tym portalu, jest iście doborowe i mogę czuć się doceniona oraz w pewnym stopniu spełniona.Jeśli marzy Wam się Francja, koniecznie zerknijcie na poniższe linki. Sądzę, że każdy znajdzie, odkryje swoje miejsce i posmakuje kawałek tego kraju.Odkryj Francję - PARYŻOdkryj Francję - NICEA

Hiszpania - Alicante - źródło światła - Castillo de Santa Barbara

MAGNES Z PODRÓŻY

Hiszpania - Alicante - źródło światła - Castillo de Santa Barbara

Plan wyjazdu do Alicante zaświtał mi podczas podróży służbowej do Londynu. Po pracy siedziałam w hotelu i w TV leciał komediowy serial pt. Benidorm. Jako że serial opowiadający o wyjeździe angielskiej rodziny na wakacje do tytułowego hiszpańskiego kurortu był zabawny, to postanowiłam obejrzeć wszystkie sezony po powrocie do Polski i wtedy też zrodziła się myśl wyjazdu do Benidormu, a połączenie jest właśnie poprzez loty do Alicante. I tak oto Benidorm trafił na moją listę marzeń, a obok niego Alicante. W pewny jesienny dzień, kiedy za oknem deszcz i słota, znajomi wpadli na pomysł wspólnego wyjazdu za granicę. Dla co niektórych pierwszy lot, dla drugich spełnienie marzeń o krótkich wakacjach pod palmami i wtedy zapaliła się mała żarówka nad moją głową - Alicante! Wybór był strzałem w dziesiątkę. Miasteczko mnie oczarowało i skradło serce nie tylko u mnie.Alicante to po arabsku źródło światła. Nie dziwię się nazwie, gdyż miasto tonie w blasku promieni słonecznych odbijających się od piaskowca, z którego praktycznie zbudowane jest całe miasto. Nad miastem króluje na wzniesieniu zamek, Castillo de Santa Barbara. Moim zdaniem klejnot Alicante. Wzniesienie, z którego rozciąga się cudowna panorama na całe miasto, włączając plaże, czy port. Idąc pod górę zmęczenie znika wprost proporcjonalnie do rzutu okiem na niesamowite obrazy wokół i tylko jedno powiecie: Wow, wow, wow!!!Na wzgórze wchodzi się drogą wybrukowaną, gdzieniegdzie są kamienne schody, drewniane podesty czy tarasy. Wszędzie jednak Waszym oczom ukazują się magiczne obrazki i te, które moim zdaniem rozbrajają serce i duszę, to widok na port i plażę. Po prostu zobaczcie sami!Dostęp do tej głównej atrakcji miasta jest darmowy. Można wchodzić tak jak my pieszo lub wjeżdżać windą. Tylko nie mam pojęcia, gdzie ona była i nawet szczerze nie chciałam jej znaleźć, bo po co zamykać się w metalowym pudełku, gdy wejście prowadzi poprzez najstarszą część miasta - malownicze, kolorowe, wąski uliczki z białymi domkami, ceramicznymi donicami u drzwi... Zamęczę Was zdjęciami tych uliczek, ale mi aż żal było opuszczać to miejsce. Najchętniej usiadłabym na tym widocznym na zdjęciu fotelu i siedziała do końca moich dni. To miejsce zatrzymało nawet mnie, wieczne ADHD.Wzgórze, choć jest nagą skałą z ruinami warowni, kusi roślinnością. Palmy mają zielone, soczyste liście, napotkacie drzewa oliwne, kaktusy wielkości drzew w polskich lasach, kolorowe kwiaty.Kiedy już zdobędziecie szczyt góry Benacantil, koniecznie pospacerujcie po dziedzińcach zamku. Gwarantuję, że będzie Wam ciężko oderwać wzrok od panoramy miasta, morza, ale ruiny warowni także są niesamowite. Mury z piaskowca, ukryte kapliczki, tajemnicze schody... Można pobudzić wyobraźnię, a przyznaję, że do tej pory oprócz Spissky'ego Hradu niewiele jest takich ruin, z którymi aż tak ciężko było mi się pożegnać. Zakładaliśmy, że na zamek wchodzimy raz. Nie zakładajcie tego, wejdziecie tam co najmniej jeszcze raz. To miejsce przyciąga jak magnes!

