OOPS!SIDEDOWN

Filmowcy, których warto obserwować na Vimeo

Filmowaniem interesuję się od mniej więcej roku i z każdym dniem temat kręci mnie coraz bardziej. Nowe hobby jest świetną odskocznią, a zarazem idealnym dodatkiem do tego, czym zajmuję się na co dzień. Jak każdy twórca mam swoich idoli, od których czerpię ile się da, a nowe pomysły staram się wdrażać sukcesywnie w życie. Postanowiłem przedstawić Wam nasze „TOP 10” filmowców, których śledzimy na Vimeo i od których każdy, kto interesuje się filmem, może się sporo nauczyć. #1. Vincent Urban – tego pana śledzimy najdłużej. Niemiecki montażysta, który zasłynął z serii filmów z Azji, do której kilka lat temu wybrał się z grupą przyjaciół. Stworzył niesamowite filmy, które zdobyły wiele nagród i wyróżnień, m.in. od National Geographic. Obecnie tworzy krótkie filmy dokumentalne przedstawiające problemy z którymi zmagają się ludzie mieszkający w takich krajach jak Syria czy Kongo. #2. Brandon Li – reżyser, operator i montażysta w jednym. Od jakiegoś czasu nazywa siebie wędrowcem i jeździ w różne zakątki świata, przybliżając życie innych ludzi. Filmy Brandona wyróżniają się wyważoną dynamiką, która nadaje opowiadanej historii świetną atmosferę i pozwala jej na długo zapaść w pamięć widza. Ostatnio wypuścił fenomenalny film przedstawiający życie nomadów w Mongolii. #3. Joshua Morin – kanadyjski filmowiec, który od jakiegoś czasu tworzy serię filmów rozpoczynających się od słowa „Go…”. Jego materiały są krótkie, za to przedstawiona w nich historia – obłędna. Bardzo ciekawe kadry i pomysły na cięcia. Już niedługo wypuszcza nowy film z podróży pt. „Go India”. #4. Sebastian Linda – niemiecki twórca filmowy, kojarzony przede wszystkim z materiałów związanych ze skateboardingiem. ednak Od czasu do czasu wrzuca filmy podróżnicze, będące prawdziwymi perełkami pełnymi inspiracji. Do swojego najpopularniejszego filmu „Loving Lanka” stworzył nawet making of, którego bardzo polecam. #5.  Leonardo Dalessandri – tego twórcę kojarzy niemal każdy, a to za sprawą filmu „Watchtower of Turkey”, który odbił się potężnym echem po każdym zakątku internetu. Montaż w jego filmach jest specyficzny i bardzo oryginalny. Na tyle, że inni twórcy bardzo szybko zaczęli naśladować jego technikę. Materiały są bardzo widowiskowe (wykorzystanie wielu hiperlapsów, płynnych przejść itp.), jednak osobiście wolę nieco wolniejszy, bardziej „filmowy” montaż, kiedy akcja filmu rozkręca się powoli i narasta z biegiem czasu. #6. Oliver Astrologo – włoski filmowiec i fotograf. Montaż praktykowany przez Olivera bardzo przypomina ten, który stosuje Dalessandri, z tą różnicą, że jest on nieco bardziej stonowany. Jego ostatni, polecany przez nas, film nosi nazwę „Roma”. #7. Matty Brown – wspólnie z Dalessandri jest jednym z pierwszych twórców na Vimeo, który montaż swoich filmów oparł na hiperlapsach. W jego portfolio można także znaleźć bardzo dobry film o Polsce! Świetnie poprowadzona kamera, która oddaje klimat każdego odwiedzanego miejsca. #8. Andro Kajzer – słoweński filmowiec, który głównie tworzy filmy reklamowe. Często pokazuje materiały z podróży, wyróżniające się prostymi, za to przyjemnymi dla oka historiami. #9. Caleb & Shawn – owocem pracy tego filmowego duetu są spokojne, nieco nostalgiczne filmy. Dominuje w nich tematyka gór i uczucie życia w ciągłej drodze. #10. Mathieu Le Lay – francuski twórca. W swoich filmach przybliża sylwetki utalentowanych fotografów podróżniczych na tle dzikiej natury. Zapierające dech w piersi krajobrazy i ciekawi ludzie to znak rozpoznawczy tego artysty. Artykuł Filmowcy, których warto obserwować na Vimeo pochodzi z serwisu OOPS!sidedown | travel & video | blog podróżniczy.

