Rumuńska wieś – Julkowe zwiedzanie

JULEK W PODRÓŻY

Rumuńska wieś – Julkowe zwiedzanie

Rumuńska wieś – niektóre obejścia to wręcz folwarki Rumuńska wieś jest równie (a może i bardziej) zróżnicowana niż polska. Jestem totalnym ignorantem w podejściu do tego tematu. Jak już napisałem w poprzednim wpisie, wyjazd był „lekko” szalony. Dacie wiarę? No bo jak można zapomnieć, że się kupiło bilety i hotel? Widać można. Wyjazd do Bukaresztu był jednym z wielu projektów w tym roku i nadzwyczajnie coś, gdzieś mi umknęło. Trochę folkloru A może się starzeję – lub za dużo mam na głowie? Anyway – Rumunia to piękny kraj. A rumuńska wieś jest barwna, dziewicza, oryginalna i momentami nietypowa. Wręcz zaskakująca. Wspominam dość dobrze moje podróże po tym pięknym kraju. Rumuńska wieś – każdy region charakteryzuje się unikatową architekturą Oczywiście w weekend nie odkryję na nowo całego kraju, ale Bukareszt ma jedną, fenomenalną atrakcję turystyczną. Muzeum / skansen w którym w całej swojej okrasie, prezentuje się rumuńska wieś. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł i zorganizował akcję ratowania dziedzictwa kulturalnego kraju. Można się zgubić Zaadoptowano olbrzymią powierzchnię stolicy (a raczej jej obrzeży) i zaczęto  zwozić z całej Rumunii domy, kościoły, folwarki, zagrody itd. Dzięki temu w jednym miejscu, nie tracąc czasu na przemieszczanie się po kraju, mamy okazję podziwiać jak żyli i nadal w niektórych regionach żyją mieszkańcy Rumunii. Wnętrze jednego z domów – w większości powtarzalny – co dało mi obraz wsi rumuńskiej Trochę mam pecha, bo akurat zaczyna padać. Z cukru nie jestem więc wchodzę i tak, bo jak już się tutaj doczłapałem, rezygnować nie będę. Zresztą przeciera się. Plusem za to jest trwający na terenie skansenu festiwal produktów regionalnych. Rumuńska wieś i jarmark regionalny Ha, ha za jednym zamachem mam cały kraj na wyciągnięcie ręki oraz jego kulinarne, regionalne produkty. Rumuńska wieś jak i polska to bardzo długa lista regionalnych smaków. Rumuńska wieś – skromnie, ale czysto Widzę panią zachwalającą swoje wyroby: wędliny, sery, chleby itd. Uśmiecham się, kiwam głową na powitanie. Jest kontakt wzrokowy. Który najostrzejszy? – pytam po angielsku. Przepadzista pani z olbrzymim nożem w dłoni pokazuje – ten, ten i ten. Szur, szur, szur – zaczyna swoją nawijkę. Może nie do końca tak to brzmi, ale mniej więcej przypomina włoskie szeleszczenie z którego w tym przypadku nic nie rozumiem. Rumuńska wieś – jeden z licznych wiatraków Angielski, francuski, rosyjski, niemiecki? – pytam. Dalej nic, zero, echo. Czuję, że mam problem, ale poradziłem sobie w Indonezji to tutaj tez nie zamierzam się poddać. Ostatecznie ręce będą bolały, ale burczący brzuch wygrywa – nie odejdę bez sera. Pytam – który lepszy? Chyba zrozumiała, bo pokazuje tabliczki z opisami każdego ze sprzedawanych serów – niestety wszystko po rumuńsku. Czy ktoś pamięta co to jest?? Decyduję się na wzrokowy wybór i kupuję ostatecznie biały, lekko podwędzany plus pęto kiełbasy. Zakładam, że skoro pani tam ciągle: szur, szur, szur nawija, to raczej rekomenduje niż wciska kit. Ok. zakupy zrobione, można iść i delektować  się posiłkiem. A zapłacić trzeba!! Rumuńska wieś – niektóre domy piękne, bogate Byleby mi kasy wystarczyło. Pani coś liczy, nabija na kasę i bum – jest finalna cena, kilkanaście lei Nawet nie dużo i jeszcze reszta mi zostaje. Rumuńska wieś w mini wydaniu sprawdza się idealnie. Można tutaj spędzić cały dzień lub raptem (jak ja) kilka godzin. Ale jeżeli traficie do Bukaresztu, to miejsce rekomenduję bardzo i jestem pewien, że każdy znajdzie coś dla siebie. Rumuńska wieś w pigułce. Czas zatrzymał się w miejscu Dzień kończę kursem linii metra (bo na dobre się już rozpadało). Kolejna stolica i kolejne metro. I tutaj właśnie mam kolejnego HITA. Metro w Bukareszcie Wchodzę do wagonu, podekscytowany, cykam fotkę i nagle jak spod ziemi wyrasta przede mną ochrona. Nawija coś po rumuńsku pokazując na aparat. Mówię mu po angielsku, że nie wiem o co chodzi a on dalej swoje. NIE ROZUMIEM CIĘ!!!! – ponawiam po angielsku a on dalej te swoje szur, szur, szur. I do tego pokazuje na regulamin wiszący tuż nad moją głową (przypadek). Metro zaliczone Odwracam się i co??? Też tylko po rumuńsku!!! Z kontekstu sytuacji zakładam, że chodziło o rzeczoną fotkę – więc NO FOTO – tyle to by się kurde każdy nauczyć. Reasumując: Rumuńska wieś – muzeum wsi – super Rumuńska wieś – mieszkanie w podziemiach – dosłownie Degustacje rumuńskich produktów – polecam Metro – tanie, szybkie ale NO FOTO Cenowo – taniej niż w Polsce więc koniecznie odwiedźcie ten kraj. Artykuł Rumuńska wieś – Julkowe zwiedzanie pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Zwiedzanie Bukaresztu jeśli mam tylko weekend

JULEK W PODRÓŻY

Zwiedzanie Bukaresztu jeśli mam tylko weekend

Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Zwiedzanie Bukaresztu. Ponieważ nie przygotowałem się (wyjątkowo) do tego wyjazdu, mam zadanie wieczorne w hotelu. Wyciągnąć jak najwięcej informacji z internetu. Z pomocą zaplanowania trasy na zwiedzanie Bukaresztu przychodzą mi blogi podróżnicze: Weekendowi.Podróżnicy, Lovetotravel, Travelmaniacy, – kurcze co myśmy robili jak nie było internetu i blogosfery. Kilka godzin, szybkie notatki, tipsy zebrane z blogów oraz na szybko tuż przed wyjazdem ściągniętego przewodnika z internetu i mam już swoją, perfekcyjnie przygotowaną trasę. Godz. 09.00 Śniadanie w hotelu na które składają się lokalne sery, wędliny i warzywa. Do tego kawa, sok pomarańczowy i można ruszać w trasę. Zwiedzanie Bukaresztu czas zacząć. Godz. 10.00 Numer 1 na liście – Ogrody Cişmigiu Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Jest jednym z najstarszych i ulubionym miejscem odpoczynku mieszkańców stolicy. Cichy, troszeczkę oddalony od starówki. Może dlatego nie ma tutaj zbyt wielu turystów i może dlatego zwiedzanie Bukaresztu jest tutaj tak przyjemne. W zasadzie stwierdzam, że jestem tutaj jedynym turystą. Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Perfekcyjnie dopracowany, wypielęgnowany, stanowi perełkę płucną miasta. Na ławeczkach przysiadują staruszkowie i czytają gazety, rodzice z dziećmi bawią się i podziwiają budzącą się do życia przyrodę, młodzież oddaje się rozrywce – pływając łódkami po kanałach, ciągnących się wzdłuż parku. Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Jedną z atrakcji jest także mini zoo a w zasadzie ptaszarnia. W jednym miejscu odnajduję dwa najbardziej zaskakujące freaki – Czarnego Łabędzia i Białego Pawia. O ile o pierwszym wiedziałem, że istnieje (swojego czasu jego odkrycie ornitologiczne, które przeredagowało podejście naukowców do badań) o tyle o drugim nie miałem pojęcia – taki albinos wśród pawi (na Bali widziałem jeże albinosy i też mnie zaskoczyło ich istnienie) Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu – Czarny Łabędź Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu – Paw Albinos Oprócz wymienionych atrakcji, zachwycam się kunsztem wykonania całości tego miejsca. Zadbane alejki, mocne, żeliwne ławki parkowe a to wszystko ozdobione charakterystycznym symbolem stolicy. Zwiedzanie Bukaresztu – Ogrody Cişmigiu Na spacer można zarezerwować około 1,5 godziny do nawet pół dnia. Wszystko w zależności od Twojego poziomu zachwycania się i chęci obcowania z przyrodą. Nie chciałem podążać utartymi ścieżkami kolegów, zatem moja trasa będzie bardziej zaułkowa. Godz. 11.30 – Piateta Sfantul Papa „Ioan Paul al II-lea” Miejsce na które trafiam totalnie przypadkowo, ale wzruszenie jakie mnie dopada jest wielkie. Zawsze to miło, że poza granicami kraju, widzi się patos naszego Ojca Świętego. Na placu są dwie atrakcje. Zwiedzanie Bukaresztu – Piateta Sfantul Papa „Ioan Paul al II-lea Pierwszą (w mojej ocenie) jest nawiązujący do nazwy pomnik poświęcony Św. Janowi Pawłowi II zaś drugą malutki, praktycznie niezauważalny kościółek – Biserica Schitu Măgureanu, kościółek prawosławny. Mogę podziwiać go niestety tylko z zewnątrz, gdyż był zamknięty. Piateta Sfantul Papa „Ioan Paul al II-lea – Biserica Schitu Măgureanu Godz. 12.00 Zwiedzanie Bukaresztu kontynuuję przechadzając się ulicą Strada Stirbei Voda. Zwiedzanie Bukaresztu – Strada Stirbei Voda Mam okazję podziwiać odrestaurowane pałace z okresu secesji i dumy królewskiego Bukaresztu. Niestety jak w każdym z krajów komunistycznych i ten naznaczony jest śladami zniszczenia i rozpadu. Zwiedzanie Bukaresztu – Strada Stirbei Voda Serce się kraje, że tyle zostało zmarnowane i to tylko przez jednego psychola, który ogarnięty był manią prześladowczą i pragnieniem posiadania władzy absolutnej. Miejmy tylko nadzieję, ze z tej trudnej dla wielu narodów lekcji historii zostanie wyciągnięty jakiś wniosek. Zwiedzanie Bukaresztu – Strada Stirbei Voda Zachwycałem się we Lwowie, zachwycam się i tutaj. Godz. 12.30 Zwiedzanie Bukaresztu c.d. – Zwiedzanie Bukaresztu – Piata George Enescu Docieram do tego malowniczego placyku, który przecina jedna z najważniejszych ulic w mieście Calea Victoriei, ale zanim nią podążę, na chwile zatrzymuję się w położonym na środku placu Parcu Ateneului i przyglądam się kopułowej budowli Ateneul Roman w której mieści się teatr. Godz. 12.45 Zwiedzanie Bukaresztu kontynuuję podążając Calea Victoriei. Zwiedzanie Bukaresztu – Calea Victoriei – biały kościół Św. Mikołaja Sama w sobie nazywana jest Champs Elysees Bukaresztu. Tutaj można albo zaszaleć, uszczuplając swój portfel lub obciążając swoją kartę kredytową. Ewentualnie pozostać biernym obserwatorem bogatych witryn sklepowych najprzedniejszych marek światowych projektantów. Zwiedzanie Bukaresztu – Calea Victoriei Poza sklepami na ciągnącej się w nieskończoność ulicy znajdują się liczne kawiarnie, restauracje, hotele i kościoły. Nagle staję jak wryty przed jedną z witryn. Tak muszę się przyznać. Uwielbiam robić zakupy na wyjazdach. Niestety nienawidzę chodzić po sklepach w Polsce. Kupienie czegokolwiek jest dla mnie udręką. O tyle zakupienie i przywiezienie sobie czegoś z wyjazdu to inna para kaloszy. Dlatego pewnie w mojej szafie są ciuchy z całego świata. Dlatego chwilowo przerywam zwiedzanie Bukaresztu, ale tylko na momencik. Zwiedzanie Bukaresztu Calea Victoriei Stoję, patrzę, marka mi nic nie mówi, ale po chwili wahania decyduję się wejść do eleganckiego butiku Antony Morano. Szybka przebieżka po wieszakach i już mam w ręce bluzkę. Wiem, że ma to mało wspólnego ze zwiedzaniem, ale moje odkrywanie w tym momencie się zatrzymuje. Zresztą to także część jakiejś przygody. Po paru próbach w przebieralni decyduję się i po chwili staję się posiadaczem czarnej, eleganckiej papierowej torby z zawartością w środku. Karta kredytowa przyjmie wszystko. A ja wychodzę z założenie (tego mnie też nauczyło moja kochana mama), że życie jest zbyt krótkie i trzeba dawać i sprawiać sobie przyjemności tu i teraz. Zasada druga – też wpojona mi przez mamę – nigdy, ale to nigdy nie przeliczaj, bo zwariujesz i niczego sobie nigdy nie kupisz a przecież chodzi o zasadę numer 1 (patrz wyżej) Zwiedzanie Bukaresztu – Calea Victoriei Zwiedzanie Bukaresztu – Calea Victoriei Godz. 13.45 Spacer ulicą Victoriei to bardzo długa trasa, ale warta poświęcenia. Wspaniale odrestaurowane budynki, secesja na każdym kroku, przepych starego, jeszcze królewskiego, monarszego tygielka odczuwa się na każdym kroku. Docieram do Piata Victoriei i dopada mnie deszcz. Zmuszony przerwać zwiedzanie Bukaresztu szukam miejsca, gdzie mogę przetrwać tą chwilową nawałnicę i ląduje w przemiłej kawiarence. Zwiedzanie Bukaresztu – Piata Victoriei Przerwa na złapanie oddechu. Nieplanowana, ale przyjemna. Godz. 14.30 Kontynuuję zwiedzanie Bukaresztu. Okrążam Piata Victoriei – z jednej strony olbrzymi gmach Guvernul României a z drugiej National Geology Museum – och gdybym miał więcej czasu zdecydowanie wszedł bym do środka. Niestety czas nagli i muszę ruszać dalej. A kolejna na mojej trasie to Bulevardul Aviatorilor – jedna z najbardziej spektakularnych, w mojej ocenie, atrakcja miasta. Zwiedzanie Bukaresztu – Bulevardul Aviatorilor – po latach doceniono monarchię Dlaczego? Na tym bulwarze wśród miejskiej zielenie, licznych parków poukrywane są najpiękniejsze pałace i wille z najbogatszego okresu Bukaresztu. Jestem fanem tego typu atrakcji i mógłbym podziwiać je w nieskończoność. Próbować odkrywać tajemnice każdej z nich, zastanawiając się jaka historię mi opowie. Niestety, albo na szczęście, obecnie w większości z nich mieszczą się ambasady i konsulaty. Dzięki temu większość z nich została należycie odrestaurowana, ale stała się niedostępna dla zwykłego śmiertelnika. Zwiedzanie Bukaresztu – Bulevardul Aviatorilor Docieram do olbrzymiego ronda na Piața Charles de Gaulle i skręcam w lewo, gdzie już przede mną wyrasta Arcul de Triumf (Łuk Tryumfalny) a raczej to co kryje się pod rusztowaniami, bo na moje nieszczęście trwa remont. Zwiedzanie Bukaresztu – Arcul de Triumf (Łuk Tryumfalny) Po prawej stronie rozpościera się największy, miejski teren zielony rozległy na kilkudziesięciu hektarach. To tutaj mieszkańcy Bukaresztu, licznie przyjeżdżają spędzać czas wolny. Można wypożyczyć rower, zabrać własne rolki, albo zwyczajnie spacerować. Idealne miejsce na piknik i przyjemne spędzenie czasu wolnego. Zwiedzanie Bukaresztu – wejście do największego parku w mieście Godz. 15.30 Zwiedzanie Bukaresztu – Muzeum Wsi Rumuńskiej Mój cel finalny na dzień dzisiejszy to największy w Rumuni i najlepiej zorganizowany i zachowany skansen poświęcony wsi rumuńskiej. Ale o tym napiszę w kolejnym wpisie. Artykuł Zwiedzanie Bukaresztu jeśli mam tylko weekend pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Kuchnia sycylijska moja lista pyszności z podróży