Wspomnienie lata - fotorelacja z przejażdżek rowerowych

MAGNES Z PODRÓŻY

Wspomnienie lata - fotorelacja z przejażdżek rowerowych

MAGNES Z PODRÓŻY

Pielgrzymka do Częstochowy - św. Weronika

Pielgrzymkowych opowieści ciąg dalszy. Tym razem o jedzeniu, spaniu, mszach świętych oraz opowieść o tym jak musiałam uniknąć ataku wścieklej muchy i o tym jak zostałam pielgrzymkowym dilerem.Stare, polskie przysłowie mówi, że głodnemu chleb na myśli, więc opowiem Wam, jak to z jedzeniem na pielgrzymce bywa. Nasza pielgrzymka miała swoją kuchnię polową i obiady były zapewnione. Śniadania i kolacje najczęściej dostawaliśmy od goszczących nas osób, chyba że spało się pod namiotem to wtedy też z pielgrzymkowego prowiantu. W owej kuchni także cuda się działy, bo jednego dnia była pomidorowa, drugiego z resztek pomidorowej kucharki zrobiły makaron z sosem pomidorowym, a trzeciego dodały kapusty i był kapuśniak. Zdolności naprawdę miały, bo z niczego robiły smaczne dania. Głodny nikt nigdy nie był, a przeważnie wprost przeciwnie. Czasami ksiądz organizował ognisko i piekliśmy kiełbaski. Świętych Weronik po drodze mijało się dużo. Dawano nam soki, słodycze, goszczono niczym królów i nie tylko pod względem jedzenia. Oddawano nam wygodne łóżka, kiedy reszta rodziny gnieździła się na kanapach czy nawet materacach. Stawaliśmy się nowymi członkami rodziny, tylko na o wiele lepszych zasadach. Chociaż przewaga była dobroci niczym u św. Weroniki, to zdarzały się momenty, że niekoniecznie byliśmy mile widziani, tzn. może bardziej było to na zasadzie: "o kolejna grupa". W jednym miejscu musieliśmy spać w namiotach, bo tam akurat nikt pielgrzymów nie przyjmuje, a szła potężna burza. Nawet ksiądz księdza nie przyjął, więc tę najgorszą noc część spędziła w strugach deszczu w namiotach, a część na salce. Przetrwało się, ale pozostawiało to pewną rysę na szkle, bo czasami ludzie, którzy mieli naprawdę niewiele, dawali nam "złoto", a ci którzy "złotem" ociekali tylko to swoje "złoto" widzieli. Z takiego postoju w namiotach najbardziej pamiętam kąpiel przy studni. Śmiechu było co niemiara. Prawdziwa radość, coś czego już nigdy i nigdzie nie znalazłam.Stałym punktem na pielgrzymce jest msza święta, ale nie taka coniedzielna. Nie odprawia się suchych w moim mniemaniu regułek. Msza na pielgrzymce jest żywa! Naprawdę się to czuje całym sobą, fizycznie, psychicznie, duchowo. Nigdzie nie przeżywałam i tak szczerze nie uczestniczyłam we mszy świętej, jak na pielgrzymce, nawet jak byłam na mszy z samym papieżem w Watykanie to już nie było to. Tutaj poznasz prawdziwe obcowanie z Bogiem.Wracamy do cielesności. Wyobraźcie sobie idącą ponad setkę osób. Pośrodku idę ja. Zwarty tłum. I jakie trzeba mieć "szczęście", aby to właśnie mnie zaatakowała wściekła, wielka (pewnie jeszcze niezidentyfikowana) mucha! No użarła mnie tak mocno i boleśnie w nogę, że ta spuchła do takich rozmiarów, że noga słonia to przy mojej nóżka Anji Rubik!!! Szczęście w nieszczęściu było tylko takie, że ów do ataku doszło chwilę przed postojem w miejscu, gdzie miał się odbyć mecz piłki nożnej. I ze mnie ani kibic nie był, ani gracz. Musiałam siedzieć i czekać, co będzie dalej. Zejdzie ta opuchlizna, czy też noga odpadnie. Tylko paniom pielęgniarkom podniosłam ciśnienie, bo biegały zaniepokojone i nie wiedziały do końca, co to ze mną będzie. Jednak rano, po nocce w namiocie i wspomnianej wyżej kąpieli w wodzie prosto ze studni, okazało się, że śladu nie ma po ataku owada i maszerowałam dalej. Kojarzycie takie szmaciane lalki z włosami z sznurka? Kto nie kojarzy, poniżej załączam poglądowe zdjęcie:I teraz kolejne zadanie na wyobraźnie. Kiedy idziesz dziennie 30 kilometrów, a masz zdolność do odcisków, pęcherzy twoja stopa zaczyna przypominać balon, na którym są jeszcze setki mniejszych baloników. Jak się pozbyć tych małych utrapieństw? Otóż, przebijamy pęcherz igłą z nitką i tę nitkę zostawiamy. Pęcherz zagoi się, zaschnie. W przypadku, gdy masz góra 2-3 pęcherze jest ok, ale jak masz ich z 30 (!!!) to twoja stopa zaczyna wyglądać z tymi niteczkami jak ta lalka powyżej, a dokładnie wygląda tak:O moich stopach na pielgrzymce mogłabym wydać książki, trylogię co najmniej i pośród opowieści znalazłaby się na 100% ta, o tym jak zostałam pielgrzymkowym dilerem. Jeszcze w trakcie przygotowań do pielgrzymki wyczytałam, że na gorączkę, wszelkie opuchnięcia, obtarcia i rany świetny jest aloes, a dokładniej miąższ z liści. Jako że jestem dumnym hodowcą kaktusów, posiadam w swojej kolekcji kilka donic z aloesem, to jedną ogołociłam i zabrałam ze sobą te liście. Kiedy inni biegali na postojach od pielęgniarek niczym mumie i nic im się nie goiło, ja okładałam się tymi liśćmi i goiło się niczym za dotknięciem różdżki. Kiedy wszyscy wiedzą i widzą, że jestem posiadaczką "lalkowatych stóp" i masz niezliczoną rzeszę pęcherzy, a śmigasz niczym Bolt na olimpiadzie, to coś jest na rzeczy i tak podpytują, dopytują i zdradzasz swój kaktusowy sekret i nagle zostajesz, chcąc nie chcąc, dilerem liści kaktusa aloesu. Gdyby mi wtedy za to z złotówkach płacili, pewnie dziś bym leżała na Hawajach, ale dostawałam za to pizzę albo czekoladę, a że ani jednemu ani drugiemu odmówić nie potrafię, to na Hawajach nie leżę, do dziś nie mogę pozbyć się nadprogramowych kilogramów, uzdrowiłam kilka mumii z pielgrzymki ;-)Ostatnia noc przed wejściem do Częstochowy była tzw. wieczorem przebaczenia i pojednania. Dziękowało się tym, którzy na pielgrzymce mieli dla nas największe znaczenie i przepraszało albo wybaczało tym, którzy nas, delikatnie mówiąc, denerwowali. I tak najwięcej podziękowań dostawali ci, co nas karmili, leczyli, wspierali, a najczęściej za złe myśli przepraszani byli porządkowi, czemu ciężko się dziwić. Ten wieczór uświadamiał ci też jedno: pielgrzymka tworzy wspólnotę, która na pierwszy rzut oka wydawać się może bardzo różna i podzielona, ale tak naprawdę jest jednością, która dąży do jednego - poznania Boga, ale każdy ma na to swój sposób... C.D.N.

Inspiracje na wakacje!

MAGNES Z PODRÓŻY

Inspiracje na wakacje!

