Anna Kokesz „Tysiąc Rupii” – recenzja.

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Anna Kokesz „Tysiąc Rupii” – recenzja.

2 lata, blog i 20 podróży.

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

2 lata, blog i 20 podróży.

Jerozolima, opalone biusty i początki zamieszek.

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Jerozolima, opalone biusty i początki zamieszek.

W Jerozolimie jestem wyjątkowo wcześnie. Większość turystów nie zdążyła się jeszcze obudzić. Doskwiera mi głód, udaję się więc do pierwszego lepszego sklepu, kupuję bułki i sok kokosowy, który okazuje się obrzydliwy. Kupiłabym więcej, ale ceny jak zwykle ranią me, równie spłukane co cała reszta ciała, oczy. Będę musiała jakoś przeboleć suchość pieczywa i wstrętny smak napoju. "Ciesz się, że w ogóle masz co jeść."-jak powiedziałaby moja mama.Słońce pali dziś wyjątkowo mocno, przykrywam więc bordowe ramiona lekkim sweterkiem. Wolę pocić się jak szczur niż musieć znosić paski plecaka wbijające się w mą spaloną skórę.Skoro mowa o plecaku, to sprawuje się świetnie, choć został zakupiony za niespełna 20zł w jednej ze znanych sieci supermarketów, a mnie zalała olbrzymia fala krytyki za promowanie taniego sprzętu. Cóż, dzięki temu, że był tak tani, jestem teraz w Izraelu, a plecak wypełnia jedzenie. Nie najgorszy układ, nawet kosztem średniej jakości sprzętu.Podążam za znakami i wkrótce ląduję w samym centrum Jerozolimy- Starym Mieście dzielonym przez żydów, muzułmanów oraz chrześcijan.Nie zajmuje mi długo dojście do wniosku, iż Ori miał rację - Jerozolima ma duszę. Nie sposób określić gdzie dokładnie się skrywa: w wąskich uliczkach, kolorowych straganach, niesamowitych zabytkach, dzieciach z długimi, kręconymi pejsami, uganiającymi się za piłką (uganiającymi się dziećmi, nie pejsami), we wszystkich pielgrzymach, czy w tradycyjnych warsztatach rzemieślniczych. "Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie."-jak zaśpiewałby Zbigniew Wodecki. Jest i daje się odczuć.Pół życia mogłabym tu spędzić. Zatrzymuję się w jakieś malutkiej, przyjemnie wyglądającej knajpce, zamawiam falafel i powolnie przeżuwając, przyglądam się otaczającym mnie rodzinom z dziećmi, podróżującym parom (biorę ich za podróżników po filuternych kapelutkach przeciwsłonecznych oraz wypasionych aparatach), nie spieszącym się nigdzie kelnerom. Mężczyzna wyglądający na właściciela podchodzi i dopytuje, czy jestem sama. Tak, jestem sama. Ale na pewno? Nikt więcej nie przyjdzie? Tak sama podróżuję? Kręci głową zdziwiony, robi duże oczy do chłopaka za ladą i odchodzi. Początkowo trochę mi niezręcznie, ale postanawiam niezbyt się tym przejmować, wolniutko sącząc swoję colę, ciesząc się cieniem, wiatrakiem, chłodem. Lada moment znów wyjdę na skwarną ulicę. Zachodzę pod ścianę płaczu. Kilka metrów od niej jakaś młoda Rosjanka (wnioskując po akcencie) wszczyna awanturę przed starszą kobieciną rozdającą chusty, że nie zasłoni biustu i czego w ogóle ta baba od niej chce. A dekolt, obwieszony cienkimi łańcuszkami, ma tak duży, że doskonale można "podziwiać" zarówno czerwoną jak rak opaleniznę charakterystyczną dla ludzi o wyjątkowo jasnej karnacji, jak i nieopalony fragment białej, delikatnej skóry, która na myśl przywodzi mi oskubanego kurczaka. Cud, że nie odkryła sutków.Rzucam jej pełne zniesmaczenia spojrzenie, unosząc brwi i ściągając usta. Rosjanka w odpowiedzi dostaje wytrzeszczu i wyraźnie oburzona zaczyna coś bulgotać do stojącej obok matki, machając w moim kierunku równie obwieszoną świecidełkami co szyja łapą. O dziwo, jej rodzicielka zdaje się być zawstydzona całą sytuacją, zaś staruszka uśmiecha się do mnie tak szeroko, iż gdyby miała sztuczną szczękę, to chyba by jej wypadła (wypadaniem szczęki straszyła mnie w dzieciństwie moja własna babcia). Niespiesznie wędruję w stronę muru. Nikt mnie nie zatrzymuje. Pewnie dlatego, że nie przyszło mi do głowy epatowanie golizną z miejscu kultu. Część ściany dostępna dla kobiet jest kilkukrotnie węższa niż ta dla mężczyzn. Szybko przekonuję się, że jest również nieporównywalnie nudniejsza. Poza odchodzącymi tyłem paniami (do ściany płaczu nie należy odwracać się plecami ze względu na szacunek), nic ciekawego się nie dzieje. Kobietom nie wolno głośno się modlić, czy śpiewać. Strona męska to zupełnie co innego! Wzorując się na jakiejś zagranicznej turystce pięć metrów ode mnie, włażę na krzesło postawione tuż przy wysokim płocie odgradzającym od siebie dwie płcie i bezczelnie się gapię. Wkrótce przy płocie robi się tłoczno, zwłaszcza, że po drugiej stronie trwa jakaś uroczystość. Kiedy dostrzegam maleńkie dzieciątko szybko pojmuję: obrzezanie.Mężczyźni śpiewają i odprawiają jakieś niezrozumiałe dla mnie rytuały. Tak, ta część muru jest zdecydowanie ciekawsza!W końcu odchodzę, pragnąc w pełni wykorzystać resztę dnia. Zwiedzam ile mogę, włażę gdzie się da, ale i tak dwukrotnie jestem zawracana przed policjantów, który grzecznie proszą o obranie innej drogi, jako że trwają zamieszki.Przysiadam z jakimś miło wyglądającym hostelu, na parterze którego można zamówić napoje przekąski i rozsiąść się na miękkich kanapach. Zamawiam cudownie zimną lemoniadę (najtańszy napój w karcie), po czym wdaję się w rozmowę z mężczyzną za ladą. Dowiaduję się jedynie tyle, iż jego zdaniem jutro nie ma co w ogóle przyjeżdżać do Starego Miasta bo kończy się Ramadan i wtedy to dopiero zaczną się prawdziwe zamieszki.  "Super!" - myślę -"To sobie wybrałam czas na przylot!".Kiedy czekam na tramwaj, na ekranie informującym o czasie przyjazdów pojawia się komunikat. Mój tramwaj jest opóźniony, ponieważ znaleziono w nim niezidentyfikowany pakunek. Oblewa mnie zimny pot. Rozglądam się dookoła, ale na nikim poza mną owa informacja nie robi większego wrażenia. Ot, chleb powszedni.W końcu podjeżdża, a ja niepewnie wsiadam do środka. Z miejsca zauważam mocno stłuczoną szybę, która zdaje się trzymać kupy tylko dzięki przezroczystej naklejce przypominającej o zasadach bezpieczeństwa. Po pojeździe spokojnie spaceruje młody, opalony żołnierz z karabinem. Muszę chyba wyglądać na zestresowaną, bo uśmiecha się do mnie życzliwie. Dziwny moment wybrałam sobie na odwiedzenie Izraela.

5 najpiękniejszych wspomnień z Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

5 najpiękniejszych wspomnień z Indii

Moja relacja z Indiami przypomina trochę w swojej złożoności związek miłość-nienawiść. Kocham ten kraj i szczerze go nienawidzę. Nie mogę powiedzieć, bym go lubiła. Oj, nie. Zbyt wiele czynników mnie w nim denerwuje. To chyba trochę tak jak z partnerem, o którym wiemy, że nie jest dla nas dobry. Drażni nas w nim prawie wszystko, ale i tak wracamy. Dopiero z czasem możemy stwierdzić, czy to prawdziwa miłość, czy może lepiej pożegnać się na zawsze. ;) Napisałam już post tłumaczący, dlaczego Indii nie lubię (klik!). Teraz przyszła chyba pora skupić się na pozytywach. Ograniczyłam się do pięciu najpiękniejszych wspomnień. Gdy je analizowałam uświadomiłam sobie, że są bardzo, ale to bardzo subiektywne. Być może wielu z Was nie zachwyciłoby się danymi rzeczami tak, jak ja się zachwyciłam. Dla mnie zaś owe wspomnienia są magiczne. Magiczne i skomplikowane jednocześnie. Jak same Indie. 1. Wschód słońca w świątyni, Kerala.Czyli pierwszy moment, w którym w ogóle przyszło mi do głowy, że może jednak da się w tych Indiach nawiązać więź z ludźmi, przeżyć coś autentycznego, pozytywnie się wzruszyć. Pierwsze piękne wspomnienie. Historię można przeczytać tutaj. :) 2. Autostop w Wayanad.Odrobina samotności w tropikalnej dżungli, kręte drogi, małpy, dziko żyjące słonie, piwo pite na dachu naszego hostelu, gwiazdy, sympatyczni kierowcy zapraszający nas do swoich domów. Może i są w Indiach miejsca piękniejsze niż Wayanad, ale to stamtąd mam jedne z najpiękniejszych wspomnień. Więcej o Wayanad pisałam już tu.3. Hampi.Czyli „must seen” wizyty w Indiach. Dobiliśmy na stację kolejową jeszcze przed świtem, złapaliśmy pierwszy autobus do ruin i zaczeliśmy wędrówkę właśnie wtedy, gdy zaczynało wschodzić słońce. Ludzi było naprawdę niewiele, wchodziliśmy gdzie chcieliśmy bez bycia nagabywanym, a przed południem mogliśmy już spokojnie rozsiąść się na skałach, coś przekąsić i podziwiając widoki. Było naprawdę sielankowo. Kilka godzin po naszym starcie zaczęły schodzić się tłumy i czar nieco prysł. Nie dlatego, że przeszkadzają nam turyści, ale pojawiający się wraz z nimi sprzedawcy, taksówkarze i naciągacze: już tak. Zaszyliśmy się więc w małej knajpce, którą wybraliśmy trochę w ciemno. Wewnątrz było przeraźliwie brudno, jednak jedzenie okazało się wyśmienite.Zwiedzanie Hampi zdecydowanie jest wysoko na liście moich ulubionych wspomnień.4. Darjeeling. Nie dlatego, że jest wyjątkowo piękne, ale dlatego, że jest inne. Chłodne, nieco pochmurne, wysoko w górach. Spacerując samotnie po indyjskich ulicach w innych rejonach kraju często byłam naprawdę namolnie zaczepiana przez taksówkarzy, sprzedawców, mężczyzn. Nawet wędrując z Anthonym takie sytuacje się zdarzały i w pewnym momencie miałam autentycznie dość. Zaś kiedy dojechaliśmy do Darjeeling, na nowo zaczęłam uśmiechać się do ludzi na ulicy. Taksówkarzom wystarczyło za odpowiedź „Nie, dziękuję” połączone z uśmiechem. Wreszcie nikt nie łapał mnie za łokieć, nie próbował na siłę wcisnąć jakiegoś bubla. Mogłam pogawędzić sobie z każdą napotkaną osobą, bez poczucia bycia zaszczutą. Może trochę przesadzam, ale do teraz pamiętam, jak bardzo zakrzyczana czułam się w niektórych rejonach Indii, jak bardzo miałam dość. Nie lubię być dotykana przez obcych, zwłaszcza bez mojej zgody, nie lubię kiedy ktoś wrzeszczy mi do ucha, nie lubię kiedy wciska mi się coś na siłę. W Darjeeling mogłam odetchnąć. Spacerowaliśmy z Antkiem całymi dniami po okolicy, prawie nie robiliśmy zdjęć, tylko cieszyliśmy się pysznym jedzeniem i swoim towarzystem. A właśnie: jedzenie! W Darjeeling jest po prostu przepyszne! Powalająca na kolana mieszanka smaków i kuchni! Trochę tu chińsko, trochę indyjsko, trochę nepalsko. Pycha! Wyobraźcie sobie aromatyczne, parujące, pełne kolorów jedzenie w malutkiej restauracyjce, kiedy za oknem mgła, chłod i Himalaje. No błagam! Nie sposób się nie zachwycić. To tutaj kupiliśmy też większość naszego trekingowego sprzętu (klik!) oraz prezenty dla mam. Targ w Darjeeling oferuje szeroki wybór produktów, a co najważniejsze, na większości z nich jest cena. ;) Nie słyszymy więc raczej liczb z kosmosu. No i zawsze można jeszcze troszkę utargować – wszystko w naprawdę przyjemnej atmosferze. Kurczę, jak tak o tym wszystkim piszę i piszę, to aż mam ochotę wrócić. 5. Agra, Radżastan i ciąża.No dobra, młode zostało poczęte w Nepalu, ale to Indie już chyba zawsze będą mi się z potomkiem mym kojarzyły. To tutaj puściłam majestatycznego pawia na samym środku peronu w Agrze (i chyba po raz pierwszy nie musiałam odganiać się od ludzi ;)) ; to tutaj wypatrywaliśmy białego szczura w Szczurzej Świątyni (klik!), mającego zwiastować rychłe poczęcie; to tutaj przeżyłam pełną wymiotów, bezsenną noc na pustyni; to tutaj chudziutki, siwy znachor postawił diagnozę (przy pomocy wahadełka), iż moje złe samopoczucie jest natury ginekologicznej; to tutaj Antek zakupił dwa testy ciążowe, piwo dla siebie i kinder joy dla mnie; to tutaj biegłam ze łzami w oczach by pokazać mu pozytywny wynik i ryczałam ze szczęście przed dobre dwie godziny; to tutaj starałam się przeżyć upały i niewyobrażalne, całodniowe mdłości; to tutaj ostatecznie zadecydowaliśmy co dalej: gdzie będziemy mieszkać, z czego się utrzymywać,  jak wyobrażamy sobie przyszłość. I chociaż miałam w Indiach mnóstwo pięknych momentów, to za każdym razem, gdy myślę „Indie”, myślę również „początek ciąży”. I mimo wizji pełnych nieustających wymiotów, jest to moje najpiękniejsze wspomnienie.

