Obidos – miasteczko marzeń

idziemy dalej

Obidos – miasteczko marzeń

Portugalska kuchnia

idziemy dalej

Portugalska kuchnia

Azulejo

idziemy dalej

Azulejo

Portugalia 2016

idziemy dalej

Portugalia 2016

W kraju najpiękniejszych plaż i azulejos

Gondole i domy w paski

idziemy dalej

Gondole i domy w paski

Coimbra i zaczarowany las

idziemy dalej

Coimbra i zaczarowany las

Naszym pierwszym przystankiem na północ od Lizbony jest Coimbra. Po drodze zatrzymujemy się co prawda w Óbidos (więc formalnie jest to przystanek drugi), ale ponieważ jest pochmurno, a miasto na pierwszy rzut oka wydaje się niezwykle urokliwe postanawiamy, że wrócimy do niego w drodze powrotnej. Przy wjeździe do Coimbry słyszymy ryk klaksonów samochodowych, radosne okrzyki i śpiewy kibiców. Parę chwil później stoimy w ogromnym korku, a gdy okazuje się, że mistrzostwo Portugalii zdobyła właśnie Benfica Lizbona nie możemy wyjść z podziwu. Dla nas to trochę tak, jakby w Łodzi cieszyli się ze zwycięstwa Legii, ale być może w Portugalii animozje między klubami nie są aż tak duże. Coimbra była niegdyś stolicą Portugalii, dziś jest przede wszystkim miastem studentów, w którym rytm wyznacza kalendarz akademicki. Jedną z największych atrakcji jest Uniwersytet – najstarsza uczelnia wyższa w Portugalii (1290 r.), powstała w miejscu królewskiej siedziby na wzgórzu. Z dziedzińca rozciąga się piękna panorama miasta i rzeki Mondego. Warto zajrzeć do biblioteki, bo to jedna z najpiękniejszych bibliotek na świecie. Do jej budowy użyto najszlachetniejszych gatunków drewna z Ameryki Południowej, tak by stworzyć jak najdogodniejsze warunki do przechowywania książek. Zgromadzono w niej 60 tys. woluminów z XVI-XVII wieku. A gdy jest się już na terenie uczelni można pokręcić się po kampusie i zajrzeć do kilku innych zakątków: kaplicy św. Mikołaja, Sali Prywatnych Egzaminów czy do sal wykładowych wyłożonych azulejos. Nieopodal Uniwersytetu znajduje się Ogród Botaniczny założony w 1772r., który opisywany jest w przewodnikach jako „must see”. Niestety gdy do niego docieramy, okazuje się że spora część jest z jakiegoś powodu zamknięta więc jesteśmy lekko rozczarowani. Postanawiamy zejść ze wzgórza, by spojrzeć na miasto z drugiej strony. W tym miejscu muszę napisać, że spacerowanie po portugalskich miastach nie jest wcale prostą sprawą. Wiele z nich leży na wzgórzach, więc człowiek przyzwyczajony do warszawskich nizin, szybko czuje w nogach to „górskie” ukształtowanie terenu. Na koniec przechadzamy się deptakiem, a wracając do hotelu na krótką siestę (to jest bardzo dobry zwyczaj!!) odwiedzamy jeszcze kościół św. Krzyża, Nową i Starą Katedrę. Mówiąc szczerze Coimbra nie wydaje nam się wyjątkowa. Widać, że czasy świetności ma już za sobą, a momentami sprawia wręcz wrażenie miasta opuszczonego. Gdyby nie studenci i turyści chyba w ogóle nie byłoby w nim życia. Ale jeszcze tego samego dnia udajemy się do miejsca, które absolutnie nas zachwyciło, a mianowicie do lasu zakonników w Bussaco. Historia tego miejsca sięga VI wieku, kiedy to Benedyktyni zasadzili tu pierwszy las. Kolejny zakon otoczył ów las murem. Dzięki mnichom rośnie tutaj kilkaset gatunków drzew z całego świata. Na skraju lasu na ruinach karmelitańskiego klasztoru powstał neoromantyczny pałac, który miał być rezydencją królewską. Dziś jest siedzibą hotelu, który znany jest z jednej z najbogatszych w Portugalii kolekcji win. Las Bucaço jest przepiękny, niezwykle zadbany (momentami przypomina park) i jest jednym z ulubionych miejsc spacerów mieszkańców Coimbry i okolicznych miejscowości. Wyznaczono w nim kilkanaście szlaków o różnej długości i różnym stopniu trudności, więc każdy znajdzie coś dla siebie i będzie mógł się przenieść do magicznego i zaczarowanego świata. Zdecydowanie to miejsce zapamiętam z Coimbry i okolic najbardziej. Być może niektórzy uznają mnie za ignorantkę, ale następnym razem chyba nawet ominęłabym miasto na rzecz całodniowej wycieczki do zaczarowanego lasu. 

Śladami bocianów – Faro, Tavira i Olhão

idziemy dalej

Śladami bocianów – Faro, Tavira i Olhão

Do Faro dotarliśmy późnym wieczorem i już kompletnie bez sił nawet na krótki spacer (to się nazywa odpoczynek!). Ale następnego dnia obudziło nas piękne słońce, więc pełni energii ruszyliśmy na miasto. Podobno Faro przeżywa obecnie swoją drugą młodość – zawdzięcza to pięknym plażom i międzynarodowemu lotnisku. Faktycznie, huk samolotów słychać w samym centrum starego miasta średnio raz na 5 minut, co z punktu widzenia turysty szukającego spokoju i odpoczynku raczej nie jest zaletą. Ale słychać też donośny klekot bocianów i mówiąc szczerze, po naszej wizycie w Portugalii zastanawiamy się dlaczego to Polskę uważa się za ojczyznę tych ptaków. Mamy nieodparte wrażenie, że jest ich tu znacznie więcej niż u nas! Ciekawostką jest również fakt, że często żyją w miastach i wydają się być bardzo oswojone, zadomowione i przyzwyczajone do miejskiego gwaru! Bezsprzecznie podoba im się w Faro. A co warto tu zobaczyć? Na pewno trzeba zajrzeć do średniowiecznej katedry, kościoła Karmelitów i Kaplicy Kości, a potem zgubić się w labiryncie ulic starego miasta. Ale jak powiedziała spotkana przez nas Polka (mieszkająca w Faro od kilku miesięcy): w zasadzie to by było na tyle. Natomiast jest jeszcze jedna rzecz na którą warto, będąc w Faro, poświęcić trochę czasu. Jest to mianowicie Park Krajobrazowy Rzeki Formosa, rozciągający się na powierzchni 180 km kwadratowych. Z Faro wyruszają do niego wycieczki przyrodnicze podczas których można obserwować bogatą florę i faunę, a przede wszystkim ptaki. Podczas 3,5 h rejsu katamaranem odwiedziliśmy też wyspy Culatra, Farol i Desserta, które oferują turystom piękne i rozległe piaszczyste plaże. Jest to również nie lada gratka dla spotterów, bo gdy jest się na rzece, samoloty przelatują nam tuż nad głowami. Z Faro udaliśmy się do Taviry i to ona skradła nasze serca. Jest niezwykle urocza, kameralna i spokojna. Nie przyjeżdża się do niej dla konkretnego zabytku, ale właśnie dla atmosfery i dla kontemplowania niespiesznie płynącego życia. Spacerując wąskimi uliczkami można zapomnieć o bożym świecie. Wszechobecne azulejos, małe restauracje i kawiarnie to kwintesencja Portugalii. A na koniec koncert lokalnych muzyków na moście i lampka wina z widokiem na główny plac miasta. Czego chcieć więcej? Na kolację jedziemy do Olhão. Właściciel hotelu poleca nam kilka restauracji, które okazują się być… bardzo oblegane. Chyba pierwszy raz w trakcie naszych podróży spotykamy się z sytuacją, że trzeba dokonać wcześniejszej rezerwacji, jeśli chce się zjeść kolację w wypatrzonym miejscu. I to nawet nie jest kwestia ruchu turystycznego – Portugalczycy po prostu uwielbiają jeść i celebrować posiłki w restauracjach. Na szczęście udaje nam się znaleźć wolny stolik w Bioco i rozsmakowujemy się w serwowanych tapas. Ale nie są to hiszpańskie, malutkie tapas, tylko samodzielne dania, wiec z restauracji niemal się wytaczamy – tak jesteśmy objedzeni. Ponieważ jest już późno boczne uliczki są opustoszałe i nie zachęcają do nocnych spacerów. Ale gdy rano odwiedzamy je ponownie okazuje się że Olhão jest również bardzo sympatycznym miastem. Jadąc w te okolice miejcie na uwadze fakt, że w Olhão odbywa się jeden z największych targów rybnych – od poniedziałku do soboty w godzinach 9:00-13:00. W niedzielę niestety jest nieczynny, więc z lekkim niedosytem odjeżdżamy na północ kraju i żegnamy się z Algarve.

Najpiękniejsze plaże Algarve

idziemy dalej

Najpiękniejsze plaże Algarve

Urzeczeni zachodnim wybrzeżem Algarve postanowiliśmy spędzić w tych regionach nieco więcej czasu niż początkowo planowaliśmy. Zamiast szybkiego transferu autostradą do stolicy regionu – Faro, zaczęliśmy zwiedzać kolejne miejscowości na wschód od Lagos. Południowe wybrzeże Portugalii to bardzo charakterystyczna klifowa linia brzegowa, gęsto przyozdobiona przepięknymi małymi (w porównaniu z Polskimi) plażami, a także jaskiniami i grotami wyrzeźbionymi przez wody oceanu w wapiennych skałach. Zatrzymywaliśmy się w kilku miejscowościach, ale pogoda była dla nas łaskawa dopiero w okolicach Carvoeiro. To jedna z najpiękniejszych plaż na świecie, choć miejscowi śmieją się z tej opinii, bo podobną mają także plaże w Marinha, Alvor, czy okolicach Benagil. Właściwie każdy z tutejszych, wciśniętych miedzy skały, piaszczystych kawałków lądu, może dostać miano najpiękniejszego. Według mnie najwspanialsze w tych okolicach nie są jednak same plaże, a różnorodność linii brzegowej. By lepiej przyjrzeć się tym cudom natury, najlepiej wsiąść na jednej z plaż w turystyczną łódź i odbyć rejs po okolicy. Tak też właśnie zrobiłem w Benagil. Muszę przyznać, że byłem pod olbrzymim wrażeniem i to kilku rzeczy. Po pierwsze – niewiarygodne widoki. Z jednej strony surowe i proste, a z drugiej niesamowite i niepowtarzalne. Klify, przepiękne – czasem dostępne tylko od strony morza plaże i niesamowite groty rzeźbione przez wody oceanu od tysięcy lat. Po drugie – sternik łodzi turystycznej. Manewrowanie motorówką na jeziorze może być łatwe, ale w tych warunkach wydaje mi się wręcz niemożliwe. Fale oceanu, wystające z wody skały, silnie wiejący wiatr. Dla tutejszych sterników to żadna przeszkoda. Wpływają do najwęższych jaskiń, na centymetry omijając skały. A gdy Ty mówisz sobie w myślach, że tu na pewno nie wpłyniemy, po chwili z absolutnym niedowierzaniem podziwiasz wnętrze niedostępnej jaskini z pokładu maleńkiej motorówki. Po trzecie – nasz aparat fotograficzny. To że nic mu się nie stało to chyba jakiś cud. Ilość wody morskiej, którą został zalany podczas tego rejsu, przekracza wszystkie normy. Gdy wysechł, był cały biały od soli. Na szczęście działa dalej i mam nadzieję, że tak pozostanie. Będąc w Algarve warto również oddalić się od oceanu i ruszyć wgłąb lądu. Nam udało się zahaczyć o: Silves – główną atrakcją są tu odrestaurowane ruiny zamku mauretańskiego. Monchique – górskie uzdrowisko, w którego okolicach już w 1495 roku król Jan II pijał leczniczą wodę. Alte – urocza, cicha wioske, którą można znaleźć w zagranicznych przewodnikach, jako typowy przykład wsi w regionie Algarve.