Rok 2016 na pewno zapisze się w moim życiu wielkimi cyframi. Czeka mnie dużo zmian. Wkroczę na Nową Drogę Życia i pierwsze, co będę chciała zrobić, to ową drogą uciec w jakiś rajski zakątek, ale właśnie nie wiem, jaki kierunek obrać, gdzie magnesu szukać...Zainspirować mogą nas oferty biur podróży, kierunki określane jako must see na blogach czy forach podróżniczych. Poniżej kilka wakacyjnych kierunków, większość z mojej listy marzeń. Każdy kierunek zachwyca i ma niepowtarzalny urok oraz oferuje coś niezapomnianego. Jednymi zachwycam się ja, drugimi moi znajomi. Pytanie tylko jak chcemy spędzić, za ile, na ile i z kim wakacyjny czas? We dwoje w romantycznych sceneriach, nostalgicznych i sielskich obrazkach, czy wśród rajskich palm? Tutaj możemy odkrywać plaże Cypru oraz Grecji, opalać się w hiszpańskim słońcu, czy dosłownie tonąć w kwiatach Wysp Kanaryjskich. "Jak żyję nie widziałam takiego lazuru wody jak na Cyprze! Nie wierzyłem, że tak bardzo zachwycę się tą wyspą. Najchętniej ukryłbym się w którejś z nich". A może aktywnie nurkując, jeżdżąc na quadach, skacząc ze spadochronem, spróbować surfingu? Egipskie rafy koralowe są najpiękniejsze. Podwodny świat oczarowuje. Wiatry Fuertaventury zachęcają do kitesurfingu, a góry Maroka do trekkingu. Przyznam, że ilekroć pomyślę o Egipcie, to od razu widzę przed oczyma cudowny świat koralowców i kolorowych ryb.Chyba, że weekendowy city break. Intensywnie chłonąc energię miasta. Rzymskie wakacje, paryski szyk, kolorowa Lizbona, bogactwo Lazurowego Wybrzeża...A może z całą rodziną pojechać do jakiegoś malowniczego, cichego zakątka, gdzie odpoczniecie, jeszcze bardziej scalicie więzi? Chorwacja, Bułgaria, Turcja, Grecja... Moi znajomi twierdzą, że: "Bułgaria to idealna miejsce na wypoczynek z dziećmi. Piękne widoki, zielone zakątki, czyste morze i plaże. Spokojnie, relaksująco, brak nudy, ale też nie gwarno."Ewentualnie w stylu gwiazd. Poczuć się jak z najlepszego filmu i odpoczywać na rajskich wyspach.Podążyć za modnymi kierunkami i zdobyć piękną Maltę, Maderę, Islandię z przecudną zorzą polarną na czele albo  dać się zaczarować Tajlandii czy poczuć tętno Czarnego Lądu w Kenii oraz Gambii, ewentualnie skusić się na arabską noc, gdzieś w Omanie, bardzo gościnnym Iranie czy złotych ZEA. "Gdybym miał wybrać najpiękniejszy widok w moi życiu to byłaby to zdecydowanie zorza polarna. Tego cudu natury nie da się opisać słowami. To jest najprawdziwsza magia!"Kolumb odkrył Amerykę, odkrywajmy ją i my! Pocztówkowe widoki Kuby, gorącej wyspy, piorunującej mieszanki latynoskiego temperamentu. Mówisz, że nic cię nie zaskoczy i widziałeś już wszystko? Japonia to kolejny kierunek, który udowodni jak bardzo się myliłeś. Lubisz srogie krajobrazy i nie koniecznie kochasz uczucie piasku pod stopami? Norwegia jest odpowiedzią. Potęga natury - to zdanie nabiera tam sensu.To, co mogę polecić osobiście to: odkrywajcie Słowację! Najpiękniejsze widoki, jaki w życiu widziałam to maleńkie, kolorowe miasteczka,  pola, łąki, pagórki właśnie Słowacji. I oczywiście będę z całych sił promować Polskę. Mamy piękne plaże i górskie szlaki. Kto jeszcze nie był w Bieszczadach, powinien koniecznie się wybrać. Tam wszystko jest bardziej i naj ... Bardziej gwieździste niebo, najpiękniejsze widoki, najciszej, najczystsze powietrze...Ja wiem, że skreślę z podróżniczej listy marzeń Benidorm. Już w kwietniu będę też spacerować plażą w Alicante. Jadę tam jako przewodnik. Zebrałam kilka osób, które o Hiszpanii marzyły, ale strach przed lotem, bariera językowa, itp. sprawiły, że nie wychylały nosa poza kraj. Ciekawe, czy sprawdzę się w nowej roli, tym bardziej, że ma być to wyjazd nastawiony na zwiedzanie, maszerowanie, poznawanie i smakowanie? Wszystko zorganizowałam sama od rezerwacji biletów, poprzez parkingi, dojazdy na lotnisko, nocleg zabukowany na Airbnb, opracowane mapy, trasy zwiedzania, itp. Liczę, że nałapię promieni słonecznych i wrócę pełna energii, by w kolejnych miesiącach odrywać Mazury: spływ kajakowy Krutynią, wyjazd do Wilna, zobaczenie olsztyńskiego Starego Miasta. Kolejne województwo na magnesowej mapie zwiedzone, odkryta Kraina Wielkich Jezior. Na koniec czas zdecydować się na podróż poślubną. Tutaj mam prawdziwy dylemat, bo z jednej strony najchętniej spędziłabym ten czas po prostu leżąc na plaży, sącząc drinki, kąpiąc się w krystalicznym morzu, łapiąc rozgwiazdy - Dominikana, ale z drugiej strony potrzebuję ruchu, aktywności, energii danego miejsca, iść z rytmem miasta, szaleństwa jak np. szarańcza w czekoladzie - Bangkok. Chociaż cały czas mnie zwodzi i uwodzi Malta. Miejsce, gdzie mam wrażenie ostatnimi czasy zawędrowali już wszyscy, tylko przede mną jeszcze swoje wdzięki schowała. Chciałabym zobaczyć, co takiego ma w sobie ta mała wyspa, że przyciąga tyle osób i każda z nich pada przed nią na kolana.*Zdjęcia pochodzą z zasobów własnych, znajomych lub darmowych baz* Post powstał we współpracy z Andeko