Pielęgnacja włosów po podróży

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Pielęgnacja włosów po podróży

Nocleg pod gwiazdami na pustyni Thar

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Nocleg pod gwiazdami na pustyni Thar

Nocleg na pustyni był następną opcją dostępną dzięki korzystaniu z work-away w Bikaner, Radżastanie. Yogi-nasz wspaniały gospodarz, po raz kolejny zaoferował nam skorzystanie z płatnej normalnie usługi za darmo, przy okazji odwiedzania klientów. Pustynia Thar leży głównie w Radżastanie (zachodnie Indie), rozciąga się jednak również na terytoria wschodniego Pakistanu. Napotykani Indusi często opisywali ją jako „największą pustynię świata” (my jednak wiemy dobrze z lekcji geografii, że tak nie jest, prawda?).  Według Wikipedii Wielka Pustynia Indyjska pochwalić się może długością 850km. Dojazd na miejsce zajmuje nam około 40 minut. Mkniemy po piachu z zawrotną prędkością dżipem- nasz gospodarz zna pustynne drogi na tyle dobrze, by wiedzieć jak łatwo „zakopać” auto, jeśli zatrzyma się czy zwolni choć na chwilę. Yogi wybudował na pustyni dwie niewielkich rozmiarów szopy, z czego jedną z mikroskopijną łazienką, stworzył miejsce na ognisko i otoczył wszystko wysokim ogrodzeniem. Nie wygląda to może jakoś wyjątkowo porządnie, ale też czego się spodziewać po obozowisku na pustyni (nie, nie liczcie na białe, płócienne namioty falujące na wietrze – choć podobno Yogi ma takie w planach ;)). Po chwili na wielbłądach przybyło też kilku pracowników Yogiego. Zabrali się na rozładowywanie jeepa, a my zostaliśmy oddelegowani na wycieczkę. Jazda na wielbłądzie jest oczywiście zawsze przyjemna, ale w przypadku pustyni Thar nie ma co spodziewać się wysokich, piaszczystych wydm. Pustynia jest dość płaska, porośnięta tu i ówdzie karłowatymi drzewami, czy suchą trawą. Miejscami bardziej przypomina step niż stereotypowe wyobrażenie pustyni. Subiektywnie: Sahara robi o niebo bardziej imponujące wrażenie. Nie powinno to jednak zniechęcać do odwiedzenia pustyni Thar. Miło pobyć choć przez chwilę w naturze, ciszy, bez naganiaczy. Zwłaszcza w tłocznych przecież Indiach. Na pustyni Thar nie wpadli chyba jeszcze na pomysł „przypadkowych” jeźdzców na koniach, którzy za opłatą oferują przejażdżkę – jak często ma to miejsce na Saharze. Jedynym rozczarowaniem pozostają słupy wysokiego napięcia – wierzyć mi się nie chce, że naprawdę nie można było ich pociągnąć inną drogą – wiecznie majaczą w oddali, raz z jednej, raz z drugiej strony. Okropnie szpeci to pejzaż. Choć może to my mieliśmy pecha wybrać taką, a nie inną drogą i stąd te widoki. Wracamy tuż po zachodze słońca. Do obozu zjechało dwóch turystów z RPA- Nadia oraz Christophe. Z miejsca znajdujemy z nimi wspólny język. Są mniej więcej w naszym wieku, przebywają w Indiach od miesiąca i spędzą tu jeszcze rok. Nadia, która pracuje dla dużego, międzynarodowego banku, dostała ofertę rocznego koordynowania nowootwartego oddziału w Mumbaju. Wcześniej wykonywała podobną pracę w Londynie. Christophe zaś, jako dobry mąż, zrezygnował z pracy w RPA niemal dwa lata wcześniej, by towarzyszyć żonie na nowej ścieżce kariery. Utożsamiam się z nim zdecydowanie bardziej. Nadia oraz Anthony zdają się należeć do grupy ludzi mających kontrolę nad własnymi finansami i sukcesami zawodowymi, natomiast Christophe, podobnie jak jak, wydaje się być zupełnie szczęśliwy żyjąc wedle dewizy „Mam ile mam, jakoś to będzie, więc chodźmy na piwo”. Wstyd się przyznać, ale lubię takich ludzi. ;)Wykładamy na stół kolację przywiezioną przez Yogi'ego, siadamy przy ognisku i zaczynamy jeść. Dwa kęsy pikantnego sosu z ryżem skutkują moim biegiem do mikroskopijnej szopy i wymiotami. Spędzam tam dobry kwadrans. Kolejna próba pochłonięcia czegoś z większą ilością przypraw kończy się podobnie. Ostatecznie na moim talerzu ląduje suchy ryż i ogórek. Humor siada, a ja czuję się, jakby przejechał mnie walec: „zatrucie pokarmowe”-myślę. Po kolacji siadamy wokół małej, betonowej sceny, na której od kilku minut czeka grupka ubranych w regionalne stroje muzyków. Zaczynają śpiewać i grać, a jakaś kobieta, która patrzy się na nas, jakby nas wszystkich szczerze nienawidziła, zaczyna kręcić się w kółko, nie przestając rzuć gumy. Rzucamy sobie z Nadią rozbawione spojrzenia i wiem, że myślimy dokładnie o tym samym. Mimo iż niektórzy z grupy zdają się być tu jakby za karę, atmosfera jest luźna, sympatyczna. Klaszczemy w (chyba) odpowiednich momentach, a muzycy naradzają się między sobą w długich przerwach między utworami, co by teraz zagrać. Przerwy trwają czasem dłużej nie piosenki. Czuję się trochę jak na ognisku ze znajomymi, gdzie jedna osoba przyniosła gitarę, a każdy po kolei próbuje wymusić „A weź zagraj teraz to!...”. Po raz kolejny sprawdza się teoria, że towarzystwo jest ważniejsze od atrakcji. Muzycy mają nas w nosie, występ nie jest ani odrobinę profesjonalny, widać, iż chcą po prostu odbębnić za co im zapłacono. Jednak Nadia, Christophe oraz Anthony sprawiają, że wieczór mija szybko, radośnie, w przyjaznej atmosferze. Po występie Anthony wspólnie z Yogim rozkładają polowe łóżka na piachu. Ja, jako że pociągnęłam łyk piwa od Christopha, po raz kolejny ląduję głową w obleśnym, malutkim klozecie.  Cudnie. Po prostu cudnie. Kładę się pod cienkim prześcieradłem, zwijam się w kłębek i umęczona próbuję zasnąć. Dosięga mnie jednak przeraźliwy chłód. Po kilku kolejnych kursach do toalety odkrywam, że nie tylko ja nie śpię. Wszyscy trzęsą się z zimna. Budzę Yogi'ego, który śpi w aucie, pytając, czy nie ma jakichś dodatkowych kocy. Miał. Leżę pod owczą wełną bezskutecznie próbując dostrzec gwiazdy. Ostatecznie zapadam w niespokojny sen. Kilka dni później jesteśmy już pewni: mieliśmy po prostu pecha. Pozostałe noce w Radżastanie okazały się tak upalne, że wyciągałam materac na zewnątrz (taras na czwartym piętrze) i tak spałam. Było cudnie. Ale gwieździste niebo i tak piękniejsze mamy w Polsce... A może po prostu zaczęła się we mnie w tamtym momencie odzywać tęsknota za ojczyzną. ;)

Ratunku! Chcę mieć wszystko!

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Ratunku! Chcę mieć wszystko!

Wyszliśmy na kolację do wietnamskiej knajpki. I się zaczęło…Musimy kupić jakiś samochód, bo w czym będziemy maleństwo wozić. Tylko żeby był bezpieczny. I pięciodrzwiowy. I koniecznie tani. I żeby zmieściły się do niego wszystkie bagaże. A może mógłby być na tyle duży, by dało się w nim podczas podróży spać? I fajnie by było, żeby ciągle mieć miejsce dla jakiegoś autostopowicza.  Ale najpierw musimy kupić fotelik i wózek. Koniecznie z dużymi kołami, przecież nie chcemy jeździć wyłącznie po mieście. Dobre to jedzenie.A mi to się marzą jakieś kosmetyki do makijażu. Niczego tu nie mam. I o jeezzuuuuuu…koniecznie musimy oszczędzić jakoś kasę na nowy obiektyw. Ileż można robić zdjęcia tym kitowym. To priotytet, zdecydowanie. Tylko najpierw musimy pomalować ściany w sypialni…Tak, wiem kochanie, że potrzebujesz nowego plecaka. Tak, śpiwór też musimy kupić. I treki dla ciebie. Nie, nikt nam nie da za darmo. Oh, zapomniałabym, że musimy kupić dla ciebie spodnie!Powinniśmy częściej wychodzić tylko we dwoje. Póki jeszcze możemy. Myślisz, że Nanuś długo jeszcze będzie prowadzić tę restaurację? …Tak rozmawialiśmy właściwie przez cały wieczór. I choć było pysznie, miło, klimatycznie, to pod koniec zaczęłam wątpić: Jak my sobie ze wszystkim poradzimy? W końcu coś za coś. Nie można mieć wszystkiego. Tak mówią. Więc jak mam to zrobić, by podróżować niskobudżetowo, ale bezpiecznie; taszczyć wszędzie dziecię ze sobą, ale nie być nieodpowiedzialną matką; wyjeżdżać w dzicz, ale nie ryzykować; pracować, ale podróżować; robić piękne zdjęcia, ale nie wydawać fortuny na sprzęt; nie przejmować się wyglądem, ale być wciąż dziewczęcą i młodą; mieć czas dla przyjaciół, ale spełniać własne marzenia? Ja po prostu chcę mieć wszystko. Łazić z plecakiem po najodleglejszych zakamarkach globu, a po powrocie do domu pójść do spa i kosmetyczki. Chcę być fajną osobą ze względu na charakter, równocześnie biegając po mieście ze szminką na ustach, w atrakcyjnych ciuchach, zgrabnym płaszczyku, z seksowną bielizną pod spodem, roztaczając wokół siebie delikatny zapach perfum.  Chcę być matką pieczącą ciasta i przygotowującą domowe konfitury,  nie przestając być normalną dziewczyną, która lubi wyjść na piwo ze znajomymi, na koncert, na wystawę. Jak to zrobić, by być jednocześnie odpowiedzialną, mądrą, seksowną, dziewczęcą, aktywną, niezależną, zabawną, zadbaną boginią ogniska domowego? Kucharką, żoną, matką, podróżniczką, pisarką, sprzątaczką, pracownicą, przyjaciółką, blogerką i przede wszystkim SOBĄ? No jak ja mam to zrobić? Z czego muszę zrezygnować, a co MOŻE da się pogodzić? Niech ktoś mi powie, że TO SIĘ DA. Nawet jeśli będzie to kłamstwo prosto w oczy (czy też ekran komputera). Da się?