Costa Vicentina

idziemy dalej

Costa Vicentina

Portugalia to oczywiście przepiękne wybrzeża i malownicze plaże, dlatego z Lizbony udaliśmy się na południe w kierunku Algarve, a konkretnie do Lagos, które słynie z najpiękniejszych plaż. Zgodnie z rekomendacjami właścicielki naszego hostelu (o którym na pewno jeszcze napiszę!) zwiedzanie rozpoczęliśmy od wybrzeża zachodniego, czyli Costa Vicentina, którego znaczna część objęta jest ochroną w ramach parku krajobrazowego Parque Natural do Sudoeste Alentejano e Costa Vicentina. Dzięki temu nie pojawiają się tu hałaśliwe kurorty, a miejsce zachwyci wszystkich, którzy kochają przyrodę i kontakt z naturą. Wizyta w maju okazała się strzałem w dziesiątkę z dwóch powodów: po pierwsze – brak turystów i fakt, że czasem byliśmy na plaży sami; po drugie – rozkwit wielu przepięknych roślin i kwiatów, które zabarwiły wybrzeże na wszystkie kolory tęczy. Nie było opalania, bo tereny te nie sprzyjają plażowaniu – smagane są przez silne podmuchy wiatru, a woda jest zwykle zimniejsza niż w innych miejscach Algarve. Ale doskonale nadają się na piesze wędrówki, obserwację bujnej roślinności i wielu gatunków ptaków. Są również mekką dla surferów, bo ujarzmianie ogromnych fal jest dla nich nie lada wyzwaniem. Nasza trasa objęła kolejno Aljezur – Praia de Amoreira – Praia da Arrifana – Praia de Bordeira – Pedralvę – Sagres i zachód słońca z widokiem na Przylądek św. Wincentego. Krajobrazy były zachwycające, mijane miasteczka niezwykle urokliwe, ale największe wrażenie zrobiła na nas tutejsza roślinność – nigdy chyba nie widzieliśmy takiej mnogości gatunków, tak pięknych okazów, tylu soczystych i różnorodnych kolorów. Istny raj. Chciałoby się tu spędzić co najmniej tydzień, ale ruszamy dalej – w kierunku Silves, Faro i Taviry.

W czasie deszczu turyści się nie nudzą

idziemy dalej

W czasie deszczu turyści się nie nudzą

Portugalia w maju nie zawsze gwarantuje piękną, słoneczna pogodę. Choć tutejsi mieszkańcy mówią, że to anomalia, to i w tym czasie mogą zdarzyć się też kilkudniowe okresy ulewnych opadów i powiązanych z tym kilkustopniowych spadków temperatury. Niestety trafiliśmy właśnie na taki wyjątkowy maj i kilka deszczowych dni. I choć porywisty wiatr od strony morza, szybko rozwiewa chmury, to czasem trzeba znaleźć alternatywę do zwiedzania miasta i schować się w jakiś pomieszczeniach pod dachem. My postanowiliśmy schronić się w lizbońskim Oceanarium, które jest podobno największym tego typu obiektem w Europie. Trzeba przyznać, że to rzeczywiście doskonałe miejsce na przeczekanie ulewy. Czas płynie błyskawicznie na spacerach wokół olbrzymiego akwarium z dziesiątkami rekinów, płaszczek i innych przenajróżniejszych stworzeń morskich. Od meduz, przez koniki morskie, po kraby giganty i niezliczone gatunki ryb z całego świata. Ale nie tylko miłośnicy podwodnych zwierząt znajda tu coś dla siebie. W specjalnych sekcjach oceanarium z bliska przyjrzymy się życiu maskonurów, pingwinów, wydr czy tropikalnych żab. Zrekonstruowano tu ekosystem czterech oceanów: Spokojnego, Atlantyckiego, Indyjskiego i Arktycznego i zgromadzono 25 tysięcy okazów morskich stworzeń. Jeśli pada, a Wy macie dość chodzenia po muzeach, to idealne miejsce na zabicie czasu. Wstęp dla osoby dorosłej to koszt 17 euro.

Jeden dzień w Lizbonie…

idziemy dalej

Jeden dzień w Lizbonie…

idziemy dalej

Odkrywamy Portugalię

Portugalia od zawsze była wysoko na naszej „bucket list“, więc gdy tylko udało mi się znaleźć niedrogie bilety do Lizbony nie zastanawiałam się ani chwili. Właściwie nie wiem skąd fascynacja tym krajem, ale odkąd pamiętam wskazywałam go (obok Skandynawii) jako miejsce, do którego najbardziej chciałabym pojechać ze wszystkich krajów europejskich, a portugalski (obok jakiegoś języka skandynawskiego) jako język, którego chciałabym się nauczyć, choć gdy piszę te słowa uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie wiem jak ten język brzmi. Ale wyobrażam sobie, że pięknie. Nastawiamy się tym razem na rekreacyjny wyjazd. Nie chcemy się spieszyć i trzymać napiętego grafiku. Dlatego nie mamy szczegółowego planu podróży. Dwa tygodnie to na pewno za mało by zwiedzić cały kraj, ale wystarczająco dużo by poczuć jego atmosferę. Liczymy na dużo słońca (choć prognozy nie są obiecujące), magiczne widoki, odpoczynek na najpiękniejszych plażach Europy w rejonie Algarve i przepyszne jedzenie. Po jednym dniu spędzonym w Lizbonie planujemy wypożyczyć auto i ruszyć przed siebie. Na naszej liście jest Sintra, Comibra, Porto, Faro, Evora, Obidos, Braga, Marvao, Cabo de Sao Vincente, Aveiro i Seera da Estrela, ale jeśli nie zobaczymy wszystkich tych miejsce będzie to wyłącznie podwód do tego, by do Portugalii wrócić jak najszybciej. Podróż będziemy relacjonować na bieżąco, o ile na krańcu Europy nie będzie problemów z dostępem do internetu. Stay tuned!

Ptasie safari nad Biebrzą

idziemy dalej

Ptasie safari nad Biebrzą

Po zeszłorocznej, wakacyjnej wizycie w Biebrzańskim Parku Narodowym wiedzieliśmy, że wkrótce wrócimy w te rejony. Tyle atrakcji i tak blisko Warszawy, że aż prosi się o częste wizyty. Okazja przytrafiła się dość szybko, bo Asia wpadła na pomysł, by sprezentować mi na urodziny ptasie safari z przewodnikiem nad Biebrzą. I tak jeszcze przed weekendem majowym wyruszyliśmy ponownie na szlaki BbPN. Tym razem naszym celem było przede wszystkim obserwowanie nadbiebrzańskich ptaków, ale to nie była jedyna atrakcja tych kilku dni. Zaczęliśmy od spływu tratwami po Biebrzy. Przepłynięcie sześciokilometrowego odcinka z Dolistowa Starego do Wrocenia zajęło nam kilka godzin. Ale gdzie się spieszyć? Nurt rzeki powolny, w koło cisza i spokój, a na dodatek można wejść na dach tratwy i obserwować brodzące po okolicznych łąkach ptaki. Gdy się zgłodnieje, można odpalić grilla i zjeść obiad w tak pięknych okolicznościach przyrody. Jeśli będziecie mieli więcej czasu, można popłynąć dłuższą trasą – nawet 70 kilometrową! Zajmie to pewnie kilka dni, ale to nie problem, bo na tratwie można nocować. Wschody i zachody słońca lub nocne obserwowanie gwiazd na Biebrzy to podobno niezapomniane wrażenia. Mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonamy. Następny dzień w BbPN spędziliśmy w całości na tropieniu i obserwacji nadbiebrzańskich zwierząt. Muszę przyznać, że mnogość gatunków i ilość występujących tu ptaków zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Większość z nich widziałem na wolności pierwszy raz w życiu. Żurawie, czaple siwe, czaple białe, bataliony, dudki, rycyki i wiele innych – wszystkie niemal jadły nam z ręki ;) Jednak żeby być zupełnie szczerym nie mogę ukrywać – by jak najlepiej przyjrzeć się ptakom trzeba dobrze znać odpowiednie miejsca i punkty obserwacyjne lub mieć przewodnika. Wtedy szanse na spotkanie oko w oko z bocianem czarnym i innymi rzadkimi okazami wzrastają kilkukrotnie. Warto również zaopatrzyć się w lornetkę, by w pełni podziwiać barwne upierzenie ptaków. Oczywiście nad Biebrzą niemal pewne jest też spotkanie z łosiem. Nam i tym razem się udało, w dodatku z jeszcze mniejszej odległości niż ostatnio! Niemal mogliśmy dotknąć łosia, który nic nie robił sobie z naszej obecności i spokojnie pałaszował kolację z młodych pędów drzew. Na zakończenie naszego pobytu nad Biebrzą, ubrani w wodery, udaliśmy się na krótki spacer szlakiem bagiennym. I jeśli komuś wydaje się, że chodzenie po bagnach to proste lub nudne zajęcie, to znaczy że nigdy po takich terenach nie chodził. Wystarczy wody po kolana, by już mieć problemy z normalnym chodzeniem i utrzymaniem równowagi. Grząskie i niestabilne podłoże zaskakuje przy każdym ruchu nogą. Warto spróbować – super zabawa. Musi być w tym miejscu jakaś magia, bo za każdym razem gdy wracamy do domu, niemal od razu planujemy kolejną wizytę w tych regionach i wyszukujemy kolejne atrakcje. Teraz nastawiamy się na wspomniany wcześniej kilkudniowy spływ tratwami po Biebrzy, a także zimowe liczenie łosi, podczas którego można spotkać większość zwierząt występujących w parku. Miłośnicy przyrody pokochają to miejsce. Najlepsi przewodnicy po BbPN: Wilcze Wrota Rejsy tratwą po Biebrzy: Dolina Biebrzy

