Hiszpańskie opowieści: instagram mix.

PO PROSTU MADUSIA

Hiszpańskie opowieści: instagram mix.

Jesienne migawki z Częstochowy. :)

PO PROSTU MADUSIA

Jesienne migawki z Częstochowy. :)

        Zbliżający się dzień Wszystkich Świętych praktycznie zawsze spędzam w rodzinnej Częstochowie. Tylko raz zdarzyło mi się do tej pory być w Krakowie, ale to zdecydowanie nie było to samo. Jednak jest to dzień, który powinno spędzać się w gronie rodzinnym i cieszyć się swoją obecnością. Jak chyba każda rodzina, też mamy swoje małe tradycje, których rokrocznie staramy się dotrzymać. W tym roku układ dni jest na tyle sprzyjający, że mogłam do Częstochowy wrócić już wczorajszego wieczora. I korzystając dzisiaj z wolnego dnia i przepięknej pogody, wybrałam się na mały sentymentalny spacer po swojej dzielnicy. Powiem szczerze, że był to zdecydowanie jeden z piękniejszych spacerów, jaki zrobiłam w ostatnim czasie. Tak uroczych widoków dawno nie widziałam. I wiem, że nie jest to nic spektakularnego, żadne magiczne ani znane miejsca, ale uważam, że takie urocze zakątki są równie ważne. I też warto je pokazywać. :)         Od samego rana miałam w planach, że wybiorę się na spacer, jednak moje lenistwo cały czas brało nade mną górę i zupełnie nie chciało mi się wychodzić z domu. Bo i lubię też posiedzieć sama w domu, patrząc jak moje dwie świnki zaprzyjaźniają się ze świnką mojej mamy. W końcu jednak zmęczyły się, ucięły sobie drzemki, a ja zdecydowałam się na wyjście z domu. Celem mojego spaceru była Promenada imienia Czesława Niemena znajdująca się w dzielnicy Północ. Tutaj się właśnie całe życie wychowywałam, a że moje szkoła podstawowa i gimnazjum były zaraz przy Promenadzie (w czasach, gdy jeszcze nie nosiła takiego zacnego imienia), to bardzo często na niej bywałam. Jest to taki szeroki spacerniak, długi prawie na dwa kilometry, obok którego po jednej stronie rozciągają się przez pewien czas ogródki działkowe. Zaś pomiędzy nimi, a asfaltową promenadą rozciąga się dość spory pas zieleni, obsadzony drzewami, przy którym znajduje się między innymi fontanna (teraz niestety już nie działa, ale wcześniej zdarzało się nam w niej wielokrotnie kąpać) i plac zabaw. I to właśnie ten pas zieleni był najważniejszym fragmentem mojego spaceru. Zwykle wygląda bardzo niepozornie, ale dzisiaj zrobił na mnie ogromne wrażenie. I sprawił, że prawie polubiłam jesień. Tak fantastycznie dawno nie wyglądała. :)         Jak już wspominałam, zaraz obok znajduje się plac zabaw. Jest to miejsce, z którym mam związanych mnóstwo przeróżnych wspomnień, bowiem dość często na nim bywaliśmy i wygłupialiśmy się totalnie. Tutaj też wylądowaliśmy całą klasą na swoich pierwszych grupowych wagarach, uciekając z lekcji bodajże języka niemieckiego (za co pewnie w późniejszych czasach byłam srogo karana przez los ;p). Wtedy jednak to miejsce wyglądało zupełnie inaczej, zdecydowanie bardziej odnowione zostało i dodano sporo nowych sprzętów, w tym popularną w ostatnim czasie, siłownię. Uważam, że ta lokalizacja dla niej była strzałem w dziesiątkę, bo pomimo stosunkowo wczesnej pory, znajdowało się tam sporo osób. I to nie tylko młodzieży, najbardziej urzekła mnie para staruszków, biegająca razem na jednym ze sprzętów. Fajnie, że takie rzeczy są robione również w Częstochowie. :)          Miałam sporo szczęścia, bo akurat praktycznie nikogo nie spotkałam na swojej ścieżce, dzięki czemu mogłam spokojnie robić zdjęcia. Cieszyło mnie to, bo zwykle ta ścieżka jest miejscem, gdzie ludzie wyprowadzają swoje psy, gdyż jest tu zdecydowanie spokojniej. I tak było też i tym razem, spokój, cisza i tylko szum liści pod stopami. Już nie pamiętam kiedy ostatnio spacerowałam tak beztrosko, rozrzucając nogami liście dookoła siebie. Czasem chyba każdy chce się poczuć jak dziecko. :)         Spacerując tą ścieżką na nowo zdefiniowałam sobie pojęcie "polskiej złotej jesieni". Tylu przepięknych odcieni żółci dawno nie widziałam. W słońcu mieniła się absolutnie przepięknie. Byłam wprost oczarowana i trochę brakuje mi słów, żeby opisać ten zachwyt. Najlepiej niech zdjęcia same za siebie przemówią. :)       Dodatkowo niesamowite wrażenie robiły promienie słońca, przebijające się chwilami między drzewami. Naprawdę, taka gra świateł i kolorów nie zdarza się każdego dnia i byłam naprawdę zachwycona, że udało mi się uchwycić tak przepiękne kadry. I nie mogłam się powstrzymać, żeby ich nie wrzucić na bloga. ;)         Spacer w tym miejscu wprawił mnie w bardzo dobry humor i otworzył ogromną skarbnicę wspomnień, które kryją się w moim serduszku. Odkąd z niego wróciłam, cały czas uśmiecham się do nich pod nosem. I czuję się dzięki nim niesamowicie naładowana pozytywną energią. Teraz kilka dni z rodziną, chwila odpoczynku, a na początku tygodnia lecimy do przepięknej Hiszpanii, która po powrocie na pewno zagości na blogasku z kolejnym cyklem opowieści. Trzymajcie się wszyscy ciepło. :)~~Madusia.