JULEK W PODRÓŻY

Kuchnia sycylijska moja lista pyszności z podróży

Sycylijskie miasteczka – gdzie warto pojechać?

JULEK W PODRÓŻY

Sycylijskie miasteczka – gdzie warto pojechać?

Syrakuzy i dolce far niente

JULEK W PODRÓŻY

Syrakuzy i dolce far niente

Taormina czyli warto słuchać rekomendacji

JULEK W PODRÓŻY

Taormina czyli warto słuchać rekomendacji

Taormina – antyczny teatr mnie nie zachwycił Taormina powinna być Waszym numerem jeden. Taką rekomendację otrzymał od spotkanej na lotnisku Polki, na stałe mieszkającej na Sycylii. Stąd wiedzieliśmy, że kierunek Taormina na pewno nastąpi. Wymuszony plan dnia, gdyż jeden (jedna) członek naszej grupy wraca do Polski. Nie ma tego złego. Niestety oznacza to poranną pobudkę o 7.00 rano i to w niedzielę. Plus jest taki, że w jeden dzień damy radę zwiedzić więcej. I właśnie dziś kierunek Taormina. Taormina – zaprasza do okrywania swoich tajemnic Ale od początku. Poranna kawa i dyskusja o czystości Sycylii. Problemem na wyspie są śmieci. Znajomi, którzy są niedaleko nas, powiedzieli nam, że śmieci trzeba wywozić samemu. A my już mamy 2 wielkie worki. Dociera do mnie, że skoro każdy musi zatroszczyć się sam o wywóz, robi to owszem, ale do najbliższego rowu na granicach miast, miejscowości. – Żeby była jasność, namierzyłem kontener i tam woreczki nasze trafiały!! Ale generalnie rozświetlił mi się obraz i znalazłem odpowiedź – dlaczego za miastem zalegają tony worków ze śmieciami. Smutne to, ale prawdziwe. Skoro wyspa nie zatroszczyła się o ekologię, nie ma co oczekiwać, że turyści zrobią to sami. Przynajmniej nie wszyscy. O 9.00 rano musimy być na lotnisku w Katanii. Dzięki temu mamy do dyspozycji cały dzień. Z Katanii kierunek Taormina. Dojazd zajmie nam około godziny a trasa wiedzie dwupasmową drogą – nie jest źle. Takim bezpłatnym autobusem z parkingu dojedziemy do centrum Taormina Do samej Taorminy samochodem nie ma co wjeżdżać. Centrum jest wyłączone z ruchu kołowego a znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Lepiej zostawić samochód na strzeżonym parkingu z którego co chwilę odjeżdżają darmowe autobusy do centrum Taorminy. Parking kosztuje odpowiednio 1h – 3 EUR, 2h – 6 EUR, potem każda rozpoczęta godzina i 15 minut – 1 EUR. Z czystej kalkulacji wyszło, że za 4,30h zapłacimy 8 EUR a to spokojnie wystarczy na spacer po tym uroczym, średniowiecznym miasteczku przyklejonym do góry. Taormina – festiwal kwiatów Kolorowe kwiaty bogato zdobią balkony, wystawy sklepów toną pod ilością pamiątek. Taormina – stragany uginają się od lokalnych wyrobów Od czerwca (podobno), tłum turystów jest tak duży, że ludzie obijają się o siebie,  żeby cokolwiek zobaczyć. Trudno mi to sobie wyobrazić, bo już teraz ludzi jest jak dla mnie ciut za dużo. Taormina – mówią, że w sezonie jest jeszcze większy tłum Taormina oprócz położenia miasta na skale, oferuje ze swoich licznych tarasów, cudowny widok na okolicę oraz potencjalnie na Etnę (ja szczęścia nie miałem). Jest też sporych rozmiarów, dobrze zachowany teatr grecki w którym odbywają się co dwa dni koncerty operowe. W mojej ocenie Segesta robi większe wrażenie, mimo że jest większa. Taormina – spotkany uliczny showman z Polski Na ulicy w Taormina spotykamy kuglarza, zachęcającego do wspólnych zdjęć. Okazuje się być Polakiem. Po krótkiej rozmowie, rekomenduje nam z własnego doświadczenia co warto tutaj zobaczyć i gdzie dobrze zjeść za niewielkie pieniądze. Taormina – Duomo Gdzieś przy Duomo, na placu z fontanną następuje spadek formy i poranna pobudka daje o sobie znać. Zdecydowanie potrzebujemy chwili wytchnienia i naładowania baterii. Chwila!!! To gdzieś tutaj, wspomniany przed chwilą kuglarz polecał jakieś lokalne frykasy. Jak to szło: Idąc w dół placu, gdzieś na rogu, ukryta od ruchu turystycznego, miała być lokalna pizzeria z rewelacyjnymi sycylijskimi smakołykami – da Cristina. Taormina – Da Cristina – tutaj zjadłem przysmaki kuchni sycylijskiej Nie poddaję się i szukam w bocznych uliczkach poleconego miejsca. Szkoda tylko, że z tego zmęczenia, zapomniałem nazwy. Czyli szukam czegoś, ale nie wiem czego. Na szczęście znajduję je jakieś 20 metrów w dół od placu. Spora kolejka w środku. Za ladą krząta się kilka osób. Do wyboru arancini w kilku niespotykanych dotąd odsłonach, pizze itd. Taormina i arancini Wybieram te z pistacjami i sardynkami – jak się po chwili okazuje strzał w 10. I do tego za 2,5 EUR od sztuki. Dobra cena, smak wyśmienity, do tego zimne piwko i jest już dobrze. Może nie wyglądają pięknie, ale smakują bosko Po nasyceniu się i odpoczynku, kontynuujemy spacer uliczkami miasta Taormina. Napawamy się kolorami i otaczającym nas pięknem. Taormina – magia kryje się w uliczkach Warto zaglądać w boczne, ciasne uliczki odbiegające od głównej Corso. To tam znajdują się prawdziwe skarby miasta Taormina. Pomimo negatywnej rekomendacji spotkanego kuglarza, decydujemy się wejść do teatru Antico. Cena biletu 8 EUR. I niestety podpisuję się pod opinią ulicznego artysty. Cena zbyt wysoka i rozczarowuje widok po wejściu do środka. Teatr został w całości zaadoptowany na współczesne koncerty co zdecydowanie odbiera mu uroku i magii. Taormina – teatr Antico mnie troszeczkę rozczarował, ale jak traficie na pogodę to inna bajka Ale jeżeli akurat będziecie w Taormina i traficie na piękną pogodę z dobrą przejrzystością to panorama na Etnę i okolicę wynagrodzi Wam koszt biletu. Nie sprawdziłem, ale spotkany kuglarz polecał tańszy sposób na panoramę. Ponad miastem (można wejść, wjechać), znajduje się punkt widokowy z którego można podziwiać zarówno miasto, okolicę i Etnę. Taormina – panorama z tarasu widokowego na okolicę Na osłodę i poprawę humoru fundujemy sobie kolejny lokalny przysmak – Brioches con gelatii, czyli lody w bułce. Już wcześniej widziałem, że ludzie się tym zajadają, więc aby zaspokoić swoją ciekawość funduję sobie takie cudo. I powiem tak, spróbowałem i tyłka mi nie urwało z zachwytu. Ale ja już tak mam, że to co smakuje innym mi niekoniecznie. Taormina – Brioches con gelatii Reasumując całą wyprawę do miasta Taormina, trzeba było słuchać rekomendacji spotkanego kuglarza. Wydalibyśmy mniej i bardziej zadowoleni z miasta wyjechali. Nagle zrobiło się chłodniej, chmury przysłoniły słońce i zaczął padać deszcz. Dziwna ta pogoda na Sycylii, jak wszędzie na świecie, gdzie ostatnio jeżdżę. Nieprzewidywalna i zaskakująca. Rzutem na taśmę wsiadamy do samochodu i kierujemy się do domu. Choć to nie koniec zwiedzania na dziś. C.D.N. Artykuł Taormina czyli warto słuchać rekomendacji pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Tuńczyk czyli wpadka zakupowa na Sycylii