Międzynarodowe Targi Turystyczne Wrocław 2016 - relacja jednodniowa

MAGNES Z PODRÓŻY

Międzynarodowe Targi Turystyczne Wrocław 2016 - relacja jednodniowa

Miałam okazję być na Międzynarodowych Targach Turystycznych we Wrocławiu niestety tylko jednego dnia, ale  ogólnie stwierdzam, że pomimo pewnych niedociągnięć warto było pojechać i zobaczyć, co w branży turystycznej piszczy. Przedstawiam Wam jednodniową relację z tego wydarzenia.Zacznę od największej porażki - przegapiłam spotkanie z panem Aleksandrem Dobą :( Poza tym ogólnie byłam zadowolona, ale myślałam, że nazwa międzynarodowe pokaże więcej krajów, nawet egzotyki. Głównie wśród wystawców znaleźli się przedstawiciele biur podróży, hoteli, atrakcji Dolnego Śląska, Małopolski, Niemiec, Czech, Słowacji i Węgier - moim zdaniem najlepiej przygotowany wystawca pod względem podejścia do ludzi i udzielania informacji, czego przeciwieństwem było stoisko Dominikany. Nie ukrywam, że marzy mi się taka rajska wyspa i od razu tam pobiegłam, a pani, cóż, powiedzieć, że była tam za karę, to mało powiedziane. Zero informacji, zero zwykłego zagadania. Mina grobowa. Piorunujący wzrok, kiedy dotknęło się katalogów. Gdyby to decydowało, to w życiu bym już o Dominikanie nie pomyślała. Ostatecznie przewodnik po Dominikanie zabrałam i teraz czeka mnie lektura. Można było posmakować kuchni np. żydowskiej (w ramach pokazu producenta garnków serwowanej za darmo) lub zakupić coś na licznych stoiskach ze słodkimi wypiekami, serami i innymi regionalnymi przysmakami. Dość dużym powodzeniem cieszyło się stanowisko Energylandii i ich symulatory, dzięki którym można było  się przekonać, jak to jest np. na kolejce górskiej. Dodatkowo można było posłuchać regionalnej muzyki, zobaczyć pokaz tańca, spróbować wyprodukować papier, zakupić piwo z regionalnego browaru, wziąć udział w konkursach. Moją uwagę przyciągnęło stoisko ziemi lubuskiej, gdzie można było zasięgnąć wiedzy i informacji o winnicach w tamtejszym regionie. Odkryłam też atrakcje do tej pory mi nieznane jak np.:  Kolejkowo - cudowny świat w miniaturze, Euroland - kolejny świat miniatur, czy wyżej wspomnianą Energy Landię oraz kąpieliska lecznicze na Węgrzech przypominające tureckie Pamukkale.

Blog Roku - szczęście trzeba chwytać

MAGNES Z PODRÓŻY

Blog Roku - szczęście trzeba chwytać

Drodzy Czytelnicy! Zgodnie z dewizą "raz się żyje" postanowiłam wystartować w konkursie Gala Twórców Blog Roku 2015 w kategorii Podróże. Jeśli podobają się Wam moje wpisy i relacje z podróży oraz moja galeria magnesów, zapraszam do wysłania SMS-a pod nr 7124 o treści C11156. Koszt to 1.23 zł, a dochód zostanie przekazany fundacji Dziecięca Fantazja. Z góry dziękuję wszystkim za wsparcie! :)Emotikon smile