Podwodny świat Chorwacji II

PO PROSTU MADUSIA

Podwodny świat Chorwacji II

       I stało się. :) Moja pierwsza notka na blogu, którą piszę jako pani magister. To właśnie było to stresujące wydarzenie, którym żyłam większą część października. Na szczęście, wszystko poszło dobrze i wreszcie udało mi się obronić. Nie, żeby ten fakt szczególnie wiele w moim życiu zmieniał, ale to naprawdę fajne uczucie nie musieć się więcej uczyć rzeczy, które dość mało Cię interesują. Przynajmniej na razie, bo mam nadzieję, że w przyszłym roku wznowię swoją edukację, chociaż to jeszcze wybitnie odległe plany. Na razie moją uwagę zaprząta nasz kolejny wyjazd, który nastąpi już za tydzień. Ale zanim o nim, to dzisiaj jeszcze przeniesiemy się do przepięknej Chorwacji. Pierwsza część podwodnych opowieści cieszyła się naprawdę sporą popularnością, także postanowiłam kontynuować ten cykl. Podczas naszego majowego pobytu woda była jednak zdecydowanie chłodniejsza niż we wrześniu, dlatego zdjęcia może nie są jakiejś spektakularnej urody, ale zawsze warto zobaczyć, co znajduje się pod taflą wody. ;)                 Pierwsze pływanie zaliczyliśmy w małej zatoce koło wyspy Žirje, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Było to także nasze pierwsze cumowanie przy boi, a nie przy brzegu, co samo w sobie miało spory urok. Niestety, na początku maja woda nie powala swoją temperaturą i pływanie w niej wymagało sporo samozaparcia, którego jednak prawie nikomu nie brakowało. Do dna było kilka ładnych metrów, przez co dość słabo dochodziły tam promienie słoneczne. Niemniej, coś tam jednak ciekawego można było dojrzeć. :)          Tym razem mieliśmy możliwość zobaczenia jachtu od spodu, bowiem wcześniej nigdy nie pływaliśmy w pobliżu żadnego uzbrojeni w aparat. Moim zdaniem od tej strony wygląda jak łódź podwodna do góry nogami. ;)          Co ciekawe, prawie nigdzie nie było widać charakterystycznych dla Chorwacji kamieni. Dno raczej było piaszczyste, z niewielką ilością roślinności. Tutaj niestety szczęście nam nie sprzyjało i nie udało nam się spotkać żadnych ciekawych żyjątek, jak to miało miejsce w okolicach Murteru. Ale i tak wyglądało to całkiem nieźle. :)       Pod wieczór mieliśmy także sporo zabawy, bowiem zostało nam zbyt dużo ryżu z obiadu i postanowiliśmy nakarmić nim rybki. Skubane od razu jak zwietrzyły, że coś się dzieje i dają jeść, to przyleciały całą gromadą. Zupełnie jak moje świnki morskie, gdy usłyszą, że ktoś zbliża się do lodówki bądź też ją otwiera. Rozlega się wtedy jeden desperacki i przeciągły pisk, oznaczający że trzeba zwierzę nakarmić. Podejrzewam, że te rybki komunikowały się podobnie między sobą, patrząc po ich ilości, która zleciała się dosłownie w mgnieniu oka. ;)       Drugą i niestety ostatnią kąpiel zaliczyliśmy w zatoczce na wyspie Brač. Tutaj już ciut cieplej było, ale po kilku chwilach pływania okazało się, że woda albo coś w jej okolicy śmierdzi dość mocno i byliśmy zmuszeni do skrócenia kąpieli. Największą atrakcją było dopłynięcie z łódki do brzegu wyspy, co przyznam szczerze, zmęczyło mnie dość mocno. Ale także i tutaj przy brzegu nie było charakterystycznych kamieni, jedynie sporo piasku. Widać było w wodzie, że akurat ta okolica należała do wyjątkowo zanieczyszczonych, skoro udało się nam dojrzeć składowisko kilku starych opon. A szkoda, bo było to naprawdę urocze miejsce. ;)          Trzeba przyznać, że nie są to zdjęcia charakterystyczne dla Chorwacji, na Murterze zdecydowanie więcej kamieni i żyjątek było. Tutaj dno jest takie dość surowe, ale może spowodowane to było stosunkowo wczesną porą, w końcu sam początek maja wtedy był. Sama nie wiem. Mam nadzieję, że mimo tego się Wam podobało. ;) I trzymacie kciuki w nadchodzącym tygodniu, bo teraz Tomasz będzie zostawał magistrem. A później już tylko wizyta w domu, Wszystkich Świętych i hola Espania!!! ;)))~~Madusia.