Szczurza Świątynia

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Szczurza Świątynia

Dawno, dawno temu, jeszcze jako mała dziewczynka, zobaczyłam w telewizji dokument pokazujący dziwne miejsce gdzieś w odległych Indiach, którego zakamarki od podłogi do sufitu wypełniały szczury. Kilka lat później znów miałam okazję się na nie natknąć, tym razem w programie Martyny Wojciechowskiej. Wiedziałam już, iż owe miejsce zwane jest Szczurzą Świątynią. I postanowiłam w duchu, że jeśli istnieje miejsce na świecie, którego nigdy nie chciałabym odwiedzić, to jest to właśnie TO miejsce. Musicie wiedzieć, że szczury są moją największą fobią. Jak każda fobia, ta również jest iracjonalna. Jednak nic nie jestem w stanie poradzić na fakt, iż widząc szczura, jego oślizgły ogon i łyse łapki, mam ochotę biec ile sił w nogach w przeciwnym kierunku. Kiedy wylądowaliśmy z Anthony’m w Indiach, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mielibyśmy zwiedzać Szczurzą Świątynię. Nie planowałam więc tego typu wycieczki, nie szukałam o owym miejscu informacji, nie nastawiałam się psychicznie. Ale podjeliśmy się work-away w Radżastanie, w miejscowości Bikaner, a ledwie godzinę po dotarciu na miejsce nasz host zapytał: „Planujecie odwiedzić Świątynię Karni Maty?”. Początkowo nie wiedziałam o czym mówi. A potem do mnie dotarło: Świątynia Karni Maty to TO SAMO co Szczurza Świątynia. Moja odpowiedź mogła być tylko jedna: „NIE MA TAKIEJ OPCJI!”.Mijały godziny, zaś Anthony bezskutecznie próbował mnie urobić. Oznajmiłam, że może jechać sam-mi wystarczą zdjęcia. Mimo to mój luby wciąż wciskał mi kity jaka to jestem odważna, a ja chciałam płakać na samą myśl o budynku pełnym szczurów. Zmusić mnie do wejścia to tak, jakby zmuszać osobę bojącą się pająków do kąpieli w wannie pełnej tarantul. Dla świętego spokoju powiedziałam, że się zastanowię. Ostatecznie mieliśmy mnóstwo czasu, może tygodni, na zorganizowanie (wymiganie się od) takiej wycieczki, prawda? Ha! Nieprawda! Złośliwość wszechświata postanowiła mnie dopaść już 15 minut później, kiedy do naszych drzwi zapukał host i zapytał: „Dwie klientki chcą odwiedzić świątynię Karni Maty – Macie ochotę wybrać się z nami?”.Siedziałam ściśnięta jak sardynka w bagażniku dżipa (obok siedział niemałych rozmiarów Antek), za oknem migała pustynia, a ja głowiłam się w milczeniu, z przerażeniem w oczach, jak to wszystko, do cholery, odwołać. (historię świątyni przeczytać możecie TU)Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy niewysoki budynek otoczony kamiennym murem. Stało przed nim kilka straganów sprzedających napoje, przekąski oraz obrzydliwe, dość realistyczne maskotki przedstawiające szczury wszelkiej maści. Słońce chyliło się już ku zachodowi. To ponoć najlepsza pora na odwiedzenie świątyni Karni Maty, jako że to wówczas szczury są najbardziej aktywne, a co za tym idzie wychodzą z ukrycia, dając nam najlepszą (?) okazję do podziwiania ich szokującej ilości w pełnej krasie. Wedle niektórych danych świątynię zamieszkuje nawet 20tysięcy gryzoni. O zgrozo!Zostawiliśmy buty u zaprzyjaźnionego z naszym hostem sprzedawcy. Wstęp do świętego miejsca dozwolony jest wyłącznie boso. Oczywiście można zostawić klapeczki przed wejściem do świątyni, ale wdzięczna byłam naszemu gospodarzowi za stworzenie innej opcji. Zostaliśmy poczęstowani czajem oraz przekąskami. Podróżując z Indusem jesteśmy traktowani znacznie lepiej, niż kiedy zwiedzamy sami. Może wyglądamy mniej na zagubionych turystów? A może namolni zazwyczaj naganiacze dają nam spokój, bo uznali, że już ktoś inny na nas zarabia? Jeszcze przed wejściem do świątyni przebiega mi przed gołymi stopami kilka malutkich szczurków. Piszczę jak nienormalna i przeskakuję z nogi na nogę. Antka zdaje się to szalenie bawić: „Ja myślałem, że ty się niczego nie boisz, a tu proszę!”. Byłam zbyt przerażona by przypomnieć mu, jak przed każdym mostem zwodzonym w Himalajach mówił do mnie: „Możesz iść pierwsza…”, po czym sam stawiał stopę nad przepaścią dopiero, gdy ja byłam po drugiej stronie, a most przestawał się chwiać choćby o milimetr. Hipokryta! Wchodzimy do środka, a zagęszczenie szczurów staje się koszmarne od samego progu. Są absolutnie wszędzie! W każdym kącie, zakamarku, na każdym podwyższeniu i poręczy. Drepczę dwa kroki za Antkiem, trzymając go mocno za rękę, gotowa w każdej chwili wskoczyć mu na plecy. Szczury biegają w lewo, w prawo, bawią się ze sobą i walczą. Na większości Indusów zdaje się nie robić to najmniejszego wrażenie, jednak z pewną satysfakcją zauważam kilka piszczących kobiet. Łaziliśmy po świątyni już dobre 15 minut (chociaż ja miałam ochotę wyjść po pierwszych dwóch), gdy przychodzi do nas nasz gospodarz, by z radością oznajmić, że ma dla nas niespodziankę. Najlepszą niespodzianką byłoby wyniesienie mnie z tego okropnego miejsca na rękach. Jednak zamiast tego zostaliśmy zaprowadzeni do jednego z kątów, gdzie stłoczone szczury piły mleko z olbrzymiej misy. -Patrzcie!Początkowo nie za bardzo wiem na co mam patrzeć, a owa niewiedza najwyraźniej bije z mojej twarzy.-Widzicie? Ten biały szczur! To szczur albinos! Jeśli go zobaczysz, masz szczęście!Anthony pstryka kilka fotek. Do jednego z ujęć klęka, a jeden ze szczurów podbiega i zaczyna lizać go po uniesionej pięcie. Może wyczuł ser. Zrobiło mi się słabo. Antek obejmuje mnie mówiąc: „I tak jesteś dzielna. Ja bym nie wszedł do świątyni pełnej skorpionów.”. W myślach notuję, iż muszę taką świątynię wyszukać. Wychodzimy ze świątyni, a żona gospodarza mówi do mnie: „Wiesz, że białego szczura wypatrują kobiety chcące zajść w ciążę?”.Kila dni późnie dowiadujemy się z Anthonym, że zostaniemy rodzicami. Nie taka znowu straszna ta Szczurza Świątynia.   (to nie uśmiech, to panika)

Lato w Prowansji

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Lato w Prowansji

Na Południu Francji spędziłam swoje pierwsze zagraniczne wakacje. Miałam 12 lat. Rodzice uciułali pieniądze nie tylko na moje kolonie, ale też telefon komórkowy (w tamtych czasach to był szpan!). Do teraz pamiętam szmaragdowe wody Kanionu Verdon, wąskie uliczki nadmorskich miasteczek, lazurowe morze, kobiety opalające się topless. Po tamtych wakacjach pozostała mi szeroka blizna na kolanie. Chirurg zaproponował usunięcie jej podczas operacji rzepki, którą odbyłam kilka lat temu, ale odmówiłam. Zżyłam się z tym brzydkim kawałkiem skóry jak z najdroższą pamiątką. Kiedy w styczniu tego roku wróciłam na Południe Francji, wspomnienia odżyły. Inne miasteczka, inne ludzie, ale ten sam zapach charakterystyczny dla cieplejszych rejonów Europy, ten sam akcent, to samo uwielbienie dla wina, te same górzyste widoki. Zakochałam się na nowo. (więcej wpisów oraz zdjęć z zimowej Prowansji znajdziesz TU i TU )Teraz tutaj mieszkam. Nieco niespodziewanie, ale jednak. Wróciliśmy z podróży w połowie maja i zmuszeni byliśmy zostać przez ciążowe komplikacje. Początkowo bardzo chciałam wrócić do Polski, narzekałam na Francuzów, ich wybujałe ego, tęskniłam za polskim jedzeniem. Ale z każdym tygodniem doceniam Południe oraz samą Francję coraz bardziej. Uczę się cieszyć powolnym trybem życia, do którego nie jestem przyzwyczajona. Zachwycam się podejściem do kuchni, jedzenia, spotkań towarzyskich. Lubię nonszalancję w sposobie rozmawiania o winie. Lubię ciepłe, śródziemnomorskie powietrze, wszędobylskie produkty z lawendy, kamienne ściany, błękitne okiennice. Nawet powolność i obojętność kelnerów zaczynam lubić. Ot, taki kraj, taka mentalność. Dużo czasu straciliśmy przez moje przymusowe leżenie w łóżku. Dużo widoków, zachodów słońca, kąpieli w ciepłym morzu, trekingów, spacerów, doświadczeń. Przez tych kilka dni kiedy znów mogę chodzić (unikając jednak zbytniego wysiłku), staramy się nadrobić braki. Jednak to konkretne lato mija właśnie bezpowrotnie. Cóż, warto było je poświęcić na rzecz pierwszego usg, pierwszego kopnięcia, pierwszej czkawki. Zobaczyliśmy ile mogliśmy zobaczyć. Teraz pozostaje tylko czekać na równie piękną prowansalską jesień, cieszyć się opustoszałymi uliczkami i być wdzięczną, że przyszło mi mieszkać w miejscu, o którym marzyłam jako dziecko. (zdjęcia pojawiają się również regularnie na Ponzo Photography )

Zakup sprzętu turystycznego w Nepalu/Indiach

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Zakup sprzętu turystycznego w Nepalu/Indiach