JULEK W PODRÓŻY

Tuńczyk czyli wpadka zakupowa na Sycylii

Tuńczyk z grilla – chyba przesadziłem z ilością Tuńczyk to moja największa, ale i najsmaczniejsza wpadka tego wyjazdu. Ale od początku: Żyjemy jakby nie było jutra, bo życie jest krótkie i ulotne. Dlatego trzeba w pełni korzystać z każdego dnia, wyciskając go do ostatniej kropli – w tym przypadku wina. Celowo zaczynam cytatem z ostatniego wpisu. Centrum dekadencji Po Agrigento i wieczorze mocno zakropionym sycylijskim winem, nie chce nam się nic. Świeci przepiękne słoneczko, dobiega zza ogrodzenia szum morza – tak długo wyczekiwanego. Ale dzisiejszy poranek był „lekko” ciężki. Chyba za bardzo wczoraj poczuliśmy klimat dekadencji, dlatego jedyne co nam wychodzi to koła do góry. Na szczęście mimo upału, lekki wiatr znad morza daje chwilowe ukojenie. Zalegamy z książkami na leżakach i zapada milczenie. Nawet nie chce się nam planować kolejnych wypraw. Moja miejscówka na Sycylii Czyżbyśmy się starzeli? A może dopadł nas kryzys podróżników? Moglibyśmy zapewne tak przeleżeć cały dzień, ale przecież trzeba coś jeść. Wczorajsze zakupy na długo by nam nie wystarczyły. Marzy mi się tuńczyk. Dziewczyny jęczą, że chce im się pysznych warzyw, owoców. A jak kobiety zaczynają być marudne, to źle się dzieje w państwie duńskim. Albo coś zorganizuję na szybko, albo będę mieć na głowie kilka niezadowolonych. Proponuję zatem wyprawę do pobliskiej Ispica. Tam najprawdopodobniej powinny być markety. Cel na dziś jest prosty – trzeba zaopatrzyć się w jedzonko na kolejnych parę dni. Typowa przeszkoda na Sycylii Wyprawa zaczyna się pysznie, bo już na wylotówce z naszej urokliwej miejscowości, drogę blokuje nam stado kóz. I nikogo dziwić to nie powinno. Taki tutaj panuje klimat. Pasterz beztrosko przeprowadza gromadkę z jednej strony ulicy na drugą, słychać tylko beczenie i dzwonki po uwieszane u szyi co niektórych osobników. Dotarcie do Ispica zajmuje nam 20 minut. To dobry miernik, gdyż już wiemy, że w razie potrzeby w kilka minut można będzie uzupełnić lodówkę bądź barek. Zwabił mnie wybór, różnorodność oferty Jeden koszyk, chmara rąk i milion pomysłów co ugotować na obiad. Wrrrr – zaczynam się gotować wewnętrznie. Decyzyjność 0, pomysłowość 100. Za chwilę okaże się, że budżet nam się totalnie wykolei. Nie mam ochoty ani na podejmowanie decyzji, ani na przekonywanie grupy co mogłoby być hitem kulinarnym, naszej pierwszej, własnoręcznie przygotowanej kolacji. Widzę stoisko ze świeżymi rybami i owocami morza. Jak u pomysłowego Dobromira, puknięcie w głowę i zapalająca się żarówka. Przecież mamy gigantycznego grilla w ogrodzie. Może by tak spróbować go odpalić? Gdy zobaczyłem pierwszy stek już było za późno na wycofanie się z zamówienia Zaczynam rozmowę z pracownikiem stoiska rybnego – po włosku!!! Czyli kali mówić, kali jeść. Moim oczom ukazuje się przepiękny tuńczyk. Już widzę oczyma wyobraźni plastry tej pysznej ryby na naszych talerzach. Rzucam się pędem do przyjaciół i z daleka krzyczę: „Mam hita na wieczór, tuńczyk!!! w sensie steki!! A do tego cena za kilogram jedyne 6 EUR!! Przecież to jak za darmo. Pan zachwala, że pyszny, świeży – tylko brać!” Po krótkiej naradzie i kalkulacji kosztów zapada decyzja, będzie tuńczyk. Jeszcze więcej tuńczyka W końcu jesteśmy nad morzem. Wracam do Pana na stoisku z rybami i proszę o pięć steków. Zadowolony sprzedawca z bananem na twarzy bierze największy kawał mięsa i zaczyna z precyzją ciąć. Gdy uciął pierwszy kawałek już się przeraziłem rozmiarem tego steku. Wewnętrzny kusiciel mi szepcze – żyj jakby nie było jutra. Tuńczyk lądują na wadze a ekspedient wbija cenę. Trochę się różni od tej, którą usłyszałem chwilę temu w naszej konwersacji. Ale wpadka cenowa na całej linii. Nie 6 EUR ale 16 EUR za kg!!!! 3 Kg świeżej ryby – jedyne 5 steków. Grill działa, tuńczyk się piecze Próbuję protestować, ale z tego stresu już całkiem nie jestem w stanie się komunikować a pan tylko wzrusza ramionami i informuje, że ucięte i nie może przyjąć zwrotu. Muszę je kupić!!! Dociera do mnie, że właśnie puściłem 47 EUR za wymarzoną kolację. Trudno, jak grupa się nie dołoży, zapłacę z własnej kasy, ale chociaż miałbym pęknąć zjem je wtedy sam. Tuńczyk jest jedna z ulubionych i popularnych ryb na Sycylii Na szczęście trafiłem na wyrozumiałych przyjaciół i wszyscy zgodnie zaakceptowali ten zakup i moją wpadkę. Do końca pobytu będę wysłuchiwał jaki to ze mnie poliglota. Dlatego warto się dopytywać po kilka razy, zanim się na coś zdecydujemy. Napiszę tylko, że było warto  a tuńczyk był przepyszny. Za to właśnie kocham podróże. Artykuł Tuńczyk czyli wpadka zakupowa na Sycylii pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Agrigento czyli żyjemy jakby nie było jutra

JULEK W PODRÓŻY

Agrigento czyli żyjemy jakby nie było jutra

Segesta i Sciacca – odkrywanie Sycylii

JULEK W PODRÓŻY

Segesta i Sciacca – odkrywanie Sycylii

Ukryta gdzieś wśród zbóż Dziś czeka nas Segesta i Sciacca. Opuszczamy zatem Castellammare Del Golfo tuż po 10.00 rano. Kierujemy się drogą SP2, która ma przejść w SS113. Ta pierwsza to droga trzeciorzędowa. Ale takie są właśnie najlepsze na poznawanie Sycylii. Minusem jest wolna jazda. Trochę jak z filmu Gladiator Prowadzenie naszego pojazdu jest ciągłym wyzwaniem dla kierowcy, zwłaszcza na ciasnych drogach, wąskich uliczkach średniowiecznych miast. Zaczynam rozumieć rekomendacje innych podróżników ukierunkowane na małe i zwrotne autka. Potwierdzam. Jeżeli wypożyczacie samochód, to im mniejszy tym lepiej. Kwitnące agawy. Niestety ich piękno po zakwitnięciu przemija a agawa umiera Nasza „krowa” z pełnym obciążeniem daje radę, ale dla mnie jako kierowcy jest to lekka męczarnia. A cel jest na każdym odcinku drogi identyczny. Dowieźć grupę bezpiecznie. Sycylijska przyroda na północy jest soczysta Z Castellammare del Golfo do Segesta jest około 50 km (niecała godzina drogi). Trasa prowadzi malowniczymi drogami, wśród łanów zbóż, olbrzymich beli słomy artystycznie porozrzucanych na polach. Kwitnących, czerwonych maków i kwiatów polnych. Wyłania się nagle. Jest pierwszy efekt WOW Ku naszemu zachwytowi. Samotna, grecka, mieniąca się w słońcu świątynia. Ząb czasu nadgryzł ją znacząco, ale i tak prezentuje się godnie. Historia Segesta, jak wielu odwiedzanych przeze mnie na świecie miejsc, jest piękna, dumna i smutna. Egesta, bo taką pierwotnie nosiła nazwę, powstała około XII wieku p.n.e. Założycielami Segesta byli Elimowie mówiący o sobie, że pochodzą z Troi. Na przestrzeni wieków, poważne konflikty z sąsiadami i próby nieudanych sojuszy, doprowadziły miasto do zguby. Przepiękna Segesta Przez setki lat mocno hellenistyczna Segesta, próbowała wejść w układ z Atenami i świątynia, którą podziwiam, prawdopodobnie była wabikiem do przekonania mocarstwa do zawarcia sojuszu. Gdy ten nastąpił, szybko porzucono ideę dalszego budowania świątyni w Segesta. Świątynia w Segesta Dumna, wśród pól i okalającej ciszy wiejskiego rytmu życia, na samej krawędzi urwiska, pozostawiona sama sobie, trwa do dziś. Segesta jako pierwsze miasto na Sycylii weszła w układ z Rzymem, jawnie wystąpiła przeciwko Syrakuzom i niestety przegrała. Świątynia w Segesta (podobno) była świadkiem strącenia w przepaść 8 tys. mieszkańców. Jak wspomniałem wcześniej – tragiczny finał. Można ją odkrywać cały czas i zależy jak spojrzymy, ciągle zauważymy coś nowego W odległości 2 km od świątyni (spacer w górę w pełnym słońcu, wejście w cenie biletu) położony jest, dobrze zachowany, starożytny teatr. Okalają go antyczne ruiny miasta Segesta, na których do dziś prowadzone są intensywne prace archeologiczne. Panorama wokół amfiteatru w Segesta Nie rezygnujemy z tej atrakcji, bo widoki z góry wynagradzają trud 2 km trawersu. I panorama rozciągająca się z niego Nasyceni panoramą i atmosferą tego miejsca ruszamy w kierunku Sciacca, nadmorskiego miasteczka, ukrytego w obrębie średniowiecznych murów miejskich. Czeka nas około 1 godzina drogi. Antyczny teatr w Segesta Już po wjeździe do Sciacca powtarza się historia z Castellammare del Golfo. Ciasne uliczki wzywają do sprawdzianu kierowcę, czyli mnie. Do tego gubimy się i my i nasza nawigacja. Koniec języka za przewodnika. Uprzejmość mieszkańców Sycylii jest tak wielka, że w ciągu 10 minut wyrasta przed nami właściciel naszego hotelu Conte Luna i pilotuje nas osobiście do miejsca naszego spoczynku. Hotel Conte Luna – polecam Po perfekcyjnym zaparkowaniu, nawet się nie obejrzałem a pan (w wieku mojego ojca) z dwoma naszymi walizkami, śmigał po schodach do apartamentów. Piazza A. Scandaliato Lekko się chyba przeliczył bo jak je szarpnął do góry, usłyszeliśmy tylko: „Santa Madonna” i ujrzeliśmy jego oczy wyskakujące na orbity. Chiesa del Carmine Język włoski jest na tyle łatwy, że przy znajomości kilkunastu podstawowych zwrotów idzie się dogadać. Oczywiście zdarzają się i wpadki, ale o tym napiszę później. Panorama Sciacca Ruszamy uliczkami miasta. Ciasno poupychane 15 wieczne kamienice, niszczejące i odbijające słońce, skrzeczące mewy (niestety w nocy i nad ranem też), kolorowe, kaflowe schody i liczne sklepy – to zapamiętałem ze Sciacca. Duomo w Siacca A jest jeszcze jeden smaczek. Nasz właściciel zarekomendował osterię z typowo sycylijską kuchnią. Lokal otwierają o 20.00 a niewątpliwie odróżnia go od innych restauracji (raz się z tym spotkałem w Evorze w Portugalii) brak menu. Niestety nie dowiedziałem się skąd taki pomysł na ozdabianie schodów Szef wraz z załogą (na moje oko żona i rodzinka) codziennie serwują jakiś komplet dań (przystawki, danie główne. świeże ryby i owoce morza z grilla, deser). Cena jest stała 25 Euro od osoby, ale porcje są wielkie a smaki nieziemskie. Best food in Sciacca. Osteria Cappellino Ale o jedzeniu na Sycylii napiszę w ekstra osobnym wpisie. Tyle tych smaków się nazbierało. Artykuł Segesta i Sciacca – odkrywanie Sycylii pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Castellammare del Golfo – raj utracony?

JULEK W PODRÓŻY

Castellammare del Golfo – raj utracony?