MAGNES Z PODRÓŻY

Pielgrzymka do Częstochowy - każdy ma swojego Szymona Cyrenejczyka

Już tak mam, że najlepiej wspominam wyjazdy, kiedy wyruszałam w nie po jakichś tragicznych wydarzeniach. Z pełnią smutku w sercu i na duszy ruszałam naprzód, aby uzyskać radość, odzyskać szczęście. Są takie trzy daty, które zamykały w tragiczny sposób pewne drzwi mojego życia, ale otwierały też inne, nowe, często lepsze. I jedną z nich wyznacza właśnie piesza pielgrzymka do Częstochowy. Kto śledzi już jakiś czas bloga i fanpage ten wie, że można o mnie powiedzieć, iż lubię, ciekawi mnie i niesamowicie interesuje temat religii świata. Muszę, po prostu muszę na każdym wyjeździe pozwiedzać kościoły, cmentarze, popatrzeć na przydrożne kapliczki, zajrzeć przez dziurkę od płota na cmentarz żydowski, który zamknięty był dla zwiedzających. Taka maniaczka. I jak tu nie iść na pielgrzymkę?? Przyznaję strach był, bo kilometrów bardzo dużo, a ja miałam problemy ze stopą. Przenosimy się ponad dziesięć lat wstecz i wyruszamy. Jesteś ciekaw, jak to naprawdę na pielgrzymkach jest? Opowiem wszystko. Przedstawię wszystkich. Pokaże krew, łzy, cierpienie, nawrócenie, radość, obłudę, grzeszników i pątników. Będzie inaczej. Czarno na białym.Wyruszamy w słoneczny, sierpniowy dzień z jarocińskiej parafii. Strój pielgrzyma to strój pt. "pożal się Boże": skarpety do sandałów (koniecznie bawełniane) i broń Boże (to pielgrzymka, Boga będę często wzywać) białe, za pięć minut kurz zrobi swoje. Koszulka bawełniana, zasłaniająca ramiona, spodenki za kolano, też z bawełny i chustka lub czapka na głowę. Ogólnie wyglądasz niemodnie, wygodnie, bawełniano. Mały plecak na plecy z najpotrzebniejszymi rzeczami: plaster, woda, chusteczki. Na szyję dostajesz swój krzyż. I wyruszasz w tym upale ze śpiewem na ustach, radość, wszyscy machają, żegnają cię spod kościoła, wiwatują, życzą szczęścia. Ksiądz biega w śmiesznej czapce na głowie, pielgrzymkowi weterani witają się i wspominają, co to przez rok się zmieniło w ich życiu. Jest oczywiście zakochana para, która planuje ślub w Częstochowie po dotarciu na miejsce, są strażnicy porządku, którzy moi zdaniem z samych czeluści Piekła przybyli, ale o nich później, są "lalunie", które ów bawełniany zestawik w kolorze różu dostały, jest najpopularniejsza gwiazda pielgrzymki niczym z amerykańskiego filmu.Na pielgrzymce MUSISZ mieć kryzys. Nie da się pokonać 300 km i go nie mieć. Jedni odpadają po dosłownie kilku kilometrach. Inni raz po raz korzystają z możliwości podwiezienia przez auto. Jeszcze inni idą twardo, ale wyglądają przy tym jakby plan filmu Mumia opuścili - plastry, bandaże na każdej rance. Pielgrzymka to nie tylko ksiądz i jego owieczki maszerujące do cudownego obrazu, to także pielęgniarki, lekarz, kucharze. Skupmy się na medycynie. Jest ona nierozerwalna z wspomnianym wyżej kryzysem. Mój kryzys przyszedł bardzo szybko. Praktycznie to chyba pobiłam rekord pielgrzymkowy. Padłam na drugim etapie. Powód? U mnie stary jak świat i taki sam zawsze na każdej wyprawie. Obtarły mnie adidasy. Tak, tak, nie szłam w sandałach na pierwszym etapie. Stwierdziłam, że lepsze adidaski. Nowe. I tutaj zapamiętajcie, zapiszcie, wyryjcie na ścianie: nigdy, ale to nigdy nie brać nowych butów, jak zasuwasz dziennie po 30 km!!! Idę. Ból nie do zniesienia. Mam wrażenie, że stopy zaraz mi wybuchną. Zaciskam zęby i cedzę piosenkę wraz ze wszystkimi, która już na zawsze w mojej głowie została:"Jak dobrze być barankiem i budzić się porankiem. Wybiegać na polankę i śpiewać tak, jak ja: be be be kopytka niosą mnie, be be be kopytka niosą mnie." Tylko moje kopytka padły ofiarą chińskiej myśli obuwniczej. Ogólnie to będzie to trochę post obuwniczy, bo 90% mojej pielgrzymkowej przygody kręciło się wokół butów. Siadamy na polance ściągam buty i ... krew!!! Stopy jak u słonia. Krew leci z pięty, z boku, z palca. Boże, co za ból! Aż wszystko pulsuje. Ale ja, jak to ja nie pójdę za Boga do pielęgniarki. I tutaj wkracza mój kolega - mój Szymon Cyrenejczyk. On się zna. Bierze w jego mniemaniu wodę utlenioną i polewa rany. Słyszeliście kiedyś, jak się drze kot nadepnięty na ogon? Pomnóżcie