JULEK W PODRÓŻY

Tańczące fontanny w Dubaju odsłona druga..

Zachwycają. Każdy pokaz jest inny, ciekawszy wciągający. Mogę tak siedzieć i patrzeć całą noc:

Przygód kilka Julka świrka – wycieczka na SOUQ w DEIRA c.d.

JULEK W PODRÓŻY

Przygód kilka Julka świrka – wycieczka na SOUQ w DEIRA c.d.

Przygód kilka Julka świrka – wycieczka na SOUQ w DEIRA

JULEK W PODRÓŻY

Przygód kilka Julka świrka – wycieczka na SOUQ w DEIRA

Na najstarszym SOUQ w Deira – bazar z przyprawami Z czym Wam kojarzy się Dubaj?? No śmiało – pierwsza rzecz, która Wam pojawia się w głowie, gdy ktoś wymienia tą nazwę? Najdroższy hotel świata Burj Al Arab? A może sztuczna wyspa Palm Jumeirah w kształcie palmy widziana z kosmosu? Emirates Airlines? Wieżowce, luksus, nowoczesne miasto? Stereotypy, ale z domieszką prawdy powielane przez ustne i pisemne przekazy utwierdzają wielu w przekonaniu, że taki właśnie jest Dubaj. Ale czy faktycznie? Tradycyjna zabudowa miejska w starym Dubaju Szukając mety noclegowej wiedziałem, że nie ma to być żadne Down Town czy Jumeirah, ale właśnie Deira. Najstarsza część Dubaju położona nad Zatoką Dubaiską (Dubai Creek). To właśnie tutaj odwiedzić można do dziś najstarszy, XIX wieczny bazar zwany Golden Souq, – złoty bazar, znany głównie z handlu złotem oczywiście. Ale nie tylko. Wyruszam rano spacerkiem wzdłuż zatoki, kierując się na Deira Spice Souq. I tutaj jestem Wam winien przyznanie się do mojej niewiedzy. Biję się w pierś, bo chyba jestem pierwszym turystą, który w ogóle nie zakodował, że Deira, znana jest ze złota… W ogóle, jakoś tak przygotowałem się do tego wyjazdu, że najważniejsze było dla mnie spędzić czas w klimacie arabskim (który uwielbiam), bez szczegółowego rozpisywania co i kiedy. Powolne odkrywanie nieznanego. Jedne z krużganków na starym bazarze w dzielnicy Deira Podążam sobie zatoką w kierunku bazaru z przyprawami. I zachwycam się zacumowanymi nad brzegiem statkami pasażerskimi (trochę przypominającymi te sprzed 50-60 lat), które licznie wieczorem pływają po zatoce, wypełnione po brzegi turystami z całego świata, zwożonymi do zatoki autobusami. Pstryk, pstryk – poszło kilka fotek i idę dalej, bo coś mnie zaciekawiło. Hałdy, nawet nie, misternie poukładane paczki z towarami zalegają przy ulicy. Ale ile tego?? Lodówki, klimatyzatory, mikrofale, pralki, telewizory, meble, olbrzymie bele materiału i nie wiem czego jeszcze… Przy brzegu natomiast mnóstwo statków (domniemuję, że transportowych) na które, jak mróweczki, jeden za drugim, najemni tragarze wnoszą te towary, wyładowując łajby do maksimum możliwości. Statek transportowy przed załadunkiem – sprawia wrażenie wielkiego Widok jak ze starego filmu przygodowego.  Nie miałem pojęcia, że tak się jeszcze przewozi towar. Moje zdziwienie jest tym większe, że jestem w nowoczesnej metropolii!!! Kurcze chwilę temu śmigałem przez miasto najnowszą, elektryczną kolejką zwaną metrem a teraz stoję, gapię się (mało to kulturalne) i nie wierzę. Dokąd płyną te łajby (trzymające się na zmiłowanie)? Nie mam pojęcia, ale zakładam, że do Indii. Zaintrygował mnie ten klasyczny sposób ładowania statków Gdy z partyzanta chcę zrobić tragarzom fotki, spotykam się z mieszanym podejściem. Jedni chętni uśmiechnięci kiwają z aprobatą głową, inni odwracają się zniesmaczeni a jeszcze inni