OOPS!SIDEDOWN

IN GEORGIA

Gruzja zauroczyła nas na tyle, że z pewnością będziemy do niej wracać nie raz. A przynajmniej spróbujemy, bo mówię tak o każdym miejscu, które mam okazję odwiedzać. To zauroczenie staraliśmy się oddać w nowym filmie. Strasznie się cieszę, że udało mi się nauczyć paru nowych rzeczy, zwłaszcza, że w głowach codziennie pojawia nam się sporo pomysłów na nowe filmy, ktore w życie zaczniemy wcielać lada moment. Film jest krótki, żeby nie zanudzić, a żebyście mieli co obejrzeć do popołudniowej lub porannej kawy. Doszliśmy do wniosku, że lepiej pokazać coś lepszego, co trwa minutę, niż męczyć kilkuminutowym zlepkiem przypadkowych materiałów do przypadkowo dobranej muzyki. Z tego miejsca żegnam się też z moją miłością, Nikonem D7000, który do tej pory dzielnie walczył pomagając nam w kręceniu materiałów. Lata lecą, a człowiek szuka lepszej jakości w obrazie. Jednym słowem, życie. Mamy gorącą nadzieję, że już niedługo pokażemy Wam kolejne realizacje nakręcone przy użyciu nowego sprzętu. Ekscytacja sięga zenitu! Artykuł IN GEORGIA pochodzi z serwisu OOPS!sidedown | travel & video | blog podróżniczy.

Nie czekaj.

OOPS!SIDEDOWN

Nie czekaj.

Aplikacje przydatne w podróży

OOPS!SIDEDOWN

Aplikacje przydatne w podróży

2015

OOPS!SIDEDOWN

2015

Kolonia

OOPS!SIDEDOWN

Kolonia

Kazbegi

OOPS!SIDEDOWN

Kazbegi

OOPS!SIDEDOWN

In Warsaw

Panie i panowie, nowy film produkcji OOPS!sidedown. “IN WARSAW” to zlepek kadrów, które udało nam się ustrzelić pod koniec tegorocznego lata / na początku jesieni w Warszawie. Materiału zebrało się sporo, więc co będzie leżał w szafie! Cel został ściśle określony na długo przed rozpoczęciem nagrań. Krótki film, który pomoże w pracy nad kadrem, a przy okazji da możliwość jeszcze lepszego poznania stolicy. Warszawa bowiem to nie tylko fantastyczne miasto, ale też jedno z najciekawszych w Polsce. Dzieje się w niej tak dużo, że nie sposób nie wyżyć się tutaj filmowo. Na początku nie mieliśmy pojęcia czy i jak film w ogóle wyjdzie, bo niczego nie było nam wolno, a ludzie przeganiali nas z każdego miejsca. Na szczęście na dzień dobry możemy zaserwować Wam dzisiaj swoją pierwszą produkcję, a w kolejce czekają już pomysły na następne. Stay tuned & enjoy! Artykuł In Warsaw pochodzi z serwisu OOPS!sidedown | travel & video | blog podróżniczy.