Jak w bajce - Zamek Moszna

PO PROSTU MADUSIA

Jak w bajce - Zamek Moszna

         Połowa października za nami, a najtrudniejsze chwile tego miesiąca jeszcze przede mną. Nadchodzące dwa tygodnie będą niezwykle stresujące, pracowite i zamotane zdecydowanie najbardziej ze wszystkich, jakie do tej pory przeżyłam. Ale o tym ciągle jeszcze cicho sza, liczę po cichutku, że w następnej opowieści będę mogła już wszystko wyjawić, a na razie wolę nie zapeszać. ;) Żeby jednak umilić te długie chwile oczekiwania, tym razem przeniesiemy się do bajkowej scenerii, którą można zobaczyć na własne oczy w niepozornym województwie opolskim. Wracając z Biskupiej Kopy (o której była mowa ostatnio), postanowiliśmy zahaczyć o jeden z piękniejszych zamków w naszym kraju. Mimo iż tak naprawdę jest to pałac, to bardziej przyjęła się nazwa Zamek Moszna i dlatego też tej nomenklatury będę używała w całej opowieści, na którą serdecznie zapraszam. :)        Piękne wieże zamku widać już z daleka, zresztą droga jest bardzo dobrze oznakowana, więc dojazd do niego nie jest wielkim problemem. Zdecydowanie trudniej jest tam zaparkować, szczególnie w niedzielne popołudnie. Nam udało się zatrzymać tuż pod kościołem, skąd ruszyliśmy prostą aleją w kierunku zamku. Zapłaciliśmy za wejście na teren parkowo-pałacowy i ruszyliśmy na spacer wokół niego. Trzeba przyznać, że naprawdę robi niesamowite wrażenie. Przede wszystkim bardzo fajną rzeczą jest to, że można się spokojnie rozłożyć na szerokich trawnikach i po prostu odpocząć. Wiele osób tak robiło i myśmy też przysiedli na kilka chwil w cieniu drzewa, aby nasycić się widokiem.            Do zamku przyciąga niezliczone tłumy turystów przede wszystkim jego niesamowita architektura, ale duże wrażenie robi także ponad dwustuhektarowy park. Jego najpiękniejszą częścią jest zdecydowanie aleja lipowa, leżąca w głównej osi kompozycyjnej parku pałacowego. Z jednej strony znajduje się bryła zamku, zaś na drugim końcu cmentarz rodzinny von Tiele-Winckler - dawnych właścicieli obiektu. Obecnie pozostało w niej 29 lip (z początkowych 110), które liczą około 250 lat. Muszę przyznać, że spacer taką aleją tego dnia był bardzo dobrym pomysłem, zdecydowanie chłodniej i przewiewniej tam było niż na otwartej przestrzeni przed zamkiem.           Jednak to nie lipy były największą atrakcją tej części terenu pałacowego. Zdecydowanie większą uwagę skupiały na sobie kaczki, pływające w niezwykle zielonej wodzie, okalającej całą aleję. Nam też się bardzo podobały, szczególnie jak nurkowały i zajadały te zielone drobinki unoszące się na powierzchni wody. Dzięki kaczkom odkryliśmy małą postać przy jednym z drzew. Początkowo nie wiedzieliśmy o co chodzi, dopiero później wyczytałam na stronie zamku, że jest to część nowej atrakcji. Szkoda, że na miejscu tego nie wiedzieliśmy, fajnie byłoby zakupić taką mapkę i poznawać historię zamku za pomocą takich małych figurek. Przypomniał się się Wrocław i jego krasnale. ;)       Po spotkaniu z kaczkami skierowaliśmy się ponownie w stronę zamku. Trzeba przyznać, że jego budowniczowie mieli prawdziwą fantazję, bo naprawdę wygląda jak wyciągnięty żywcem z bajek Disneya. A biorąc pod uwagę, że swój ostateczny kształt osiągnął w 1913 roku, to jest spora szansa, że Disney się na nim wzorował. Pewnie nie, ale zawsze można sobie tak spekulować. ;) Niemniej, co by tu nie mówić, zamek prezentuje się naprawdę okazale. Ma 365 pomieszczeń i aż 99 wież, z których część od niedawna można zwiedzać. Niestety, zwiedzanie wież jest możliwe dopiero od sierpnia, a myśmy byli tam w połowie lipca, więc ta przyjemność nas ominęła. A z powodu tłumów i goniącego nas nieco czasu, musieliśmy także zrezygnować ze zwiedzania zamku wewnątrz. Ale dzięki temu mamy co najmniej dwa powody, żeby tam jeszcze kiedyś wrócić. ;)        Bajkowa architektura zamku powoduje, że sporo sesji ślubnych się tutaj odbywa, sami byliśmy świadkami dwóch. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo nie trzeba wcale daleko jechać, żeby mieć naprawdę oryginalne fotografie w przepięknym otoczeniu. Trochę tylko współczuliśmy jednej parze, bo akurat pogoda zaczynała się psuć i ciężko było chwilami pannie młodej utrzymać suknię. ;)        Generalnie ten zamek jest dowodem na to, że w naszym kraju nie brakuje naprawdę pięknych miejsc i wcale nie trzeba daleko jeździć, żeby móc zachwycać się fantastyczną i niezwykłą architekturą. I na pewno jeszcze tu wrócimy, żeby nadrobić zaległości w zwiedzaniu go wewnątrz. No i te wieże. ;)))~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: Biskupia Kopa