sobie to przez tysiąc. Woda utleniona okazała się spirytusem salicylowym. Alkohol na gołą, otwartą ranę. W tym momencie zostałam oczyszczona chyba ze wszystkich grzechów. Ponoć jak opalona byłam, tak stałam się blada. Na pielgrzymce szła siostra (nie ma pani i pana, jest siostra i brat) Tereska - niepełnosprawna intelektualnie, ale naprawdę cudowne, szczera i kochana osoba - która ochoczo w tym momencie stwierdziła, że diabeł ze mnie wyszedł. Moi Drodzy, takie cuda tylko na pielgrzymce. I tak bez diabła i adidasków w laczuszkach pomykałam do Ostrowa Wlkp. - kolejnego przystanku z noclegiem. Nie mogłam wyciągnąć sandałów, bo były w walizce na przyczepie. I nikt nie będzie ci szukał walizki, jak są ich tam setki, a twoja pewnie na samym spodzie. Miałam w podręcznym plecaku takie piankowe, basenowe laczki, to w nich maszerowałam. Wiecie jak moje stopy wyglądały po przejściu 20 paru km przez głównie polne drogi, w kurzu, upale około 30 st.? Nie wiem, czy Wasza wyobraźnia jest w stanie to ogarnąć, a nocleg w Ostrowie załatwili nam rodzice mojego kolegi "lekarza stóp" (ogólnie oni większość noclegów załatwili, co niesamowicie nam życie ułatwiało), ale ten w Ostrwie to tzw. full wypas. I teraz wchodzisz do chaty niczym pałacu sułtana w tym bawełnianym t-shircie z białymi plamami od potu (sól z człowieka wychodzi i tworzy "urocze" malowidła na odzieży) i twoje stópki w tych już pourywanych laczkach, zaschnięte od krwi, brudu - obraz nędzy i rozpaczy. Jak szłam pod prysznic po marmurowych kafelkach to beczałam jak ten baranek na łące i sama nie wiem, czy bardziej z bólu, rozpaczy, czy tego, że tak nabrudziłam, że do północy będę sprzątać! O świcie idziemy dalej. O dziwo pomysł kolegi ze spirytusem okazała się strzałem w 10, gdyż rana szybko się zasuszyła, ale opuchnięte stopy za nic w świecie dały się wcisnąć w sandały (przeklęte adidasy i ledwie trzymające się kupy laczki leżały na dnie plecaka) i tutaj znów kolegi geniusz wyszedł na wierzch i powcinał mi sandały tak, aby nie dotykały tych części stóp, które były obtarte czy z odciskiem. Koleżanki leżały ze śmiechu, jak to robił, a ja ustanowiłam nowy krzyk mody. Skarpetki plus powycinane sandały. Tu dziurka, tam dziurka, ale szłam i ani na chwilę nie miałam myśli, aby wsiąść do auta. Nowo stworzone obuwie, niezliczona ilość ran, odcisków i obtarć na pierwszych etapach marszu nagle zamieniły mnie w gwiazdę pielgrzymki!Większość pielgrzymów miała kryzys na podejściu do Kotłowa. Idzie się tam mocno pod górkę, niektórym dają się we znaki zmiany ciśnienia niczym w górach, dodajcie wysoką temperaturę, uczulenie na rozgrzany od słońca asfalt i przepis na kryzys gotowy. Kotłów to ogólnie było specyficzne miejsce, bo tutaj zmęczenie sięgało apogeum i wychodził nie jeden diabeł spod skóry miłej starszej pani, która nie tylko swój drewniany krzyż niosła na szyi, ale i srebrny, i z medalikiem, i różaniec... Zgryźliwości i złośliwości w powietrzu latały niczym cherubiny wokół zakochanych, a to wszystko pod dachem domu Bożego. Cóż, taki klimat Kotłowa na tym etapie pielgrzymki. Prawda jest taka, że jednak nie można wymagać od idących po kilkadziesiąt kilometrów ludzi, którzy są mieszanką charakter i osobowości, iż nagle będę aniołami. Ludzie, nawet jeśli idą z modlitwą na ustach, to tylko ludzie  z krwi i kości,  z zaletami i wadami.Gorzej było z ekipą porządkową. Na pewno słyszeliście historie jak to się pije i imprezuje na pielgrzymkach. Otóż główne źródło tych historii to właśnie porządkowi - bynajmniej w przypadku mojej pielgrzymki. Wyżelowani i wystylizowani niczym Cristiano Ronaldo czekali tylko do wieczora,  aby podrywać dziewczyny - może zabrzmię stereotypowo, ale głównie te od różowych wdzianek - wyskoczyć po piwko, poszaleć,  bo w końcu to oni stanowili pielgrzymkowe prawo i porządek. Prawda jest taka, że jeśli idziesz naprawdę z intencją,  prawdziwy krzyż niesiesz, maszerujesz pokonując ból to robisz to z sercem, miłością,  walczysz ze sobą samym i czujesz się mocniejszy duchowo i ostatnią rzeczą po tych kilometrach znoju jest myśl o imprezie i balandze. Tylko trzeba to czuć całym sobą... C.D.N.