ignorują mnie z obojętnym spojrzeniem traktującym mnie z góry. Po całym dniu pracy czas na zasłużony odpoczynek Drepczę dalej wzdłuż tych wszystkich gór kartonów i materiałów i docieram do miejsca przypominającego przystanek wodny. Straszne zamieszanie, pełno ludzi przechodzących trapami w tą i z powrotem. Wsiadają i wysiadają z małych łódeczek. Taksówki wodne – szybko, tanio – czy bezpiecznie nie wiem. Czytam sobie informację na tablicy umieszczonej tuż przy wejściu na pomost, iż jest to tzw. tramwaj wodny” czy jakoś tak. Przeprawiający ludzi z jednej na drugą część zatoki. I co ważne, nie jest to jakieś luksusowe, turystyczne naciąganie – tylko żywo funkcjonujący biznes, pomyślany pod autochtonów. Koszt przeprawy 1 AED czyli jakaś 1zł. – dość tanio. Niewiele myśląc wsiadam do jednej z łodzi i chwilę później już rozkoszuje się rejsem po zatoce Dubajskiej, kierując się do Dubai Old Souq Marine. To właśnie w tej części znajduje się inna odsłona bazaru arabskiego – tekstylia!! Komu znudziło się bieganie za orientalnymi przyprawami czy tonami złota, w tej części znajdzie abaje, toby, arafatki, zdobione damskie nakrycia głowy i egzotycznie obszywane buty. Jeżeli nie jesteś zainteresowany zakupami, samo spacerowanie krętymi uliczkami bazaru jest przyjemnością. Na bazarze tekstylnym – do wyboru do koloru Tutaj widać ducha arabskiego handlu. Jakiego w żadnym dubajskim centrum handlowym nie znajdziecie. Zaczepiają Cię sprzedawcy, zachęcają do oglądania, negocjacji, próbowania i przymierzania. Oczywiście wszystko za darmo i tylko do popatrzenia. Jedna z głównych ulic bazaru z tekstyliami. Nie dajcie się zwieść, gdyż każdy z tych zabiegów ma doprowadzić do tego abyś wszedł do środka a wtedy już po Tobie. Bo nagle jak spod ziemia wylatują kolejne szale, koszule, bluzki – każdy kolor, fason i wzór a wszystko po to abyś tylko coś kupił. Liczni sprzedawcy oferują także dla ochłody pożywne, świeżo wyciskane soki z pomarańczy i trzciny cukrowej. Soku?? Warto się skusić na taki smakołyk, choć kubek 0,4 l. (tak około) soku to cena 15 AED, trzcinowy za 10 AED, – jeżeli zamawiacie to zaznaczcie, że bez lodu. Zyskujecie wtedy faktycznie sam sok niczym nie zmieszany i większe bezpieczeństwo nie zachorowania. Pyszności z ulicy – zdecydowanie rekomenduje bez lodu Labirynt prowadzi mnie do uliczki, która przypomina mi te z Varanasi bo, okazuje się, że wszedłem w obręb jednej z ważniejszych świątyń hinduskich w tej części miasta. Nic tutaj nie przypomina mi arabowa natomiast, liczne stragany z kwiatami i obrazkami Ganeszy i Shiwy, okopcone kadzidełkami sprawiają, że czuję się przez moment jak w Indiach. Czas wracać na targ przypraw, czyli najpierw przeprawa przez zatokę a potem wbijanie się w arabsko – hinduski tłum. Tutaj niestety ginę ja, bo nie umiem obojętnie przejść przez bazar z przyprawami. Musze powąchać, spróbować, napatrzeć się, porozmawiać z handlarzami – wtedy dopiero czuję, że jestem w jakimś egzotycznym miejscu. To lubię i tak mogę spędzać całe dnie. Niezliczone ilości przypraw i ziół. Nie dziwię się, że po powrocie do Polski moja walizka zawsze jest taka ciężka Oczywiście na rozmowach się nie kończy. I do mojego plecaka trafiają jakieś orzeszki i inne ziarenka (te legalne do przewiezienia, żeby nie było), ale taki jest właśnie Julek. c.d.n.