Przed wyjazdem w kolejną podróż założenie było proste : nie kupujemy niczego co możemy kupić po drodze, jeśli nie potrzebujemy tego od samego początku. No bo po co taszczyć ze sobą dodatkowe kilogramy, jeśli mnóstwo sprzętu możemy kupić już będąc w podróży, często znacznie taniej niż na miejscu. Zrobiliśmy więc mały research "co gdzie i za ile" i ruszyliśmy.Jak tego typu podejście sprawdziło się w praktyce ?Średnio.Zacznijmy od rzeczy kupionych przed wyjazdem :-małe plecaki z mnóstwem przegródek (bo przecież wycieczki po mieście będziemy serwować sobie od początku) ;-dobre buty trekingowe + odpowiednie skarpetki (bo z butami lepiej obyć się zawczasu ) ;-wyposażenie kosmetyczki (sprawdź TU) ;-kurtka z odpinaną poszewką dla Antka (która sprawdziła się równie dobrze przy polskiej zimie, co w upalnych Indiach-po odpięciu polara zostawała dobra wiatrówka) ;-ręczniki turystyczne/typu fitness ; Prawie wszystko (za wyjątkiem moich butów, które dostałam w prezencie od rodziców) kupiliśmy w Londynie. Ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu okazało się to znacznie tańszym rozwiązaniem (a i wybór o niebo większy), niż  kupowanie ich jakościowych odpowiedników w Polsce. Resztę reczy była po prostu starych (ale za to sprawdzonych ;). Np.plecaki z biedronki, które przetrwały już kilka Woodstocków, kilka podróży po Europie, kilka obozów harcerskich i wszelkich innych wypadów, a ciągle miały się bardzo dobrze. Naczytaliśmy się o tym, jakie to tanie sprzęty trekingowe można kupić w Nepalu oraz Indiach, więc zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy wszelkie "pierdółki" typu kijki trekingowe kupić na miejscu. Częściowo wypaliło.PLUSY ZAKUPU SPRZĘTU TURYSTYCZNEGO W INDIACH/NEPALU :-faktycznie można znaleźć sporo tańszy sprzęt. Za rzeczy obecne na zdjęciu poniżej zapłaciliśmy łącznie 420zł (w przeliczeniu). Co prawda naszukaliśmy się długo, porównywaliśmy ceny i dostaliśmy dużą zniżkę za zrobienie całości zakupów w jednym sklepie. Na zdjęciu widać: parę damskich butów trekkingowych, parę męskich spodni z odpinanymi nogawkami, męską kurtkę typu soft-shell (taka niepotrzebna fanaberia, po prostu Antek świetnie w niej wygląda ;), dwie pary (męska i damska) ocieplanych leginsów, dwie pary kijków trekkingowych, damską bluzę-polar.-wysoka jakość sprzętu. No dobra, trzeba się naszukać, porównywać, wiedzieć mniej-więcej czego oczekujemy. Ale jeśli posiadamy choćby minalne pojęcie i nie wymagamy technologii godnej NASA za równowartość paczki chipsów, to możemy zostać pozytywnie zaskoczeni jakością sprzętu w stosunku do ceny. Jak np.moimi butami trekingowymi, które okazały się bodajże najwygodniejszymi butami jakie miałam w życiu (mówię to z bólem serca, ale przebiły skradzione mi Indiach, świetne treki sprezentowane przez mamę). Bałam się jak cholera, że zakładając nowe buty na treking dorobię się pęcherzy większych niż pięty, a tu nic! Ani jednego obtarcia! Może to zdolne ręce wytwórców, a może miałam szczęście. Tak czy siak, treki zdały egzamin.Podobnie jak kupione w Kerali sandały typu "jezuski" (zakupione po kilku dniach chodzenia boso, gdy moje stare sandały się rozpadły, a treki skradziono ;). Moje kosztowały odpowiednik 25zł, Anthony’ego zaś może 35ciu. Kupiliśmy je w sklepie z oznaczeniem cen, daleko od centrum miasta. Pewnie dlatego były trzykrotnie tańsze, niż to co próbowali nam wcisnąć na targu. ;) Służą nam do teraz i mają się świetnie. WADY ZAKUPU SPRZĘTU TURYSTYCZNEGO W INDIACH/NEPALU :-niska jakość sprzętu. Tak, wiem, dopiero co pisałam, że wysoka. Ale tak jak wspomniałam, trzeba wiedzieć, czego i gdzie się szuka. Inaczej z każdej strony zaleje nas fala bubli, które najpewniej nie przetrwałyby tygodnia użytkowania. Tak było w niektórych miejscach w Indiach i szczerze mówiąc, po prostu nie chciało mi się przekopywać przez stos tandety i wrzeszczących sprzedawców, by odkopać jedną rzecz wartą uwagi. Ostatecznie najlepszym miejscem na trekingowe zakupy będzie najpewniej Kathmandu (o ile porównujemy ceny u innych sprzedawców, a nie obkupujemy się jak przed Bożym Narodzeniem przy pierwszym lepszym stoisku tuż koło słynnego zabytku). Jednak my ostatecznie największe zakupy zrobiliśmy w Darjeeling (północno-wschodnie Indie) i tam chyba było nam najwygodniej. Sprzedawcy zdecydowanie mniej namolni niż w innych regionach Indii (może to efekt mieszania się kilku obecnych tam kultur?), turystów nieco mniej, na ulicach jakby spokojniej. Kathmandu jest świetne, ale trochę tam dla mnie za tłoczno. Wolę robić zakupy nie obijając się lewym bokiem o turystę z Niemieć, a prawym z Australii.-zmieniające się ceny. To ile zapłacił kolega rok temu może nie mieć nic wspólnego z tym, ile zapłacisz Ty za miesiąc. Przekonaliśmy się o tym dotkliwie, gdy okazało się, że podawane w Lonely Planet ceny mają się nijak do rzeczywistości. Oczywiście, zawsze trzeba brać na tego typu rzeczy poprawkę i my też braliśmy, ale kilkukrotna nadwyżka (np.za ceny wstępów do parków narodowych) mocno nas zaskoczyła. I tak jak rosną ceny wejściówek do rezerwatów, tak rosną też ceny sprzętu. Może i dobrze, w końcu ile można żerować na cudzej biedzie. Nawet jeśli czasem portfel przez to płacze.-małe rozmiarówki. Ja nie miałam problemu (rozmiar ubrań 38, butów 39), ale już wysoki, dość potężny Antek miał. Musieliśmy się nachodzić za japonkami, sandałami, spodniami…Jednak nic nie było az takim problemem jak zakup treków. Okazało się, że w biorąc pod uwagę zawyżone rozmiarówki musieliśmy szukać butów w rozmiarze 46 (w Europie kupuje 45, czasem 44). Bylibyśmy zdesperowani (o skradzionych wcześniej trekach można przeczytać TU), sprawdzaliśmy wszystkie możliwe sklepy w Darjeeling. W końcu znaleźliśmy jedną parę obuwia w rozmiarze 45,5, która pasowała NA STYK, kosztowała zaś trzykrotnie tyle, ile zapłaciliśmy za Antkowe buty w Londynie. Nie kupiliśmy ich, a poszukiwania wznowiliśmy w Taplejung, gdzie mieliśmy rozpocząć trekking. Nepalczycy zapewniali nas, że to bardzo duże miasto z ogromną ilością sklepów i lotniskiem. Cóż, byliśmy na tyle naiwni by wierzyć, że jak jest lotnisko to są i turyści, a jak są turyści, to są dobrze wyposażone sklepy. Przekonaliśmy się jednak na własnej skórze, iż dla Nepalczyków "duże miasto" oznacza coś zupełnie innego niż dla Europejczyka. Butów w rozmiarze 46 nie znaleźliśmy ani tam, ani w Kathmandu, gdzie pojechaliśmy specjalnie w tym celu (no dobra, w Kathmandu po dłuuuugich poszukiwaniach znaleźliśmy jedną parę średniej jakości, za którą sprzedawca zarządał równowartości 700zł, później łaskawie zszedł do 550 – podziękowaliśmy). Ostatecznie Anthony chodził po Himalajach w trekingowych sandałach, a gdy robiło się chłodniej zakładał grube skarpetki. Jak stereotypowy Polak. ;) Zanim ktoś jednak zarzuci nam lekkomyślność : trekingi to nie to samo co wspinaczka wysokogórska i tam, gdzie my chodziliśmy w specjalnych sandałach/trekach, lokalsi biegali w japonkach. Niestety, z powodu braku obuwia nie zrobiliśmy też takiej trasy o jakiej marzyliśmy, bo byłoby po prostu zbyt niebezpiecznie zapuszczać się w pewne rejony bez dobrego obuwia. Byłam rozczarowana, ale co można było poradzić – nie będę kazała partnerowi ryzykować zdrowia i życia dla moich fanaberii. Rozważaliśmy nawet zamówienie odpowiedniego obuwia do Nepalu przez internet lub poproszenie o wykonanie na miejscu tak dużego rozmiaru specjalnie dla nas (dostaliśmy taką ofertę), jednak koszty oraz czas oczekiwania zdecydowanie nas przerosły. No ale to już niczyja wina.  Chcę tylko podkreślić, jak trudno może być ze znalezieniem dużej rozmiarówki. PODSUMOWANIECzy opłaca się kupować sprzęt turystyczny w Indiach/Nepalu? Bardzo się opłaca!Jednak osobiście doradzałabym zakup wszystkich niezbędnych rzeczy już przed podróżą (chyba że zaczynamy podróż od Kathmandu i mamy sporo czasu :)), by upewnić się, iż posiadamy sprzęt dobrej jakości oraz w odpowiednim rozmiarze. Świetnym pomysłem będzie wysłanie części sprzętu to domu jako prezent dla rodziny, lub dla siebie samego. Teraz żałuję, że nie wysłaliśmy sobie w ten sposób plecaków. ;) Należy jednak pamiętać przy tym o limitach dotyczących wartości wysyłanej paczki oraz kosztach przesyłki, które przy cięższych rzeczach będą bardzo wysokie. Radziłabym również nadawanie przesyłki w Kathmandu lub Pokharze, jako że w innych miejscowościach może to być baaaaaardzo skomplikowane (uwierzcie na słowo, my wysyłaliśmy z małej miejscowości i był to czterogodzinny koszmar ;)). Za to zakupiony w podróży sprzęt wciąż sprawdza się znakomicie. :)

Ja, matka dzieci nienarodzonych

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Ja, matka dzieci nienarodzonych