Szrenica zdobyta ... wyciągiem

MAGNES Z PODRÓŻY

Szrenica zdobyta ... wyciągiem

W cieniu minaretów. Oman - Marek Pindral

MAGNES Z PODRÓŻY

W cieniu minaretów. Oman - Marek Pindral

Śnieżka pod śnieżną pierzynką

MAGNES Z PODRÓŻY

Śnieżka pod śnieżną pierzynką

Zdobyłam Śnieżkę zimą! Mount Everest to to nie jest i pewnie nie jeden z Was tam zimą z pięć razy wszedł, ale ja jestem z siebie dumna i mam satysfakcję, której mi nikt nie odbierze. W końcu dobrze zaczęłam Nowy Rok, nowe podboje, postanowienia, zmiany. Wytrwałam, pokonałam i znów odwiedziłam moje ukochane okolice, Karpacz i moją górę - Śnieżkę.Początek mojej zimowej przygody w Karkonoszach zaczął się przy wejściu na szlak niebieski obok Świątyni Wang. I tutaj zawsze na początku trasy niezależnie czy to latem, jesienią, zimą, mam kryzys. Idzie się pod górkę w lesie, więc nie wieje, jest dość ciepło i zaczynam się rozbierać, bo mi zbyt ciepło. Ogień piekielny mnie chyba pali od środka. Ludzie maszerują otuleni szalikami, a ja pomimo mrozu w zwykłej bluzeczce, bo tak strasznie mi gorąco! Jednak im bliżej Polany, tym bardziej zaczyna wiać i naszym oczom ukazują się ośnieżone szczyty. Czas znów się ubrać.Na Polanie (1067 m n.p.m) krótki odpoczynek. Łyk gorącej herbaty, coś słodkiego na zachętę i idziemy dalej. Z Polany prowadzą trzy szlaki: niebieski, żółty i zielony. Stąd można oprócz Śnieżki wybrać się na Pielgrzymy (1204 m n.p.m.) oraz Słonecznik (1423 m n.p.m.). My idziemy dalej szlakiem niebieskim do Schroniska Samotnia (1195 m n.p.m.). Śniegu dużo nie leży, ale zaczyna prószyć i bardziej wieje niż na początku wędrówki. Koło Samotni wiatr staje się naprawdę silny. Nadciągają ciemne chmury, ale z daleka widać przebijające się słońce.Kontynuujemy marsz szlakiem niebieskim do Strzechy Akademickiej (1252 m n.p.m.). Tutaj zatrzymujemy się na postój i ciepły posiłek w schronisku. Po przerwie idziemy ciągle szlakiem niebieskim w  kierunku Śnieżki. Idzie się dość dobrze. Nie wieje już tak mocno jak koło Samotni, ale robi się mgliście i pogarsza się widoczność. Koło Domu Śląskiego znów pojawia się porywający wiatr i zaczyna dość mocno padać śnieg. Na szlaku nie było widać dużo ludzi, natomiast przy samym wejściu na Śnieżkę coraz więcej osób. Większość podeszła od wyciągu na Kopę. Wejście na Śnieżkę (1602 m n.p.m.) oblodzone, pada śnieg, wieje silny, mroźny wiatr, w dodatku łańcuchy asekuracyjne pokryte szadzią.  Nad głową przechodzą ciemne chmury, ale wiatr je rozgania i przebijają promienie słońca. Wchodzi się dość trudno. Trzeba naprawdę uważać, żeby nie ześlizgnąć się z kamieni. W końcu docieramy na sam szczyt.Śnieżka zimą zdobyta! Postój, ciepła herbatka i strach w oczach, bo wejście to był pikuś w porównaniu do zejścia. Wieje jak diabli. Pada śnieg. Łańcuchów nie da się złapać, pod nogami lód, a ty masz zejść w dół. Masakra! I tutaj się zastanawiam, jak dali radę zejść ci ludzie w adidasach, w kozakach nawet z obcasem, w tych cienkich kurteczkach?? Wierzcie mi, byli tacy. Chyba Pan Bóg miał pełne ręce roboty... Mi osobiście lepiej schodziło się bokiem nie przy łańcuchach, a przy kamieniach, głazach, tam nie było tak ślisko, śnieg nie był udeptany, chociaż raki na buty to podstawa! Ze Śnieżki idziemy czarnym szlakiem na Kopę (1350 m n.p.m.), a potem żółtym do Strzechy Akademickiej, mijając Biały Jar, aby dalej zejść szlakiem rowerowym na Polanę, skąd powrót niebieskim szlakiem do Świątyni Wang. Najgorsze było samo zejście ze Śnieżki. Idąc przez Biały Jar było też trzeba uważać pod nogi, gdyż miejscami występował goły lód. Dalsza droga powrotna spokojna, do pokonania bez większych problemów, nic tylko iść i podziwiać zimowy krajobraz.Przejście całości zajęło nam 8 godzin. Najtrudniejszy był ostatni odcinek Dom Śląski - Śnieżka - Dom Śląski. Nie spieszyliśmy się, robiliśmy przystanki na posiłek, zdjęcia, odpoczynek, podziwianie zimowych widoków. Mam satysfakcję zdobycia zimą Śnieżki, gdyż po operacji stopy nadal mi ciężko, nie mam już takiej sprawności jak kiedyś, a udało się, więc wiele to dla mnie znaczy. To była wspaniała wyprawa. Przyznaję jedna z lepszych w moim całym życiu. 