OOPS!SIDEDOWN

Gruzja po raz pierwszy. Spotkajmy się tam, gdzie świat o nas zapomniał

Gruzja po raz pierwszy smakuje wyśmienicie. Dokładnie tak jak najbardziej kaloryczne chaczapuri mojego życia, wszędobylski placek zapiekany pod grubą, serową pierzynką z dodatkiem surowego jajka i kostki rozpływającego się masła. A gdy do tego dodamy jeszcze kieliszek gruzińskiego wina, lekkiego jak średnio gazowana woda mineralna, nie pozostanie nic innego jak w tej przeklętej Gruzji się po prostu zakochać. Październikowa podróż rozpoczęła się tak, jak rozpoczyna ją każdy szanujący się zwolennik tanich połączeń lotniczych: w Kutaisi. Na wypad zaplanowaliśmy tylko cztery dni, więc nikt nie miał czasu ani ochoty parać się zwiedzaniem, w końcu nie przyjechaliśmy po to, żeby zwiedzać miasto, ale zaszyć się w górskich wioskach i zapomnieć o bożym świecie. Wymiętoleni po nocnym locie bez większego namysłu załadowaliśmy się do pierwszej lepszej marszrutki jadącej w kierunku Mestii. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę, dobrze? Bo gruzińska marszrutka to taka piękna sprawa, o której powinno pisać się wiersze i poematy. Mocno używany samochód niewiadomego pochodzenia, który jest w stanie pomieścić od kilku do kilkunastu osób. Może mieć rozbitą szybę, koło nie pasujące do reszty kół i sporo wgnieceń w karoserii. Ale któż by się tym przejmował, jeśli niepozorny Fiat lub Ford jest w stanie pokonać górską serpentynę, której kamienista powierzchnia nigdy nie będzie przygotowana na asfalt. Nasza marszrutka na trasie Kutaisi-Mestia miała wszystkie wyżej wspomniane cechy, plus problemy z silnikiem i zepsuty bagażnik zamykający się jedynie na śrubokręt. Żeby było weselej, razem z nami jechał mężczyzna cierpiący na chorobę lokomocyjną, który kategorycznie odmawiał częstowania się lekami. I tak więc ponad trzygodzinna podróż w góry przypominała przejazd wesołym autobusem, gdzie po każdych 20–30 minutach nowy kolega wymiotował do plastikowej torebki, a kierowca zrzędząc pod nosem zatrzymywał się co kilkanaście kilometrów, aby puścić na wolność schorowanego człowieka. Nie pamiętam już, ile torebek pozostawiliśmy za sobą przy ulicy, ale w poczuciu solidarności oddaliśmy wszystkie woreczki po kanapkach, które mogły uratować nas, samochód i cierpiącego człowieka ode złego. Wyjazd do Gruzji pod koniec października był jedną z najlepszych decyzji, jakie zostały podjęte w przeciągu ostatnich miesięcy. Koniec sezonu, mnóstwo wolnych miejsc w guesthouse’ach i zero turystów na ulicach — sounds like heaven! Najbardziej zachwycają jednak kolory drzew porastających wzgórza w Mestii, które sprawiają że nawet najbardziej niewprawiony fotograf czy amator zdjęć ze smartfona przywiezie ze sobą kilka pięknych kadrów. W Mestii zatrzymaliśmy się w miejscu polecanym przez wielu kolegów z polskiej blogosfery — Nino Ratiani’s Guesthouse. Pomijając oczywistą oczywistość jaką jest nocleg, niemal każdy zachęcał do wykupienia pokoju z wyżywieniem — 10 lari za posiłek. Choć na miejsce dotarliśmy w porze obiadowej, po kilkuminutowej rozmowie z panią opiekującą się domem, na parterze na którym mieści się bar i jadalania czekał na nas zestaw śniadaniowy, przypominający raczej bufet obiadowy przygotowany dla 10 osób. Wystarczyło jedno spojrzenie na chaczapuri, makarony, kasze, kaszę mannę, faszerowane warzywa, pieczone ziemniaki, ciasto, kawę i herbatę żebym doszła do bardzo prostego wniosku: moi drodzy, i cała dieta poszła się .… ! Popołudnie upłynęło nam na leniwym szwędaniu się po okolicy i wypatrywaniu najbliższej leżących górskich szlaków. Gdy na dobre zapadł zmierzch, a objawy ciąży spożywczej zdążyły zaniknąć, nadszedł czas na kolację. Jedzenie łączy ludzi, to prawda stara jak świat. Nas połączyło z dwójką sympatycznych Ukrainców, wiecznie uśmiechniętym Vadymem, w dodatku zakochanym w polskich słówkach i jego kolegą, który do Gruzji przyjechał autostopem ze Stambułu, a na swojej trasie ma między innymi Indie oraz Chiny. Mimo że drugi dzień w Mestii początkowo planowaliśmy spędzić na wspinaniu się na górę z krzyżem u szczytu, pod wpływem rozmowy z Vladymem porzuciliśmy pomysł na rzecz wycieczki do Ushguli, odciętego od reszty świata kompleksu wioseczek położonych w głębokiej dolinie Górnej Swanetii. I mimo, że trzeba było dopłacić 30 lari za osobę (a każdy nieplanowany wydatek trochę boli), a po porannej pobudce czekać na głównym placu 40 minut na