Castellammare del Golfo Wczesnym wieczorem dojeżdżamy do Castellammare del Golfo. W Le Zagare, gdzie zatrzymujemy się na nocleg, spotykamy się z życzliwością, profesjonalizmem i uśmiechem. Taki niby niepozorny, rodzinny hotelik w centrum miasta, ukryty gdzieś wśród jednokierunkowych, ciasnych uliczek Castellammare del Golfo. Hotel okazuje się być bardzo dobrym wyborem, za to nie przewidziałem ciasnoty, wąskich uliczek. Próby manewrowania Renaultem Scenic, stanową dla mnie nie lada wyzwanie. Powoli, powoli i poruszamy się jakoś do przodu. Castellammare del Golfo Jest jeszcze przed pełnią sezonu i na nasze nieszczęście sporo sklepów i restauracji jest zamkniętych. Sam spacer głównymi arteriami miasteczka jest chwilą relaksu i napawania się spokojem otaczających nas starych kamienic. W mojej ocenie najlepszą atrakcją Castellmare del Golfo jest mały, rybacki port ulokowany w centrum starego miasta. To tutaj codziennie rano przypływają rybacy z połowów. Od razu oczyszczają swój towar na specjalnie przygotowanych stołach. Można przyjechać i kupić to co akurat będzie w sieciach. Castellammare del Golfo Cudownie, magiczne uczucie. Wieczorem rybacy nadal ciężko pracują. Gdy towar sprzedany, stanowisko pracy uprzątnięte, trzeba jeszcze pocerować sieci, oporządzić kuter na kolejną wyprawę. Wszystko powoli, bez pośpiechu. Takie to tutaj życie w Castellammare del Golfo na Sycylii. Castellammare del Golfo Castellammare del Golfo to jeden z moich hitów jedzeniowych. Skoro mowa o rybakach, to też muszę wspomnieć o najlepszych mulach jakie kiedykolwiek jadłem. Dla pobliskich restauracji to chyba dar losu mieć codzienne dostawy świeżych ryb i owoców morza. I od razu zaznaczę – wcale nie jest tak drogo. Za wielki talerz muli (patrz zdjęcie poniżej) 9 EUR. Można przeżyć. Best mule ever Castellammare del Golfo to także fantastyczna baza wypadowa. Do Erice o którym już pisałem, ale też do najpiękniej położonych dzikich, bądź mało zamieszkałych plaż i przytłaczających kurortów. Jak widzicie wachlarz oferty wypoczynku jest spory i każdy na pewno znajdzie coś ciekawego dla siebie. Ciężko opadające szare chmury, skutecznie zasłoniły widok panoramy Ja rekomenduję te ciche, gdzieś ukryte, nadmorskie zatoczki takie jak ta w Scopello. Zakochałem się w tym miejscu i nie chciałem go opuszczać. Na jednej małej powierzchni można podziwiać cuda natury, korzystać z dobrodziejstwa okolicy, relaksować się z nic nie robieniem. Scopello Kiedyś w tych budynkach była przetwórnia tuńczyka, dominującej ryby w okolicach Sycylii i na stołach każdej restauracji. Teraz po przetwórni jedynym wspomnieniem są pozostałe budynki zaadoptowane na apartamenty dla spragnionych ciszy i spokoju gości. Scopello Niestety, ponieważ jest to teren prywatny, wstęp do zatoki jest płatny. Ale warto zapłacić. Po nienasyconym pobycie w Scopello ruszamy jeszcze do jednego miejsca, rekomendowanego jako najpiękniejsza plaża na północno – zachodniej Sycylii. Scopello San Vito lo Capo. Już w drodze dojazdowej moją uwagę przykuwa ciągnąca się w nieskończoność plaża wzdłuż drogi. A raczej na odwrót, ale to bez znaczenia. Zaczynam rozumieć rekomendację znajomych, ale… No właśnie, jest jedno ale. Po wjeździe do miasta, jedyne co widzę to regularne, nowe zabudowy, ciąg restauracji i sklepów dla turystów, asfaltowe drogi. Na myśl przychodzą mi zbudowane z niczego nadmorskie miejscowości kurortowe. Jeszcze brakuje tylko gofrów, budek ze smażoną rybą i waty cukrowej. Na szczęście tych atrakcji mi oszczędzono. Spacer ulicami San Vito ograniczamy do głównego deptaka i kilku momentów spędzonych na plaży w samym centrum miasta. San Vito lo Capo Jak już wspomniałem. Jeżeli ktoś szuka typowego, kurortowego klimatu na wczasy to jest to idealne miejsce, zapewne w sezonie mocno zatłoczone, ale niektórzy tak lubią. Ja do tych osób się nie zaliczam, a że zaczynam być głodny, postanawiam szybko się ewakuować z „cudownego” San Vito i pozostając w nastroju sprzed kilku godzin nad zatoką w Scopello powrócić do Le Zagare w Castellamare del Golfo. Castellammare del Golfo To mój ostatni nocleg w tej części wyspy. Jutro po śniadaniu wyruszam na południową część Sycylii. Artykuł Castellammare del Golfo – raj utracony? pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Biuro podróży czy na własną rękę?

JULEK W PODRÓŻY

Biuro podróży czy na własną rękę?

Singapur / dzielnica arabska

JULEK W PODRÓŻY

Singapur / dzielnica arabska

Dlaczego magiczne Erice poruszyło moje serce

JULEK W PODRÓŻY

Dlaczego magiczne Erice poruszyło moje serce

Castello de Venere – spowite mgłą, ale i tak piękne Wyprawa do magicznego Erice. Poranek i deszcz. Pierwszy paraliż z nieplanowanym załamaniem pogody. Trzeba to obgadać, najlepiej przy śniadaniu. A śniadanie w hotelu Le Zagare w Castellammare del Golfo, jest wprost przepyszne (nie typowo włoski suchar, rogal i kawa) – pyszne sery, świeżutkie pomidorki, ożywcza kawa i owoce. Dużo owoców. W ogóle miejscówka przednia i gorąco rekomenduję ten rodzinny, ciepły hotel. Bo oprócz uprzejmości dają nam fantastyczny serwis. Jedziemy do Erice, miasta średniowiecznego położonego na szczycie góry, niedaleko Trapani. Miejsca takie jak to, mają w sobie coś z tajemnicy Ciągle pada i to jedyny minus odbierający przyjemność przebywania tutaj. Na górę można dostać się na piechotę, kolejką górską lub wjechać samochodem. Z racji fatalnej pogody wybieramy opcję samochodem na samą górę. Przed główną bramą – Porta Trapani, prowadzącą do miasta, znajdują się płatne parkingi. Dalej już tylko na piechotę. Dla rządnych wrażeń i nienasyconych tajemnicami Erice, rekomenduję kupno biletu na kilka obiektów (wychodzi taniej). Ja jakoś ani nie mam nastroju na kolejne świątynie, ani nie cieszę się byciem w deszczowym i mrocznym Erice. Spacer średniowiecznymi uliczkami Erice jest sam w sobie przygodą i atrakcją w jednym Bo jaka to przyjemność zwiedzać taką perełkę w deszczu? Trochę jestem na początku zawiedziony Erice. Znajomi, którzy tutaj byli i mocno mi rekomendowali to miejsce, narobili mi smaku i oczekiwań do efektu WOW. Pewnie w normalny, słoneczny dzień tak by było, ale zrządzenie losu tak pokierowało pogodą, że z całego mojego pobytu w ten dzień miało padać. Jest 26.05.2015 roku – Dzień Matki. Wśród grupy panuje poruszenie, każdy próbuje dodzwonić się z życzeniami do swojej rodzicielki. Ja w myślach spoglądam w niebo i prowadzę dialog ze swoją ukochaną mamą. Mimo ciężkich, szarych chmur, mgły i deszczu zaczynam czuć klimat i moment tego miejsca. Miejsca, gdzie Elymowie, pierwsi tajemniczy mieszkańcy wzgórza, żyli i wprowadzali skutecznie kult bogini płodności. Może to właśnie o to chodzi?? W tym kościółku wszystko się zaczęło – Chiesa Matrice Wchodzę do kościoła Chiesa Matrice – XIV wiecznej i najstarszej świątyni w Erice. Zachwyca z zewnątrz i wciąga, aby odkryć ją wewnątrz. Zewnątrz średniowieczna, kamienna budowla, sroga i klasyczna, wewnątrz piękne, ażurowe zdobienia, zapierające dech w piersi. Ażurowe zdobienia pochodzą z 19 wieku – zachwycające Coś do mnie woła (czuję to), zapalam świeczkę i kontynuuję rozmowę z górą. Druga, trzecia świeca zaczyna płonąć i już jest mi lepiej. Moment zazdrości (że nie mogę już usłyszeć jej głosu) przechodzi w błogi stan ukojenia. Piazza Umberto I – centrum miasta Erice Wychodzę z kościoła i kieruję się do Castello de Venero, zbudowanego na gruzach świątyni Wenus. Spoglądam w niebo, zamykam oczy i mimo panującej szarugi czuję ciepło promieni słonecznych na twarzy. Drobne kropelki deszczu spadają na moje czoło a ja z wysuniętą do nieba głową stoję i rozmawiam w myślach z górą. Ciężko opadające szare chmury, skutecznie zasłoniły widok panoramy Słyszę gdzieś w oddali zawiedzione głosy moich przyjaciół, że nie zobaczą tych cudownych widoków, panoramy rozciągającej się z magicznego Erice. Promienie, których doświadczam tylko ja, nasilają się i coraz mocniej słyszę szept mojej mamy. Mam kilka spraw, które ciążą mi od jakiegoś czasu i spędzają sen z powiek. Finalnie załatwię je sam, ale lekka pomoc z góry, wpływająca na konkretnych ludzi się przyda. Magia Erice zaczyna działać Siła promieni słonecznych, odczuwalnych tylko przeze mnie tutaj w Erice, osiąga apogeum. Magiczne Erice zaczyna swoją mocą dopełniać chwili, która za chwilę wprawi nas w osłupienie. Nagle, jak za dotknięciem różdżki, zrywa się wiatr a potężny dywan ciężkich chmur, jak Morze Czerwone, rozstępuje się tylko wprost przed nami, ukazując piękny widok okolicy, oświetlonej promieniami słońca. Widok z góry tylko na moment odsłonięty – magia? Stoję jak zaczarowany, łzy spływają mi po policzkach, patrzę i jednocześnie czuję obok obecność mojej mamy. Magia Erice zadziałała. Podobnie jak 4 lata temu w Portugalii, zwiedzając Sintrę. Dokładnie zdarzyła się identyczna sytuacja. Spektakl nie trwa długo. Po 1 minucie chmury gwałtownie zlewają się, zamykając piękny widok. kończy się spektakl Już wiem, że będzie dobrze. Wszystkiego najlepszego w Dniu Matki. Kocham Cię mamo. 26.05.2015 roku w Magicznym Erice odkrył przede mną swoją potęgę i magię. Teraz rozumiem to miejsce. P.S. Następnego dnia otrzymałem wiadomość na którą czekałem od kilku miesięcy. W końcu finał sprawy, która zamknie pewien rozdział. Artykuł Dlaczego magiczne Erice poruszyło moje serce pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Oslo czyli szalony wypad na jeden dzień

JULEK W PODRÓŻY

Oslo czyli szalony wypad na jeden dzień

Palermo zaskoczenie czy rozczarowanie

JULEK W PODRÓŻY

Palermo zaskoczenie czy rozczarowanie

Widok na Palermo z Monreale Kierunek Palermo i Monreale. Pobudka o 8.00 rano, szybki prysznic i kawa na placu Duomo. Zdajemy mieszkanie i odzyskujemy nasz depozyt w wysokości 50 EURO. Tak musieliśmy wpłacić depozyt za wynajęcie apartamentu. Jeszcze szybka fotka z widokiem na całą zatokę i piękne Cefalu i kierunek Palermo. Fotki zrobione przez przypadek, bo nie skręciłem tam gdzie trzeba. Czasami mylić się opłaca. Widok na Cefalu W samochodzie rzucam temat rzeczonego depozytu. Czy faktycznie ludzie mogą niszczyć te pokoje? My jesteśmy grzeczni i dobrze wychowani. Zawsze dbamy o to co nam się powierza, ale widać nie wszyscy. Koleżanka podsumowuje naszą krótką debatę: „Świnia jest i będzie zawsze świnią” i coś w tym jest bo jak kto nauczony taki po sobie porządek zostawi. Jest 9.30, prujemy autostradą wzdłuż nadbrzeża. Jest 22 stopnie, ciepełko, Eurowizję wygrała Szwecja a prezydenckie w Polsce Duda – same zmiany. Ulice Palermo A my kierujemy się do Palermo. W Cefalu czułem mega pozytywną energię na każdym kroku. Coś dobrego musiało się tutaj tworzyć, bo i sen i myśli błogie i wiecznie uśmiechnięte. Bryza rozbija się o skały tworząc naturalne Vichy , ludzie mili i uśmiechnięci. W Cefalu to codzienny widok Dziś odmiennie, smutne, zapuszczone Palermo. Nie spodziewałem się fajerwerków. I dobrze. Na początek targ owocowo-warzywny. Krzyki, zachęcanie, reklamowanie produktów, wszystko rodem z włoskich filmów tworzących klimat do zakupów. Targowisko w Palermo Na targu można kupić świeżego miecznika, najpopularniejszą rybę na Sycylii Starszy pan częstuje mnie truskawką z nutellą. Jest słodka i pyszna. testowanie na targowisku Na to sprzedawca dokłada czereśnię i śliwkę. Nie mogę się oprzeć chwili i kupuję torbę truskawek. Mój lunch w Palermo. Mój lunch Palermo to ciasne, brudne uliczki, hałaśliwe motory i krzyczący ludzie. Miasto mimo uśmiechniętych sklepikarzy, nie jest w stanie mnie ująć. Spacer via Maqueda doprowadza mnie do Piazza Bellini na którym mam okazję zwiedzić S.Cataldo. S.Cataldo Tuż obok na Piazza Pretoria znajduje się Fontanna Pretoria z rzeźbami nagich postaci. Podobno zakonnice z pobliskiego klasztoru tak się wstydziły nagich organów męskich, że figurom poutrącały nosy. Fontanna Pretoria Kawałek dalej dochodzę do skrzyżowania ulic Maqueda z Vittorio Emanuele. To tutaj obecnie jest centrum Palermo – umowne. Quatro Canti powstało w latach 1608-1620. Charakterystyczne dla tego miejsca są 4 narożne pałace. Fasada każdego, podzielona jest na trzy części a każda z nich jest ozdobiona posągiem i kolumnami reprezentującymi jeden z trzech, klasycznych porządków. Fontanny i rzeźby na najniższym poziomie symbolizują 4 pory roku, poziom środkowy to 4 hiszpańskich królów Sycylii, na samej górze: Rozalia, Ninfa, Oliwia i Agata – patronki 4 dzielnic Palermo. Quattro Canti – jedno z miejsc, które mnie urzekło Skręcam w via Emanuele i już po krótkim spacerku główną ulicą Palermo mam swój efekt WOW. Cattedrale di Palermo. Mój efekt WOW w Palermo Ważne i muszę to napisać, efekt jest, ale z zewnątrz. Wejście na dach za 5 EUR można sobie darować. Byłem i mnie nie ujęło. Widok z katedry – Generalnie 3 godzinny pobyt w mieście z opłatą za parking 10 EUR (czyli wcale nie tanio), ale z gwarancją (teoretyczną), że cały i nie otarty. I pierwszy smak sycylijskiej kuchni zaliczony czyli arranchini (ryżowa kulka faszerowana mozzarellą i szynką) za 2 EUR. Arranchini – pierwszy smak na Sycylii Dużym plusem miasta jest ogólnodostępne WIFI. Jadę do Monreale. Tam czeka na mnie Cattedrale di Monreale z baśniowymi krużgankami i magicznymi mozaikami. Krużganki w katedrze Katedra zamknięta (ale pech), ale mogę zwiedzić krużganki. I to też dzięki autochtonowi, który nas tam naprowadził. Koszt wejścia od osoby to 6 EUR – czy warto tyle wydać, poddaję pod rozwagę. Fontanna jest najbardziej efektowna Na szczęście po wyjściu jest otwarta katedra i po wejściu – darmowym – do środka, staję jak wryty. Dech mi zapiera i nie mogę oczu oderwać od tego dzieła. Tak pięknego, mozaikowego artyzmu jeszcze nie widziałem. Cudowne mozaiki Niestety czas nagli a jeszcze tyle drogi przede mną. Artykuł Palermo zaskoczenie czy rozczarowanie pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Sycylijskie Cefalu ujęło moje serce