Pierwszy dzień z wizyty w Dubaju – tylko tyle zapamiętałem…

JULEK W PODRÓŻY

Pierwszy dzień z wizyty w Dubaju – tylko tyle zapamiętałem…

Dubaju – Quo Vadis?

JULEK W PODRÓŻY

Dubaju – Quo Vadis?

Taki widok tylko w Dubaj Mall. Pełno ubranych na czarno w Abaje, burki i hijab – ale Jimmy Choo jest!! Egzotyka osiągalna dla wybranych – takie miałem kiedyś wyobrażenie o Dubaju. Bo co takiego wyjątkowego jest w tym mieście / emiracie? Jeden z nielicznych już starych bazarów arabskich Nowoczesna metropolia rośnie w oczach i to na pustyni. Po co się tak rozbudowują, w jakim kierunku zmierza ta cała inwestycja? Wszystko jest tutaj największe i najdroższe (w sensie nakładów inwestycyjnych). Największe centrum handlowe (faktycznie można się zgubić i dnia nie wystarczy, aby je obejść). Najwyższy budynek świata Burj Kalifa – na który wjechałem (bo jak to być tutaj i nie wjechać). Największe fontanny na świecie, największe akwarium w centrum handlowym itd. itd. Ale czy to wystarczy, aby uznać ten kraj za piękny? Szczęśliwie przed przyjazdem tutaj poszperałem w internecie i na nocleg wybrałem hotel w starej dzielnicy Dubaju – Dejra. Informacja o historii tego bazaru Położony nad zatoką Dubaj Creek, z kiczowatymi kolorowymi łódeczkami wożącymi wieczorami turystów po nadbrzeżu, widokiem na panoramę miasta w oddali i sporą ilości zieleni przy wodzie (co i tak jest wyczynem w tej strefie klimatycznej). Jest też po angielsku – spokojnie To tutaj w starym porcie codziennie dokonuje się załadunku (metodą ręczną, żadnych dźwigów) wszelkiej maści towarów na statki, które wyglądają, jakby maiły się zaraz rozpaść. Mozolnie minuta po minucie, tragarze wnoszą lodówki, klimatyzatory, odkurzacze, telewizory, bele z materiałami, meble i pan jeden wie co jeszcze i dopychają do granic wytrzymałości te łajby. Port załadunkowy Ciężarówki zwożą ten cały inwentarz ciągle i ciągle nowy, zatem jest to niekończąca się strefa przerzutu. Nie wiem dokąd potem płyną, ale zakładam, sądząc po jakości tych statków, że musi być to dość bliska destynacja. Statki wyładowane są po brzegi, że to im nie spadnie do wody?? Tutaj w starej części Dubaju jest Souk Al Arsa- ten stary z 19 wieku i tylko praktycznie tutaj jeszcze czuć atmosferę arabskiego świata handlu. Warto przyjechać w to miejsce, aby chociaż pospacerować sobie krętymi labiryntami starego targowiska. Poczuć zapach wystawionych przypraw i przygotowywanych gdzieś w okolicy posiłków. Jedna z uliczek na bazarze Al Arsa Jak się Wam znudzi, wsiadacie w taksówkę wodną i płacąc 1 AED (czyli naszą 1 zł.) przeprawiacie się na drugą stronę Dubaj Creek. Tutaj macie i meczety, stary fort, bazar z suknami i ciuchami i co sobie tylko wymarzycie. WAŻNE – trzeba się mocno targować!!! Bo wyjściowe ceny są horrendalne. Ale da się zbić cenę nawet o 70%. Najwyżej czegoś nie kupicie. Uwaga podróbki!!!! Najlepiej szerokim łukiem omijać hindusów, są nachalni, kłamią, oszukują i psują całą zabawę z pobytu w tym miejscu. Taksówka wodna I co?? I to by było na tyle jeżeli chodzi o stary Dubaj?? No w sumie chyba tak, bo gdzie nie ruszę się, żeby coś zobaczyć to tylko wieżowce, brak chodników, sześcio-pasmowe autostrady i piach. Jednego tylko w tym mieście niestety nie ma – duszy. Kopia Big Bena – wieżowiec przy wieżowcu Można podziwiać osiągnięcia techniki i inżynierii, zachwycać się pokazami największej na świecie fontanny (co czyniłem namiętnie) Bo pokazy odbywają się od 13.00 w dzień i jakoś od 18.00 wieczorem, codziennie i za darmo – tylko jak chcesz mieć dobrą miejscówkę to albo przyjdź dużo wcześniej, albo zarezerwuj sobie miejsce w jednej z licznych knajp Tylko to nie jest dla mnie przynajmniej prawdziwe arabowo. Fragment olbrzymiego kompleksu fontann Bardziej bym powiedział, że to taki miraż powstały na pustyni – o taka fatamorgana 21 wieku. Mają pieniądze – to widać na każdym kroku, tylko chyba za szybko się ich dorobili i nie wiedzą co z nimi teraz zrobić. Rozrywka mieszkańców Dubaju – ta ulubiona – centra handlowe Bo czy marzeniem turysty jest odpoczywać w betonowym mieście? Po kilku dniach pobytu i szukaniu swoich własnych atrakcji, zaczynam się zgadzać z kolegą, który napisał : istotą pobytu tutaj jest pobyć 3-4 dni i poczuć się jak Szejk – no podpisuję się pod tym, tylko dlaczego potem tyle na tej karcie do spłacania zostaje?? Muszę sobie to jakoś poukładać, żeby godnie Wam ten kraj zaprezentować – bo jakby nie patrzeć na to zasługuje.