Od kiedy pamiętam chciałam być mamą. Taką pieczącą ciasta, oddaną, czekającą z obiadem mamą. Chodziłam do dobrych szkół, miałam tysiąc zajęć dodatkowych: języki obce, gitara, kółko plastyczne, harcerstwo, taniec towarzyski. Miałam wykształconych rodziców, dziesiątki perspektyw, setki zmieniających się w oka mgnieniu pomysłów na przyszłość. Tylko pragnienie bycia mamą pozostawało niezmienne. W końcu zaszłam w ciążę. Prawie 4 lat temu, w stałym, choć wyjątkowo burzliwym związku. Wpadka. Nagle okazało się, że w ogóle nie znałam mojego partnera. Awantury o moją odmowę aborcji, płacze, krzyki, przekleństwa, błagania. Zostałam sama. Taszczyłam wielką walizkę na dworzec. Nie miałam parasola, a jak na złość lało. Wiatr zacinał z każdej strony, pochmurne niebo nie przestawało płakać, a ja płakałam razem z nim. Ludzie w pociągu dziwnie się na mnie patrzyli. Wróciłam do domu i zaczęłam plamić. Następnego dnia lekarz, hormony, leki rozkurczowe, nakaz leżenia. Więc leżałam. Całymi tygodniami. Za oknem lato, na facebooku ludzie chwalący się wakacjami. Ogniska, jeziora, lasy, egzotyka, morze, opalenizna, uśmiechy, imprezy. A ja leżałam. Moi rodzice i ja nie chwaliliśmy się ciążą. Jak tu się chwalić, zwłaszcza, gdy lądowałam co chwila na pogotowiu. Krawienie za krwawieniem, pobyt w szpitalu za pobytem w szpitalu. Jakaś dziewczyna w kolejnej już ciąży zaciagała się głęboko papierosem spacerując po szpitalnym ogródku i mówiła: „Jezu, jak ja Ci zazdroszczę, że masz ciążę zagrożoną. Ja wcale nie chcę tego dziecka utrzymać.”. Kontakt z byłym partnerem ograniczał się do moich błagań i płaczu. Płaszczyłam się, poniżałam. Nigdy nie czułam się równie samotna, ale powtarzałam sobie, że przecież dam radę, że sobie poradzę.Straciłam dziecko, gdy ciąża zaczynała być już widoczna. Gdy najgorsze dolegliwości minęły, gdy lekarz pozwolił mi wstawać z łóżka, gdy pani w sklepie doradziła zakup grubszego swetra „żeby maleństwo nie zmarzło”, gdy ciocia przyjaciółki wywróżyła mi dziewczynkę, a ja zaczynałam być autentycznie szczęśliwa. Kupiłyśmy z mamą pierwszą sukienkę, pierwsze, malutkie skarpetki, pierwsze body.  Tak bywa. Tak mówią. Następna ciąża na pewno przebiegnie pomyślnie. Tylko jakie ma znaczenie następna ciąża, skoro już nie będzie TĄ ciążą, TYM dzieckiem?Zostałam z niczym. Bez mojego maleństwa, bez związku, bez celu w życiu, bez chęci. Za to z depresją, która ciągnęła się za mną przez kolejne trzy lata. Nie jestem w stanie dobrze opisać tego uczucia, które dopadało mnie za każdym razem, kiedy widziałam matkę z dzieckiem. Tej złości na widok ciężarnych nastolatek. Furii przy ciężarnych zaciągających się papierosem. Histerii, gdy kolejna bliska mi osoba ogłaszała wielką nowinę. Kobietom po poronieniach niejako odmawia się prawa do żałoby. Jakby Twoje dziecko nigdy nie istniało. Jakby nie było człowiekiem. Jakby nie było ważne. Przecież będziesz miała jeszcze inne. Nie o to, kurna, chodzi. Szukałam dobrych książek, forum, które pomogłyby uporać się z ciężarem w głowie. Wszędzie tylko bagatelizowanie problemu w stylu „no stało się, trudno”, albo infantylne rozumowanie typu „mój aniołek czeka na mnie w niebie”. Nigdzie nie byłam w stanie znaleźć choć jednej wypowiedzi kobiety, której przydarzyło się poronienie, która WIE, że tak bywa, która WIE, że musi się podnieść, która WIE, że jej użalanie się nad sobą jest żenujące. Lecz która mimo to nie potrafi przestać rozpaczać z powodu śmierci dziecka, nie potrafi przestać głowić się „co by było gdyby”, nie potrafi wziąć się do kupy. Wszyscy zdawali się radzić sobie z problemem lepiej ode mnie. Nie będę opisywać szczegółów, powiem tylko, że te lata były koszmarem. Nie byłam w stanie wywiązywać się z obowiązków, z pracy, z niczego. Mimo że zapełniłam sobie niemalże każdą minutę w ciągu dnia. Byle nie myśleć, byle nie czuć, byle przetrwać. Zawodziłam innych i siebie. Wszystkie decyzje były złe. Bałam się wstać z łóżka i wyjść do świata, a później nienawidziłam się za swoją beznadziejność. Stwierdziłam, że albo się zabiję, albo ucieknę. Więc uciekłam. W podróż. Musiałam. Nie miałam pieniędzy na jedzenie, moje biuro przynosiło straty, ale musiałam, MUSIAŁAM uciec. I jeśli jestem z czegoś dumna, to z tego, że znalazłam w sobie dość siły, dość odwagi, by wyruszyć. Nie istotne dokąd, po co, ani na jak długo. Jednak wyprawą, która naprawdę mi pomogła, było El Camino – Szlak Świętego Jakuba. Niosłam ze sobą symboliczne dwa kamienie – za mnie i moje nienarodzone dziecko. Zostawienie ich w odpowiednim miejscu było chyba najtrudniejszym gestem, jaki w życiu wykonałam. Ale pomogło. Później były kolejne podróże, aż w końcu, w Londynie, poznałam Anthony’ego. Znajomość jakich wiele, po prostu kolega z pracy. Pewnego wieczoru wraz kilkoma innymi pracownikami piliśmy piwo w ogrodzie, zbaczając coraz bardziej na tzw. tematy życiowe. W końcu jak powszechnie wiadomo wraz ze wzrostem alkoholu we krwi wzrasta zdolność do odnajdywania głębszego sensu w filozofii, religii, polityce i w ogóle każdym temacie, którego normalnie unikamy jak ognia. Jakaś dziewczyna powiedziała, że jej to już powoli włącza się instynkt macierzyński. Jakiś chłopak odpowiedział, że jemu jeszcze nie, ale na pewno w przyszłości chciałby mieć dzieci. I może zabrzmi okrutnie, ale nie mógłby być z kobietą, która owych dzieci mieć nie może. Zrobiło mi się niezręcznie, lecz nadal siedziałam cicho. Wtedy, po dłuższej ciszy, odezwał się Antek, ten sam Antek, który w ogóle rzadko kiedy się odzywa, a już zwłaszcza w kwestiach kontrowersyjnych, by powiedzieć bardzo spokojnie:„A ja, jeśli jestem w związku z kobietą to dlatego, że jest zabawna, inteligenta, życzliwa. Nie dlatego, że działa czy nie działa jej macica.”Kilka osób pokiwało z zadumie głowami, wcześniej wypowiadający się chłopak wyglądał na nieprzekonanego, a nasza wspólna znajoma roześmiała się głośno mówiąc: „Tony, Ty się rzadko odzywasz, ale jak już coś powiesz, to powiesz!”Pierwszy raz faktycznie go zauważyłam. Zaczęliśmy się spotykać, a ja z każdym spotkaniem utwierdzałam się w przekonaniu, iż trafiłam na szalenie dobrego człowieka. Bardzo szybko zapragnęliśmy założyć rodzinę. Miesiąc w miesiąc niepowodzenie. A potem klasycznie „przestaliśmy się starać” i nagle okazało się, że jestem w ciąży. Pamiętam dobrze czas tuż przed. Odbywaliśmy kolejny już treking, a w małej wiosce na szlaku poznaliśmy Tintina-nepalskiego chłopca z porażeniem mózgowym. Pamiętam naszą, moją i Anthony’ego rozmowę o życiu tego biednego dziecka. I moją wzmiankę, że chyba to jedno spotkanie uświadomiło mi, iż naprawdę nie ma dla mnie znaczenia JAKIE będzie moje dziecko, byleby było. Bylebyśmy mieli szansę kimś się zająć, sprowadzić na ten świat jednego szczęśliwego człowieka. Nie po to, by dziecko POSIADAĆ, lecz by dać mu fajne życie. Banał.Rozmawialiśmy nawet o możliwości adopcji i o tym, jak wielu warunków nie spełniamy. To nic, na wszystko z czasem znaleźlibyśmy sposób. Tintin obudził we mnie zupełnie nowe, chyba nieco dojrzalsze spojrzenie na macierzyństwo. A dwa dni później byłam już w ciąży, choć jeszcze o tym nie wiedziałam.Mały Żabojad został spłodzony gdzieś w nepalskich Himalajach, odkryty zaś w Indiach. Od samego początku wymiotowałam jak kot i czułam się okropnie. Na myśl, że mogę być w ciąży, naprowadził mnie wyjątkowo chudy, indyjski znachor, który machając wahadełkiem nad straszliwie grubą książką oraz kartką z moim imieniem oznajmił, iż źródło mojego samopoczucie jest natury ginekologicznej. Trochę z tego żartowaliśmy, ale i tak kupiliśmy test. Nie wytrzymałam do rana: dwie grube kreski. Pamiętam jak biegłam, cała zaryczana, przez długi korytarz, wrzeszcząc do Antka: JESTEM W CIĄŻY! JESTEM W CIĄŻY! JESTEM W CIĄŻY!Takiej radości nie przeżyłam chyba w całym swoim życiu. Nie chcieliśmy przerywać podróży, ale wiedziałam też, iż dłuższy pobyt w Azji po prostu mnie wykończy. Żabojad od początku przyprawiał mnie o kaca giganta. I nie mam tu na myśli kaca pt. „Opróżniłyśmy wczoraj z koleżankami dwie butelki Carlo Rossi na trzy! Ale z nas wariatki.”, tylko „Bawiłam się na panieńskim mojej najlepszej przyjaciółki, gdzieś w połowie imprezy ją zgubiłyśmy, lał się szampan, wódka i red bulle, jedna z uczestniczek odnalazła się następnego dnia w innym mieście, będę zbierać fakty przez najbliższy tydzień, wstyd mi jak wszyscy diabli, a jak ruszę głową o milimetr, to się zrzygam.” Takim właśnie samopoczuciem objawiało swą obecność moje dziecko (i tak przez pełne trzy miesiące). Z tą tylko różnicą, że kac następnego dnia się kończy, a ciążowe dolegliwości nie.Indyjskie jedzenie ani upały ewidentnie mi nie służyły. Chciałam też być bliżej Europy i europejskiej służby zdrowia „w razie w”. Chyba od samego początku chciałam zrobić wszystko, by chronić moje dziecko. Padło na Bałkany. Jednak pewnym zbiegiem okolicznośći przepadły nam wyjątkowo tanie bilety. Wściekła jak osa kupiłam drugie najtańsze: Do Francji.  I tak jak pod wpływem jednej spontanicznej decyzji postanowiłam opuścić Nepal tuż przed katastroficznym trzęsieniem ziemi, tak kolejny przypadek wyszedł nam na dobre.Niemal natychmiast po powrocie do domu zaczęłam plamić. Okazało się, że mam w macicy olbrzymie cysty/torbiele. Kobiety na forach panikują, jeśli tego typu zmiana osiąga 3x4cm. Jedna z moich zmian miała rozmiar otwartej męskiej dłoni. Wiem, wydaliłam ją podczas wyjątkowo obfitego krwotoku. Takich mniejszych lub większych krwotoków miałam w pierwszym trymestrze kilka. Do tego codzienne plamienia, leżenie plackiem w łóźku, wymioty po kilka razy dziennie, NIEUSTANNE mdłości, przyjmowanie leków rozkurczowym oraz hormonów. Przed 12tym tygodniem wykonano mi 7 badań USG, co chwila lądowałam na pogotowiu. Pewna młoda lekarka powiedziała wprost, że ona rozpatruje utrzymanie tej ciąży przy tak obfitych krwotokach z wydalaną tkanką w kategorii cudu. Specjalista wyrażał się bardziej powściągliwie, lecz i on przyznał, że Żabojad ma naprawdę wyjątkowo silną wolę przeżycia.Gdybym chciała opisać wszystkie emocje towarzyszące mi podczas tej ciąży, zajęłoby to 10 stron, a na koniec sama siebie musiałabym zapisać do terapeuty. Mijał jednak tydzień za tygodniem, a dziecko wciąż żyło. Mimo wszystkich krawień, nadal obecnych cyst, lekkiego oderwania pęcherza płodowego od ściany macicy. Okropne samopoczucie zaczęło ustępować, a ja zaczęłam na nowo mieć nadzieję, którą utraciłam już dawno. Teraz dziecko radośnie tańczy w coraz większym brzuchu. Lekarz mówi, że bez dwóch zdań odziedziczyło temperament po mamie, bo nie potrafi usiedzieć chwili spokojnie. Anthony co rusz gada do brzucha: „Cześć, tu twój tata! Nie słuchaj mamy, twoim pierwszym językiem i tak będzie francuski!”. Planujemy już powrót do podróży po narodzinach dziecka. Bo przecież nie po to tak bardzo chciałam je mieć, żeby przez pierwszych kilka lat oglądało tylko łóżeczko i pieluchy. Pewnie się zastanawiacie po co w ogóle o tym wszystkim mówię. Cóż, powody są dwa:Po pierwsze, łudzę się, iż moja historia doda komuś otuchy. Nie tylko komuś, kto stara się o dziecko, ale komukolwiek, kto tkwi w trudnym momencie w życiu. Myślę o tych wszystkich szansach, które bym zmarnowała, gdybym tych kilka lat temu po prostu się poddała. Gdybym nie próbowała tak rozpaczliwie wypłynąć na powierzchnię, choć w tamtym momencie wydawało mi się, że już nigdy nie będę szczęśliwa i te wszystkie wysiłki są na nic. Cholera, było warto zmuszać się ostatkiem sił do wstawania z łóżka. Naprawdę warto było.Po drugie, nie wiem jak długo jeszcze powinnam ukrywać aktualną ciążę. Co prawda nadal większość dnia muszę spędzać w pozycji horyzontalnej, nadal mam absolutny zakaz jakiegokolwiek wysiłku i nadal biorę hormony „tak na wszelki wypadek”. Nadal odliczam nerwowo każdy dzień każdego tygodnia przybliżającego mnie do upragnionego rozwiązania. Nadal istnieje spora szansa, iż większość ciąży będę musiała przeleżeć. Ale nie chcę już pokrętnie się z wszystkiego tłumaczyć, zatajać moją sytuację, jakby była powodem do wstydu. Bo chociaż wciąż może stać się coś złego, to przecież zawsze może. Przy porodzie, po urodzeniu, po osiemnastce. I co, mam dziecko chować w piwnicy, żeby się czasem nikt o nim nie dowiedział, „tak na wszelki wypadek”? Chcę cieszyć się tą ciążą tak, jakbym nigdy się o nią nie bała. I nie widzę powodu, by się ową radością nie dzielić. Moje dziecko, jeszcze zanim dowiedziałam się o jego istnieniu, odbywało ze mną treking w Nepalu, jeździło na pace ciężarówki po himalajskich wirażach, podróżowało w indyjskim wagonie najniższej klasy, przeżyło trzęsienie ziemi (które odczuliśmy w Agrze), odwiedziło indyjskiego znachora, spało pod gołym niebem na pustyni, smakowało egzotycznej kuchni, spacerowało po Szczurzej Świątyni. A tyle jeszcze przed nim.