JULEK W PODRÓŻY

Sycylijskie Cefalu ujęło moje serce

Miasto po prostu zachwyca Sycylijskie Cefalu jest uroczym, apetycznym, nadmorskim miasteczkiem zabytkowo – kurortowym. Od pierwszego spojrzenia sycylijskie Cefalu ujęło moje serce. Wąskie, ciasne uliczki są dla mnie wyzwaniem, bo samochód (chwaliłem się nim w poprzednim wpisie) do małych nie należy. Kluczenie w zakorkowanym, wieczornym Cefalu i znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Średniowieczny klimat miasta czuje się na każdym kroku A cudem numer dwa w Cefalu będzie znalezienie naszego apartamentu, gdzieś w centrum miasta. Mapa niepotrzebna, bo plan miasta jest co krok upubliczniony Uliczki Cefalu nas zachwycają. Nad miastem króluje gigantyczny blok skalny z krzyżem na skarpie, tam też znajdują się ruiny starożytnego miasta i świątyni Diany. Nad miastem króluje wielkie skalne urwisko Mały spacer pierwszego wieczoru kończy się decyzją, że coś wypadałoby zjeść. Ale o jedzeniu, walorach smakowych i tym co mnie raczyło tutaj przez da tygodnie napiszę oddzielny wpis a zatem musicie jeszcze poczekać, ale już gwarantuję, że nie jednemu ślinotok się włączy. Cefalu nie jest dużym miastem. Można je spokojnie obejść w jeden dzień. Każdy spacer wcześniej czy później zaczyna się bądź kończy na Piazza del Duomo. Plac Duomo, centrum kulturalne miasta Tutaj toczy się życie kulturalne miasteczka, spotykają się znajomi na kawę i lody, zasiadając w jednym z licznych ogródków kawiarnianych, gdzieś w cieniu palm, rosnących na każdym rogu placu. Katedra pochodzi z czasów 1131-1240 roku a jej fundatorem jest król Roger II. Cefalu znane jest z licznych, pięknych plaż Cefalu ma kilka atrakcji. Jedną z nich są niewątpliwie liczne plaże, wzdłuż których rozlokowane są liczne restauracje, bary i stoiska z kapeluszami i czym kto sobie zażyczy. Uległem chwili i na straganie nabyłem sobie nowe nakrycie głowy za 8 Euro – można negocjować ceny!! Bez względu na to w którą stronę miasta pójdziemy, wcześniej czy później docieramy do jakiegoś miejsca, przesmyku, który prowadzi nas do morza. A to z urwiska skalnego Idealna nadmorska miejscówka na romantyczną kolację z zachodem słońca Bądź z plaży Pięknych plaż w Cefalu jest kilka Spacer średniowiecznymi uliczkami może trwać w nieskończoność, ale trzeba się mocno i uważnie rozglądać, aby nie przegapić skrywanych tajemnic miasta. Takich jak kolejna atrakcja Cefalu – średniowieczna arabska pralnia miejska, która według opisów autochtonów używana była jeszcze w latach 80 XX wieku. Arabska średniowieczna pralnia publiczna. Atrakcję zwiedza się za darmo Nade mną łopoczą świeżo wyprane prania, słońce próbuje przebić się poprzez kamienice, dając ciekawe efekty świetlne. Klimat średniowiecznego, sycylijskiego miasta czuje się na każdym kroku Toczy się od rana monotonne życie miasteczka, poprzeplatane regularnymi wizytami turystów. Cefalu to ciąg placyków i kościołów Najlepiej kupić sobie lody i usiąść gdzieś nad brzegiem morza. Poczuć na twarzy bryzę morską, spróbować smakować i chłonąć powolność życia miasta Cefalu. Spokojnej perły Sycylii. Z każdego miejsca Cefalu wygląda uroczo Artykuł Sycylijskie Cefalu ujęło moje serce pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Lecę na Sycylię czyli czeka mnie przygoda

JULEK W PODRÓŻY

Lecę na Sycylię czyli czeka mnie przygoda

Kapitan informuję: po lewej z chmur wyłania się Etna Lecę na Sycylię. Wyspę z najsłynniejszym europejskim wulkanem – Etną. Mózg mi się zlasował już na lotnisku. A w zasadzie w samolocie. Czemu tak jest, że lecąc gdzieś na urlop, samolot wypełnia się grupami nieskoordynowanych rodzin z dziećmi lub „chwiejącymi się” grupami kumpli lub kumpelek? Robi się zamieszanie, nikt nikogo nie słucha. Szum, hałas, ludzie się przesiadają, krzyczą. Jakaś młoda mama z nosidełkiem (stelaż na całe plecy) próbuje zapanować nad liczną rodziną, kręcąc się w przejściu samolotu z dzieckiem na plecach blokując boarding. Najlepsze jest to, że nikt z jej licznej rodziny nie kwapi się do tego, żeby jej pomóc w ciasnym przejściu zdjąć nosidełko. Już nad wyspą, pierwsze wrażenia Wymarzona Sycylia czeka. Lecę na Sycylię więc grzecznie zaciskam zęby i czuję jak pulsuje mi skroń. Zaraz wybuchnę. Oddycham głęboko, próbuję się wyciszyć bo już widzę Sycylię. Tak długo czekałem na ten wyjazd. Całe trzy lata odkładania tego kierunku, bo zawsze pojawiło się coś innego. 2,5 godziny lotu wytrzymam, tylko policzę do 110 na początek, słuchawki w uszy i będzie dobrze. Jak mantra powtarzam sobie – lecę na Sycylię. Słońce, zabytki, czeka mnie przygoda. Samolot zaczyna kołować, robi się w miarę cicho – tylko jakiś burak za mną nie chce pasa zapiąć – bo mu przeszkadza w stawaniu – a gdzie ty człowieku chcesz podczas startu wstawać? Tuż po wylądowaniu na lotnisku w Katanii zobaczyłem Etnę Po wylądowaniu w Katanii, zaskoczeniem i niespodzianką było wysiadanie przez rękaw (w low cost!!). W oczekiwaniu na bagaż – niebotycznie długo – uzbrójcie się w sporo cierpliwości bo bagaże dojadą bardzo powoli -ustalam dalszy plan działania na część dnia. Lawenda rośnie wszędzie Kasa z bankomatu, odbiór samochodu, dojazd do Cefalu. Kolejka do odbioru auta na godzinę czekania minimum, ale niestety czy to Sycylia czy inny kraj,autentycznie mają bardzo dobre ceny. Widać nie tylko ja z nich korzystam, bo jest to jedyne stanowisko na lotnisku z taką kolejką Dla chętnych sprawdzenia cen aut do wypożyczenia podaję link www.traveljigsaw.pl Samochód super. Samochód jak najbardziej sprawdził się dla grupy Bałem się, że z bagażami będzie problem. Ruszam do Cefalu, pierwszego miejsca spoczynku. U nas jabłka a tutaj proszę Bezpłatną autostrada A20. Pierwszy ZONG mam już po godzinie jazdy, gdyż droga jest w przebudowie i zmuszony jestem kierować się objazdem. Gdyby nie objazd, nie miałbym okazji podziwiania takich widoków FAKT. Jest pierwsza okazja podziwiania sycylijskiego krajobrazu nie z autostrady. Choć i te widoki nie są najgorsze. Pasące się krowy, owce, bale słomy po żniwobraniu, ale krajobraz górski zatyka dech w piersi. soczystość zieleni jak z bajki Minusem objazdu jest strata czasu – niestety. Na górskich serpentynach nie jestem w stanie za szybko jechać, przede mną samochód poruszający się z prędkością 40 km/h wyznacza tempo mojej podróży. Spodziewałem się bardziej wyjałowionego klimatu Współpasażerowie przysnęli, więc jestem sam ze sobą i swoimi myślami. Trasę 185 km pokonuję w 3 godziny z haczykiem. Ale w końcu docieram do Cefalu. Cefalu – mój pierwszy przystanek Artykuł Lecę na Sycylię czyli czeka mnie przygoda pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Fauna flora na Sri Lance

JULEK W PODRÓŻY

Fauna flora na Sri Lance

Dwa oblicza Kuby, ostatni dzwonek, aby ją zobaczyć

JULEK W PODRÓŻY

Dwa oblicza Kuby, ostatni dzwonek, aby ją zobaczyć

Varadero – raj dla turystów Jak każda destynacja – tak i Kuba ma dwie twarze. Jedna jest przyjemna, kolorowa, egzotyczna i z efektem WOW. Taką najczęściej pokazuje się turystom, którzy przylatują do Varadero i spędzają dwa tygodnie w hotelach, na strzeżonych obiektach, z ofertą ALL i potem opowiadają jak pięknie jest na Kubie. Hotelowa plaża w Varadero Druga, ta bardziej przyziemna, także bardzo kolorowa, egzotyczna, ale po jej zwiedzaniu pozostaje taki słodko – gorzki posmak. Bo co my sobie wyobrażamy? Przylatujemy do obcego kraju. Korzystamy z ich ubogiej infrastruktury. Zapewne mamy zawsze więcej pieniędzy od nich,więc powinniśmy za wszystko słono płacić, bo im jest gorzej. Lokalny środek transportu Dać się nabijać w butelkę i przyjmować na klatę każde razy w nas wymierzone. Czy to moja wina, albo moich współtowarzyszy, że na Kubie jest jak jest. Nie ja decydowałem o tym, jaki ustrój polityczny tam będzie. Zresztą w historii tego kraju jest tyle dynamicznych zwrotów, że już człowiek sam się gubi co było dobre a co złe. Moje wyobrażenie o tym kraju, jeszcze przed przyjazdem było tym co przeczytałem, zobaczyłem w telewizji lub usłyszałem od znajomych. A, że mam tak w głowie, aby przekonać się zawsze samemu – to przyjechałem, zobaczyłem i w głowie mam jeszcze większą pustkę niż przed wycieczką. Uliczne jedzenie jest tanie. O tym dowiedziałem się po fakcie zakupu hamburgera za cenę 5 CUC (5EURO), gdy jego wartość wynosiła jakieś 25 razy mniej – płacisz w niewiedzy, nikt Ciebie nie sprostuje Tak. Zdecydowanie jest słabo z dostępnością towarów i usług. Karty kredytowe MC praktycznie są bezużyteczne w bankomatach (tylko VISA). Wymiana walut po średnim kursie i dolarów nie przywoźcie. Jakaś ciągła farsa na nienawiść do wszystkiego co amerykańskie. A z drugiej strony codzienne korzystanie z tego co Amerykanie zostawili, uciekając w popłochu po obaleniu generała Batisty. Ludzie obwiniają USA za trudności gospodarcze na Kubie i zapewne stąd cały łańcuszek zdarzeń. Wolność okupiona biedą. Nie ma Kuby bez cygar Kuba jednak otwiera się na przyjezdnych i na zachód. Widać, że kumają, iż potencjałem na którym można sporo zarobić są turyści. W 2010 roku, gdy odwiedzałem ten kraj – oficjalnie wprowadzono sprzedaż telefonów komórkowych i zaczęła działać na wyspie pierwsza firma telefonii komórkowej. Co roku docierają do mnie informacje o nowinkach jakie powoli wprowadza rząd. Plaża w Varadero – każdy handluje żeby zarobić na turystach Każdy może założyć własną działalność gospodarczą, mieć swój mały upragniony biznes, kupić samochód (wcześniej takiej opcji nie było), modyfikowane są też prawa własności ziemi i nieruchomości. Wszystko zmierza ku normalności. Taksówki w Varadero czekają na turystów Dlatego zapewne niedługo, Kuba jaką znacie z opowiadań, zacznie bezpowrotnie odchodzić do lamusa. Powstanie olbrzymi, karaibski kurort z setkami atrakcji dla przyjeżdżających rodzin. Varadero – korzystam z chwilowego przystanku Varadero jakie zobaczyłem już nie będzie zamkniętą  enklawą dostępną dla nielicznych. Dlatego gorąco namawiam – szukajcie tanich lotów, rezerwujcie CASA PARTICULAR i jak najszybciej uderzajcie na Kubę, póki jeszcze jest taka jaką znacie z opowieści. Nie ma Kuby bez rumu Gdy odejdą ostatni starsi ludzie, pamiętający czasy Batisty, przewrotów politycznych i dyktaturę El Comandante – Kuba stanie się już innym, nowym krajem a historie rzewnie śpiewane przez ulicznych grajków odpłyną gdzieś w historii starych czasów bezpowrotnie. Artykuł Dwa oblicza Kuby, ostatni dzwonek, aby ją zobaczyć pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Kierunek Sycylia z akcją wysyłania kartek