Podsumowanie 2015

MAGNES Z PODRÓŻY

Podsumowanie 2015

Londyn i Luton w przedświątecznej odsłonie

MAGNES Z PODRÓŻY

Londyn i Luton w przedświątecznej odsłonie

Do Londynu postanowiłam pojechać dosłownie nagle. Oglądałam serial, wstałam, podeszłam do komputera i zarezerwowałam bilety na lot do Londyn-Luton. Najbardziej spontaniczny wyjazd w moim życiu. Tak po prostu chciałam zobaczyć Londyn w przedświątecznej odsłonie. Cóż... nie spodziewajcie się miasta tonącego w świątecznych ozdobach i światełkach. Nie ma jarmarków na miarę niemieckiego rozmachu. Gdzieniegdzie jakaś choinka ze światełkami, parę ozdób na ulicach, nawet centra handlowe ubogie świątecznie, najbardziej świąteczna wydawała się droga deptakiem do Tower Bridge przy Tamizie, gdzie faktycznie krążył duch świąt. Tylko trochę kropiło, a niebo szare, zaciągnięte chmurami i wydawałoby się, że będzie porządnie lać. Zwiedziłam, co zwiedzić chciałam, z wiewiórkami się przywitałam w Hyde Parku i odkryłam słodki oraz piękny świat M&m's!LONDYNZacznę od początku. Nastawiliśmy się na zwiedzanie miasta "z buta", czyli unikamy metra i autobusów, ale z Luton jakoś do Londynu dostać się trzeba, więc kupiliśmy jeszcze w Polsce bilety w dwie strony na autobus easyBus. Strona przewoźnika jest po polsku, rezerwacja łatwa, ale strona czasami nie działa albo pojawia się informacja, że bilety wyprzedane, więc przede wszystkim trzeba uzbroić się w cierpliwość i nie panikować, a bilety można kupić nawet za 1,95 zł funta w jedną stronę. Ja niestety taka mądra wtedy nie byłam i wystraszona napisami, że bilety wyprzedano wzięłam pierwsze lepsze dostępne i w ten sposób rozrzut cenowy mamy ogromny od 1,95 funta do 7,95 funta. Bilet jest ważny na godzinę przed i godzinę po wyznaczonej godzinie rezerwacyjnej z jednym zastrzeżeniem - nie ma gwarancji, że dostanie się miejsce w autobusie innym niż ten konkretny, na który bilet sobie "zaklepaliśmy", bo pierwszeństwo mają pasażerowie z rezerwacją. Bilety na godziny szczytu droższe. Z Luton autobus odjeżdża dosłownie spod hali przylotów, a  w Londynie odjeżdża z Victoria Coach Station ze stanowiska nr 10. Wszędzie są bardzo pomocni pracownicy, pokażą, zaprowadzą. Akurat nasz rejs obsługiwał National Express (na autobusie jest napis, że bilety easyBus są akceptowane), a o tyle lepszy autobus, że większy i wygodniejszy.Z Victoria Coach Station poszliśmy najpierw pod Buckingham Palace. Było dość wcześnie więc uniknęliśmy tłumów. Stamtąd spacerkiem do Harrodsa. Dom towarowy przygotowany na nadchodzący świąteczny czas, ładny wystrój, dużo ludzi, ceny, od których w głowie się kręci, ale na pewno Harrods musi być na liście do zobaczenia w Londynie.Buckingham PalaceHarrodsDo Piccadilly Circus udaliśmy się spacerem przez Hyde Park. Przywitałam się z wiewiórkami, a potem  już podziwiałam reklamy na Piccadilly. Tutaj niestety zaczęło mocniej padać i uciekliśmy przed chmurami do kolorowego, słodkiego świata M&M's - mojego odkrycia. Takiego zapachu czekolady się nie zapomina. Kolory tęczy i setki smaków M&M'sów. Najlepsze te z orzeszkiem. Są nawet M&M'sowe Gwiezdne Wojny.Hyde ParkPiccadilly CircusM&M's WorldNastępny punkt programu to Soho z chińską dzielnicą, gdzie uwagę głównie przyciągają typowe dla chińskiej architektury bramy oraz restauracje,  gdzie w oknach wiszą pieczone kaczki. Następnie idziemy na Trafalgar Square z National Gallery, gdzie tyle co turystów było też policji. Tutaj stała skromnie ubrana choinka i szopka świąteczna, ale taka futurystyczna na moje oko, czyli wielkie szklane pudło, na środku lalka jako Jezus i klęcząca Maryja z leżącym obok Józefem. Żadnego żłobka, sianka, stajenki.ChinatownTrafalgar SquareDowning Street pilnie strzeżone pod obstawą policji podobnie jak  Pałac Westminsterski z Big Benem i z Opactwem Westminsterskim. Oblężenie turystów, którym przygrywał pan na kobzie. Chwila postoju, żeby podziwiać symbol Londynu - Big Bena.  Przez Most Westministerski udajemy się pod London Eye, a potem najdłuższy spacer, bo do Tower Bridge. Po drodze mijamy przystrojone świątecznie uliczki. Tutaj koło Tamizy najbardziej czuć zbliżające się Boże Narodzenie. Ból nóg daje się we znaki, więc chwila odpoczynku na ławce z widokiem nad Tamizę i smakowanie M&M'sów.Downing StreetOpactwo Westminsterskie, Big Ben, London Eye, Tower BridgeDalej już rady iść nie dałam, więc kupiłam bilet  na metro, ale tylko na jeden przejazd, więc gdzieś zgubiłam mój zmysł oszczędności, bo to była najdroższa opcja, dlatego tu i teraz piszę, kupujcie całodzienny bilet! Przy zakupie biletu skorzystałam z automatów stojących na stacji. Obsługa w języku angielskim. Wcześniej w Internecie wyczytałam, że można wykorzystać w roli biletu kartę bankomatową, ale niestety Visa WBK i ING się nie nadaje, wyświetlił się napis "seek assistance", to poszukałam i pan wytłumaczył mi, że niestety większość zagranicznych kart nie działa w tej roli, ale już za bilet dało się ową kartą zapłacić. Wsiadamy na Monument i zieloną linią District jedziemy na Victoria Station, i czekamy na autobus do Luton. Na stacjach są darmowe mapki metra, a na tablicy ogłoszeń opisane linie, która dokąd jedzie z którego peronu, więc na pewno się nie pogubicie. Bilet po włożeniu do czytnika umożliwi otwarcie bramki, ale maszyna musi go wciągnąć całego i wyrzucić. Nie zapomnijcie go zabrać!LUTONJeśli chodzi o Luton to głównie pojechałam tam do Desert's Rose,  restauracji, którą uwielbiam, która nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę ją wychwalać. W Luton atmosfery świąt nadaremnie szukać nawet w centrum handlowym, ale za to puby nadrabiają świąteczną muzyką i wystrojem. I choć przyznaję szczerze, że samo miasto mi się nie podoba, to kocham tamtejsze puby, ten gwar, okrzyki, gdy w TV leci mecz, muzykę. Do centrum Luton dostaliśmy się autobusem tym, którym jechaliśmy z Londynu, po prostu kierowca zawiózł nas do miasta, nie wysiadaliśmy na lotnisku - wystarczyło zagadać i podwózka darmowa. Niestety powrót na nogach, bo kierowca nie mógł wydać reszty z 10 funtów i choć był miły, przepraszał z 10 razy, nie było gdzie pieniędzy rozmienić, więc spacerkiem na lotnisko. Droga nie najgorsza, bo cały czas chodnik i znaki kierujące w stronę lotniska. Po 20 km zrobionych w Londynie i Luton te 3 dodatkowe różnicy nie robią.Londyn nie jest moim numerem jeden i nigdy nim nie będzie, nie pokona Paryża i Pragi, jednak na pewno warto tam pojechać, zobaczyć królujący nad miastem Big Ben i London Eye. Niepokoi mnie za to, że miasto jest bardzo zaśmiecone, a słynne czerwone budki często traktowane są, niestety,  jako kosze na śmieci. Skoro już o wadach było, czas na zalety. Ci, którzy bloga czytają, będą w głębokim szoku, bo ja nie uznaję żadnych miejskich środków transportu, a tutaj przyznam, że dla mnie kwintesencją, sercem Londynu i miejscem, które po prostu mi się podoba to metro! Mieszanina ludzi, pośpiech,  czyste wariactwo, ale urzekające i po prostu prawdziwe, a drugie to nie centrum miasta, a spokojne ulice, te z typowymi angielskimi domkami z czerwonej cegły i gankami wychodzącymi wprost na ulicę. Koszty i informacje praktyczne: Bilety lotnicze Poznań - Luton - Poznań 396,00 zł / dwie osobyPaliwo i parking 120,00 zł / 2 osobyHotel w Luton 285,00 zł / 2 osobyBilety autobusowe Luton - Londyn - Luton 120,00 zł / dwie osobyMetro: pojedynczy przejazd to koszt 4,80 funta /osoba  - automat nie wydaje reszty! Najlepiej kupować całodzienne przejazdy. Nie da się zapłacić bezdotykowo i jechać na kartę bankomatową WBK i ING. W automacie do zakupu biletu już się da płacić kartami wydanymi przez polskie banki.Jedzenie: angielskie śniadanie w Luton 8 funtów/ 2 osoby (jesz ile chcesz); M&M's za 100 g 1,99 funta; obiad dwudaniowy w Desert's Rose 21 funtów / dwie osoby; woda 2l w Tesco 17 pensów, ale już w małym sklepiku 0,5l 1 funt; bułki słodkie z Tesco 4 szt. 1 funt; gotowe kanapki pakowane po 2 szt. z Carrefour około 1 funta; czekolada Cadbury w Tesco 1 funt; piwo w pubie w Luton około 3 funtów / kufelToalety: na Victoria Station 50 pensów / osoba; w Hyde Parku 20 pensów / osobaBonus - kaplica na lotnisku w Luton.

Zielone wzgórza nad Soliną

MAGNES Z PODRÓŻY

Zielone wzgórza nad Soliną