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Biskupia Kopa

       Do boju Polsko! :) Dzisiaj niezwykle ważny wieczór dla naszych piłkarzy, a ja postanowiłam wreszcie nadrobić zaległości i przedstawić kolejną opowieść. Za oknem szumi wiatr, temperatura ledwie wdrapuje się na kilka kresek powyżej zera, więc siedzę już grzecznie pod kocem, z dużym kubasem ciepłej karmelowej herbatki i cofam się myślami do połowy lipca. To właśnie wtedy pierwszy raz pojechaliśmy wspólnie w Sudety i wracając z nich postanowiliśmy zahaczyć o Góry Opawskie, żeby zdobyć ich najwyższy szczyt po polskiej stronie, jakim jest Biskupia Kopa (vel Biskupská Kupa w przepięknym języku czeskim). Był to kolejny szczyt należący do Korony Gór Polski, który pojawił się w naszej kolekcji, będący zarazem najniższym, jaki do tej pory udało nam się zdobyć. Mierzy zaledwie 889 m.n.p.m., aczkolwiek w Koronie jest jeszcze pięć niższych. Je zostawiliśmy sobie jednak na przyszły rok. ;)                Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w przeuroczej miejscowości Jarnołtówek, gdzie zostawiliśmy samochód pod kościołem. Akurat była niedziela i trwała msza, więc z miejscem było ciężko, ale nasze autko jeszcze się zmieściło. Przebraliśmy buty, zapakowaliśmy plecaki i raźnym tempem ruszyliśmy przed siebie, cofając się kilkaset metrów wzdłuż głównej ulicy. Planowaliśmy zrobić pętelkę i dlatego też początek naszej marszruty wyznaczał żółty szlak. Początkowo wiódł on wzdłuż zabudowań mieszkalnych, jednak dość szybko odbiliśmy w las.        Już sam początek trasy wiódł naprawdę malowniczą ścieżką wśród drzew. Raz opadał w dół, raz trzeba było się ciut zmęczyć wchodząc pod górę - generalnie szło się bardzo miło. Jedynie pogoda z lekka zaczynała nas wykańczać. Było strasznie duszno i parno i nawet w lesie żadnego przewiewu nie było, w związku z czym męczyliśmy się podwójnie. Po kilkunastu minutach takiej wędrówki dotarliśmy do Piekiełka, będącego nieużytkowanym już starym kamieniołomem. Swoją nazwę, o czym można dowiedzieć się z tablicy informacyjnej umieszczonej nieopodal, zawdzięcza legendzie, według której na dnie głębokiego wyrobiska znajdowały się mityczne wrota do piekła. Nam nie udało się ich przyuważyć, ale możliwe, że są tam gdzieś faktycznie ukryte. Bo czemu by nie. ;)         Po krótkim postoju w Piekiełku, ruszyliśmy dalej. Chwilami szlak był dość mocno zatarasowany i mimo naprawdę doskonałych oznaczeń, ciężko się momentami szło. Widać było, że trochę wiało, bo natykaliśmy się na sporo powyrywanych drzew i połamanych gałęzi, chociaż część z nich była celową wycinką. W swojej środkowej części droga wiodła skrajem lasu, dzięki czemu pojawiło się nieco widoków, ale nie było to raczej nic spektakularnego. Niemniej, przyjemnie było zobaczyć coś innego niż tylko drzewa. ;)      Ostatni etap wędrówki żółtym szlakiem prowadził momentami ostro w górę, prosto do Górskiego Domu Turysty pod Biskupią Kopą. Szczególnie fragment tuż pod samym schroniskiem był dość ciężki, bowiem wiódł po kamieniach, które momentami się gwałtownie osuwały. I bardzo podziwiałam w tym momencie dwie pary, które nas mijały. Panie w klapeczkach i na szpileczkach prowadziły za rękę małe dzieciaki, a ich drugie połówki schodziły prowadząc wielkie dziecięce wózki. To jak zjeżdżali po tych kamieniach pozostanie dla mnie tajemnicą, bo ja już pewnie dawno połamałabym nogi. ;)       Schronisko przywitało nas ciepłą atmosferą, lekkim deszczykiem i mnóstwem ludzi, których zupełnie nie widzieliśmy na szlaku. Minęliśmy bowiem na naszej trasie może kilkanaście osób, a tutaj było ich zdecydowanie więcej. Widocznie mało kto wybierał szlak, którym my wchodziliśmy, większość szła nieco łatwiejszymi, jak przykładowo czerwonym, którym mieliśmy schodzić. W samym budynku schroniska tłumu nie było i mogliśmy spokojnie podziwiać jego wystrój, w tym znaną wystawę krawatów, obciętych turystom, którzy przypadkiem właśnie mając je na sobie wejdą na szczyt. Jak głosi przestroga umieszczona w Sali Kominkowej schroniska: "Oświadcza się wszem, wobec i każdemu z osobna/że kto na Kopę w krawacie wejdzie, hańba temu okropna/albowiem każdy prawdziwy wie turysta/że krawat w górach to bzdura oczywista". Na szczęście żadne z nas takowego nie miało na sobie i nie dorzuciliśmy swojej cegiełki do sporej już kolekcji artefaktów wiszących pod sufitem.       