JULEK W PODRÓŻY

Kierunek Sycylia z akcją wysyłania kartek

Zwiedzanie Bukaresztu. Julek w chaotycznym amoku

JULEK W PODRÓŻY

Zwiedzanie Bukaresztu. Julek w chaotycznym amoku

Trzeba się dobrze rozglądać a można odkryć prawdziwe oblicze miasta Rozpoczynam zwiedzanie Bukaresztu, kolejnego kierunku mojego nowego projektu Jump for a weekend. Tak, zdecydowałem się w tym roku zrealizować kilka nowych destynacji oraz odświeżyć stare. Bukareszt jest połączeniem starego (wspomnienia z dzieciństwa) z nowym (po upadku komunizmu), ale bardzo mnie tam ciągnęło. Już wiosna w Bukareszcie Mam taką lampkę w głowie, która zapala się i wskazuje mi kierunki. Tak było też i tym razem. Już podczas lądowania w Bukareszcie czułem, że może być ciekawie. Przywitały mnie słońce i pola kwitnącego rzepaku. Wiosna na całego a w Polsce jeszcze dość zimno i mało zielono. Pola rzepaku dla mnie są symbolem ciepłych dni Z lotniska do centrum można dostać się taksówką, pociągiem, autobusem. Rekomenduję taksi za 25 lei (1,39 za kilometr) – szybko i bez przesiadek. Taksówkę zamawia się w automacie na lotnisku, a potem z paragonem na którym jest numer taksówki i estymację czasu oczekiwania grzecznie czekasz na zewnątrz terminala Pędzę rozklekotaną Dacią (symbol rumuńskiej techniki motoryzacyjnej). Brudna w środku, zniszczona, ale 100 km/h lekko wyciąga a mój kierowca jak w amoku przeskakuje z pasa na pas, regularnie omijając tych co zdecydowanie zbyt wolno jadą. Zdecydowanie polecam tanie taksówki Gorąco jak w tropikach, bez klimy, okna otwarte i strasznie furczy. Żeby nie było, kierowca spytał czy mi to przeszkadza. Jest bardzo zielono i kolorowo. Mijam łuk tryumfalny i prześliczne, stare wille (obecnie w wielu z nich siedziby swoje mają ambasady), parki i budynki muzeów. 22 minuty później jestem już pod hotelem VOLO w centrum miasta. Koszt przejazdu 28 lei (mniej niż 27 PLN) – dobra cena. Hotel jak hotel. Hotel Volo – jak na 3 gwiazdki całkiem niezły i dobre śniadania Wnętrza pamiętają czasy głębokiej komuny, dawno nie restaurowany, winda ciasna – działa, zapachy na korytarzu niczym ze starej stołówki. Pokój za to wielki i czysty – tyle mi wystarczy, bo w końcu będę tutaj tylko spał. Zresztą po Lwowie ciężko będzie mnie czymś zaskoczyć. Jest 1 maja 2015 roku, piękna, słoneczna pogoda, zatem od razu ruszam na pierwsze zwiedzanie Bukaresztu. Stare miasto Spacer zaczynam od Splaiul Independentei, który przecina kanał z wodą. Po prawej widzę olbrzymią budowlę Palatul Parlamentului (zostawiam go sobie na kolejne dni). Dziś moim celem jest Stare Miasto, którego granice wyznacza od północnego wschodu Plac Uniwersytecki, południowo-wschodniego Piata Uniriii a od zachodu po całej długości Calea Victoriei. Mapy są na każdym kroku więc nie sposób się zgubić Bez względu od której strony wejdziecie w obręb starego miasta, od razu na pierwszym planie zauważycie niekończącą się ilość restauracji, pubów, knajp na mniejszą i większą kieszeń. Stare Miasto Najlepszym sposobem na poznanie miasta jest najzwyklejsze szwendanie się ulicach, zaglądanie w zakamarki, bramy. Nie wyznaczanie sobie limitu czasowego tylko radowanie się chwilą w danym miejscu. Moje zwiedzanie Bukaresztu, i nie tylko takie właśnie jest. Mam się cieszyć i chłonąć atmosferę miejsca, czuć że żyję. Dlatego tak bardzo unikam wyjazdów zorganizowanych (wycieczek). Chłonąć atmosferę… Miasto odkrywa przede mną niesamowite tajemnice oraz prawdę o stolicy Rumunii. Przeżyła trzęsienie ziemi w 1977 roku, które pochłonęło setki istnień i niemal 35 tys. budynków mieszkalnych. Wstrząsy rozlały się na cały kraj a siła była odczuwalna także w Polsce. Na zniszczeniach skorzystał dyktator Nicolae Ceausescu, który pod pretekstem „naprawy” kraju wyburzał kolejne budowle i zabytki pod przyszłe komunistyczne gmachy, w tym wspomniany już Dom Ludu. Kamienice starego miasta prześcigają się w zdobieniach (niekiedy pozornych) Na szczęście sporo przetrwało i wśród gęsto usianych płytowych domów mieszkalnych, poukrywane są stare, piękne kamienice, bogato zdobione cerkwie, budynki uniwersytetu, zabytkowy szpital a wszystko z przełomu 17/18/19 wieku. Zwiedzając Bukareszt trzeba się mocno rozglądać Cała starówka to jeden wielki runway. Po pierwsze wspomniane już knajpy i kluby, po drugie wszystkie pełne, po trzecie ci co się nie załapali na miejscówki, krążą w poszukiwaniu wolnego miejsca. Panuje przeokropny ścisk, jakby całe miasto umówiło się na spotkanie akurat o jednej godzinie i jednym miejscu. Do późnych godzin nocnych jest pełno ludzi na mieście i w lokalach Ja na początek postanawiam coś zjeść i zachęcony namową przemiłej hostessy wbijam się do lokalu na najlepsze MICI w mieście. Czy aby na pewno najlepsze? Zobaczymy czy faktycznie takie fenomenalne jak zachwalają. Przy okazji zamawiam troszeczkę innych mięsiw i zimne piwo. Mój apetyt jak zwykle niepochamowany Początek zwiedzania Bukaresztu niezły, ale jak sami zauważycie totalnie z „czapy”. Po powrocie do hotelu przygotowuję bardzo dokładną rozpiskę tego co jutro jest moim absolutnym minimum. Artykuł Zwiedzanie Bukaresztu. Julek w chaotycznym amoku. pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Tani Lwów na każdą kieszeń. Kilka porad

JULEK W PODRÓŻY

Tani Lwów na każdą kieszeń. Kilka porad

Kolejna tablica do mojej kolekcji – tylko fotograficznej oczywiście Stosunkowo tani Lwów dla Polskiego turysty – to fakt bezapelacyjny. Po niedawnej wizycie w Tallinnie, zdecydowanie rekomenduję tańszy Lwów. Żeby nie nadszarpnąć budżetu podróżnika i korzystając z szalejącego kursu hrywny, można kilkudniowy wypad zorganizować względnie tanio. Wejście główne na lotnisko – szkoda, że ten terminal starego lotniska jest zamknięty Z Warszawy samolotem lecimy do Lwowa za około 300-400zł. Znajdź loty do Lwowa na portalu – Centerfly.pl lub autobusem za około 100zł. w dwie strony. Niestety różnica polega na tym, że z Warszawy samolotem, podróż trwa 40 minut a autobusem 12 godzin. Dlatego wybrałem samolot. Do Lwowa z Warszawy polecimy bezpośrednio LOT-em Z lotniska we Lwowie do centrum miasta dostaniemy się marszrutką (taki mini busik) za jedyne 3 hrywny (około 0,5 PLN) – tanio jak barszcz, aż grzech wydawać pieniądze na taksówkę. Wnętrze marszrutki – ciasna ale dojedzie wszędzie I przy okazji atrakcja. Warto przejechać się tym dziwnym tworem, który sam w sobie jest dla mnie atrakcją. Z lotniska do centrum jeździ linia 48 Hotele zaczynają się od kilkunastu złotych od low value hosteli (czystych, tanich i zadbanych) po takie jak ja wybrałem czyli elegancki apartament za 100 zł. za noc (ze śniadaniem), aż do tych najdroższych, luksusowych, których cen nawet nie sprawdzałem. Papierosy i alkohol bardzo tanie. W zasadzie nie powinienem o tym pisać, ale ze względu na ceny – wspomnę (paczka papierosów około 20 hrywien – 3,2 zł.) . Dobre lwowskie piwo z beczki Piwo w knajpie 20-25 hrywien za pół litra – około 3,2 zł., w sklepie połowa tej ceny – 10 hrywien. Pyszny chleb w piekarni 8 hrywien – 1,4 zł., zagryzany ze słoniną marynowaną w mocnych przyprawach, stał się hitem kulinarnym mojego wyjazdu. Kilogram takiej słoniny w sklepie to koszt 45 hrywien – 7,65 zł. Tania i smaczna sieciówka Tanie obiady zjemy w „Ukraińskich Smakach” – sieć barów serwujących smaczne ukraińskie obiady. Tutaj trzeba się liczyć z wydatkiem 30-40 hrywien – około 5-7 zł., za dwudaniowy obiad (barszcz + pierogi) – dania mięsne podbijają stawkę cenową nawet do 10 zł. Sałatkowy, ukraiński bar Bilety do zwiedzanych obiektów to średnio koszt 10-20 hrywien: wieża ratuszowa – WARTO wejść i podziwiać cudowny widok na panoramę całego miasta – za 10 hrywien Wieża ratuszowa Widok z wieży ratuszowej Cmentarz Łyczakowski – KONIECZNIE trzeba tutaj przyjechać – Groby Marii Konopnickiej czy Gabryeli  Zapolskiej – wejście 20 hrywien, dodatkowa opłata za aparat fotograficzny 10 hrywien Zasadniczo przy wejściu na cmentarz nikt biletów nie sprawdza, ale pamiętajmy, że jest to forma cegiełki na rzecz ratowania zabytkowych pomników. Swoją drogą powinni coś takiego symbolicznego i taniego wprowadzić np. na Powązkach w Warszawie. Tania komunikacja miejska – wszędzie w obrębie centrum dojedziemy tramwajem – bilet jednorazowy 1 hrywna czyli 0,16 PLN lub trolejbusem – cena za bilet zbliżona do tramwajowej. Tymi żółtymi autobusikami dojedziemy wszędzie Marszrutką dojedziemy wszędzie – koszt za przejazd 3 hrywny. Język – dla znającego cyrylicę spore ułatwienie w odczytywaniu nazw. Ci co pamiętają jeszcze język rosyjski (choć to nie ten język lokalnie jest używany) – jeszcze łatwiejsza komunikacja. Mieszanka polskiego, ukraińskiego i rosyjskiego spokojnie wystarczy , aby wszędzie się dogadać – poza tym sporo mieszkańców Lwowa mówi po polsku. A jak komunikacja w w/w językach nie działa to zawsze pozostaje angielski lub język migowy. Mapę za darmo można pobrać już na lotnisku w biurze informacji turystycznej – mówią po polsku Artykuł Tani Lwów na każdą kieszeń. Kilka porad. pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Powody dlaczego trzeba odwiedzić Lwów?

JULEK W PODRÓŻY

Powody dlaczego trzeba odwiedzić Lwów?