JULEK W PODRÓŻY

Tańczące fontanny w Dubaju odsłona pierwsza

Taki jest właśnie Dubaj:

Wymyśliłem sobie spacer po Dubaju – chyba mi przygrzało

JULEK W PODRÓŻY

Wymyśliłem sobie spacer po Dubaju – chyba mi przygrzało

Sylwester w Dubaju, karma, efekt domina czyli same schody

JULEK W PODRÓŻY

Sylwester w Dubaju, karma, efekt domina czyli same schody

Kierunek Belgrad. Na początek…

JULEK W PODRÓŻY

Kierunek Belgrad. Na początek…

Guzowy Piec, Warmia, magia, cisza i próba uchwycenia chwili- moja fotorelacja

JULEK W PODRÓŻY

Guzowy Piec, Warmia, magia, cisza i próba uchwycenia chwili- moja fotorelacja

Toskańskie wspomnienie…

JULEK W PODRÓŻY

Toskańskie wspomnienie…

San Gimingiano Tak pięknych plenerów nigdzie nie znajdziecie. Rozglądam się i widzę już wiosnę. Żywa, soczysta zieleń. Ptaszki ćwierkają, słońce dłużej świeci i robi się ciepło. Chyba się starzeję, bo naszło mnie wspomnienie z filmu „Listy do Julii”. Może sam film nie jest z wyższej półki, ale uwielbiam go za plenery Toskanii. Przypomniała mi się podróż po tym pięknym rejonie. Maj jest pięknym miesiącem na odwiedzenie Toskanii. Długie szpalty winorośli, kwitnące maki, gaje oliwne. Zabytkowe miasta z urokliwymi uliczkami, pyszne włoskie jedzenie.   Można Toskanię zwiedzić dość tanim kosztem. Jest sporo połączeń tanich przewoźników do Włoch. Wystarczy znaleźć połączenie do Forli, Florencji, Pizy lub Rzymu. Na miejscu wynająć samochód. I poszukać dobrego lokum.   Ja mieszkałem w urokliwym agroturismo pod San Gimignano. Typowa zabudowa z kamienia w wiejskim stylu. Sam przygotowywałem śniadania: kawka, toskański chlebek z oliwą i sałata z rukoli z pomidorkami. Tak można zaczynać dzień.   Chyba mnie tam znowu ciągnie. Aż z ciekawości sprawdzę sam połączenia.

Efekt domina – najdłuższe 24 godziny w podróży Julka!!!

JULEK W PODRÓŻY

Efekt domina – najdłuższe 24 godziny w podróży Julka!!!

Widok nocą z samolotu – magia No właśnie, wybór był taki: Płacę regularną cenę i nie mam na zakupy w NYC i hotele (bo miało być tanio, no nie Sylwia) lub płacę 800 zł a różnicę do ceny tradycyjnego przelotu, wydaję na noclegi, ciuchy i jedzonko. Wybrałem opcję tańszą i dlatego podróż z NYC do Warszawy zajęła mi około 24 godzin. Lotnisko JFK przyjęło mnie gościnnie. - NEXT – krzyczy pani z obsługi naziemnej - Dzień dobry – uśmiecham się – do Warszawy poproszę. - Ale bagaż mogę nadać tylko do Londynu – informuje mnie pani - Jak to? – pytam zdziwiony – jak tutaj leciałem można było nadać na całość podróży - Niestety macie Państwo kolejny lot za dwa dni i do tego inną linią i nie możemy tak zrobić (Nasza obsługa na CHOPIN AIRPORT mogła) - No skoro nie można to nie, chociaż to dziwne, że w jedną stronę można a już na powrót nie – kwituję Pani coś tam sprawdza, walizki już jada na belt i nagle, podchodzą dwie inne kobiety z obsługi i zaczyna się debata. Zatrzymują belt – jest szansa - Hmm Polska to w Europie? – pyta jedna. Nieźle myślę. - Tak i do tego należą do UE, wiec chyba można im bagaż puścić – stwierdza druga Będzie dobrze. Ale jednak po kilku minutach klikania w ekran komputera, bagaże odjeżdżają i tyle nam pozostało. Dzięki mojej ulubionej karcie PRIORYTY PASS mogłem czekać na samolot w business lounge (o tym jeszcze nie pisałem, ale ta karta jest przepustką zawsze do tych poczekalni, bez względu na to jaką linią i programem podróżujesz – nawet RYANAREM). Lot do Londynu szybko zleciał (całe 6 godzin) i: - Proponuję od razu się odprawić na lot do Warszawy i nadać ten cholerny bagaż, żeby się z nim nie nosić. - Tak zróbmy – stwierdza ekipa. Szybko znajdujemy kiosk samoobsługowy BA i wykonujemy odprawę, dostajemy boarding card i tag-i (paski do nadania walizek). No to ruszamy do stanowiska drop off, aby nadać bagaż. - Dzień dobry – uśmiecham się do pani - Dzień dobry, poproszę karty pokładowe, dokąd Państwo lecą – pyta sympatyczna Brytyjka - Do Warszawy – odpowiadam Kładę pierwszą walizkę na wagę, potem kolejną. Walizki już jadą w świat. WTEM Podchodzi druga pani i coś jej tam zaczyna tłumaczyć, że to dopiero lot na jutro, że tak nie można, że musi to cofnąć. Mam jakieś też-ewe chyba (dopiero co była akcja z walizką w NYC). - Widzicie Państwo, ponieważ lot jest dopiero jutro, nie mogę jednak nadać tych bagaży. Bagaż można nadać na dwie godziny przed odlotem (jeszcze 15 minut wcześniej można było, teraz już nie). - A co z tymi walizkami co już zostały nadane? – pytam - Ach te, zostały anulowane Tagi i trzeba pójść na halę przylotów, tam będzie wisiał telefon, zadzwoni Pan do security, ktoś po Pana wyjdzie i zabierze, żeby znaleźć te walizki i odebrać. - A Tagi? - Tagi są anulowane, więc jutro trzeba poprosić o nowe – stwierdza kobieta - A To chyba Pani powinna z nami pójść i nam pomóc – mówię z lekko narastającą frustracją. Kurde miało być szybko a już godzinę straciliśmy. - Ja już kończę zmianę i się spieszę – odpowiada - Nie, nie – stwierdzam już lekko wkurwiony- Pani to zepsuła i Pani naprawi !!! Najeżam się jak lew gotowy do ataku. Kobieta, widząc co się dzieje, chyba ulega i mówi: - Ok, pójdę z Wami i to załatwię. Poszła, zaprowadziła, zadzwoniła i na do widzenia mówi: - Teraz tutaj musicie poczekać, ktoś po Was wyjdzie. Czekamy, czekamy i nikt nie wychodzi. Po kolejnych 40 minutach, dzwonimy jeszcze raz tłumacząc co i jak. Okazuje się, że nie tutaj mieliśmy czekać, tylko przy wejściu dla personelu i tam nawet po nas ktoś był. No to jeszcze raz, idziemy, czekamy i w końcu ktoś jest. Potem już szybko cak, cak i mamy nasze walizki. NARESZCIE – teraz autobus i do hotelu. Jeszcze napiszę, że przyjechał transport, ale nie przyjmował kart płatniczych a my bez gotówki. No to pa pa autobusie. Dodam, że jak już zdobyliśmy kasę, nie było autobusu, więc w tej samej cenie na 4 osoby wzięliśmy taksówkę. Życzliwy (ale jak się okazało przygłuchy) kierowca, zrobił nam wycieczkę i zawiózł nas nie do tego hotelu co prosiliśmy. W tym momencie dostałem ataku śmiechu – chyba ze zmęczenia. Normalny efekt domina – jak nic. Jutro dokończę tą fascynującą opowieść