Wayanad - ostatni bastion nie turystycznych Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Wayanad - ostatni bastion nie turystycznych Indii

Indie są krajem "nieoczywiście turystycznym". Choć spotka się tu niewielu turystów podróżujących w grupie, fala backpackerów zalewa cię z każdej strony. Przyjeżdżają, ponieważ jest tanio, ponieważ jest egzotycznie, ponieważ pragną doświadczyć duchowej przemiany, ponieważ Indie wciąż kojarzą się z oryginalnością. W efekcie każdy z nas, podróżników w mniejszym lub większym stopniu chcących odkrywać świat, ląduje w kotle straganiarzy, naganiaczy, żebraków, oraz tysiąca backpackerów, próbując przemierzyć szlak jak dotąd nie przemierzony. Jest tylko jeden problem… w Indiach taki szlak podobno nie istnieje. Można mieć niemalże sto procent pewności : jeśli cokolwiek tam wartego jest zobaczenia, zgraja turystów o tym doskonale wie. Czy ostał się zatem w Indiach choć jeden, malutki skrawek ziemi nie turystycznej?  Nie potrafię kłamać, po kilku długich tygodniach spędzonych w upale, kurzu, ścisku, tłoku, hałasie, wiem już na pewno: mam dość Indii. Potrzebuję przerwy, by móc docenić je na nowo. By znów dostrzegać pełnię ich uroku, barwy, inności. Tylko jak uciec od Indii w Indiach? Gdzie zaszyć się z dala od zgiełku, tłumu, ryku klaksonów, namolnych taksówkarzy? Czy takie miejsce w ogóle istnieje? Znużona skwarnymi miastami Kerali, w której obecnie przebywam, obieram najłatwiejszą drogę do właściwej odpowiedzi: pytam tubylców o najpiękniejszy ich zdaniem kawałek ojczyzny. Nie odpowiadają: plaże Goa, świątynie Hampi,  kanały Alleppey, architektura Agry. O Górach Kardamonowych, ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu mało kto słyszał, zaś na północ kraju mało kto, wychowaszy się na Południu, zawędrował. Najczęściej pojawiającą się odpowiedzią jest : Jedź do Wayanad. Pewnie. Bardzo chętnie. Tylko co to właściwie jest?Mój przewodnik streszcza wszelkie informacje o owej krainie na połowie strony. Region w północno-zachodniej Kerali. Słynie z produkcji pieprzu, kawy oraz herbaty. Znaleźć w nim można wodospady, jaskinie, rezerwaty przyrody; turystów niemalże brak. Nurtuje mnie pytanie : Jeśli faktycznie jest tak cudownie, skąd się bierze brak turystów? Znaleziony w internecie blog informuje, że drogo, brzydko, nie warto. Wyszukane zdjęcia mówią co innego. Komu wierzyć? Muszę przekonać się na własnej skórze.Jadę bez chwili wahania.Bukuję najtańszy hotel, jaki udaje mi się znaleźć. 750rupii za dwie osoby, czyli około 45zł. Mała miejscowość o nazwie Mutil, leżąca niemalże idealnie pośrodku regionu. Daleko od większego miasta Mysore. Ostatnie o czym marzę, to kolejne miasto. Początkowo wraz z moim francuskim partnerem próbujemy dostać się na miejsce z Koczin autostopem. Po trzech podwózkach na coraz to inny dworzec, kapituluję. Wsiadamy w regionalny autobus, później kolejny i kolejny. Oszczędzamy tym samym ponad połowę kwoty, jaką wydalibyśmy na bus bezpośredni. Pojazdy przywodzą mi na myśl metalową skrzynkę na kółkach. Rozpędzoną, podskakującą na wybojach, chwiejącą się na zakrętach metalową skrzynkę. Przejażdżka nimi zdecydowanie nie jest dla ludzi z lękiem wysokości, czy o lichych żołądkach. Jednak nawet osoby o słabszych nerwach, muszą docenić ogrom rozpościerającej się przed nimi przestrzeni, groźne skały, zielone pagórki, oszałamiającą, pełną zapachów dżunglę. Mimo strachu za każdym razem gdy długi, głośny pisk hamulców drażni moje uszy, a bus zdaje się skręcać naprawdę w ostatniej chwili, chroniąc mnie tym samym przed tragiczną śmiercią w przepaści, nie potrafię powstrzymać westchnienia pełnego ulgi, że w końcu jestem w miejscu względnie bezludnym. Świeżość otoczenia jest rajem dla nozdrzy.  Górskie powietrze orzeźwia, chłodzi, bujna roślinność daje błogi cień. Widok zboczy porośniętych krzakami herbaty sprawia niezapomniane wrażenie. Takiego miejsca potrzebowałam. Jest po prostu oszałamiająco zielono. Plus zadziwiająco czysto. Czy ja aby na pewno nadal jestem w Indiach ? Mutil okazuje się być, jak na hinduskie standardy, miejscowością naprawdę niewielką. Kilka sklepów, z dwie cukiernie, restauracja, stragan z pysznym jedzeniem, parę domów. Wszystko to położone wzdłuż jednej, głównej ulicy. W oddali widać góry, dookoła troszkę poletek uprawnych i najprawdziwszą dżunglę. Hotel okazuje się być malutki, lecz czysty, przyjemny. Można wejść na dach budynku, słuchać cykad, patrzeć w gwiazdy, rozmawiać o życiu. Któż z nas nie uwielbia tego typu dachów. Ponieważ na miejsce docieramy dość późno, tego dnia nie zaprzątamy sobie głowy niczym poza prysznicem i smacznym chrapaniem w szalenie wygodnym łóżku. Na przygody przyjdzie czas o poranku. Kiedy budzę się kilka godzin później, słońce świeci już mocno, zalewając pokój oślepiającą jasnością. Pora wyjść. Mieszkańcy miasteczka wyraźnie są już na nogach od kilku dobrych godzin, jednak ich spokojne ruchy w niczym nie przypominają tak dobrze przeze mnie znanego gwaru Indii. Tu życie płynie jakby wolniej. Wraz z Francuzem postanawiamy poświęcić pierwszy dzień w Wayanad najzwyklejszej włóczędze. Przemierzamy wąską ścieżkę gdzieś między plantacją pieprzu a tapioki, gdy dobiega mnie donośny okrzyk :-Dzień Dobry ! Jak się macie ? Czy mogę Wam opowiedzieć o naszej kulturze ?Okrzyk dobywał się z płuc potężnego, około 40letniego mężczyzny z pokaźnym wąsem. Schludna koszula opina mu się lekko na dużym, zwłaszcza jak na standardy hinduskie, ciele. Nim którekolwiek z nas zdąży odpowiedzieć, mężczyzna rozpoczyna swą opowieść, mknąc przez historię jak baletnica przez scenę. Opowiada i opowiada, mówi szybko, dużo, dumnie. Nie mam odwagi przerywać, choć stoimy prawie że pośrodku pola, a słońce piecze mnie niemiłosiernie w kark.W końcu, nieco kulawo, mężczyzna kończy swą opowieść słowami :- …I jako naród wyjątkowo gościnny, czy mogę Was u siebie gościć? Jestem Mohamed. Zaproszenie zostaje przyjęte. Mohamed prowadzi nas do swego domu. Muszę przyznać, iż jednego z okazalszych, jakie dane mi było w Indiach odwiedzić. Wewnątrz wita nas nieco nieśmiała żona oraz równie nieśmiała córka z NIEŚLUBNYM dzieckiem. Mohamed z dumą prezentuje nam zaledwie tygodniowego wnuka. Swym liberalnym podejściem z miejsca podbija moje serce. Opowiada nam pięknym angielskim o swoim życiu codziennym, gościach, którzy odwiedzili go do tej pory (Niemce i Autralijczyku), oraz zadaje wiele pytań o Francję i Polskę. W końcu wychodzimy. Z brzuchami pełnymi słodkości, żegnani setką pytań :-  - Jestem dobrym gospodarzem, prawda? Mój angielski jest dobry, prawda? Odwiedzicie mnie jeszcze, prawda?...Na wszystkie pytania odpowiadamy twierdząco, wycofując się jednak z mieszkania krok za krokiem. Przecież tyle jest tutaj do zobaczenia, że nie sposób spędzić całego dnia w gościnie! Do przystanku autobusowego daleko, robię więc pierwszą rzecz, jaka przychodzi mi do głowy : wystawiam kciuk. Francuz podąża moim śladem. Nie mija pół minuty, gdy zatrzymuje się dla nas samochód. Podbiegam do auta i lekko speszona zaczynam tłumaczyć, na czym polega idea autostopu, kiedy kierowca, z szerokim uśmiechem, mówi tylko :-Wiem, wiem! Wsiadajcie!Więc wsiadamy. Jestem w lekkim szoku. To pierwszy napotkany przeze mnie kierowca w Azji, który nie tylko słyszał o autostopie, ale też nie uważa go za jakiś dziwny wymysł białych turystów. W Wayanad musi być jednak coś wyjątkowego. Mężczyzna podwozi nas do miejsca, które uważa za atrakcyjne: jaskiń Ezekiela. Dziękujemy gorliwie, po czym udajemy się w kierunku budki przy wejściu. Tu spotyka nas pierwsza niemiła niespodzianka. Zamknięte. Bo poniedziałek. A poza poniedziałkiem zamknięte będzie też we wtorek, bo święto. Na pytanie jakie konkretnie święto, nie otrzymuję odpowiedzi. Święto to święto. Co mi będą panowie strażnicy coś więcej tłumaczyć.  Nieco zdenerwowana odchodzę, a za mną, równie podirytowany wlecze się Francuz. No tak, było zbyt pięknie, by mogło być prawdziwie! Postanawiamy nie wracać jednak od razu w stronę hotelu, a powłóczyć się nieco po okolicy. I ten pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę! Toniemy w dżungli, wokół ani jednego turysty, ludzi lokalnych też niewiele. Tylko my, ciężkie liście egzotycznych roślin, skały i świeżość. Docieramy do Phantom Rock – samotnej skały otoczonej zielenią. Pewnie gdybym zawędrowała tam w otoczeniu turystów, poczułabym rozczarowanie. Ale że podziwiamy to miejsce tylko we dwójkę, w pełni doceniam jego chłodny, surowy urok. Deszcz zmusza nas do powrotu do hotelu. Wiem już jednak na pewno – przedłużam swój pobyt o kilka dodatkowych dni. Kolejne dni upływają na leniwej wędrówce. Jest pięknie, egzotycznie, autentycznie. Mohamed spotyka nas na ulicy, przedstawiając wszystkim w zasięgu 50 metrów:- To Anthony i Karolina, moi przyjaciele! W całych Indiach nie spotkałam ludzi tak bezinteresownie uprzejmych, gościnnych, życzliwych. Podobnie ma się sytuacja w restauracjach, czy sklepach. Po raz pierwszy nie mam choćby przez chwilę poczucia bycia oszukiwaną z racji bycia białą turystką. Wszędzie poruszamy się autostopem. Tak jest najszybciej i najprzyjemniej. Kierowcy są rozmowni, niezwykle często zapraszają nas do siebie w gości. Jesteśmy częstowani herbatą z mlekiem, domowymi wypiekami, pomelo z solą i pieprzem. W jednym z domów dostajemy nawet paczkę "na dalszą drogę", choć żarliwie bronimy się przed jej przyjęciem. W środku znajdują się babeczki, małe ogórki, zielony pieprz, kilka bananów. Czym chata bogata. Kerala jest najbogatszym stanem Indii, jednak dopiero w Wayanad spotykam tak wielu ludzi wyraźnie wykształconych. Mieszkają tu rolnicy żyjący z uprawy pieprzu, kawy, przypraw, herbaty…wszelkich bogactw Indii. Ich status można dostrzec w zadbanych domach, drogich samochodach, świetnym angielskim. Z  dumą pokazują swój dobytek, z równą dumą przedstawiają nas swoim rodzinom. Jedyną wadą Wayanad są koszty wstępów do rezerwatów, parków, punktów widokowych. Często 10krotnie wyższe niż dla tubylców, zupełnie przy tym nieadekwatne do faktycznej atrakcyjności danych miejsc. Dla przykładu wyspa Curuva nie jest nawet w połowie tak piękna, jak sugerować mogłaby cena. Za to skały Phantom nie odgradza żaden płot, ściana, czy brama, a wstęp jest darmowy. Brak turystów odbija się negatywnie na wszelkiej organizacji. Informacje na stronach internetowych nie są aktualizowane wystarczająco często. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po dojechaniu na miejsce, dowiemy się, iż dany rezerwat jest w tym konkretnym miesiącu zamknięty dla turystów. Choć na stronie brak na ten temat najmniejszej wzmianki. Największe ryzyko istnieje w porze suchej, gdy wiele atrakcji może zostać zamkniętych ze względu na ryzyko pożaru. Tworząc tym samym Wayanad bodajże jedynym miejscem w Indiach, bardziej godnym odwiedzenia w porze deszczowej niż suchej. Jednak nawet biorąc pod uwagę wysokie koszta, rezerwaty w Wayanad nadal warte są odwiedzenia. Dla niesamowitych widoków, dla słoni, dla zieleni, dla braku tłumów. Ja nie żałuję ani jednego dnia spędzonego tam. Wy też nie pożałujecie. Kręte ścieżki, wszechobecna dżungla, przyjaźni mieszkańcy, pyszne jedzenie i ani jednego turysty. A to wszystko w Indiach. Nie ma czego żałować, można tylko pakować walizki i ruszać ku przygodzie. Niesamowite Wayanad czeka.