Jaką mapę wybrać?

idziemy dalej

Jaką mapę wybrać?

idziemy dalej

„Turyści pragną piękna, prawdy już mniej”

Trzy tygodnie w Peru pozwoliły nam na pobieżne zaznajomienie się z tamtejszą kulturą, ludźmi i obyczajami. Ale nie da się w tym czasie poznać dokładnie państwa, jego społeczeństwa i problemów. „Ulica mnie woła – Życiorysy z Limy” Beaty Szady pozwala zobaczyć Limę, której turysta zazwyczaj świadomie unika. To obraz miasta pełnego biedy i ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. Tu życie to bezustanna walka o to by przetrwać kolejny dzień. Poznajemy ten świat z wielu perspektyw, bo autorka nie koncentruje się tylko na historiach pojedynczych ludzi, ale często patrzy szerzej. Przytacza wiele punktów widzenia – od rządowych statystyk, przez naukowe rozprawy, po własne obserwacje i wnioski. Ta książka to wspaniała lektura dla kogoś kto był w Limie i wie że to co widział to tylko ułamek prawdziwego życia jednego z największych miast Ameryki Południowej. „Ulica mnie woła – Życiorysy z Limy” pozwala zajrzeć oczami autorki do dzielnic do których żaden turysta nigdy nie zagląda. Pozwala także poznać młodych limańczyków, którzy żyją w tych niedostępnych i nieludzkich warunkach. To także doskonała lektura dla czytelników ciekawych świata i wrażliwych na problemy innych.

idziemy dalej

Panorama Peru

W czasie naszych podróży, poza normalnymi zdjęciami, często robimy fotografie panoramiczne. Osobiście czasem lubię je bardziej od normalnych zdjęć, nawet mimo słabszej jakości. Ukazują jednak więcej, szerzej. Pokazują nie jeden budynek lub wzgórze, ale całe otoczenie – to co na raz ogarnia wzrokiem ludzkie oko. Wybraliśmy dla Was kilka panoram peruwiańskich miast i krajobrazów. Mamy nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Lima – Plaza de Armas Lima – widok na Ocean Spokojny Reserva Nacional de Paracas Huacachina Nazca Lines Arequipa – Plaza de Armas Arequipa – widok na wulkan Misti Kanion Colca Jezioro Titicaca Wyspa Taquile na jeziorze Titicaca Cusco Machu Picchu

idziemy dalej

Peru – jak, gdzie, za ile?

Peru to kraj całkiem przystępny cenowo. Największym wyzwaniem jest znalezienie dobrego i niedrogiego połączenia lotniczego z Polski do Limy, później jest już tylko lepiej. Nasze skromne podróżnicze doświadczenie na tym kontynencie pozwala stwierdzić, że Peru jest zdecydowanie tańsze od Argentyny i Chile, które mieliśmy okazje odwiedzić w zeszłym roku. Poniżej przedstawiamy orientacyjne koszty podróży. Ceny podajemy w peruwiańskich solach. 1 sol to mniej więcej 1,20 PLN. TRANSPORT Autobusy rejsowe. Po Peru podróżowaliśmy autobusami Cruz del Sur. To firma która oferuje (podobno) najwyższy standard i bezpieczeństwo. Bilety dostępne są w kilku wariantach cenowych. Naszym zdaniem warto zainwestować w klasę VIP wyłącznie w przypadku naprawdę długich (nocnych) tras, na krótszych trasach nie warto przepłacać, tym bardziej że klasa VIP znajduje się na dole, a na górze, w klasie ekonomicznej są znacznie lepsze widoki. W obu wariantach otrzymacie posiłek lub przekąskę oraz ciepłe/zimne napoje. W autobusach jest również bezpłatne wifi – ale oczywiście działa tylko tam, gdzie jest zasięg sieci telefonii komórkowej, czyli de facto wyłącznie w większych miastach. Oczywiście poza Cruz del Sur działa bardzo wielu innych przewoźników – zazwyczaj tańszych, a nawet czasem dużo tańszych. My jednak, głównie ze względów o których już wcześniej pisaliśmy, jeździliśmy głównie z tą firmą. Ceny na przykładowych trasach w Cruz del Sur: Lima – Paracas (4h) – 65 soli (klasa VIP) Ica – Nazca (2h) –  35 soli Nazca – Arequipa (12h) – 115 soli (klasa VIP) Arequipa – Puno (6h) –  59 soli Puno – Cuzco (6h) – 55 soli Taksówki. W Peru, poza Limą i trasą z lotniska do centrum miasta, taksówki są nieprzyzwoicie tanie. To prawdopodobnie kwestia ogromnej konkurencji, bo na peruwiańskich ulicach co drugi samochód to taksówka. Będąc w Cuzco dowiedzieliśmy się również, że auta bez specjalnego oznaczenia mogą świadczyć takie usługi. Nasza gospodyni miała w zwyczaju wychodzić na ulicę, zaczepiać przypadkowego kierowcę i pytać czy nie może nas gdzieś podwieźć. Chwilę później siedzieliśmy już w jego samochodzie i jechaliśmy w wyznaczoym kierunku. Warto się targować, a cenę za przejazd trzeba ustalić z góry. Generalnie nigdy nie zapłaciliśmy za taksówkę więcej niż 10 soli. Przejazd z lotniska w Limie do Centrum to koszt ok. 40-50 soli. NOCLEGI W trakcie naszej podróży korzystaliśmy z serwisu aribnb oraz niedrogich hosteli. Airbnb opłaca się tylko wtedy, gdy zostajemy w danym miejscu dłużej, gdyż przy rezerwacji pobierana jest opłata administracyjna oraz – w większości przypadków – opłata za sprzątanie. Dużym plusem, zwłaszcza w opcji „pokój w mieszkaniu właściciela“ jest kontakt z osobą, która zna miasto na wylot i przy wieczornej herbacie poleci nam najlepsze restauracje, bary i miejsca warte zobaczenia. U nas, w Limie, sprawdziło się to w 100%. Jeżeli chodzi o hostele – dwuosobowy pokój z łazienką można znaleźć spokojnie za 20 USD przeliczane na 60 soli. Nie spodziewajcie się jednak wysokiego standardu. W pokojach zwykle nie ma ogrzewania (co latem teoretycznie nie jest przeszkodą, ale jak się pojedzie w wysokie góry to się okazuje, że jednak trochę tak), okna bywają nieszczelne, a ciepła woda – mimo zapewnień właścicieli że jest – okazuje się sporym luksusem. Za to grzyb i wilgoć są na porządku dziennym. Jeśli w cenie macie wliczone śniadanie nie spodziewajcie się niczego więcej ponad kubek ciepłej herbaty i tosty z dżemem. Lepszy standard i wyższe ceny nie gwarantują niestety znacznie lepszych warunków. „Upgrade“ oznacza zwykle telewizor w pokoju. Parafrazując słowa pewnej piosenki: Money can’t buy you hot water. Przynajmniej nie w tym przypadku. JEDZENIE Ze względu na charakter naszej podróży stołowaliśmy się głównie na mieście. Nie mieliśmy czasu, okazji ani warunków, żeby samodzielnie gotować sobie obiady czy nawet przygotowywać śniadania i kolacje. To za ile zjesz zależy wyłącznie od Ciebie. Tzw. menu del dia, czyli 3 daniowy posiłek w porze lunchu można zjeść za 3-5 soli, a można też za 20-30 soli. Trzeba uważać na turystyczne miejsca. Za to zwykle sprawdza się zasada „eat where locals eat“, choć polecamy wybierać takie miejsca z pewną ostrożnością. W Peru dopadło nas zatrucie pokarmowe (i czytaliśmy o wielu takich przypadkach), więc po tej przygodzie nasze kulinarne wybory były raczej asekuracyjne. Ceny: Menu del dia – od 3 soli w górę ; 10-15 soli to powszechna cena Empanady – 3-5 soli Woda (0,5 litra) – 1-3 sole Ceviche – ok. 20-30 soli Danie obiadowe – 20-40 soli Zupa (rosół) – 10-15 soli Śniadanie – 10-15 soli (w tym kawa/herbata i świeżo wyciskany sok) Herbata – 3 sole Banany – 1 sol / sztuka ATRAKCJE TURYSTYCZNE Wśród atrakcji turystycznych Machu Picchu bije na głowę całą resztę, o czym pisaliśmy w notce mu poświęconej. Jest najdroższe ze wszystkich atrakcji i generalnie – bardzo drogie na tle wszelkich pozostałych wydatków. Jak kształtują się pozostałe ceny? Islas Ballestas – wycieczka z przewodnikiem (2h) – 35 soli Reserva National Paracas – wycieczka z przewodnikiem – 30 soli Ica + Huacachina + Buggy (+transport Paracas – Ica) – 100 soli Nazca – 80 soli (prywatny przewodnik i samochód, dla 4 osób) Klasztor Santa Catalina w Arequipie– 40 soli Kanion Colca (2 dniowa wycieczka z przewodnikiem + nocleg, bez wyżywienia) – 110 soli Boleto Turistico (Kanion Colca) – 70 soli Wyspy Uros + Taquile Island – 75 soli Wycieczka Pisac – Urumamba – Ollaytantambo – Chinchero (w tym lunch) – 75 soli Boleto Turistico w rejonie Cusco – 130 soli (ważny 10 dni); obejmuje ruiny w Świętej Dolinie Inków + popularne muzea Machu Picchu (wyjazd z Cusco) – 245 USD!!! (pociąg w 2 strony, nocleg w Aguas Calientes, bilet na busa do i z Machu Picchu, 2h wycieczka z przewodnikiem po ruinach)

idziemy dalej

Gdzie warto zjeść w Peru?