Schronisko nie znajduje się bezpośrednio na szczycie, aby się tam dostać należy przejść jeszcze kilkaset metrów czerwonym szlakiem. Tutaj także chwilami idzie się dość mocno pod górę, bowiem musimy się przemieścić o niecałe sto metrów wyżej. Na szlaku można spotkać nie tylko sporą liczbę ludzi, ale także wiele osób wjeżdżających na rowerach, za co naprawdę podziwiam. Chociaż przyznam szczerze, że widzieliśmy kilka osób, którym ta sztuka się nie udała i wchodzili na górę ciągnąc rower za sobą. To i tak spory wyczyn, bo ja swój (gdyby tylko przyszło mi do głowy coś takiego) zostawiłabym na dole, przypięty do pierwszego lepszego drzewa. ;)            Biskupia Kopa leży już na samej granicy z Czechami, dlatego też (jak widać na zdjęciu powyżej) można sobie spokojnie odpocząć na słupkach granicznych. Na samym szczycie (już po stronie czeskiej) znajduje się zabytkowa wieża widokowa o wysokości 18 metrów, pochodząca z końca wieku dziewiętnastego. Niestety, sytuacja na szczycie bardzo nas zaskoczyła, bowiem trafiliśmy na kilka wycieczek, w tym także kolonijnych. Dodatkowo pogoda się jeszcze bardziej pogorszyła, zaczął wiać silny wiatr, a niebo zasnuły chmury. Mimo to postanowiliśmy wejść na wieżę, chociaż wiązało się to z kilkunastominutowym oczekiwaniem, aż dzieciaki z niej zejdą.           Niestety, na szczycie wieży potwierdziły się wszystkie moje obawy i widoków za bardzo nie było. A szkoda, bo można wyczytać w internecie, że roztaczają się stamtąd naprawdę przepiękne landszafty. Nam nie było dane ich zobaczyć, chociaż nie mogę powiedzieć, że nie widzieliśmy zupełnie niczego. Po prostu spodziewałam się, że będzie lepiej i byłam smutna, że nie udało nam się, bo raczej drugi raz się tutaj już nie pojawimy. Na wieży nie siedzieliśmy zbyt długo, bo wiatr skutecznie uniemożliwiał nawet robienie zdjęć, więc dość szybko ruszyliśmy w drogę powrotną.        Schodziliśmy wspominanym już czerwony szlakiem, prosto do Jarnołtówka. Tutaj także chwilami można było dostrzec między drzewami zarys miasteczka i jego okolic, jednak tylko w początkowej jego części. Później znowu schodziliśmy drogą przez las, o dość sporym stopniu nachylenia, bo niemalże nią zbiegaliśmy, wyprzedzając wszystkich, których napotkaliśmy na naszej drodze. W końcowej fazie naszej wędrówki, gdy praktycznie wyszliśmy już z lasu, przejaśniło się, wyszło piękne słońce i znów zrobiło się bardzo ciepło. :)       Naszą wędrówkę czerwonym szlakiem zakończyliśmy na Moście Zakochanych, obowiązkowo przyozdobionym kłódkami. Widać nie tylko w wielkich miastach mają taką nową świecką tradycję. Nawet jeden z mijanych przez nas mieszkańców proponował nam zrobienia zdjęcia na tym mostku, jednak grzecznie podziękowaliśmy, ograniczając się jedynie do fotografii samej atrakcji. Bo co by nie mówić, wyglądał naprawdę bardzo ładnie. :)        Przyznam szczerze, że nieco rozczarowana byłam tym szczytem, szczególnie widokami z niego. Z drugiej strony ciężko jest przewidzieć, co tak naprawdę może nas spotkać kilkaset metrów wyżej i dlatego też trzeba się pogodzić z faktem, że pogoda w górach bywa bardzo kapryśna. Ale najważniejszy był fakt, że po trzech godzinach wędrówki i dziesięciu kilometrach z małym haczykiem, kolejny szczyt Korony mogliśmy zapisać na naszej liście, która łącznie liczy już dziesięć pozycji. Osiemnaście jeszcze przed nami, ale to zapewne dopiero w przyszłym roku. :)~~Madusia.