Waranasi - najwspanialsze miasto Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Waranasi - najwspanialsze miasto Indii

Waranasi to wbrew wszelkiej logice moje ulubione miasto w Indiach. Czemu wbrew wszelkiej logice? A no dlatego, że nie lubię brudu, nieprzyjemnych zapachów, tłumów ludzi żebrzących, miejsc pełnych turystów. Waranasi zaś reprezentuje to wszystko w wyjątkowo nasilonej formie. Ale reprezentuje też tę część kultury Indii, do której niewielu z nas ma dostęp. I to jest po prostu magiczne. Przed przyjazdem do najświętszego miasta Indii postanowiłam dobrze przygotować się psychicznie. W końcu skoro ciężko przyszło mi zderzenie z « zwykłą » indyjską rzeczywistością, mimo czytania na ten temat wiele, co czeka mnie w mieście słynnym nie tylko z powodu religijnym obrządków, ale ponoć wyjątkowo namolnych żebraków ? Tymczasem…czułam się nagabywana w znacznie mniejszym stopniu, niż gdziekolwiek indziej. Może to kwestia faktu, iż żebrzący w Waranasi zdają się dostawać datki znacznie częściej ? Zarówno od turystów, jak i Indusów. Więc nie są aż tak zdesperowani, by biec za tobą przez pół miasta ? Nie wiem. W każdym razie, ja czułam się w miarę swobodnie. Znaleźliśmy naprawdę super pensjonat : bezpośrednio przy gathach, z dość tanią restauracją na dachu (i pysznym jedzeniem !), z wifi, działającym prysznicem, wygodnym łóżkiem. Najtańszy pokój kosztował 500 rupii (ok.30zł) i właśnie na niego się zdecydowaliśmy. Po czym postanowiliśmy zostać na kilka nocy. Hostel nazywa się Sita Guesthouse i szczerze go polecam. Zwłaszcza po dość nieprzyjemnej sytuacji w innym miejscu. Chłopak pracujący na recepcji powiedział, że pokój kosztuje 500 rupii za noc. Miejsce wyglądało fajnie, więc postanowiliśmy zostać. Wtedy przybiegł drugi chłopak, ponoć też pracujący w tym hotelu, szepnął coś pierwszemu na ucho i oznajmił : 1500 rupii. Natychmiast wybuchnnęłam śmiechem, pytając :-Oh, rozumiem. Nagła zmiana ceny specjalnie dla nas ?-Tak. Bo jesteście turystami. – niby wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że dla turystów ceny są zawyżane, ale jeszcze nikt nigdy nie powiedział mi tego tak bezczelnie, prosto w twarz.-Cóż, turyści mówią nie i wychodzą.-Nie wychodzicie, bo macie pieniądze. –oznajmił chłopak stanowczo.W tym momencie rozbawienie zamieniło się w najzwyklejszą wściekłość. -Słucham ?!-Jesteście turystami, więc macie dużo pieniędzy. Nie wychodzicie. Wy płacicie 1500 rupii. –takiego cwaniactwa jak na twarzy tego młodego d*pka nie widziałam od wieków. Stanął w drzwiach, co chyba miało symbolizować, iż zostajemy. Uśmiechnęłam się tylko szeroko, mówiąc :-Wiesz co ? Pi*prz się. Do Widzenia! – i wyszłam, odsuwając go nieco na bok, a za mną wyszedł równie wnerwiony Anthony. Później było mi głupio, że użyłam takich, a nie innych słów. No ale co się stało, to się nie odstanie. Zaraz mi ktoś napisze, że brak mi kultury, zrozumienia dla biedy i cholera wie czego jeszcze, ale ja wyczerpałam już swoje limity tolerancji dla niektórych zachowań. Nie uznaję biedy za wymówkę dla oszustw, bezczelności, cwaniactwa. I przyznaję, że w pewnych sytuacjach w Indiach puszczają mi nerwy i sama staję się tak bezczelna, jak nie sądziłam, że mogę być, biorąc pod uwagę jak długo sama pracowałam w usługach. Później chłopak biegł za nami obniżając cenę wielokrotnie, aż zszedł do pierwotnych 500. Antek chciał się zgodził, ale dla mnie nie wchodziło to w grę. Mimo zmęczenia postanowiłam poszukac miejsca, gdzie mogę zaufać obsłudze. W Sita Guesthouse od razu usłyszeliśmy właściwą cenę, a obsługa była przemiła. Mogliśmy żartować, dopytywać i rozmawiać o wszystkim. To też był jednym z czynników, który zachęcił nas do przedłużenia pobytu. (Niestety, nie zapamiętałam nazwy pierwszego miejsca.) Spędziliśmy przemiły czas, włócząc się między (trochę prześmiardłymi, ale i tak niesamowicie ciekawymi) uliczkami, obserwując życie nad Gangesem, ciesząc się kilkudniową przerwą od ciągłego przemieszczania. Pokręciliśmy się trochę po Smasan Ghat –miejscu, w którym pali się zwłoki. Mimo wszystkiego co czytałam o tym, że turyście są tam niemile widziani, nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek niechęcią. Z niechęcią spotykali się za to ci, którzy wpadali na « genialny » pomysł robienia zdjęć. Niezmiernie mnie zastanawia, jakim trzeba być półgłówkiem, żeby wyciągać w pewnych sytuacjach aparat. Gdyby na pogrzebie kogoś dla mnie bliskiego, znalazłaby się tego typu osoba, chyba straciłaby zęby (a że nie mam w zwyczaju bić kogokolwiek, to jest to groźba wyjątkowa ;)). Pozostając w temacie zdjęć : dobrze zaopatrzyć się w drobne banknoty. Zarówno dla żebrzących, jak i braminów/ascetów/kapłanów. Za zdjęcia właśnie. Uniknięcie zostawienia czegokolwiek jest praktycznie niemożliwe. My zaopatrzyliśmy się w sporo banknotów wartości 10, 20 rupii (60gr, 1,20zł). Tylko raz spotkała nas niemiła sytuacja. Mianowicie zapytałam bramina, czy mogę zrobić mu zdjęcie. Po otrzymaniu odpowiedzi pozytywnej, a przed zrobieniem zdjęcia, wręczyłam mu 20 rupii. Kapłan kasę szybko schował, po czym wyciągnął dłoń i oznajmił z pełną stanowczością :-       - 100 rupii !-       - Słucham ?-       - 100 rupii !-       - Ale przecież dopiero co dałam 20 !-       - Zdjęcie 100 rupii !         - Ok. Wiesz co, zatrzymaj sobie pieniądze. Już nie chcę zdjęcia. Facet momentalnie zmienił zdanie. Problem w tym, że naprawdę już nie chciałam tego zdjęcia. Trochę przykre jest wrażenie, iż "świeci mężowie" uczynili swoim głównym zajęciem pozowanie do zdjęć za pieniądze od turystów. W pewnych miejscach jest ich całe mnóstwo, wyraźnie nastawionych wyłącznie na tego typu zarobek.Na szczęście sytuacja jak wyżej zdarzyła się tylko raz. W pozostałych przypadkach nie miało znaczenia ile pieniędzy zostawiam. Nikt nawet o nie nie pytał. Za drobną kwotę dostawałam nie tylko zdjęcie, ale też uśmiech oraz błogosławieństwo. I to było naprawde fajne uczucie. Życzliwe, bezinteresowne, ludzkie. Może dlatego tak dobrze wspominam Waranasi. A może dlatego, że po raz pierwszy mogliśmy podpatrzeć prawdziwe obrzędy religijne (no dobra, ja w przeciwieństwie do Antka miałam okazję podziwiać je również w Alleppey, ale to nie do końca to samo). Właśnie przypomniałam sobie moje zdziwienie, gdy chyba po raz pierwszy w Indiach ktoś zareagował na moją odmowę tak grzecznie, jak pewien młody chłopiec szukający klientów na rejs łódką ( i wrzeszczący w moim kierunku na odległość 200 metrów) :-       - Łódkę, Madam ?-       - Nie, dziękuję ! Może innym razem !-       - Nie ma problemu ! Miłego dnia, Madam !Komuś wyda się to głupotą, ale mi pomogło odzyskać wiarę w to, że istnieją jeszcze w Indiach dobrze wychowani nastolatkowie. ;) Spacer wzdłuż ghat, czy to wschodzie słońca, czy to późnym wieczorem, jest naprawdę przeżyciem magicznym. Słuchanie śpiewów, modlitw, rozmów. Podglądanie codziennych czynności takich jak pranie ubrań, kąpanie się, mycie trzody. Podziwianie wszystkich religijnych rytuałów...  Kurczę, lubię Waranasi. Po prostu. I gdybym miała w całym swoim życiu odwiedzić tylko jedno miejsce w Indiach, byłoby to właśnie Święte Miasto.            

9 najlepszych zdjęć z północnych Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

9 najlepszych zdjęć z północnych Indii

Mogliście już obejrzeć 11 najlepszych, moim zdaniem, zdjęć z Południa Indii (klik!). Teraz nadeszła pora na najlepsze zdjęcia z Północy. Dla równowagi, będzie ich 9. ;)                                           WaranasiWaranasiWaranasiAgraAgraokolice DarjeelingSzczurza Świątynia, okolice BikanerVaranasiA już niedługo: 10 najlepszych zdjęć z Nepalu. :)

Niespodziewana zmiana planów

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Niespodziewana zmiana planów

Od jakiegoś czasu dyskutowaliśmy o wszystkich możliwych opcjach dalszej podróży po pożegnaniu Indi. Kupiliśmy bardzo tanie loty do Malezji, planowaliśmy jechać stopem po Tajlandii, Myanmar, Laosie, szukaliśmy tanich połączeń do Indonezji… A potem zaczęłam się źle czuć. Początkowo sądziliśmy, że to tylko zatrucie pokarmowe, ale kiedy mój stan się nie poprawiał, udaliśmy się w końcu do lekarza. No i okazało się, że muszę wracać do Europy. Nie bójcie się jednak – nie umieram! ;) To raczej kwestia powrotu na kilka miesięcy, by utrzymać dobry stan i nie płakać później. Dużo odpoczynku w domu, regularne wizyty u lekarza i tyle.Nie chcę zbytnio wchodzić w szczegóły, więc proszę, nie dopytujcie. ;)Ponieważ nie chciałam kończyć podróży na Indiach, a wiedziałam, że muszę wracać powoli do Europy, szukaliśmy rozwiązań by przedłużyć wędrówkę choć odrobinę. Azja nie była najlepszym pomysłem-nieznane wirusy, drogie loty do Europy, daleko do domu "w razie w". I wtedy znaleźliśmy naprawdę tanie loty do Stambułu ! No mówię Wam, wzięłam to za dobry znak! ;) Zaplanowaliśmy dość szybką trasę: Turcja-Bułgaria-Macedonia-Albania-Serbia. Z Serbii znaleźliśmy tanie połączenie do Francji: 17euro od osoby. Zabukowaliśmy bilety do Stambułu, dostaliśmy potwierdzenie zakupu oraz informację, że bilety przyjdą później. Cieszyłam się jak dziecko! A dwa dni później przyszedł e-mail od Bravofly (strony, która pośredniczyła w zakupie biletu i w danym momencie oferowała najlepszą cenę), że przepraszają, ale cena biletu wzrosła o 63euro od osoby i czy nadal je chcemy. Ależ byłam wściekła! Nawet nie wiedziałam, że mogą coś takiego zrobić! Pokrzykiwałam, że nigdy więcej nie kupię od nich biletu, ale co się stało to się nie odstanie: tanie loty przepadły. Ceny wszystkich innych lotów, które nas interesowały też wzrosły. Zaryczana, chcąc nie chcąc, zaczęłam przeglądać bilety do Francji. Tak, wracamy do domu. Nie myślcie, że to była łatwa decyzja. Faktycznie, miałam momentami dość. Indie wychodziły mi już uszami. Ale to nie znaczy, iż chciałam wracać do domu. Po prostu chciałam lecieć gdzie indziej. Informacja, która zmusiła Anthony’ego i mnie do zmiany decyzji nas zaskoczyła. Chciałabym podróżować dłużej. Bardzo bym chciała. Ale na chwilę obecną przedkładam własne zdrowie i szczęście ponad jakąkolwiek wędrówkę. Mam nadzieję, że zrozumiecie. :) A do przerwanej podróży planuję wrócić za kilka miesięcy. Zaległe wpisy z Indii oraz Nepalu oczywiście wkrótce się pojawią.Do Usłyszenia z pięknej o tej porze roku Prowansji ! Już za kilka dni ! :)

Taj Mahal za darmo?