W Nowym Jorku moja głowa buzuje. A serce wariuje…

JULEK W PODRÓŻY

W Nowym Jorku moja głowa buzuje. A serce wariuje…

Świdnica, Wrocław, Warmia, Belgrad i Burj Kalifa w jednej podróży… Koniec roku będzie bardzo pracowity jak widać

JULEK W PODRÓŻY

Świdnica, Wrocław, Warmia, Belgrad i Burj Kalifa w jednej podróży… Koniec roku będzie bardzo pracowity jak widać

Polowanie z lotu ptaka

JULEK W PODRÓŻY

Polowanie z lotu ptaka

Warszawa jakiej nie znałem… aż dziw bierze ile jeszcze tajemnic przede mną

JULEK W PODRÓŻY

Warszawa jakiej nie znałem… aż dziw bierze ile jeszcze tajemnic przede mną

Taki zwykły Nowy Jork

JULEK W PODRÓŻY

Taki zwykły Nowy Jork

To już rok!! Z ostatnią wizytą w Dusseldorfie. Wspomnienie

JULEK W PODRÓŻY

To już rok!! Z ostatnią wizytą w Dusseldorfie. Wspomnienie

Zobaczyć niewidzialne…

JULEK W PODRÓŻY

Zobaczyć niewidzialne…

Dobra rada Julka, zbieraj paragony i potwierdzenia, bo nie znasz dnia ani godziny!!!

JULEK W PODRÓŻY

Dobra rada Julka, zbieraj paragony i potwierdzenia, bo nie znasz dnia ani godziny!!!