Sentymentalnie Powody dlaczego trzeba odwiedzić Lwów można wyliczać w nieskończoność. Gorąco rekomenduję każdemu z Was przyjechać tutaj chociaż raz. Aczkolwiek osobiście mam przeczucie, że po pierwszej wizycie zakochacie się w tym mieście jak ja. Kościół św. Elżbiety Powód pierwszy historia: Miasto i jego dzieje są tak przesiąknięte piękną, kilkusetletnią historią, że jej odkrywanie zajmuje ogrom czasu. Na każdym kroku stykam się z pamiątkami świetności Potęgi Rzeczypospolitej. Pałac Siemieńskich – Lewickich Wrzuciłem sobie w Google hasło: szlachta polska. Nazwiska: Radziwiłowie, Potoccy, Poniatowscy, Lubomirscy itd. Tereny obecnej Ukrainy aż po Donieck – to była kiedyś Polska. Pomnik Adama Mickiewicza Niemalże każda miejscowość z zamkiem, pałacem i własną opowieścią. Mózg wchodzi na wysokie obroty próbując to wszystko ogarnąć. Plac Halytska Powód drugi arystokracja: Lwów – w okresie swojej świetności (zaraz po Warszawie i Łodzi) był trzecim największym miastem Polski. Rynek Starego Miasta Tutaj bawiły najlepsze arystokratyczne rody naszego kraju. Przepych miasta (choć dziś mocno zniszczony), widać niemal na każdym kroku. Jedna kamienica zdobniejsza od drugiej, jakby rywalizacja o palmę pierwszeństwa była najważniejsza. Widok na starówkę z wieży ratuszowej Powód trzeci architektura: Miasto jest /było (niepotrzebne skreślić) perłą architektury i bogactwa kulturalnego w jednym. Fasada politechniki lwowskiej Uniwersytety, teatry, kawiarnie, restauracje mocno osadzone na mapie życia społecznego, wiodły prym, nadając szyku i ściągając najznamienitszych ówczesnej Polski. Teren Uniwersytetu Medycznego przy ulicy Piekarskiej Powód czwarty będzie osobistą refleksją: Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Lwowa, rozpoczęły się czystki nie oszczędzające ludności żydowskiej ani inteligencji polskiej. Wykonywano masowe egzekucje. Co dziwne we Lwowie właśnie mniejszości narodowe żyły w totalnej symbiozie. Katedra ormiańska Ale strach ma wielkie oczy. Zdecydowanie jestem wrogiem wojen, załatwiania konfliktami swoich chorych ambicji. Cierpią na tym ludzie, zabytki, kultura i historia. Tych wszystkich zapaleńców powinno się od razu gdzieś wywozić i zamykać, aby nie szkodzili ogółowi. Lwów od „kuchni” Każdy, kto ma zapędy do niezdrowej rywalizacji, albo swoimi aspiracjami leczy własne kompleksy, powinien być alienowany. Sorki taki mam pogląd, którym musiałem się podzieli a nasilił mi się jeszcze po tym co tutaj zobaczyłem. Ile dobrego i pięknego zostało nam odebrane bezpowrotnie. Czy będziemy chociaż umieli wyciągnąć kosztowną lekcję z tej historii??? Artykuł Powody dlaczego trzeba odwiedzić Lwów? pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Smaczny, historyczny i zabytkowy Lwów

JULEK W PODRÓŻY

Smaczny, historyczny i zabytkowy Lwów

Lwowskie historie. Wyjazd trochę na wariackich papierach

JULEK W PODRÓŻY

Lwowskie historie. Wyjazd trochę na wariackich papierach

Just Lviv it Nie boisz się tam lecieć? – pytanie powraca do mnie jak bumerang każdorazowo, gdy wybieram kierunek podróży (gdzie coś się dzieje). Ostatnio padło rok temu, jak leciałem do Moskwy. To daje mi do myślenia i pokazuje obraz propagandy medialnej. Skoro latają tam samoloty, znaczy jest ok. Z tą interpretacją pozostaję i niczym niezrażony ruszam odkrywać. Jest to dla mnie bardzo ważna podróż sentymentalna, bo inicjuje (w pewnym sensie) mój projekt, który od dawna kiełkuje mi w głowie. – Śladami przeszłości mojej rodziny. Mój brat wielokrotnie był we Lwowie, więc w rozmowie telefonicznej otrzymuję pakiet porad i cennych wskazówek. Zaopatrzony w nadzieję i podekscytowany podróżą wsiadam wsiadam do samolotu. Pierwszy komunikat kapitana – lot będzie trwał jedynie 40 minut!!! Sporo miałem takich krótkich rejsów między innymi z Wrocławia do Warszawy i raz z Ho Chi Minh City w Wietnamie do Siem Reap w Kambodży (ten był chyba nawet krótszy). Nowe lotnisko we Lwowie Reasumując. Z Warszawy blisko i szybko. Czas przygotować marsz rutę na dziś i jutro. Lotnisko nowoczesne i puste. Klika samolotów na dzień. Pierwszy uśmiech w informacji turystycznej – pani mówi po Polsku – szybkie info i look na mapę miasta. Taxi koszt około 100 hrywien (około 16zł), Marszrutka 3 hrywny (0,48 groszy). Marszrutka linii 48 z lotniska dowiezie Cię do centrum Oczywiście decyduję się na opcję lokalnego busa z autochtonami jako towarzystwo. W cenie możliwość podziwiania miasta (a że pojazd powoli się toczy, jest czas na dokładne odkrywanie tego co przy trasie). Podróż do centrum zajmuje jakieś 35 – 40 minut, zależnie od natężenia ruchu. Drugi szok to hotel. Zabytkowa kamienica przy ulicy Szewczenki 28 została zbudowana w 1897 roku. Styl neo rococo widać na każdym kroku (jest to oczywiście misternie odrestaurowany pierwowzór stylu). Na początku, jeszcze przed wojną mieściło się tutaj kino WARSZAWA (to tylko jedna z nazw na przestrzeni stulecia istnienia kina). Śladami historii W restauracji należącej do hotelu można odnaleźć czarno-białe fotografie z tamtego okresu. Łza w oku się kręci. Mój skromny apartament Hotel Modern Art ma 3*. I taki zazwyczaj jest dla mnie ok, bo przecież i tak tylko tam śpię. Gdy zaprowadzono mnie do pokoju, oczy wyszły mi na orbity, bo okazało się, że mam luksusowy apartament w sercu miasta. Jakoś to przeżyję. Pierwszy raz oferta pokazana w internecie była słabsza niż rzeczywistość. Czas na pierwszy spacer po ulicach Lwowa. Piękne miasto, gdzie czas zatrzymał się w miejscu. Tak chyba mogła kiedyś wyglądać Warszawa (chociaż starzy mieszkańcy Lwowa twierdzą, że ich miasto to nic w porównaniu z przedwojenną stolicą Polski). Rynek miasta Lwowa Na rynku starego miasta siadam w jednym z ogródków i zamawiam piwo. Pełno ludzi a przecież to środek dnia. Taka modelka Przemykają stare, hałasujące tramwaje, wystrojone w suknie z epoki początku 20 wieku dziewczyny spacerują z koszami wypełnionymi słodkościami, zachęcając do zakupu lokalnej delicji a młodzieńcy w strojach szlacheckich zachwalają restauracje. Każda z kamienic ma odrębną, ciekawą historię Powiewają dumnie błękitno – żółte flagi. Miasto żyje jakby nic wewnątrz kraju się nie działo. Muzyka dobiegająca z polifonicznego głośnika sprawia, że mam jakieś cofnięcie się w czasie. Obrzeża miasta to typowa komuna jaką pamiętam. Stare, brzydkie blokowiska, szaro i ponuro a w tym wszystkim zdezelowane Marszrutki i Trolejbusy z czasów ZSRR – centrum miasta to inny świat. Zeniuk?? Dobre piwo zawsze…. Plan zwiedzania to jedno, ale realizacja to dopiero wyzwanie. Człowiek chciałby wszystko i to najlepiej w tym samym czasie. Przemieszczam się ulicami miasta i docieram do Katedry Armeńska. Z zewnątrz niepozorna, ale coś mi karze wejść do środka. Oczom ukazuje się olśniewających rozmiarów ołtarz z kolorowymi mozaikami. Jest bardzo klimatycznie. Katedra Ormiańska Następny na trasie jest były klasztor Dominikanów (obecnie unicka cerkiew świętej Eucharystii jest jednym z najpiękniejszych barokowych zabytków Lwowa) a tuż obok Royal Arsenal. Kościół Dominikanów Natykam się także na.. Nikifora. Siedzi sobie spokojnie na ławeczce w centrum miasta i pozdrawia przechodniów. Nikifor pozdrawia Tuż obok widzę spory tłumek ludzi, więc kieruję się w tamtym kierunku – ach ta ciekawość…. Na placu pod pomnikiem Fedorowa trwa bazar staroci. Książki, odznaki i medale z czasów Związku Radzieckiego, bibeloty. Pchli targ w centrum miasta Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale właśnie tutaj spotykam Polaka mieszkającego we Lwowie – pana Romana. Szybko opowiada mi skąd jest, gdzie mieszka, gdzie w Polsce był, pracował. Totalna otwartość i szczerość. Potem cak, cak i paluszkiem pokazuje gdzie co się znajduje wokół nas. Niesamowite przeżycie dla mnie i na długo pozostanie w głowie. Artykuł Lwowskie historie. Wyjazd trochę na wariackich papierach pochodzi z serwisu Julek w podróży.

Czy tak łatwo zdobyć wizę do Rosji?

JULEK W PODRÓŻY

Czy tak łatwo zdobyć wizę do Rosji?

Totalny Ad Hock. Czyli Bukareszt na wariata

JULEK W PODRÓŻY

Totalny Ad Hock. Czyli Bukareszt na wariata

Najszybsza decyzja świata Nie zawsze wszystko da się zaplanować. Czasami dzieją się różne rzeczy wokół nas, które sprawiają że właśnie tutaj, teraz, zaraz trzeba się zdecydować. Może to być jedyna okazja na taki wypad.  Nie warto też tworzyć założeń, bo życie i tak zweryfikuje scenariusz o czym się już niejednokrotnie, sam przekonałem. Skoro zatem tak wyszło, pędzę na lotnisko. Wsiadam w samolot i na całe trzy dni, abo tylko, lecę do stolicy Rumunii. Nie mam przewodnika, ale od czego jest internet. Ach te czasy. Wystarcza mi raptem 5 minut przeczesywania sieci i już mam on line, do pobrania w PDF, całkiem przyzwoity, po angielsku. Po co mi więcej na te trzy dni? Wystarczy?? Ostatni raz w Bukareszcie byłem chyba w 1996 roku, a może jeszcze wcześniej – w latach 80 XX wieku. Matko jedyna jak to brzmi?? Normalnie emeryckie wspomnienia. Miło będzie odświeżyć sobie pamięć i spróbować chociaż po kojarzyć miejsca. Nie sądzę, aby coś mi się udało odkurzyć z mapy umysłu, ale przynajmniej będę mógł zrobić up grade i na nowo zapisać fotografie z podróży. Mapa się przyda do odświeżania pamięci   A dla tych z Was którzy aktualnie nie mają planów na weekend majowy, gorąco rekomenduję najświeższą i jeszcze ciepłą ramówkę Travel Channel. Gdzie na pierwszym miejscu, już jutro Morderczy Maraton z  Robertem Bellem. O czym? “19 stycznia 2015 roku, wraz z 5 przyjaciółmi, znajdę się na Antarktydzie, by rozpocząć największą przygodę życia.” Tymi słowami Rob Bell opisuje wyzwanie, z którego relację będzie można zobaczyć na Travel Channel już za kilka dni. Tym razem Travel Channel zabierze widzów w niesamowitą podróż w towarzystwie sześciu odważnych facetów, którzy nie boją się przebiec 7 maratonów, na 7 kontynentach w 7 dni. Premiera już w maju 2015. Przez ostatni rok ekipa planowała i przygotowywała się do tego szczególnego maratonu. Wszyscy mają doświadczenie w sportach wytrzymałościowych, ale z czymś takim jeszcze nie mieli do czynienia. Nie tylko potężna trasa będzie tu wyzwaniem, ale także brak snu związany z ciągłymi przelotami między kontynentami, który nada temu wyzwaniu całkowicie nowy wymiar. “To będzie bolało. Bardzo.” Powiedział Rob. Sir Ranulph Fiennes był pierwszym człowiekiem, który sprostał podobnemu wyzwaniu. Stwierdził on: „Gdybym wiedział jak będzie, nie zdecydowałbym się. Drugi raz tego nie zrobię”. Organizacje Charytatywne Maraton wspiera organizacje charytatywne. Ponieważ Ekipa Continental Drift składa się z Australijczyków i Brytyjczyków, wybrali dwie organizacje charytatywne bliskie ich sercom. Obie umożliwiają niepełnosprawnym dzieciom dostęp do aktywności sportowej oraz pomagają im wieść normalne życie. Wszelkie darowizny na rzecz tego przedsięwzięcia przekazywane są bezpośrednio wybranym organizacjom charytatywnym. KEEN London jest zarejestrowaną organizacją prowadzącą darmowe, cotygodniowe sesje zajęć sportowych oraz rekreacyjnych dla dzieci (w wieku od 5 lat) oraz młodych dorosłych cierpiących na niepełnosprawność behawioralną, fizyczną lub poznawczą. The John Maclean Foundation (JMF) ma na celu poprawę jakości życia młodych Australijczyków na wózkach. Ich misją jest inspirować, motywować i umożliwiać tym wspaniałym dzieciom realizację marzeń. Travel Channel_ zapowiedzi majowe