Zgodnie z obietnicą przedstawiamy subiektywny wybór restauracji, które zachwyciły nasze podniebienia podczas podróży po Peru. La 73 (Lima) – to restauracja położona w modnej dzielnicy Barranco. Jej nazwa pochodzi od numeru linii autobusu o tym samym numerze, a wnętrze przypomina popularne w całym kraju mercado. Szef kuchni mocno nawiązuje do najlepszych tradycji kulinarnych Peru serwując klasyki w nowoczesnej i dopracowanej wizualnie odsłonie. Wśród przystawek jest więc w karcie zarówno kukurydza z serem, causa czy ceviche, a wśród dań głównych mięsa, ryby i owoce morza. Oprócz tego jest do wyboru kilka dań z krótkiej karty sezonowej. Deserem słynnym na całą Limę są tutejsze churros – nadziewane dulce de leche i podawane z gorącą gorzką czekoladą do maczania. Porcja jest PRZEOGROMNA. Polecamy zarówno na szybki lunch jak i wieczorną kolację. Papacho’s (Lima) – zachęceni słynnym nazwiskiem (bo właścicielem restauracji jest Gaston Acurio, jeden z najlepszych peruwiańskich szefów kuchni) odwiedziliśmy Papacho’s w porze sobotniego lunchu. Restauracja była wypełniona po brzegi, a to zawsze dobry znak. Miejsce słynie z burgerów, ale w karcie są też makarony, risotto czy kanapki. Warto jednak skusić się na flagowe danie, bo prawie każdy burger wzbogacony jest jakimś charakterystycznym peruwiańskim składnikiem reprezentującym określony region kraju. I tak w Criolla Burger znajdziemy cebulę, sos z ostrych papryczek aji, avocado i papas al hilo (drobno posiekane, pieczone ziemniaki), w Huachacana Burger – sos z papryki rocoto, jajko sadzone i ziemniaki; Gaucha Burger – argentyński sos chimichurri, karmelizowaną cebulę, ser provolone i awokado. Burger szefa kuchni (Papacha Burger) to kanapka z ketchupem z czarnego bzu, bekonem, krążkami cebuli i serem pleśniowym, a Pobre, którego spórbowałam zawierał smażonego banana warzywnego i sadzone jajko. Trawiłam go dobrych kilka godzin, ale wielbiciele burgerów i peruwiańskich smaków będą zadowoleni. La Lucha (Lima) – do knajpy trafiliśmy przypadkiem już pierwszego dnia, bo znajduje się tuż przy parku Kennedy’ego do którego prędzej czy później każdy turysta dotrze. Dopiero później okazało się, że zjedliśmy kultowe peruwiańskie kanapki w nie mniej kultowej knajpie! Świeżym, chrupiącym bułeczkom z mięsem (od szynki, przez boczek, kurczaka i wołowinę) i przeróżnymi dodatkami naprawdę trudno się oprzeć. Minusem są stosunkowo wysokie ceny, ale mimo wszystko warto się skusić. Zig Zag Restaurant (Arequipa) – miejsce dla mięsożerców, bo na uwagę zasługuje przede wszystkim selekcja mięs podawana na wulkanicznym nagrzanym kamieniu, na którym samodzielnie wysmażamy je do stanu dla nas idealnego. Do spróbowania również różnego rodzaju ryby (także serwowane na kamieniu). Ale są też dania dla wegetarian – na przykład gnocchi z ziemniaków i quinoa z amazońskim pesto lub makaron z sosem grzybowym. Warto skusić się na jedno z menu degustacyjnych, w ramach którego dostaniemy przystawkę, danie główne oraz deser i na pewno nie wyjdziemy z restauracji głodni. Cafe Buho (Puno) – za tą restauracją stoi romantyczna historia, bo właścicielem jest Niemiec który w trakcie podróży do Peru zakochał się i dla swojej wybranki przeprowadził do kraju Inków. Niech nie zraża Was fakt, że jest to restauracja hotelowa, bo zjecie tu pyszne zupy, kanapki, burgery i pizze, a popijecie je jeszcze pyszniejszymi koktajlami ze świeżych, egzotycznych owoców. Porcje takie, że nie sprosta im nawet najbardziej wygłodniały turysta. Ceny za to bardzo przystępne. The Tree House (Aguas Calientes) – w Aguas Calientes, które żyje wyłącznie z turystyki warto zejść z głównego szlaku, nie dać się wszechobecnym naganiaczom i odnaleźć restaurację The Tree House. Warto też wspiąć się po tych kilkunastu schodach, bo na górze czeka nas naprawdę duża nagroda – bardzo przytulna i zaskakująca jak na tę miejscowość restauracja. W menu znajdują się tradycyjne dania z domieszką kuchni włoskiej (ręcznie robione makarony) czy tajskiej. Sami o sobie piszą: „Peruwian- fusion food, international dishes fused with local ingredients”. Typowo peruwiańskie składniki przemycane są bowiem w dobrze znanych potrawach, dlatego zamiast risotto znajdziemy quinotto, w sashimi obok awokado pojawi się pstrąg, we wspomnianym makaronie – pasta z ostrej papryki aji, a w puree ze słodkich ziemniaków zaskoczy nas posmak marakui. Nadzienie z batatów odnajdziemy za to w ravioli. Również w deserach nie brakuje kucharzom fantazji: lucuma martini, czyli mus z lucumy z kawałkami brownie, sernik z marakui, ciasto czekoladowe z owocami nasączonymi w pisco, oraz brownie z lodami z lucumy. Dla smakoszy.  

idziemy dalej

Gdzie byliśmy i gdzie Idziemy Dalej

Końcówka roku to już nic innego jak czas na wspomnienia. Chociaż nie jesteśmy fanami podsumowań ani podejmowania zobowiązań do wdrożenia od 1 stycznia po raz pierwszy pokusimy się o napisanie kilku słów o mijającym roku i o planach na kolejne podróże. Bo to był dla nas wyjątkowo dobry rok. Udało nam się wyjechać na trzy krótkie city breaki: do Budapesztu, Pragi i mojej ukochanej Kopenhagi oraz spędzić aż trzy tygodnie w Peru. W między czasie odwiedziliśmy też przepiękne Bieszczady i Biebrzański Park Narodowy. W sumie byliśmy w podróży 47 dni i odbyliśmy 10 lotów. Zdobyliśmy nowe doświadczenia, a ja nauczyłam się cieszyć nie tylko z wyjazdów, ale i z powrotów do ukochanej Warszawy. Nie bylibyśmy jednak sobą gdybyśmy nie snuli już planów na nadchodzący rok. Sprawę uprościł tegoroczny Mikołaj, który przyniósł bilety do Longyearbyen. Lecimy w sierpniu i spędzimy tam 5 dni. Wyprawa na Spitsbergen od dawna była marzeniem Krzysia dlatego gdy zobaczyłam promocję na przelot z Gdańska nie zastanawiałam się zbyt długo. Choć moje myśli nie krążyły w okolicach zimnych, północnych kierunków muszę przyznać, że planując tę niespodziankę nabrałam ogromnej ochoty na ten wyjazd. To musi być magiczne miejsce. Pozostałe cele pozostają na razie w sferze marzeń. Od dawna planuję wyjazd do Lizbony, a najchętniej przemierzyłabym autem cały kraj wzdłuż i wszerz. Nie do końca wiem z czego to przekonanie wynika, ale wydaje mi się, że zakocham się w tym miejscu. Na liście stolic do odwiedzenia w ramach city break jest również Sztokholm – po latach chciałabym zobaczyć to skandynawskie miasto i przekonać się czy zachwyci mnie tak samo jak Kopenhaga. I jeszcze Barcelona, bo z tym miastem wiążą się pewne zobowiązania wobec mojego siostrzeńca (mecz FC Barcelona), więc kto wie – może w tym roku uda się ten plan zrealizować? Krzyś, gdy zapytałam go marzenia na 2016 bez namysłu odpowiedział: Sofia i Tirana. Kierunki nieodkryte, mniej dostępne, nieoczywiste. To jest w naszych oczach zawsze duży plus, bo oboje nie lubimy zatłoczonych miejsc, a atrakcje turystyczne do których ustawiają się kolejki są naszym najgorszym koszmarem. Jeśli chodzi o cele dalsze – w sensie odległości – jesteśmy całkiem zgodni. Ja nabrałam już chyba odwagi i ochoty by odwiedzić Afrykę – kontynent na który Krzyś chciał zaciągnąć mnie od zawsze. Odświeżyłam niedawno kontakt ze znajomą, która pochodzi z Botswany i która po kilku latach spędzonych w Europie wróciła do korzeni. Jak się okazało pracuje w branży turystycznej i bardzo namawia nas na przyjazd w swoje okolice. Na razie wymieniamy maile i informacje, badamy grunt. Na liście od dawna jest również Islandia, a niedawno dołączyła do niej Australia. Musimy przyznać, że niezmiennie ciągnie nas też w kierunku Ameryki Południowej – jeśli poniesie nas w tamtą stronę będzie to na pewno Chile. Plan: przejechać kraj z góry na dół. Ale to oczywiście tylko marzenia. Jako że decyzje często podejmujemy bardzo spontanicznie i nie bez znaczenia są ceny biletów lotniczych być może wylądujemy w zupełnie innym miejscu. Tak czy siak mamy nadzieję, że nadchodzący rok będzie co najmniej tak dobry jak ten, a może nawet jeszcze lepszy, czego sobie i Wam życzymy!