Zielone wzgórza nad Soliną :)

PO PROSTU MADUSIA

Zielone wzgórza nad Soliną :)

       I mamy jesień. Pogoda zmienna jak w kalejdoskopie, już zaczyna odbijać się na moim zdrowiu. Dodatkowo tegoroczny październik jest niejako miesiącem przejściowym i do tego pełnym zmian, także zapowiada się naprawdę bardzo intensywnie. A pod względem blogowania zdecydowanie ciekawiej zapowiada się jednak listopad, bowiem za miesiąc o tej porze będziemy się pakować, żeby wyruszyć w kolejną wspólną podróż. Na szczegóły jeszcze przyjdzie czas (chociaż praktycznie cały wyjazd zaplanowaliśmy w dwa dni od momentu zakupu biletów), a na razie zainspirowana komentarzem pod poprzednią opowieścią, zapraszam Was wszystkich nad piękną Solinę. Będzie to nieco wspominkowa notka, bowiem żeglowałam tam cztery i pięć lat temu ze znajomymi ze studiów, a w tym roku wpadliśmy z Tomaszem nad nią, żeby przejść się po zaporze. ;)         Pierwszy raz pojechaliśmy żeglować po Solinie na przełomie czerwca i lipca napędzeni wiosennym pobytem na Mazurach. Ekipa była niewielka, raptem w piątkę pojechaliśmy, ale i tak klimat był niepowtarzalny. Mieliśmy swoją małą zatoczkę w Polańczyku, gdzie wieczorami oglądaliśmy w uroczych knajpkach MŚ w piłce nożnej w RPA. Nie miałam wtedy zbyt wielkiego pojęcia o żeglowaniu, więc na zbyt wiele się nie przydawałam, najczęściej robiłam właśnie zdjęcia okolicy. A że nad Soliną są one niezwykle malownicze, toteż fotografii stamtąd przywiozłam sporo. Zresztą, zawsze wychodziłam z założenia, że są one przepiękną pamiątkę i nie rozstawałam się z aparatem prawie nigdy. ;)        Wielkość tego zbiornika nie jest szczególnie duża, bowiem ma on 22 km², dlatego nie jest wielką sztuką jego przepłynięcie. Raz się zapuściliśmy dalej i nie nocowaliśmy w Polańczyku, tylko przy jakimś drewnianym, dość mocno rozpadającym się pomoście. Pomimo niedogodności, było to zdecydowanie szalenie urokliwe miejsce, gdzie słońce zachodziło absolutnie przepięknie. Do tego cisza i spokój, gdyż Solina jest strefą ciszy i nie można się po niej poruszać na pojazdach silnikowych (wyjątkiem są oczywiście służby ratunkowe). Jest to ogromne różnica w porównaniu z Mazurami, gdzie w sezonie hałas jest chwilami niemożliwy do wytrzymania.         Podczas tego pierwszego pobytu podpłynęliśmy także do samej zapory (na tyle na ile jest to oczywiście możliwe), aby zacumować przy brzegu i przejść się po niej i po okolicznych miejscówkach. Akurat miało to miejsce dość późnym popołudniem, także tłoku zbyt wielkiego nie było. Za to widoki były nieziemskie, dodatkowo zachodzące słońca zgotowało nam niesamowity spektakl.          Za drugim razem, rok później, przyjechaliśmy do Polańczyka większą ekipą i pływaliśmy na dwie łódki. Zabawy było mnóstwo, środek lipca, idealna pogoda i szalenie pozytywnie zakręceni ludzie. Czego można chcieć więcej. I nawet nie nudziło nam się pływanie po własnych śladach - wprost przeciwnie, było to nawet przyjemne. :)       Tym razem nieco więcej się ruszaliśmy, płynąc m.in. do Teleśnicy na przepyszny obiad (bo ile można jeść jedzenie z puszki ;p), gdzie w ramach przerwy od pływania graliśmy w siatkówkę w meczu międzyłódkowym. Chociaż muszę przyznać, że jednak nad Soliną niezbyt mocno rozwinięta jest infrastruktura żeglarska, ale ma to także swój urok. Raz mieliśmy niezłą przygodę, bo nie udało nam się przed zmierzchem dopłynąć z powrotem do Polańczyka, a dodatkowo część ekipy miała problemy żołądkowe (podejrzewaliśmy nawet jakieś zbiorowe zatrucie) i byliśmy zmuszeni przybić do wyspy, na której znajduje się baza WOPRu. Na szczęście