Smaczny Tallin czyli kulinarne odkrywanie stolicy Estonii

JULEK W PODRÓŻY

Smaczny Tallin czyli kulinarne odkrywanie stolicy Estonii

Kadriorg, Roof of Linnahall, Rusałka i najpiękniejszy widok na panoramę miasta

JULEK W PODRÓŻY

Kadriorg, Roof of Linnahall, Rusałka i najpiękniejszy widok na panoramę miasta

Miasto można oglądać z różnych perspektyw – tutaj widok z Skoone Bastion (fragment fortyfikacji miejskich) Dobrze zaplanowany dzień, to dzień wykorzystany do granic możliwości. Gdy zwlekam się (dosłownie) do hotelu na obolałych nogach i padając na łózko, uśmiecham się sam do siebie wspominając co widziałem, przeżyłem – dociera do mnie, że takim właśnie ten dzień był. Dobry dzień to taki, kiedy mam ciągły niedosyt wiedzy i wieczorem sięgam po przewodnik lub odpalam internet (o ile akurat działa WIFI) i uzupełniam wiedzę lub ją utrwalam, żeby jak najmniej mi umknęło. W Tallinnie każdy dzień, był dobrym dniem. Smacznym (o tym już wkrótce), intensywnym i innym od poprzedniego. Mapa. Mapę Tallinna bez problemu i za darmo otrzymacie na lotnisku Na lotnisku zdobyłem bez problemu mapę miasta i od razu oczyma wyobraźni chłonąłem cal po calu. Gdzie, kiedy pójdę, co najpierw chcę zobaczyć. Taki efekt skali i zachłanności podróżniczej. Oj można się lekko rozczarować w stolicy Estonii, weryfikując mapę z rzeczywistością. Centrum Tallinna jest stosunkowo malutkie. Ale co się dziwić jak cały kraj jest mały – zamieszkuje go około 1,2 mln mieszkańców!!!! Plusem zwiedzania takiego miasta jest to, że spokojnie wszędzie można dojść na piechotę. Kościół Św. Olafa Gdy jest pogoda (a była w tym dniu) numerem 1 jest wejście na wieżę kościoła Św. Olafa. Koszt biletu 2 EUR. Dobrze wiedzieć co mnie czeka Jedyne 258 kamienne, wąskie schody, wijące się jak serpentyna stromo w górę. Niezła gimnastyka, gdy trzeba przepuścić kogoś, kto akurat schodzi z wieży – ale jest to możliwe. Mimo, że regularnie ćwiczę – zadyszki dostałem. Dla widoku na panoramę miasta – warto. I jak napisałem powinien to być żelazny punkt każdej wycieczki realizowanej w tym mieście. Absolutnie magiczny widok na starówkę z wyłaniającym się wzgórzem Toompea Jak już człowiek się mocno napatrzy, chłonąc topografie i uroki miasta, można ruszać dalej. Najlepiej ulicami Laboratoorium, Kooli, Gumnaasiumi (co oni maja z tymi o i a podwójnymi?), wzdłuż zachowanych i odrestaurowanych, średniowiecznych murów miejskich z 13 wieku. Średniowieczne mury miejskie Niesamowita atrakcją jest spacer po nich (o ile ktoś nie ma lęku wysokości, bo wyznaczone trasy zabezpieczone są drewnianymi balustradami) – wejście na mury to koszt 2 EUR. Średniowieczny Tallinn – na wzgórzu Toompea Nie nastawiajmy się na długi spacer, bo dla turystów udostępniony jest niewielki odcinek murów. Widok mniej ujmujący niż z wcześniej wspomnianej wieży, ale nie wejść to potem żałować. Widok z murów O atrakcjach i zabytkach Tallinna już dość szczegółowo Wam pisałem, zatem po efekcie WOW z wieży kościelnej i mniejszym z murów miejskich, wydeptaniu ścieżek po starówce (najstarszą kawiarnię w mieście, tak rzewnie opisaną w przewodniku, mijałem podczas mojego pobytu chyba z 20 razy – a jak się zdecydowałem wejść do środka na kawę to bardzo się rozczarowałem – ale można tam skorzystać z darmowej toalety – więc jakiś plus jest) – ruszam poza obręb średniowiecznego Tallinna. Wystarczy kilka kroków i jesteśmy poza starówką Pierwszym na liście jest Dach Linnahall – pozostałość po Sowietach, trzymana chyba tylko dlatego, że nie ma pomysłu na zagospodarowanie tego gigantycznego obiektu. Był wybudowany w 1980 roku na potrzeby odbywającej się w ZSRR Olimpiady letniej (Estonia wchodziła wtedy w skład republik). Obiekt służył jako park regat. Obecnie położenie daje jedynie możliwość długiego spaceru z zakończeniem na schodach z widokiem po całej zatoce, dokach i porcie miasta. Młodzież lubi tutaj raczyć się piwem, obserwując zachód słońca i przypływające promy z Helsinek. Czasy świetności ma już za sobą – obecnie ulubione miejsce spotkań młodzieży przed wieczornym clubbingiem Niestety obiekt bardziej straszy niż ujmuje – wielka szkoda, że miasto z nim nic nie zrobiło. Kolejną, acz oddalona atrakcją (przynajmniej w moim odczuciu) miasta, jest oddalony o jakieś 30-40 minut spaceru od centrum KADRIORG. Jeżeli marzycie o zabiciu czasu, zobaczeniu czegoś ciekawego i pobudzeniu swojej wyobraźni. Gorąco rekomenduje udać się na odkrywanie innego oblicza miasta. Po pierwsze w trakcie wędrówki, mijacie już regularne miasto z licznymi butikami (outletowymi), marketami (gdzie można w przestępnej, nieturystycznej cenie nabyć najsłynniejszy likier Vana-Tallinn, smaczny chleb i piwo). Po drugie większość turystów decyduje się pozostać w obrębie starówki – myśląc chyba, że to cale miasto, – z pożytkiem dla tych co tłumów nie lubię (zdecydowanie się do nich zaliczam). Po trzecie Kadriorg jest skarbnicą niedocenionych zabytków miasta. Taki jest właśnie Kadriorg Wśród romantycznych XIX i XX wiecznych drewnianych willi związanych bezpośrednio w z Rosyjskim Carem Piotrem Wielkim i ówczesną arystokracją, odnajduję ciszę i spokój. Największe atrakcje to sam park Kadriorg w centrum którego znajduje się Pałac Kadriorg – obecnie Muzeum sztuki (czynne od wtorku do niedzieli – ja byłem w poniedziałek – wstęp 4.80EUR). Pałac Kadriorg – obecnie Muzeum Sztuki Nieco wyżej Pałac Prezydencki – co ciekawe praktycznie nie ogrodzony (muszą sobie nieźle ufać, bo jak spoglądam na ten Warszawski to raczej mam skojarzenia z pilnie strzeżoną twierdzą) i z brakiem szczęścia do muzeum, szybko wraca do mnie promyk nadziei bo akurat odbywa się zmiana warty przypałacowej. Pałac Prezydencki Krętymi alejkami parku podążam do ostatniego punktu programu – pomnika „Rusałki”. Brzmi romantycznie. Pomnik stoi przy Narva Mint, granicząc z plażą miejską. Romantyczna plaża miejska? W miarę zbliżania się do morza, widzę przepiękną kobietę, delikatnie unoszącą dłoń, dzierżącą krzyż prawosławny, rozpościerającą skrzydła w blasku słońca. Russałka Tak poznaję Rusałkę. Niestety Poza pięknym imieniem w symbolice nie ma nic romantycznego, ponieważ pomnik powstał, aby upamiętnić śmierć 177 rosyjskich żołnierzy, którzy zatonęli w 1893 roku na pokładzie okrętu wojennego o dźwięcznej nazwie „Russałka”. Ironia losu.

Dolce far niente. Revive moich podróży vs. ” Jedz, módl się i kochaj”. Inspiracje do podróży i planowania

JULEK W PODRÓŻY

Dolce far niente. Revive moich podróży vs. ” Jedz, módl się i kochaj”. Inspiracje do podróży i planowania

Rzym. Przy schodach hiszpańskich. Późnym wieczorem. Wczoraj wieczorem, przez przypadek natrafiłem, na kolejną już z serii powtórkę filmu „Jedz, módl się i kochaj”. Ileż emocji zarówno pozytywnych jak i negatywnych wzbudza we mnie ten obraz. I mimo, że minęło już kilka lat, nadal czuje tak samo. Przypomniały mi się moje podróże do Rzymu, Indii i Bali.   O czym tak na prawdę jest ten film? Czy ma się podobać, czy też nie? Mnie urzeka scena kiedy Liz i Sofii jadą na prawdziwą pizze do Neapolu. Podczas posiłku Liz mówi: Znajdź własną drogę, wyzbądź się zahamowani i pokochaj siebie. Mądre i zarazem trudne w praktyce, ale nie niemożliwe do wdrożenia. Nakładając na jej drogę, swój szlak podróży stwierdzam, że jestem na właściwym torze do osiągnięcia takiego stanu. I nie mówię tutaj o muffin top, żeby była jasność. Akcja filmu dzieje się między innymi w ukochanym przeze mnie Rzymie. W 2010 roku byłem tam z rodzicami, chciałem im pokazać to piękne miasto. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka miesięcy odejdzie mama a pozostaną tylko piękne wspomnienia. Ważna lekcja, aby nie odkładać nic na potem, bo po prostu może jutra nie być. Rzym to cudowne, magiczne miasto do którego lubię powracać. Co takiego jest w tym mieście? Klimat, ludzie, tradycja, sposób życia. Idealnym określeniem są słowa ze wspomnianego właśnie filmu: „Dolce far niente” czyli słodkie nic nierobienie. Rzym. Taki chilly out gdzieś przy Tybrze. Na Zatybrzu są cudowne małe pasterie, winoteki, puby, w których spotykają się rzymianie i turyści. Tutaj kwitnie życie, nie ma barier językowych. Jest kolorowo, smacznie, pozytywnie. Rzym. Sielsko i czarodziejsko. Jest czas, żeby delektować się nic nie robieniem. Nieługo tutaj wrócę. W lutym 2011 roku odeszła moja mama a film „Jedz, módl się i kochaj” jakoś w grudniu 2010 pojawił się w sprzedaży. Długo nie mogłem go obejrzeć. Zawsze na scenach z Rzymu poprzestawałem. Takie wyzwanie dla umysłu. Pokonać lęki, stanąć ponad emocjami i iść do przodu. Dobry film Po jakimś czasie odegnałem demony i przeszedłem film do końca. Rzym Indie, Bali – w każdym z tych miejsc byłem. Czy można poszukiwać swojej drogi tak jak szukała Liz w filmie? Pewnie tak. Najtrudniejszy jest zawsze pierwszy krok. Znalezienie odpowiedzi na pytanie: czego ja chcę, co jest moim tlenem? Podczas podróży po Indiach uświadomiłem sobie, że nie można traktować sposobu życia tylko przez nasz pryzmat patrzenia na świat. Indie. Typowy dzień na ulicach Radżastanu. To co dla nas może być smutne, dziwne, brzydkie, zaskakujące. Dla ludzi z innej kultury jest czymś akceptowalnym i oczywistym. Trzeba się otwierać i przyjmować miejsca i zachowania takimi jakimi są w danej kulturze. Hinduistyczne Indie. Ich rytuały nad świętą rzeką Ganges są magiczne. Tłumy modlących się ludzi w wodzie – tej samej do której wrzuca się ciała martwych dzieci i zwierząt. Dla mnie na początku szokujące a dla nich oczywiste. Ludzie organizujący stragany na ulicach, jedzący posiłki na ziemi, święte krowy spacerujące powoli pomiędzy samochodami. Jeden chaos a jednak, w tym zawirowaniu jest system. Dla nich zrozumiały – bo innego nie znają. Indie. Śniadanie, lunch – no problem Dla mnie to otwarcie oczu na coś nowego. Czy tutaj także można mieć swoje „Dolce far niente”? Pewnie w ich rozumieniu tak. Natomiast ja je odnalazłem w jednym z pubów na targu jedwabiu i pashminy. Po wypiciu jednego piwa, poczułem się jak po butelce wódki. Do dziś nie wiem co piłem tak na prawdę z tego metalowego dzbanka. Jedno jest pewne, miałem wtedy słodkie nic nierobienie. I trochę inaczej też spojrzałem na to co mnie otacza. Indie. Varanasi. Święte miasto. Indie. Varanasi. Święte miasto. Indie. Varanasi. Święte miasto. I pozostało Bali. Kolorowo pokazane w filmie. Taka imprezownia w Europejskim stylu, jest w Kucie przy plażach surferów. Tam na pewno spokoju nie znajdziecie. Bali. Kuta. Polski akcent. Ja po jednym dniu zwiałem do Ubud, gdzie Liz spotkała się z Ketutem. Ja do niego nie dotarłem, ale okolica mnie bardzo urzekła. Czuć tutaj klimat artystów, można tutaj otworzyć umysł i pomyśleć. Bali. Okolice Ubud. Najspokojniej było w Candidasie, gdzie oddałem się przez tydzień mojemu „Dolce far niente”. Generalnie Bali nie do końca jak w filmie. Dużo turystów, spory stragan próżności. Jednak jak się zagłębisz, otworzysz, odblokujesz – odnajdziesz to po co przyjechałeś. Reasumując, aby odnaleźć siebie i korzystać z „Dolce far niente” – trzeba się otworzyć, odblokować, oczyścić wewnętrznie. Pozwolić poznawać nowe i nieznane i przyjmować to z pokorą jako kolejne lekcje życia. Aby nie tracić nic z tego, gdzie jesteśmy, co nam przyniósł dzień i co nas spotkało. „Dolce far niente” – każdy zasługuje na swoją chwilę nic nierobienia. A każda podróż może nas do tego przybliżyć.