idziemy dalej

Nie tylko ziemniaki i kukurydza

Kuchnia peruwiańska od pewnego czasu zyskuje coraz większe uznanie na świecie. Już trzykrotnie Peru wygrało w konkursie „World Travel Awards“ w kategorii „najlepszy cel gastronomiczny na świecie“. Kuchnia ta łączy w sobie wpływy afrykańskie, chińskie i kreolskie z tradycjami kuchni miejscowej, dzięki czemu jest szalenie różnorodna. Ogromne zasługi w promowaniu narodowych smaków Peru przypisuje się znakomitemu szefowi kuchni – Gastonowi Acurio, który jest ambasadorem kuchni peruwiańskiej na świecie i sprawił, że gastronomia ta przebudziła się niemal po 500 latach. Gaston Acurio szacuje, że za około 25 lat kuchnia peruwiańska osiągnie ten sam status co kuchnia włoska. Już teraz mówi się, że jest to najlepsza kuchnia w całej Ameryce Południowej. Najsłynniejsze dania Peru to jedzenie biednych. Tak jak pisałam w pierwszej notce – jednym z najważniejszych składników potraw są ziemniaki. W Andach uprawia się według różnych źródeł od kilkuset do nawet 3000 odmian tego warzywa. Najbardziej znane to ziemniaki żółte (papa amarilla) i słodkie (camote). Innym ważnym elementem jest kukurydza, która przywędrowała do Peru z Ameryki Środkowej. Szczególnie popularna jest odmiana choclo. Gotowane kolby z dodatkiem sera i sosu picante sprzedawane są na każdej ulicy. Nie byłoby też kuchni peruwiańskiej bez komosy ryżowej, która liczy sobie już 5000 lat. To bardzo wartościowe ziarno dla ludzkiego organizmu: zawiera aminokwasy i mnóstwo protein, a ponadto fosfor, magnez i żelazo. Nie zawiera glutenu. Jej popularność na świecie niestety niekorzystnie odbija się na mieszkańcach Peru – do niedawna quinoa stanowiła bowiem podstawę ich diety, teraz bardziej opłacalny jest jej eksport. W Limie i na wybrzeżu serwuje się ryby i owoce morza, a flagowym daniem jest ceviche. Na stołach bardzo często gości kurczak w przeróżnych odsłonach, a także jagnięcina i koźlina. Spożywa się również mięso lam. Peru jest rajem dla osób lubiących ostre smaki. Papryka chili, zwana aji, pojawia się w wielu potrawach. Żadne peruwiańskie miasto nie może obejść się bez „picanteria“, czyli knajpek, których nazwa pochodzi od hiszpańskiego słowa oznaczającego „ostrość“. Podobno nawet w McDonald’s serwuje się frytki z pikantnym sosem z żółtej aji. W 1814 roku Friedrich von Humboldt napisał esej polityczny na temat Królestwa Nowej Hiszpanii, w którym stwierdził, że „chili pełni tak ważną rolę w kuchni Peru, jak sól pośród białej nacji“. Wystarczy raz zanurzyć czubek widelca w tym ostrym sosie, który często podawany jest jako dodatek do potraw (lub jako przystawka, z pieczywem), żeby przekonać się, że to nie na europejskie podniebienia. Ciekawostką są duże wpływy kuchni chińskiej, bo mało kto wie, że w Peru mniejszość chińska jest dość liczna. Bardzo często widać w miastach szyldy z napisem „chifa“ – to nic innego jak restauracje serwujące chińszczyznę. Chifa powstała z potrzeby zaadaptowania chińskich przepisów do produktów dostępnych w Peru. Słowo pochodzi od czasownika „chi-fan“ oznaczającego „jeść ryż“. Zjeść dobrze w Peru można naprawdę w wielu miejscach: od ulicznych budek, przez niepozorne knajpki w których stołują się miejscowi, po wykwintne restauracje znajdujące się przede wszystkim w Limie i większych miastach. Menu del dia to wydatek rzędu 10-20 soli (sałatka, zupa, II danie i deser lub coś do picia). Porcje są ogromne, czasem jeden zestaw spokojnie wystarczy dla dwóch osób. Warto spróbować zarówno tańszych opcji, a jeśli ma się taką możliwość – wybrać się do restauracji z wyższej półki, bo kuchnia peruwiańska dostarcza naprawdę wspaniałych wrażeń smakowych. W kolejnej notce podrzucimy kilka inspiracji i rekomendacji!

idziemy dalej

Napadają, porywają, gwałcą i mordują

Przed wyjazdem na wakacje mieliśmy dużo obaw dotyczących bezpieczeństwa w Peru. Asia czytała wiele artykułów i blogów w których ludzie ostrzegali jak bardzo niebezpiecznie jest w tej części Ameryki Południowej. Nawet w przewodnikach znaleźliśmy porady i przestrogi na temat bezpieczeństwa. Począwszy od zwykłego złodziejstwa, przez napady rabunkowe, po porwania dla okupu. To robi wrażenie. Musimy przyznać, że mimo iż mamy trochę doświadczenia w różnego rodzaju turystyce, te ostrzeżenia podziałały nawet na naszą wyobraźnię. Długo toczyliśmy dyskusję czy brać na tę wyprawę aparat który mamy, czy nie lepiej kupić tanią „małpę” by mieć jakieś zdjęcia, ale w razie kradzieży nie stracić wartościowego sprzętu. Zastanawialiśmy się też gdzie chować pieniądze, co robić z paszportem i dokumentami, bo niektóre przewodniki sugerowały by zostawić wszystko w ambasadzie RP w Limie (pisząc jednocześnie w rozdziale obok, że oryginał paszportu jest niezbędny by wejść na Machu Picchu). Ostatecznie mimo wahania zabraliśmy nasz normalny aparat, ale dodatkowo go ubezpieczyliśmy, a dokumenty i pieniądze jak zwykle nosiliśmy zawsze przy sobie. Na wszelki wypadek przygotowaliśmy jednak „fałszywe” portfele w których mieliśmy trochę gotówki i karty płatnicze do pustych kont. Na szczęście wszystkie te zabezpieczenia okazały się dmuchaniem na zimne, ale trzeba przyznać że początki były niepewne. Pierwszy dzień w Limie był dziwny. Baliśmy się wyjąć aparat z plecaka nawet w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy miasta! Z czasem strach ustępował i powoli zaczęliśmy się zachowywać jak na każdym wyjeździe. Tym bardziej, że w turystycznych miejscach widzieliśmy wiele patroli policyjnych, co daje zawsze spore poczucie bezpieczeństwa. Jeśli się jest rozsądnym, nie prowokuje, nie szpanuje i nie chodzi z portfelem w tylnej kieszeni spodni, to nie powinno się przytrafić się nic nieoczekiwanego. W jednej kwestii pewnie warto słuchać się przewodników i nie zapuszczać w biedniejsze i mniej bezpieczne dzielnice po zmroku, bo to że nie przytrafiła nam się żadna przygoda nie oznacza, że Peruwiańczycy nie mają problemów z przestępczością – owszem mają i to duże. Peru to bardzo biedny kraj. Blisko 1/3 społeczeństwa stanowią młodzi ludzie, często bez pracy i perspektyw. To niestety sprzyja łamaniu prawa. Wystarczy przyjrzeć się stolicy kraju – Limie. Niemal w każdym dużym sklepie są ochroniarze. Płoty posesji w mieście są bardzo wysokie, zwykle zakończone kolcami lub drutem pod napięciem; na wsi szczyt ogrodzenia zdobią porozbijane butelki lub porastają kaktusy. Coś zatem musi być na rzeczy, bo nie pełnią one raczej funkcji ozdobnej. Ale gdy po powrocie do Warszawy rozmawialiśmy ze znajomymi o naszych wrażeniach i odnosiliśmy się do przeczytanych wcześniej ostrzeżeń, okazało się, że przewodniki i blogu o Brazylii czy Kolumbii oferują dokładnie ten sam zestaw niebezpieczeństw. Czy zatem w Peru jest bezpiecznie? Na pewno nie warto tego kraju demonizować. Podczas naszego wyjazdu nic nie zwróciło naszej szczególnej uwagi. Jak zawsze trzeba mieć oczy szeroko otwarte, przestrzegać pewnych zasad i słuchać miejscowych – wtedy wszystko powinno być dobrze. A jak się ma pecha to i w centrum Warszawy w środku dnia można zostać okradzionym, więc nie warto się nadmiernie stresować i zamartwiać, bo Peru to piękny kraj, pełen serdecznych i pomocnych ludzi.

idziemy dalej

Miejska dżungla, czyli czego trąbisz

Przepisy drogowe w Peru istnieją chyba tylko w teorii. Zwłaszcza w miastach daje się odczuć bardzo swobodną interpretację kodeksu drogowego. Generalnie panuje jedna zasada, czyli: kto szybszy/większy/odważniejszy, ten jedzie. Nie dotyczy to jednak tutejszych tuk-tuków, które nie są ani szybkie, ani duże, ale pchają się i wymuszają pierwszeństwo gdzie tylko się da. Jeśli chodzi o skrzyżowania, to szczególnie interesujące wydają się ronda, które w europejskich krajach buduje się dla zwiększenia bezpieczeństwa i usprawnienia ruchu. Tutaj trudno wskazać ich funkcję, ale z naszych obserwacji wynika, że mogą być przydatne raczej dla samobójców. Do tej pory nie udało nam się rozpracować jakie zasady na nich panują, więc prawdopodobnie żadne. Wyznaczone pasy ruchu też są bardzo umowne, skręcanie z prawego pasa w lewo lub z lewego w prawo nie robi na nikim najmniejszego wrażenia. Pieszy na każdym kroku musi walczyć o przetrwanie. Nawet jeśli jest już w połowie pasów, a pojawi się na nich akurat jakieś auto, będzie musiał ustąpić mu pierwszeństwa. Co ciekawe przez 3 tygodnie podróży nie widzieliśmy żadnego wypadku, ani żadnej stłuczki, choć po ulicach jeździ mnóstwo poobijanych aut. Być może peruwiańscy kierowcy po prostu zachowują pewien rodzaj szczególnej ostrożności, bo nigdy nie wiadomo czym zaskoczy ich inny uczestnik ruchu drogowego – taka jest nasza teoria. Plus dodatkowo, żeby sobie w tej miejskiej dżungli poradzić, wypracowano tu system sygnalizacji manewrów na drogach. Jest to system dźwiękowy potocznie zwany trąbieniem. Dźwięk klaksonu słychać wszędzie – nieważne czy to 10-cio milionowa Lima czy 5-cio tysięczne Paracas. W tym drugim mieszkaliśmy stosunkowo blisko głównej drogi i czasem czuliśmy się jakby za oknem była Marszałkowska. Kiedy trąbić? Po pierwsze trąbi się chcąc zasygnalizować: „jadę”. Czy to na skrzyżowaniu równorzędnym, na rondzie czy przy włączaniu się do ruchu lub zmianie pasa (często wymuszonym). Po drugie trąbi się „ostrzegawczo” – na pieszych czy dzieci przy drodze, by na nią nie wtargnęły; na kierowców chcących włączyć się do ruchu. Po trzecie – trąbi się „zaczepnie”. Gdy widzi się „znajomych”, albo chce się kogoś pozdrowić. Taksówkarze trąbią też na wszystko co się rusza, co oznacza – czy przypadkiem nie potrzebujecie podwózki? Mimo że w danym momencie nie wykazujesz najmniejszego zainteresowania tą formą transportu zawsze warto trąbnąć. Po czwarte – trąbi się ze zniecierpliwienia. Na autobusy, które wysadzają i zabierają pasażerów i „blokują” na chwile ruch, na wszelkie „przeszkody” na drodze, na „ospałych” kierowców, którzy nie ruszają ze skrzyżowania, choć sygnalizacja wskazuje, że jeszcze przez dobrych kilka sekund będzie czerwone. Co ciekawe przewodniki ostrzegają przed wynajęciem auta i zwracają uwagę na tereny poza miastami. Nasze doświadczenia są zupełnie odwrotne. Im większe miasto tym większe wyzwanie. Raz, że kultura jazdy, a dwa – układ ulic, bo wiele z nich jest jednokierunkowych. W jednym z przewodników przeczytałam, że jak ktoś potrafi jeździć w Limie to poradzi sobie na całym świecie. Zdecydowanie coś w tym jest, bo już wycieczka do Sacred Valley, a w zasadzie jazda po Cuzco było dla nas nie lada wyzwaniem. W Limie raczej nie odważylibyśmy się prowadzić auta.