Jedyne takie skupisko dinozaurów na świecie … czyli …

JULEK W PODRÓŻY

Jedyne takie skupisko dinozaurów na świecie … czyli …

Z wizytą u dinozaurów Julek w czasie deszczu się nie nudzi… Nawet w NYC!! Czy naprawdę jest tak trudne zorganizowanie jednego wyjścia na miasto dla 4 osobowej ekipy, ale tak żeby wszyscy byli zadowoleni? No okazuje się, że tak. - Zdecydowanie zaliczyłabym jedno muzeum – mówi kumpela 1 - No tak, ale które? Tyle ich tutaj jest? – dopowiada kumpela 2 - W środę ma obficie padać deszcz – mówię – więc możemy pyknąć jakieś muzeum! - To ja zdecydowanie chcę do MOMA – stwierdza kumpela 1 No i się zaczęło. Lista pobożnych życzeń się rozwinęła. To jak otworzyć puszkę Pandory. I na dodatek, każdy jakby w zupełnie innym kierunku zmierza, to oczywiste, że będzie zgrzyt z dopasowaniem dnia dla wszystkich. Ja osobiście nie mam parcia na szkło, zwłaszcza, że jestem tutaj tak krótko!!! Skoro muszę już wybrać, to przynajmniej niech będzie to miejsce, które kojarzę. - A co byście powiedzieli na Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej? – proponuję Każdy z nas na pewno oglądał serial „Przyjaciele”, Ross pracował właśnie w tym muzeum!! A dla młodszego pokolenia „Noc w Muzeum” obie części, także odbywają się w tym budynku. Muzeum założone zostało w 1869 roku. Jest jednym z najstarszych i największych na świecie. - Ja chcę iść do tego muzeum i zobaczyć dinozaury – stwierdzam - Jeżeli nikt ze mną nie idzie to się rozdzielamy!! – dopowiadam – nie chcę się sprzeczać o to kto, gdzie ma iść. - My idziemy do MOMA – oświadczają kumpela 1 i 2 - A ja połażę po mieście i pocykam fotki – informuje nas kolega No to jesteśmy umówieni. Gdy przychodzi środa, leje jak z cebra!! Od wczesnego poranka, jak z konewki, pada i pada. Nie zachęca to raczej do łażenia po mieście, zatem kolega dołącza do mnie i udajemy się z wizytą do dinozaurów. Zanim to nastąpiło, musieliśmy przejechać kilka liniami metra, kilkanaście przystanków. I taka uwaga od razu – Czytajcie informacje w Metrze. Ja nie przeczytałem i wsiadłem do expresu a nie do regularnej linii!! W efekcie przyjechałem do Queens i  z powrotem na Manhattan. Tak ze dwa razy. Oczywiście minąłem w każdym kierunku mój właściwy przystanek. WELL nie myli się ten kto nic nie robi. Taka przygoda. W końcu wchodzimy do moich wyczekiwanych dinozaurów. Muzeum fakt wielkie, ze sporą ilością eksponatów. Jak dla mnie, lekko już przestarzały sposób ekspozycji. Wszystko upchane za szybami, jakieś scenki rodzajowe z trupimi manekinami. Jednak muzeum w Londynie bardziej mi się podobało. Powiem tak. Dobrze, że dotarłem tutaj popołudniu i miałem możliwość zapłacić dowolną kwotę za bilet (wybrałem 10$), bo za pełną cenę bym się załamał. Poza dinozaurami (w ilościach hurtowych) dla mnie nie było tam nic ciekawego. Dziewczyny po MOMA też miały niedosyt. No cóż tak to jest jak pada deszcz.

Warto podążać własną drogą i spełniać marzenia. Kolejne właśnie się ziściło!!

JULEK W PODRÓŻY

Warto podążać własną drogą i spełniać marzenia. Kolejne właśnie się ziściło!!

NYC – Brodway Niech się pali, niech się wali. Być w Nowym Jorku i nie pójść na Broadway?? - Ale czemu się aż tak upierasz?? - Bo uwielbiam musicale!!! - Jak mam wydać kasę, to przynajmniej na coś, co sprawia mi frajdę i przyjemność! - Ja niekoniecznie, chociaż w sumie mogę pójść. - Co racja, to racja – przekonałeś nas – skoro idziemy na ustępstwa, to niech faktycznie będzie wieczór na Broadway – u. Uff. Oddycham z ulgą i zaczynam się zastanawiać jaki musical byłby najbardziej odpowiedni. Taki, żeby był hitowy i żeby nie zanudzić znajomych, bo mi chyba jaja urwą jak wydadzą mnóstwo kasy a okaże się, że się wynudzili. - To na co byście chcieli pójść? – pytam - A co byś zaproponował? - No sam nie wiem – mówię, a w myślach dodaję sobie, żeby nie pójść na coś, co już widziałem! - Sam nie wiem – może być Mamma Mia (chociaż widziałem, ale jest na tyle fajny, że mogę się poświęcić). Mówię Wam. Życie to ciągłe kompromisy i negocjacje. Każdy dzień, każda rozmowa, każde spotkanie to ciągłe dialogi i szukanie porozumienia, kompromisów, aby jakoś się kręciło. Jeżeli nie umiesz się dogadywać, szanować i doprowadzać do konstruktywnego konsensusu, na nic się zdadzą wszystkie Twoje zamiary, układy i knowania – karma wróci i na końcu zostaniesz sam. Dlatego, w przypadku wyjścia na Broadway, zostały określone ramy czasowe, cenowe i repertuarowe. Zobowiązałem się, że znajdę bilety w dobrej cenie, z dobrymi miejscami i repertuarem. Na to zgodziła się ekipa. Wybór padł na „Chicago”. Musical wszech czasów, z rozpoznawalną muzyką, świetną grą aktorską, tempem akcji i rewelacyjną orkiestrą na żywo. Bilety wynalazłem w świetnej cenie, bo po 88$ i to na pierwszym balkonie w drugim rzędzie. Warto zaznaczyć, że ceny na tego typu rozrywki zaczynają się w tych rzędach od 120$ w górę. Więc kolejny fuks. (po biletach lotniczych) Czas zabawę zacząć i spełnić kolejny szalony pomysł. Wieczór na Broadway -u. Życie jest piękne.