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Taj Mahal za darmo?

Szczerze o podróżowaniu w parze

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Szczerze o podróżowaniu w parze

Współpraca biznesowa - Podróże Dziewczyny Spłukanej

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Współpraca biznesowa - Podróże Dziewczyny Spłukanej

(Nie) oczywista apteczka podróżnika

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

(Nie) oczywista apteczka podróżnika

zdjęcie pochodzi ze strony everymantri.comBandaże, plastry, tabletki przeciwbólowe… Co jeszcze powinno się znaleźć w naszej podróżnej apteczce ?Poniżej znaleźć możecie znaleźć listę produktów, które w apteczce mam ja. Tych oczywistych i tych trochę mniej. Lek na alergię – najprostsze, dostępne bez recepty pigułki. Przez całe swoje życie nigdy nie byłam na nic uczulona, zaś już drugiego dnia w Indiach cała napuchłam i dostałam alergicznej wysypki. Miałam akurat szczęście być goszczoną przez lekarza, który natychmiast zalecił odpowiednie tabletki. Oczywiście nie każdego spotka podobna sytuacja, ale nigdy nie wiadomo, kiedy coś może nas uczulić. W końcu w podróży, jak w rzadko kiedy, próbujemy nowej kuchni, nowych przypraw, nowych składników. Warto być zabezpieczonym. Dodatkowym plusem leków na alergię jest fakt, iż…łagodzą swędzenie po byciu pogryzionym przez pluskwy. Bandaż elastyczny– nie istotne, czy masz słabe kolana, czy też nie. Po wielu godzinach z ciężkim plecakiem na grzbiecie, największego chojraka może rozboleć bark, łokieć, czy wspomniane wyżej kolana. Tabletki na malarię – oczywiście nie w każdym regionie się przydadzą, ale jeśli jedziemy na tereny zagrożone, warto się zabezpieczyć. Zwłaszcza, gdy komary tną jak szalone (przyrzekam, w życiu mnie tak nie pogryzły jak w Indiach), a my zastanawiamy się, czy nie będziemy wkrótce umierać w gorączkach. Po co się stresować ?Olejek kokosowy – zaraz pomyślicie : « Zwariowała baba ! ». Nie, nie, poza właściwościami pielęgnacyjnymi olejek kokosowy łagodzi swędzenie po ukąszeniach komarów oraz pluskw, pomaga przy pielęgnacji skóry poparzonej słońcem i niweluje skutki grzybicy (można smarować nim stopy zapobiegawczo – nigdy nie wiadomo, gdzie się depnie ;)). Olejek jest dostępny we większości ciepłych krajów za grosze. Warto mieć w apteczce małą buteleczkę.  Leki na zatrucie pokarmowe – wiem, wiem, większość z Was woli kupować je na miejscu. Jest w tym pewna logika. W końcu ludzie lokalnie lepiej wiedzą, czym się dokładnie strułeś i jak to leczyć. To dość często powtarzana opinia. Ja jednak wolę zabrać coś ze sobą. Jak powiedział bardzo sympatyczny lekarz, u którego zasięgaliśmy porad dotyczących szczepień : « To, że coś działa lepiej na tamtejsze bakterie, nie oznacza od razu, że będzie działało tam samo na organizm Indusa i Twój ». I ja się z tą opinią zgadzam. Tzn. W pierwszej kolejności wezmę tabletkę przywiezioną z domu, której działanie jest sprawdzone i której skład znam, a dopiero jeśli dana tabletka nie pomoże, sięgnę po coś lokalnego. Repelant na ugryzienia komarów – tutaj sytuacja jest odwrotna. Nic z przywiezionych preparatów nie działało na azjatyckie komary (które najwyraźniej bardzo lubią krew takich białasów jak my). Kupione na miejscu kadzidełka też nie, ani wstrętne, śmierdzące, klejace spreje. Ostatecznie najlepiej sprawdził się kupiony na miejscu krem w tubce Odomos firmy Dabur. Nie kleił się, przyjemnie pachniał, dodatkowo nawilżał skórę, bardzo tani. Jedyna wada to niska wydajność. Wapno – w formie musujących tabletek, lub kapsułek z dodatkiem witaminy D3. Poza przyjmowaniem wewnętrznym, możemy też rozkruszyć tabletkę, zmieszać ją z odrobiną wody i taką papką potraktować miejsca ukąszeń. Plastry – wytłumaczenie jest chyba zbędne.Tabletki przeciwbólowe – jak wyżej. ;)Sterylną igłę – do przekłuwania pęcherzy i wyjmowania drzazg (jeszcze się nie zdarzyło w tej podróży ! Uff !). Krople do oczyszczania wody – nie tylko, gdy wybieramy się w prawdziwą głuszę. Dopiero gdy zaczęliśmy dodawać kilka kropel nawet do butelkowanej ( !) wody w Nepalu, przestaliśmy borykać się z okropnymi zatruciami. Na dobrą sprawę możemy też zabrać rozpuszczalne w wodzie tabletki o tym samym efekcie, ale ich smak (przynajmniej dla mnie) jest odpychający. Szukając kropel najlepiej pytać o « pius ». Mała buteleczka to koszt około…80gr. A starcza na długo. Dodajemy trzy krople do litra wody, odczekujemy pół godziny…et voila!Sole mineralne – mogą przydać się przy dehydracji (odwodnieniu). Nie pijam ich jednak tak często jak powinnam…smak jest po prostu wstrętny. Stosuję te zakupione na miejscu (ponoć o smaku pomarańczonym). Być może w Polsce można znaleźć coś bardziej przyjemnego dla podniebienia. Żel do dezynfekcji rąk – kiedyś uważałam go za fanaberię nadwrażliwych kobiet. Teraz sama stosuję. Zaczęłam po tym, gdy w niektórych z odwiedzanych przez nas miejsc woda lecąca z kranów miała kolor żółtawy, lub szary. A że w Indiach je się głównie dłońmi, nie do końca czułam, jakby były one faktycznie umyte. Do tego częsty brak wody w pociągach (a jak już jest, to wszyscy napełniają butelki, więc i tak szybko jej ubędzie). Buteleczka 50ml firmy Dettol kosztowała 60 rupii, czyli jakieś 3,50zł. Jest bardzo wydajna, starczy na długo (chyba, że mamy obsesję czystych rąk ;)). Nie trzeba od razu dźwigać pełnowymiarowego produktu.  I nie jest to żel, jaki kojarzyłam ze stosowania kilka lat wstecz: klejący, pozostawiający delikatną warstwę na dłoniach. Takie cuda teraz produkują, że człowiek naprawdę może się poczuć jakby dopiero co umył dłonie! :)Lekki na przeziębienie – warto zakupić przed wyjazdem. Ten podpunkt może niektórych zadziwić. W końcu wszędzie można dostać lekki na gorączkę! To prawda, ale…leki, które sprzedadzą nam w indyjskiej aptece mogą być po prostu zbyt silne, lub nie działać wcale. Zauważyłam w wielu odwiedzonych aptekach, że albo próbowali mi wcisnąć antybiotyk, albo…lek na alergię (jak ktoś nie rozróżnia, to się nawet nie zorientuje co bierze). Co mi po leku na alergię, kiedy chcę coś na przeziębienie? Szczerze mówiąc znalazłam może z dwóch aptekarzy (bo nie mam pewności, czy farmaceutów – raz za ladą stał chłopiec maks.12letni), którzy nie próbowali mi wcisnąć byle czego, ale faktycznie dało się z nimi rzetelnie porozmawiać na temat kupowanych produktów. W kwestii antybiotyków też jestem problematyczna. ;) Uważam, że nie należy ich brać bez faktycznej potrzeby (w ciągu ostatnich 7lat antybiotyk zażywałam raz). Na zwykłe przeziębienie wystarczy coś lekkiego: jakiś lek na ból gardła, coś na katar. W Indiach może i można tego typu produkty znaleźć, ale dogadać się z aptekarzem to już sztuka (mówię na podstawie doświadczeń w północnej części Indii, gdzie z angielskim jest gorzej niż na południu).  Środki higieny intymnej – podpunkt skierowany bardziej do kobiet. W Indiach jeszcze podpaski czasem znajdziemy, ale już tamponów raczej nie uświadczymy. Przynajmniej ja ich nigdzie nie widziałam. Płatki nasączone alkoholem – służące do dezynfekcji. Moim zdaniem dużo bardziej praktyczne, niż osobne noszenie wacików i butelki z wodą utlenioną (którą, jeśli już, preferuję w żelu). Płatki nie sprawdzą się niestety w przypadku większych ran. Swoją drogą, niedawno usłyszałam, że nawet przy dużych ranach, absolutnie najlepszym środkiem dezynfekującym jest…miód. Położony na rany ma je oczyszczać, zapobiegać zakażeniom, wspomagać leczenie, zmniejszać blizny. Moim zdaniem to genialny patent! Bałabym się tylko, że przyciągnęłabym chmarę robactwa. ;) Kwas foliowy –nie tylko dla kobiet starających się o zajście w ciążę, lub już w niej będących. Większość z nas nie posiada w swoim organizmie wystarczająco kwasu foliowego, który jest odpowiedzialny między innymi za odpowiednie funkcjonowanie naszego układu nerwowego. Zwłaszcza w podróży po Indiach, gdzie często jadamy produkty smażone, lub gotowane (ciepło niszczy dobroczynne działanie kwasu), może przydać się dodatkowa suplementacja. Kwasu foliowego nie sposób przedawkować, jego nadmiar wydalany jest wraz z moczem. Kwas w tabletkach jest świetnie przyswajany przez organizm, kosztuje grosze i waży tyle co nic. Chłodzący żel po ugryzieniach owadów – zabrany z Polski. Absolutnie się nie sprawdza. Zostaję przy olejku kokosowym (a żel zaraz wyląduje w koszu). :) To już cała lista tego, co znaleźć można w mojej apteczce. Może w Waszej ukryte jest coś naprawdę godnego zabrania w podróż? Podzielcie się opinią w komentarzu! :)

Pieniądze na podróż. Czyli jak bardzo spłukana jest Spłukana

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Pieniądze na podróż. Czyli jak bardzo spłukana jest Spłukana

10 najlepszych zdjęć z południa Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

10 najlepszych zdjęć z południa Indii

Etyka fotografującego

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Etyka fotografującego

Kuchnia Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Kuchnia Indii

Od znienawidzonego biura do podróży życia

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Od znienawidzonego biura do podróży życia

10 rzeczy, przez które nigdy nie polubię Indii

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

10 rzeczy, przez które nigdy nie polubię Indii

Chłopiec imieniem Tintin

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Chłopiec imieniem Tintin

Kosmetyki świata

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Kosmetyki świata

Moja podróż jest bez sensu

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Moja podróż jest bez sensu

Koczin i przedstawienie Kathakali

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Koczin i przedstawienie Kathakali

Jak przechrzczono mnie na hinduizm

PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ

Jak przechrzczono mnie na hinduizm