zapełnienie się marszrutki, nigdy nie pożałuję tej spontanicznej decyzji. Droga dzieląca Mestię od Ushguli nie przypadnie do gustu osobom z lękiem wysokości. Serpentyna wijąca się nad przepaścią, brak jakichkolwiek barierek, mnóstwo kamieni i ostrych zakrętów, a na dodatek wątpliwej jakości samochód dostarczają mnóstwa niezapomnianych wrażeń. Widok gór wynagradza jednak wszystko, nawet skoczne, gruzińskie disco sączące się z głośników kierowcy na pełny regulator. Internety mówią, że Uszguli to najwyżej położona europejska (w tym momencie należy się określić do którego obozu należymy, czy do ludzi uważających że Gruzja leży w Europie, czy już w Azji) wioska, leżąca na wysokości około 2200 metrów n.p.m, u stóp Szchary — najwyższego szczytu w kraju, mierzącego  5193 metrów n.p.m. I co, chowają się nasze polskie Tatry, nieprawdaż? Największa magia Uszguli polega jednak na tym, że przez pół roku zwały śniegu odcinają wioski od reszty świata, czyniąc je niedostępnymi dla większości turystów. Dosłownie przed chwilą, na jednym z blogów wpadło mi w oko niezwykle trafne określenie — “wielka stodoła”. I ja się pod nim podpisuję rękami i nogami, bo tak właśnie można by opisać atmosferę panującą w osadzie. Krowy, świnie i bezpańskie psy przecinające szutrowe dróżki to część naturalnego krajobrazu, która już na wstępie nie powinna dziwić żadnego, odwiedzającego Gruzję, gościa. Tutaj nikt szczególnie nie przejmuje się turystami, pole trzeba zaorać i to jest dopiero poważna robota. Kroku dotrzymują natomiast przyjacielskie psy, jedne pańskie drugie bez. Jest ich jednak na tyle dużo, że każdy, kto zawsze pragnął sierściucha, a mieć nie mógł, w Gruzji powinien poczuć się pod tym względem wielce usatysfakcjonowany. Przy wjeździe do Ushguli w niepozornym budyneczku serwują największe i najtłustsze chaczapuri, którego dane mi było spróbować. Idealne na przytkanie się podczas kilkugodzinnego powrotu do Mestii. A wiecie, co w tym powrocie zdezelowanym samochodem w objęciach górskich przepaści było najbardziej przerażające? Że nasz kierowca postanowił odpocząć przy barze i napić się czaczy, gruzińskiej wódki. A potem cała naprzód, i w drogę, i w górę! Vadym powiedział nam o tym tuż po przyjeździe do Mestii i bardzo mu za to dziękuję, bo w tym przypadku ignorancja okazała się być prawdziwym błogosławieństwem. Wolę nie wiedzieć w jakim stanie psychicznym dojechałabym na miejsce, gdybym przypadkiem dowiedziała się, że nasz kierowca jest pod wpływem alkoholu, wsiadając do marszrutki. Jak jednak widać, gruzińskiemu kierowcy nie straszna ani wódka, ani wielkie góry i zepsuty silnik. Ma dojechać, to dojedzie! Po południu, bez przepakowywania się i zbędnych ceregieli, przesiedliśmy się w kolejną marszrutkę i razem z poznanymi po drodze kolegami, jedną parą z Ukrainy i Georgem, czarującym Anglikiem ze Stanów Zjednoczonych  w wieku średnim, ruszyliśmy w podróż do Zugdidi, stacji przesiadkowej na drodze do Tbilisi. Jak zaoszczędzić na noclegu? Proste! Wystarczy kupić bilet na pociąg nocny w pierwszej klasie (!) za jedyne x lari na trasie Zugdidi — Tbilisi i przespać się na wygodnej kuszetce. W cenie jednorazowy komplet pościeli oraz telewizor, którego nie potrafiliśmy uruchomić. Co tam jednak telewizja, skoro w sąsiedniej kuszetce rozgościła się znajoma para z Ukrainy. Po kilku minutach usłyszeliśmy Vadyma, a zaraz za nim przydreptał George. My też postanowiliśmy się przyłączyć do integracji w sąsiednim przedziale i muszę przyznać, że nic nie scala ludzi lepiej niż ciasny przedział, gruzińskie wino i godzinne rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Siedząc do 2.00 w nocy dowiedzieliśmy się że George był jednym z najlepszych zawodników golfowych w stanie Kolorado, uczył techniki gry Kevina Costnera i Jacka Nicholsona, ma drugi dom na Florydzie, trzeci w Bordeau? we Francji i czwarty planuje wybudować na Hawajach. Nie wspominając już o tym, że od 10 lat nie pracuje i każdego dnia zastanawia się, co zrobić ze swoją fortuną. Poza tym obgadaliśmy wszystkich najbardziej zasłużonych dla Polski, Ukrainy i Wielkiej Brytanii pisarzy, życie oraz różnice pomiędzy językiem ukraińskim i rosyjskim. Ciężko było zmusić się do spania po tak przyjemnym wieczorze, ale następnego dnia czekał na odkrycie kolejny górski region! Artykuł Gruzja po raz pierwszy. Spotkajmy się tam, gdzie świat o nas zapomniał pochodzi z serwisu OOPS!sidedown | travel & video.