Best food in NYC. Recommended by Julek

JULEK W PODRÓŻY

Best food in NYC. Recommended by Julek

Hamburher a la Mexico – na otro Nadszedł czas podsumowań. „Dos Caminos” w Meatpacking District (niedaleko High LINE park), „Kahluas” w East Harlem (blisko stacji metra, przystanek 116) i „Lusy’s Cantina Royale” w Midtown West- to moje typy smaków. A to już przetestowałem 1,5 roku wcześniej, odwiedzając Miami. Porcje jedzenia w USA są olbrzymie. Przy dobrych wiatrach spokojnie najedzą się jednym zamówieniem dwie osoby. Czy drogo?? Zasadniczo tak i nie. To zależy jak podejść  do tematu waluty. Moja kochana mama (niestety już jej z nami nie ma), nauczyła mnie pewnej fajnej rzeczy. Mieszkała w Niemczech i podczas każdej mojej wizyty powtarzała: - Jak chcesz sobie coś kupić to nie przeliczaj!!!! - Pracujesz, jakoś sobie dasz radę i spłacisz, użyj karty – podpowiadała. Trochę to było podpuszczanie, ale fakt jest taki, jak chcesz coś kupić to zrób to od razu, bo potem będziesz żałować, że nie zdecydowałeś się. I tak samo z jedzeniem: - Jejku jaki Ty chudy jesteś, zjedz coś, jedzeniem trzeba się cieszyć – powtarzała - Masz ochotę na coś z ulicy, kup sobie, nie przeliczaj, korzystaj z życia, poznawaj smaki – taka to była moja mamcia. I tak mi zostało (no może z tym, że nadal pilnuję w domu tego co jem). Na wyjeździe puszczają wszelkie zahamowania i korzystam, smakuję, delektuje się – dosłownie wszystkim. A najważniejsze to podejść do tematu ceny w relacji 1:1, czyli jeżeli coś kosztuje 14$ to tak jakby w Polsce 14 zł. I wtedy ma to sens, inaczej nigdy niczego nie kupisz bo Cię przelicznik przerazi! Chyba nie ma potrawy, której bym nie był w stanie spróbować (będzie w kolejnych opowieściach kilka ciekawych przykładów z innych stron świata). Swoja drogą ciekawe, że nie ma chyba czegoś takiego jak typowa kuchnia amerykańska. Dlaczego? Bo wszystko tutaj przyjechało skądś. Ukształtowali sobie kuchnię wokół hamburgerów, steaków (krówskie mięso, jak mój wujek Eddie mówi) i smaków kuchni całego świata. Wyjątkowo podczas tego wyjazdu, grupa nie miała paraliżu decyzyjnego gdzie jeść. Uwierzcie mi, zawsze na wypadach jest moment, że ktoś jest głodny a ktoś nie, ten chce jeść tutaj, tamten gdzie indziej, tu za drogo, tam śmierdzi!! Ja nauczony tym, że tak może być, idąc ulicą i zwiedzając, tutaj coś skubnę, tam czegoś spróbuję. A jak jestem głodny to mówię: - Informuję wszystkich, że zaczyna mi burczeć w brzuszku i jak nie zjem czegoś w ciągu 20-30 minut włączy mi się maruder pospolity – oświadczam. Co po prostu oznacza, że stanę się nie do zniesienia – o czym już wszyscy wiedzą. A tym czasem, nie przeliczając waluty, korzystając z okazji jeszcze trochę sobie posmakuję tych pyszności.

High Line – raj na ziemi czy dżungla w sercu miasta??

JULEK W PODRÓŻY

High Line – raj na ziemi czy dżungla w sercu miasta??

Beergaritas – o co chodzi? Jakiś Meksyk w tym New Yorku czy co????

JULEK W PODRÓŻY

Beergaritas – o co chodzi? Jakiś Meksyk w tym New Yorku czy co????