idziemy dalej

SkyKitchen, czyli gotowanie w Peru

Kuchnia peruwiańska mnie zachwyciła. Dlatego gdy tylko znalazłam kurs gotowania, uznałam, że to doskonały pomysł na zakończenie naszych wakacji w Peru. Zajęcia prowadzone są w Limie przez firmę SkyKitchen. W trakcie kursu „Peruvian Classics“ nauczyłam się przygotowywać cztery popularne dania: causa, ceviche, lomo saltado i picarones. Oczywiście wszystko od razu zjadaliśmy, więc jeśli się na taki kurs wybierzecie, nie wyjdziecie z niego głodni. Jakie potrawy kryją się za powyższymi nazwami? Causa to popularna przystawka, której podstawą jest puree z ziemniaków z dodatkiem pasty z papryki aji (amarillo). Inne składniki to awkoado i kurczak z majonezem lub ryba, na przykład łosoś, które układa się warstwowo. Według legendy causa została stworzona jako danie sycące i tanie. A że ziemniaków w Peru nigdy nie brakowało, powstała ziemniaczana causa, którą karmiono żołnierzy podczas wojny peruwiańsko-chilijskiej (XIX wiek). Causa pochodzi od kausay (j.keczua), co dosłownie oznacza życie (w przenośni „to co żywi/karmi“). O ceviche już kiedyś wspomniałam. To surowa ryba bardzo krótko marynowana w sosie z limonki, soli, chile i kolendry. W Peru danie to serwowane jest w restauracjach przed południem, co gwarantuje, że ryba jest świeża. Nie będzie to moje ulubione danie, choć muszę przyznać, że ceviche przygotowane w trakcie kursu było najlepsze spośród wszystkich, które spróbowałam. Lomo saltado to propozycja, która chyba nigdy nie skojarzyłaby mi się z kuchnią peruwiańską. W dosłownym tłumaczeniu oznacza skaczącą (skakaną) polędwiczkę. Widać tu ogromne wpływy kuchni chińskiej, bo lomo saltado to nic innego jak stir fry – z wołowiną, cebulą, pomidorami, czosnkiem i kolendrą. Serwuje się je z ryżem i frytkami. To bardzo popularne zestawienie – ryż i frytki. Może Peruwiańczycy traktują frytki jako sałatkę?:) W końcu ziemniaki to warzywo! Kurs zakończyliśmy smażeniem popularnych tutaj, zwłaszcza na ulicznych straganach, „pączków“ zwanych picarones. Co ciekawe do ich przygotowania również używa się ziemniaków (puree) i dyni. Smaży się je na głębokim tłuszczu i serwuje z melasą. Bardzo słodkie. Do Polski wróciłam z pysznymi wspomnieniami i książką kucharską z przepisami kuchni peruwiańskiej Martina Moralesa „Ceviche“. Kurs serdecznie wszystkim polecam, bo to świetna forma spędzenia czasu, zwłaszcza jeśli – tak jak my – nie jest się fanem miast. Nie są konieczne wysokie umiejętności kulinarne.

idziemy dalej

Egzotyczne owoce – dzięki nim posmakujesz w Peru

Peru to kraj, w którym przez cały rok dostępne są nieznane w innych częściach świata, owoce. Stoiska ze świeżymi produktami na lokalnych targach zachwycają mnogością gatunków i ferią barw. Są przepiękne. Peruwiańczycy są słodkim narodem i owoce spożywają znacznie chętniej i częściej niż warzywa – na przykład w postaci koktajli i świeżych soków, które są nieodłącznym elementem śniadania. Będąc w Cusco na San Pedro Market postanowiliśmy kupić wszystkie egzotyczne owoce, które wpadną nam w ręce. Uzbierało się ich trochę, a to i tak niewielka część tego, co można spotkać w Peru. Nieznajomość języka sprawiła nam też „śmierdzącą“ niespodziankę, ale dzięki temu wiemy już (i tą wiedzą się podzielimy!) czego kupować i czego jeść nie należy. Cocona – owoc na soki i napoje orzeźwiające. Kwaśna (z posmakiem zgnilizny – mówi Krzysiek).   Pepinio – odmiana melona o bardzo intensywnym zapachu. Soczysty i słodki, bogaty w witaminę C.   Aguaymanto – wiśnia peruwiańska lub jagoda inkaska. Spożywa się na surowo, ale można też ususzyć. W smaku przypominała nam agrest.   Lucuma – owoc o orzechowym aromacie, konsystencja miąższu przypomina ugotowane żółtko. Podobno w Peru smak lukumy jest bardziej popularny od smaku truskawek, wanilii czy czekolady. Szeroko stosowany w przygotowaniu deserów (musów, lodów, kremów). Pyszny!   Granadilla – inaczej męczennica (ciekawe skąd ta niewdzięczna nazwa?). Gatunek marakui. W środku zawiera galaretowatą słodką substancję i pestki. Nasz zdecydowany faworyt.   Chirimoya – próbowaliśmy jej już w Hiszpanii, to podobno najlepszy owoc na świecie. Jej smak ma przypominać budyń lub truskawki ze śmietaną. Nie podzielamy tych zachwytów, ale owoc jest bardzo dobry.   Tuna – ma skórkę pokrytą małymi kolcami, dlatego sprzedawcy często oferują jej obranie (warto z tej oferty skorzystać). Zjada się cały środek wraz z pestkami. Smakuje podobnie jak arbuz.   Carambola (Oskomian pospolity) – można ją spożywać na surowo, choć służy głównie do wyrobu soków skutecznie gaszących pragnienie. Trudno delektować się owocem, który smakuje jak cytryna.   A śmierdząca niespodzianka o której wspomniałam to noni. Trzymajcie się od tego owocu z daleka. Gdy dojrzeje wydziela bardzo nieprzyjemny, intensywny zapach. W Peru spożywany jest powszechnie w postaci soków. Ma właściwości przeciwzapalne oraz przeciwbólowe i pomaga w zwalczaniu wielu chorób. Nasz egzemplarz wylądował w koszu, a mamy nadzieję nigdy więcej się z tym owocem nie zetkniemy.   Mimo to bardzo polecamy takie owocowe szaleństwo. W Limie można wybrać się na targ z przewodnikiem. Wycieczki organizuje firma Skykitchen. Cena ok. 40 dolarów obejmuje zakupy na targu i degustację ok. 30 różnych owoców.

idziemy dalej

Egzotyczne owoce – dzięki nim posmakujesz Peru

Peru to kraj, w którym przez cały rok dostępne są nieznane w innych częściach świata, owoce. Stoiska ze świeżymi produktami na lokalnych targach zachwycają mnogością gatunków i ferią barw. Są przepiękne. Peruwiańczycy są słodkim narodem i owoce spożywają znacznie chętniej i częściej niż warzywa – na przykład w postaci koktajli i świeżych soków, które są nieodłącznym elementem śniadania. Będąc w Cusco na San Pedro Market postanowiliśmy kupić wszystkie egzotyczne owoce, które wpadną nam w ręce. Uzbierało się ich trochę, a to i tak niewielka część tego, co można spotkać w Peru. Nieznajomość języka sprawiła nam też „śmierdzącą“ niespodziankę, ale dzięki temu wiemy już (i tą wiedzą się podzielimy!) czego kupować i czego jeść nie należy. Cocona – owoc na soki i napoje orzeźwiające. Kwaśna (z posmakiem zgnilizny – mówi Krzyś).   Pepinio – odmiana melona o bardzo intensywnym zapachu. Soczysty i słodki, bogaty w witaminę C.   Aguaymanto – wiśnia peruwiańska lub jagoda inkaska. Spożywa się na surowo, ale można też ususzyć. W smaku przypominała nam agrest.   Lucuma – owoc o orzechowym aromacie, konsystencja miąższu przypomina ugotowane żółtko. Podobno w Peru smak lukumy jest bardziej popularny od smaku truskawek, wanilii czy czekolady. Szeroko stosowany w przygotowaniu deserów (musów, lodów, kremów). Pyszny!   Granadilla – inaczej męczennica (ciekawe skąd ta niewdzięczna nazwa?). Gatunek marakui. W środku zawiera galaretowatą słodką substancję i pestki. Nasz zdecydowany faworyt.   Chirimoya – próbowaliśmy jej już w Hiszpanii, to podobno najlepszy owoc na świecie. Jej smak ma przypominać budyń lub truskawki ze śmietaną. Nie podzielamy tych zachwytów, ale owoc jest bardzo dobry.   Tuna – ma skórkę pokrytą małymi kolcami, dlatego sprzedawcy często oferują jej obranie (warto z tej oferty skorzystać). Zjada się cały środek wraz z pestkami. Smakuje podobnie jak arbuz.   Carambola (Oskomian pospolity) – można ją spożywać na surowo, choć służy głównie do wyrobu soków skutecznie gaszących pragnienie. Trudno delektować się owocem, który smakuje jak cytryna.   A śmierdząca niespodzianka o której wspomniałam to noni. Trzymajcie się od tego owocu z daleka. Gdy dojrzeje wydziela bardzo nieprzyjemny, intensywny zapach. W Peru spożywany jest powszechnie w postaci soków. Ma właściwości przeciwzapalne oraz przeciwbólowe i pomaga w zwalczaniu wielu chorób. Nasz egzemplarz wylądował w koszu i mamy, nadzieję że już nigdy więcej się z tym śmierdzielem nie zetkniemy.   Mimo to bardzo polecamy takie owocowe szaleństwo. W Limie można wybrać się na targ z przewodnikiem. Wycieczki organizuje firma Skykitchen. Cena ok. 40 dolarów obejmuje zakupy na targu i degustację ok. 30 różnych owoców.

idziemy dalej

Machu Picchu – naprawdę warto!