Nie wszystko złoto, co się świeci. Blogowanie od kulis

OOPS!SIDEDOWN

Nie wszystko złoto, co się świeci. Blogowanie od kulis

Warszawa (przeminęło z latem)

OOPS!SIDEDOWN

Warszawa (przeminęło z latem)

Pocztówka z podróży: Śląsk. Somewhere I belong

OOPS!SIDEDOWN

Pocztówka z podróży: Śląsk. Somewhere I belong

Świat na talerzu: Brazylia. Co by tu zjeść?

OOPS!SIDEDOWN

Świat na talerzu: Brazylia. Co by tu zjeść?

Wodospad Iguazú w cieniu choroby tropikalnej

OOPS!SIDEDOWN

Wodospad Iguazú w cieniu choroby tropikalnej

OOPS!SIDEDOWN

In Brazil — film z Brazylii

Wtorek, godzina 1.00 w nocy. Właśnie skończyłem film z Brazylii. W końcu, chciałoby się powiedzieć. Z braku czasu, wielu obowiązków i braku odpowiedniego sprzętu w domu, proces tworzenia był dosyć długi. Film jest dla mnie szczególnie ważny, bo to kolejny projekt, który służy jako pole do nauki. Jest jeszcze sporo do poprawy, ale już koniec, basta. Jedziemy dalej! Brazylia odkryła przed nami swoje niesamowite oblicze, a film jest wspomnieniem tego, co pozostało nam po niej w głowach. Artykuł IN BRAZIL — film z Brazylii pochodzi z serwisu .