przyjaźni ratownicy pozwolili nas zostać na tą jedną noc bez większych problemów. ;)         Podczas tego wyjazdu dopłynęliśmy do najpiękniejszej zatoczki, jaką spotkałam na całej Solinie. Tutaj także dopadło nas zachodzące słońce, które po raz kolejny przygotowało nam przepiękne widowisko. Nie tylko nad morzem czy na Mazurach zachody mają swój urok - te nad Soliną w niczym im nie ustępują. A nawet są jeszcze piękniejsze, bowiem tutaj praktycznie nic nie zakłóca odgłosów natury. :)          Zawsze żałowałam, że nigdy więcej nie zdarzyło mi się tam żeglować, bo to naprawdę jest idealny sposób na odpoczynek. Można się tam wyciszyć, zrelaksować i zapomnieć o całym świecie. Dodatkowym plusem jest fakt, że Solina nie jest jeszcze tak skomercjalizowana i naprawdę można znaleźć miejsca, w których czas się zatrzymał (a przynajmniej tak było kilka lat temu). Do tego, jest to czyste jezioro i można w nim spokojnie popływać. Tak też umilaliśmy sobie żeglowanie, skacząc z płynącej łódki do wody i później płynąc za nią. Sama także tak robiłam, przynajmniej do momentu, gdy kolega się mnie zapytał, czy zdaję sobie sprawę, że pode mną jest kilkadziesiąt metrów do dna. Wtedy się nieco zestresowałam i już za bardzo nie chciałam sama pływać, wolałam asekurować się kołem ratunkowym. ;) Także i tutaj zdarzały się momenty, gdy sterowałam łódką, chociaż w moim przypadku nierozróżnianie prawej strony od lewej sprawiało, że stawało się to dość problematyczne. Na szczęście, tłoku na wodzie nie było i nikt nie zwracał uwagi na moje chwilami gwałtowne ruchy. ;)           Ostatni raz nad Soliną byłam z Tomaszem w lipcu, gdy pojechaliśmy w Bieszczady. Po wschodzie słońca na Połoninie Caryńskiej mieliśmy kilka godzin wolnego czasu, zanim mogliśmy się zameldować w pokoju. Postanowiliśmy ten czas wykorzystać w sposób twórczy i pojechaliśmy bardzo zmęczeni do Soliny, żeby przejść się po zaporze. Nieprzespana noc dawała nam już mocno w kość, dojazd także (bo to prawie godzina w jedną stronę po naprawdę krętych drogach), a okazało się, że nie mamy nawet cienia szansy na relaks. Tłum na zaporze i drodze do niej prowadzącej był ogromny. Większość ludzi okupowała alejkę z przeróżnymi budkami i straganami z pamiątkami. My postanowiliśmy sobie kupić zakręconego ziemniaka, ale zajęło nam to kwadrans z brzęczącymi nad uchem turystami mówiącymi w bardzo dziwnym języku. ;)         Spacer po zaporze i jej okolicach zajął nam jakąś godzinę, gdyż warunki były wybitnie niesprzyjające. Na małym skrawku plaży, gdzie obowiązywał co prawda zakaz pływania, ale nikt nic sobie z niego nie robił, panował niesamowity harmider. Sporo ludzi i głośna muzyka w najgorszym stylu umcyk-umcyk-upa-upa sprawiały, że nawet nie mieliśmy ochoty nigdzie przysiąść na moment. Inna sprawa, że i tak nie bardzo było gdzie. ;) Przespacerowaliśmy się jedynie kawałek i szybkim tempem wróciliśmy z powrotem do samochodu.        Generalnie zdecydowanie bardziej podobało mi się żeglowanie po Solinie niż samo chodzenie po zaporze. Ten pierwszy sposób spędzania czasu jest o wiele odprężający i pozwala się naprawdę zrelaksować. I o wiele przyjemniej jest też w samym Polańczyku niż w Solinie - mimo iż oba miejsca bywają zatłoczone, to w tym pierwszym nie ma takiego jarmarcznego klimatu. Dużym plusem jest także to, że można w Polańczyku trafić na miejsca, gdzie przepysznie można zjeść - polecam zwłaszcza placek po bieszczadzku, którego zawsze zjadam, gdy tylko udaje mi się znaleźć w tamtych okolicach. A i Jezioro Solińskie z tego miejsca o wiele bardziej mi się podoba. ~~Madusia.