Jeśli jakieś miejsce w Peru można uznać za prawdziwą wizytówkę tego kraju, to zdecydowanie będzie to Machu Picchu. Chyba większość turystów, którym pokaże się zdjęcie ruin, charakterystycznie położonych u zbocza dwóch gór, bezbłędnie nazwie to miejsce. Gdy wylądowaliśmy prawie 3 tygodnie temu w Limie, pierwszym plakatem jaki przywitał nas na lotnisku, było oczywiście zdjęcie Machu Picchu. Od tamtej pory widzieliśmy te ruiny wszędzie – na autobusach, produktach spożywczych, pamiątkach, bilbordach, itd. Gdy trwało głosowanie na siedem współczesnych cudów świata, peruwiańskie władze ustawiały na rynkach miast specjalne terminale, by mieszkańcy mogli zagłosować na swój największy skarb. Akcja się udała i Machu Picchu znalazło się wsród wyróżnionych. Oczywiście popularność ma też negatywne strony. W sezonie Machu Picchu jest tak chętnie odwiedzane, że w obawie o zabytek władze wprowadziły dzienne limity turystów, którzy mogą wejść na jego teren. Ale nie to jest dla turystów najwieksza bolączką. Od dawna wiadomo, że jak coś jest popularne, to może być drogie… Jednak ceny wstępu wyprawy na Machu Picchu są jak na warunki peruwiańskie zupełnie poza wszelkiemu kategoriami. Większość turystów zaczyna swoją wyprawę z Cuzco, oddalonego od najważniejszych peruwiańskich ruin o ponad 70 kilometrów. Jeśli masz gruby porfel możesz odrazu pojechać pociągiem niemal pod same ruiny, do miejscowości Aguas Calientes. Będzie to kosztować w zależności od warunków jazdy od 75 do prawie 400 dolarów w jedna stronę. Oczywiście można oszczędzać. Połowę drogi można pokonać lokalnym busikiem – powinno się to udać za jakieś 10 dolarów w jedna stronę. Ale to tylko połowa drogi – drugą musisz pokonać pociągiem, bo drogi nikomu nie opłaca się budować. Z Ollantaytambo do Aguas Calientes za 1,5 godziny jazdy pociągiem zapłacisz minimum 50 dolarów… w jedną stronę! Jeśli znowu nie masz pieniędzy, za to masz czas i dobrą kondycję, możesz dojść do Aguas Calientes niejako od drugiej strony, wzdłuż torów, przez dżunglę. Jest to opcja najtańsza, ale i najtrudniejsza i tym samym najmniej popularna. Pomyślicie może, że w sumie 120 dolarów w wersji ekonomicznej, to nie tak dużo żeby się dostać do jednego z cudów świata. Jasne, ale to nie koniec wydatków. Aguas Calientes to tylko baza wypadowa na Machu Picchu. Małe hotelowo-restauracyjne miasteczko położone w dolinie rzeki Urubamba, z którego do Inkaskiej twierdzy jest już niby tylko parę kroków, ale za to jakże trudnych do zrobienia. Opcje są dwie… Pieszo – dwukilometrową wspinaczką pod bardzo strome zbocze. Przy dobrej pogodzie (nie leje, i nie ma tropikalnego upału) wprawnemu wspinaczowi zajmie to około 1,5 godziny. Busem – 12 dolarów w jedną stronę i już prawie jesteśmy. Jeszcze tylko 40 dolarów opłaty za wstęp i zdobyliśmy Machu Picchu. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że najprawdopodobniej będziecie zmuszeni do noclegu w Aguas Calientes (choć niektórym udaje się tego uniknąć), a to kolejne powiedzmy 20 dolarów. Oczywiście trzeba jeszcze,coś jeść i pić, a ceny – jak na Peru – są stosunkowo wysokie. Podsumowując przeciętny turysta wyda na zdobycie Machu Picchu około 250 dolarów. Co w skali wydatków na inne peruwiańskie atrakcje jest wielkością nieporównywalna z niczym innym. No dobrze, ale gdy już zdecydujemy się na wyprawę do Machu Picchu, to czy będziemy usatysfakcjonowani tym co zobaczymy? Czy turystyczny charakter miejsca i jego komercjalizacja nie sprawią, że uznamy wydane pieniądze i przeznaczony czas za stracone? Naszym zdaniem zdecydowanie warto, a to co zobaczycie jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc na świecie. Nasza dwudniowa wycieczka do Machu Picchu, rozpoczęła się w Cuzco, z którego busikiem, przez góry, dojechaliśmy do Ollantaytambo. Tu wsiedliśmy w IncaRail do Aguas Calientes. Całą drogę tory wiodą doliną, wzdłuż rzeki Urubamba. Początkowo krajobraz jest typowo peruwiański. Surowe zbocza gór z rzadka porośnięte trawami, krzewami i kaktusami. Od czasu do czasu pola uprawne, krowy i osły. Ale z biegiem rzeki, krajobraz dość niespodziewanie zmienia się. Roślinność staje się coraz bardziej bujna, a zbocza gór zielone, pełne drzew. Nawet nie wiemy w którym momencie zaszła ta zmiana – jedziemy przez prawdziwą dżunglę. Dolina robi się coraz węższa, a strome zbocza gór znikają w chmurach i zdają się nie mieć końca. Po półtoragodzinnej podróży docieramy do Aguas Calientes, zwanego czasem Machu Picchu Pueblo. To małe miasteczko wciśnięte w dolinę, miedzy rzekę a potężne góry. Tu w jednym z dziesiątek hoteli zostaniemy na noc, by zgodnie z planem z samego rana (pierwsze busy ruszają już po 5:00) pojechać do inkaskiej twierdzy. Dziwny traf, a może ręka inkaskiego Boga sprawia, że zamiast wstać po 4:00, budzimy się przed 6:00. Szybkie śniadanie, krótki marsz do busa, 25 minut niesamowitej wspinaczki wąskimi serpentynami i jesteśmy na szczycie. Przechodzimy przez bramę, kontrola biletów i już… naszym oczom ukazuje się… no właśnie nic się nie ukazuje. Jesteśmy w środku chmur. Blisko nas widać jakieś kamienie stanowiące zapewne zabytkowe zabudowania. Ale poza tym nic, zupełnie nic. Wkoło same chmury. Widoczność ma jakieś 20 metrów. Aparat nie jest w stanie na niczym złapać ostrości. Pytamy schodzących z góry francuskich turystów, którzy zapewne nie zaspali tak jak my, czy coś widzieli. Zupełnie nic. Są tu juz 1,5 godziny i widzieli tylko chmury. Zaczynamy w myślach przeklinać i zastanawiać się czy jest jakakolwiek szansa na poprawę pogody. Jest kilka minut po 7:00. Mamy czas. Będziemy czekać. Jeden z przewodników, próbuje pocieszać rozczarowanych turystów, że tak Machu Picchu jest jeszcze bardziej tajemnicze. Nadzieja przychodzi od wschodu, po około 30 minutach. Chmury powoli się rozchodzą, a my możemy podziwiać niesamowity spektakl. Natura postanowiła dawkować nam ten widok. Najpierw z wolna odsłaniają się zabudowania, następnie bardzo nieśmiało naszym oczom ukazuje się lewy (niższy) szczyt. Całość miasta Inków i wszystkie szczyty stają w pełnym słońcu koło 9:00. Dobrze, że nie stawiliśmy się tu z samego rana – na wschód słońca. Przybyliśmy w najbardziej odpowiednim momencie. Przewodnik miał rację – Machu Picchu wyłaniające się z chmur jest naprawdę tajemnicze. Obejście całego terenu wraz z przewodnikiem zajmuje 2-3 godziny. My zachwyceni widokami, chcąc jak najlepiej poczuć magię tego miejsca , nie mogliśmy rozstać się z Machu Picchu. Spędziliśmy w ruinach ponad 7 godzin. Nie żałujemy nawet jednego dolara który wydaliśmy, by tu się dostać. A obraz Machu Picchu wyłaniającego się z chmur zostanie w naszej pamięci do końca życia.

idziemy dalej

Święta Dolina Inków – ruiny, sól i znowu świnka

Jeśli Cuzco było dla Inków „pępkiem świata”, to Sacred Valley (Święta Dolina) musiało być prawdziwym sercem ich Imperium. To właśnie w tych rejonach, po dziś dzień, można podziwiać ruiny wielu miast i twierdz z czasów świetności Inków. Podobno, by zapoznać się dokładnie ze wszystkimi zabytkowymi miejscami w tym rejonie, trzeba by spędzić tu ponad rok. Niestety my z braku czasu musieliśmy ograniczyć się tylko do tych najbardziej popularnych i najłatwiej dostępnych. Mimo tego, lista odwiedzonych przez nas, w ciagu dwóch dni, miejsc jest dość długa. Cześć z nich zobaczyliśmy w ramach zorganizowanej wycieczki, inne na własną rękę – podróżując wypożyczonym samochodem. Sacsayhuamán – ruszając z Cuzco w stronę miejscowości Pisac, gdzie właściwie zaczyna się Święta Dolina, mija się kilka bardzo ciekawych inkaskich kompleksów. Sacsayhuamán (by ułatwić turystom wymowę, przewodnicy tłumaczą by po prostu mówić ‚sexy woman’) to twierdza, której kształt z lotu ptaka, wraz z położonym w dole Cuzco, miał przypominać kształt pumy. Najwyraźniej widać to podobieństwo obserwując charakterystyczny kształt murów obronnych – to zęby drapieżnika. Q’enqo – zaledwie kilka kilometrów od Sacsayhuamán odnajdujemy ruiny jednej z najwiekszych świątyni w regionie – Q’enqo czyli Zygzak. Tutaj odprawiano różne rytuały religijne, często związane z ofiarami ze zwierząt – najcześciej lam. Ciekawostkę stanowi olbrzymi głaz, który podobno o określonej porze rzuca cień w kształcie pumy. Pucapucara (Czerwona Twierdza) i Tambomachay – kolejne kilka kilometrów drogą w stronę Pisac i przejeżdżamy koło następnych kompleksów ruin. Typowo obronnych w Pucapucara i wyjątkowych, pełniacych niegdyś rolę wodnej świątyni lub łaźni w Tambomachay (do dziś po kamiennych tarasach i kanałach płynie tędy woda z gór). Pisac – krętą, górską drogą docieramy w końcu do doliny rzeki Urubamba, czyli do Świętej Doliny Inków. Miejscowość Pisac słynie z dwóch rzeczy. Inkaskich ruin położonych wysoko w górach nad współczesnym miastem i największego w regionie niedzielnego targu, na którym można kupić niemal wszystko. Cuy – nie znajdziecie na mapie miejscowości, ani twierdzy o takiej nazwie. Cuy to po hiszpańsku świnka morska (czyli od niedawna oficjalnie kawia domowa). A czemu znowu piszemy o śwince i to w takim towarzystwie? Bo jest takie miejsce w Świętej Dolinie w którym rządzi świnka morska… przynajmniej na talerzu. Gdzieś pośrodku drogi miedzy Pisac, a Urubambą po obu stronach jezdni nagle wyrastają rzędy restauracji, przed którymi stoją miłe panie z długimi kijami. A na kijach, jak już pewnie się domyślacie dumnie spoczywają pieczone świnki morskie. Widok jest naprawdę imponujący. Kilkanaście restauracji i przed każda pani, kije i świnki! I to właściwie cała miejscowość. Tym razem ograniczyliśmy się tylko do zdjeć… Ollantaytambo – jadąc dalej wzdłuż doliny rzeki Urubamba docieramy do malutkiego miasteczka, które dla turystów jest ważne z dwóch powodów. Po pierwsze tutaj wielu z ich wsiada w pociąg w kierunku Machu Picchu. Po drugie, ważniejsze, to tutaj właściwie w środku współczesnego miasteczka wyrasta kompleks inkaskich ruin ze Świątynia Słońca na samym szczycie. Moray – by tu dotrzeć trzeba odbić z doliny Urubamby w kierunku Chinchero. To wyglądające jak lądowisko statków kosmicznych miejsce w rzeczywistości było najprawdopodobniej wielkim laboratorium rolniczym w którym Inkowie badali wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych. Różnica wysokości pomiędzy najwyższym i najniższym tarasem wynosi 30 metrów, co sprawia że średnie roczne temperatury różnią się tu o 15°C. Woda dostarczana jest na poszczególne poziomy tarasów za pomocą skomplikowanego systemu nawadniającego. Salineras de Maras – jedno z naszych ulubionych miejsc w całej Świętej Dolinie Inków. Ukryty miedzy szczytami gór kompleks ponad 3000 salin. Słona woda spływa tutaj kanałami z naturalnego źrodła do niewielkich, prostokątnych basenów. Tam woda odparowuje na słońcu i umożliwia pozyskanie soli. Pierwsze saliny zostały wybudowane w tym miejscu za czasów Inków. Praktyczna uwaga dla chcących podziwiać Salineras de Maras w pełnej krasie – jeśli przyjedziecie tu w godzinach popołudniowych, to kompleks będzie niestety zacieniony… oczywiście można uznać to za zaletę, bo będzie chłodniej. My jednak narzekaliśmy pod kątem efektu na zdjęciach. Chinchero – naszą dwudniową wędrówkę po Dolinie Inków zakończyliśmy w Chinchero. Tu można podziwiać zarówno inkaskie mury w centrum miasta, tarasowe pola (na których do dzisiaj miejscowi uprawiają ziemie), jak i okazały kościół wzniesiony przez Hiszpanów pod koniec XVI wieku. Niestety na odwiedzenie innych miejsc w Dolinie Inków nie wystarczyło już czasu. Oczywiście przed nami ciagle pozostaje perła w inkaskiej koronie – Machu Picchu.