Polska też jest fajna: na tropie żubra z Białowieży

OOPS!SIDEDOWN

Polska też jest fajna: na tropie żubra z Białowieży

Michael Jackson tańczy sambę, a my zwiedzamy centrum Rio

OOPS!SIDEDOWN

Michael Jackson tańczy sambę, a my zwiedzamy centrum Rio

Rio na wysokości: Corcovado & Pão de Açúcar

OOPS!SIDEDOWN

Rio na wysokości: Corcovado & Pão de Açúcar

Polska też jest fajna: niezła sztuka z tej Łodzi

OOPS!SIDEDOWN

Polska też jest fajna: niezła sztuka z tej Łodzi

Disneyland Paris. Miejsce, w którym spełniają się marzenia

OOPS!SIDEDOWN

Disneyland Paris. Miejsce, w którym spełniają się marzenia

Fawela w Rio — twój drugi dom

OOPS!SIDEDOWN

Fawela w Rio — twój drugi dom

Ilha Grande: witamy w raju!

OOPS!SIDEDOWN

Ilha Grande: witamy w raju!

OOPS!SIDEDOWN

Nasz pierwszy vlog! Relacja z Disneylandu

Już rok temu usłyszeliśmy, że powinniśmy zacząć nagrywać vlogi. Czasem do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, nawet 12 miesięcy. Trochę wystraszeni, ale i podekscytowani oddajemy w Wasze wirtualne ręce pierwszą część naszego pierwszego (!) vloga będącego zapisem czerwcowego wypadu do Disneylandu w Paryżu. Uznajcie go za małą przerwę od tematu Brazylii, a videorelacja z drugiego dnia pobytu i osobny wpis ze zdjęciami pojawi się wkrótce! Mamy szczerą nadzieję, że przekonamy Was, że w Disneylandzie może świetnie się bawić osoba w każdym wieku. Odpalajcie film i dajcie nam znać, jak wrażenia! Artykuł Nasz pierwszy vlog! Relacja z Disneylandu pochodzi z serwisu .

Najpierw piekło, potem niebo: São Paulo & Paraty

OOPS!SIDEDOWN

Najpierw piekło, potem niebo: São Paulo & Paraty

Istanbuł — praktyczny poradnik

OOPS!SIDEDOWN

Istanbuł — praktyczny poradnik

Buenos días, Madrid!

OOPS!SIDEDOWN

Buenos días, Madrid!

Mroźne powitanie wiosny w Wilnie

OOPS!SIDEDOWN

Mroźne powitanie wiosny w Wilnie

Shoreditch & Camden. W krainie hipstera

OOPS!SIDEDOWN

Shoreditch & Camden. W krainie hipstera

Londyn po raz drugi!

OOPS!SIDEDOWN

Londyn po raz drugi!

OOPS!SIDEDOWN

In Istanbul — pełna wersja videorelacji ze Stambułu!

Chyba sam jeszcze w to nie wierzę… W końcu udało mi się złożyć film ze Stambułu! Trailer powstał już jakiś czas temu, jednak z braku czasu pełna wersja musiała trochę poczekać. Film jest dla mnie naprawdę ważny i choć jestem świadomy błędów jakie popełniłem, mam nadzieję, że uniknę ich w przyszłości i każda kolejna produkcja będzie lepsza od poprzedniej. Przede mną jeszcze sporo pracy i nauki, ale nie zamierzam się poddawać. Tymczasem oceńcie sami i dajcie znać, co myślicie o naszym nowym filmie. Tradycyjnie, obowiązkowo włączcie na Vimeo opcję HD i obejrzyjcie video do samego końca. Enjoy!