Alkohol leje się strumieniami Potrzebuję chyba na początek kawy bo ta opowiastka inaczej nie pójdzie! A ja właśnie sobie uświadomiłem, że w NYC nie spróbowałem tej słynnej kawy ze Starbucksa z ciastkiem cynamonowym. Fakt, kawę mają niezłą, ale czy tak mnie na kolana powala – hmmm. Ważne, że mam swoją dawkę dzienną kofeiny i uderzenie energii po czarnym płynie i ciastku słodkim jak cholera. Teraz mogę iść imprezować. Zatem, siedzimy sobie w ogródku Lucy’s baru, popijamy pyszne Margarity i co ? Przychodzi pani kelnerka i najuprzejmiej jak tylko potrafi (amerykanie umieją być uprzejmi i uśmiechnięci oj tak), informuje nas, że za 15 minut ogródek zamykają, bo jest rezerwacja na jakąś tam imprezę. Poza tym dziewczynka kończy swoją szychtę i chciałaby się rozliczyć – oczywiście, jeśli nie mamy nic przeciwko temu. WELL. Lekki szum po pysznym drinku jest, słońce wyjątkowo dziś świeci, jest wakacyjnie i przyjemnie. A co się będziemy przejmować – mus to mus. Głową muru nie przebijesz, a jak jest jakaś rezerwacja, no to zostaje nam się tylko ewakuować. To nasz ostatni dzień, ostatnie godziny w Nowym Jorku. Nie będziemy się nakręcać – nie ma o co. Korzystam z tych chwil, bo wiem, że teraz to nie za prędko wylecę w tak daleką podróż. Po prostu, trzeba posiedzieć na dupie i trochę popracować. No jeszcze zostają do załatwienia sprawy rodzinne, które ciągną się jak przysłowiowy smród po gaciach. Jak sobie pomyślę, od razu mnie wkurw totalny bierze. Widać taka karma. No dosyć tego wywodu o tym, co mnie czeka a co nie. Wiem już na 100% jaki będzie kolejny kierunek, ale o tym na razie pisać nie mogę. Wracając do Lusy’s baru. - A czy na dachu tego lokalu bar jest otwarty? – pytam - Ależ oczywiście, zapraszam – odpowiada nasza kelnerka - To co kochani? Ewakuujemy się, czy idziemy na górę, żeby już nigdzie się nie włóczyć? – pytam - Zostańmy już tutaj – słyszę – nie ma sensu chyba już gdziekolwiek chodzić No to ruszamy na wskazany taras, zwany Top Roof bar i usadawiamy się przy stoliku z widokiem na główną ulicę. Czuję klimat. - Co by tutaj zamówić? - A może to co mają tamci na stole – mówi kolega - A wiesz, że mogę spróbować – stwierdzam, bo takiego wynalazku jeszcze nie piłem. Nie wiem jak się po tym będę czuć, ale raz się żyje. Przychodzi sympatyczna pani i z bananem na gębie pyta (już pisałem, wszyscy są tutaj uśmiechnięci i mili): - Co dla Was chłopaki? - Poprosimy to co mają tamci na stole – odpowiadamy - A Beergaritas – pyta - Tak dokładnie 3 razy – odpowiadamy, bo nasza koleżanka też się podkleja. I to był strzał w dziesiątkę na zakończenie mojej przygody z NYC. Olbrzymi drink w skład którego wchodzi choice of corona or corona light served upside down in a massive frozen margarita filled goblet za całe 10$, a pije się i pije. Trzeba przyznać, że w tym mieście jest nieograniczona ilość lokali i serwowanych drinków, rodzajów piw i innych napojów. Można się dobrze bawić i niestety szybko uszczuplić swój portfel. No tanio nie jest. Obowiązkowo poza wyskokowymi drinkami należy spróbować shake waniliowego i to najlepiej w jakiejś stylizowanej na lata 40 kafejce – nie mam pojęcia ile to miało kalorii, ale było pyszne. Ale coś za coś. Tik tak tik tak – czas płynie, robi się milusio a przecież jeszcze trzeba odebrać bagaż z przechowalni!!!!!!!  zbliża się godzina szczytu i będzie problem z taksówka na lotnisko.SICK

2973 – najważniejsza liczba pewnego dnia, w pewnym miejscu.

JULEK W PODRÓŻY

2973 – najważniejsza liczba pewnego dnia, w pewnym miejscu.

YELLOW YELLOW GREEN GREEN PINK UP THE PHONE!!!!!!

JULEK W PODRÓŻY

YELLOW YELLOW GREEN GREEN PINK UP THE PHONE!!!!!!

Empire contra Rockefeller

JULEK W PODRÓŻY

Empire contra Rockefeller

Mój mózg tego jeszcze nie przetworzył!! Już rok od pewnego wydarzenia a teraz szukam siebie w NYC

JULEK W PODRÓŻY

Mój mózg tego jeszcze nie przetworzył!! Już rok od pewnego wydarzenia a teraz szukam siebie w NYC

Złap Byka za jaja, cmoknij się ze Statuą i wypowiedz życzenie na Brooklin Bridge

JULEK W PODRÓŻY

Złap Byka za jaja, cmoknij się ze Statuą i wypowiedz życzenie na Brooklin Bridge