idziemy dalej

Cuzco – pępek świata

Naszym kolejnym, nieco dłuższym przystankiem w podróży jest Cuzco – co w języku keczua oznacza „pępek świata”. Uważane za główne miasto okolicy, niekwestionowaną turystyczną stolicę kraju. Region oferuje wspaniałe pejzaże, ciekawą kulturę i jedne z najbardziej znanych stanowisk archeologicznych w Peru. Atrakcji i możliwości jest tyle, że można by tu spędzić kilka miesięcy i nie zobaczyć wszystkiego. Zanim jednak ruszymy do Sacred Valley czy Machu Picchu warto poświęcić choć jeden dzień na zobaczenie miasta. Zachwyca w nim mieszanka wpływów inkaskich i hiszpańskich. Kolonialne kościoły (których jest tu mnóstwo) sąsiadują z murami z idealnie dopasowanych głazów. Oczywiście idziemy zobaczyć ten najbardziej znany – dwunastokątny, przy ulicy Hatunrumiyoc. Uważa się że liczba kątów mogła symbolizować kalendarz. Odwiedzamy najważniejsze place i podziwiamy piękną zabudowę wokół nich. Wspinamy się też do słynnej dzielnicy San Blas, która jest zupełnie inna niż pozostała część Cusco. Wąskie uliczki pną się ostro w górę, a ruch samochodowy właściwie zanika. Z placu obok kościoła św. Krzysztofa rozciąga się przepiękna panorama na rozpościerające się po okolicznych szczytach miasto. Przewodniki ostrzegają przed spacerami po zmroku, i faktycznie pewnie akurat w tym przypadku jest to słuszna uwaga, bo miejsce wydaje się być nieco wyludnione.  Udajemy się również na jeden z najsłynniejszych targów San Pedro Market, na którym kupujemy wszystkie egzotyczne owoce, jakie wpadną nam w ręce. Im poświęcimy osobny wpis. Wizyta w Cuzco nie może obejść się bez drobnych zakupów – pełno tu warsztatów rzemieślniczych, artystycznych pracowni i targów rękodzieła. Wizyta w Cuzco to dla nas tak naprawdę moment na odpoczynek i zlapanie oddechu, bo wysokości jednak trochę dają się we znaki. Przed nami Sacred Valley i „gwóźdź programu”, czyli Machu Picchcu.

idziemy dalej

Titicaca – jezioro z kalendarza

Pamiętam, jak wiele lat temu, gdy uczęszczałem jeszcze do szkoły podstawowej, nad moim biurkiem wisiał kalendarz ze zdjęciami z przeróżnych miejsc świata. Jednak tylko jedno z nich utkwiło mi w pamięci po dziś dzień. Było to zdjęcie zrobione nad jeziorem Titicaca. Od tamtego momentu, co jakiś czas, w mych myślach przewijała się chęć zobaczenia tego miejsca na własne oczy. I teraz udało się to zrealizować. Pewnie każdy z Was słyszał o jeziorze Titicaca, choćby na lekcjach geografii. W końcu to największe wysokogórskie (położone ponad 3800 m n.p.m.) jezioro żeglowne na świecie. Ale to nie to jest głównym magnesem przyciągającym turystów z całego świata w te strony. Wszyscy przybywający nad Titicaca od strony peruwiańskiej mają jeden cel – Uros. To niezwykłe wyspy, budowane od stuleci przez lokalne społeczności z korzeni i łodyg traw totora, bardzo obficie porastających przybrzeżne wody. Na metrowej warstwie korzeni układa się wiele warstw trzciny, którą regularnie (nawet raz na dwa tygodnie) trzeba uzupełniać, bo najniższe zanużone w wodzie warstwy gniją. Wyspy zakotwicza się, by nie odpłynęły w niechcianym kierunku. Z trzciny totora buduje się też domy, a część jej łodyg jest nawet składnikiem diety mieszkańców. Oczywiście dziś wyspy Uros, to bardziej skansen niż miejsce gdzie zatrzymał się czas. Choć ludzie stale na nich mieszkają, to nie obce są im zdobycze cywilizacji. Często widać baterie słoneczne, dzięki którym na wyspach jest prąd, a nawet podobno i internet. Nie zmienia to jednak faktu, że warto je odwiedzić, by zobaczyć jak wyglądało i częściowo nadal wygląda życie w tych rejonach. Oczywiście trzeba mieć dużą odporność na komercję, która opanowuje wyspy Uros, ale jeśli potraficie się od tego odciąć i tylko przypatrywać temu jak i gdzie toczy się tu życie, będziecie tym miejscem zachwyceni. By poznać jeszcze lepiej jezioro Titicaca, popłynęliśmy także na jedną z naturalnych wysp, oddaloną około 40 kilometrów od portu w Puno – na Taquile. To wyjątkowe miejsce. Na wyspie o wielkości 6 na 2km w kilku wsiach mieszka ponad 2 tysiące osób. Taquilenios utrzymują się z łowienia ryb, rolnictwa, turystyki i wyrobu rękodzieła. Do najpopularniejszych należą wykonywane głównie przez mężczyzn wyroby na drutach, cenione w całym Peru za wysoką jakość. Mieszkańcy są bardzo przywiązani do tradycji i żyją zgodnie z zasadami: „nie kradnij, nie kłam i nie bądź leniwy”. Na codzień chodzą w charakterystycznych strojach, dzięki którym można na pierwszy rzut oka poznać ich stan cywilny. Na wyspie nie ma samochodów, ani nawet dróg. Nie ma też policji – podobno nigdy nie jest potrzebna. Za to są wspaniałe widoki na boliwijskie szczyty, cudowny klimat i błogi spokój. Może jak już wrócimy do Polski to znowu powieszę sobie nad biurkiem zdjęcie znad jeziora Titicaca. Będzie mi zawsze przypominać jakie wspaniałe to miejsce.

idziemy dalej

Z Arequipy do Puno

Droga z Arequipy do Puno wiedzie w większości przez przepiękny, choć niestety bardzo zanieczyszczony Park Narodowy – Reserva Nacional Salinas – Aguada Blanca. Zastanawialiśmy się skąd tam tyle śmieci, bo jednak ruch jest stosunkowo niewielki, a wielu miejscach leżało mnóstwo plastikowych butelek i toreb foliowych. Trochę to smutny widok, bo krajobrazy są niezwykle malownicze. Znowu widzieliśmy lamy, alpaki i wikunie (wikunie są od teraz moimi ulubionymi zwierzętami na świecie!), a także mnóstwo flamingów brodzących nad brzegiem jeziora Laguna Lagunillas. Gdy po kilku godzinach dotarliśmy do miejscowości Juliaca, położonej zaledwie 44 km od Puno, zamarliśmy. Za oknami autobusu zobaczyliśmy miasto w kompletnej ruinie i ogromną biedę, a Juliaca jest znacznie większa niż Puno i ma nawet własny port lotniczy (choć w sumie Radom też ma i o niczym to nie świadczy;)). Miny trochę nam zrzedły, bo mieliśmy w perspektywie co najmniej 2 noce w tej okolicy. (Zdjęcia robione z autokaru, przez przyciemnianą szybę) Droga miedzy Julicą, a Puno sprawiła, że jeszcze bardziej zaczęliśmy się zastanawiać czy dobrze trafiliśmy. Rozległa równina, bardziej przypominała Mazowsze niż Peru. Przy drodze pełno gospodarstw, a w nich krowy, owce, świnie, kury. Tylko rzadki widok lamy lub osiołka i wysokie góry na horyzoncie przypomniały nam, że jesteśmy w Ameryce Południowej. Puno na szczęście okazało się być nieco bardziej przyjaznym miastem niż Juliaca, choć poza centrum i turystycznymi szlakami raczej nie ma tu czego szukać. Co ciekawe Puno powszechnie uważane jest za folklorystyczną stolicę Peru. Choć my na żaden festiwal nie trafiliśmy, spotkaliśmy mnóstwo mieszkańców ubranych w tradycyjne stroje. Odwiedziliśmy też lokalny market, na którym zaopatrzyliśmy się w pyszne owoce i na którym jedna z pań bardzo chciała mi sprzedać kilogram (!) imbiru. Ale do Puno przyjechaliśmy oczywiście z innego powodu – jest to bowiem baza wypadowa na słynne wyspy Uros i jezioro Titicaca, i taki właśnie jest nasz plan na kolejny dzień.