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady: Połonina Caryńska w blasku słońca

PO PROSTU MADUSIA

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady: Połonina Caryńska w blasku słońca

        Zaczęła się jesień i zrobiło się brzydko. Mam nadzieję, że to tylko tak na początku będzie wyglądać, bo w przeciwnym razie zapłaczę się w Krakowie z powodu tej wszechogarniającej szarości. Dobrze, że na początku listopada będziemy mieli kilka chwil odpoczynku od jesiennej pogody (o ile gdzie indziej dopisze), ale o tym na razie cicho sza, jeszcze ponad pięć tygodni, więc nie ma co zapeszać. A na razie powracam do początku wakacji, gdy ruszyliśmy w Bieszczady. Opowieść o wschodzie słońca bije wszelkie rekordy popularności, więc najwyższa pora na drugą część naszego porannego spaceru, która swym urokiem wcale nie odbiegała od pierwszej. Sami zobaczcie. :)        Pierwsze dwie godziny po wschodzie słońca przesiedzieliśmy na ławeczkach w najwyższym punkcie Połoniny Caryńskiej - Kruhlym Wierchu (1297 m.n.p.m.). Było to idealne miejsce, bowiem spokojnie można było się schować za skałkami przed podmuchami chwilami naprawdę mocnego i zimnego wiatru, a dodatkowo rozciągał się stamtąd niesamowity widok, który praktycznie z każdej strony został zaprezentowany w poprzedniej bieszczadzkiej opowieści. Po tych dwóch godzinach doszliśmy do wniosku, że wypada się w końcu przejść gdzieś dalej, chociaż czas zupełnie nas nie gonił. Pierwszy raz byliśmy w górach i kompletnie nigdzie nam się nie spieszyło, więc korzystaliśmy z tego całkowicie. :)        Przyszła jednak pora, gdy zwinęliśmy swój mały obóz, rzuciliśmy ostatnie spojrzenie na okolicę i ruszyliśmy przed siebie. Słońce z każdą minutą było coraz wyżej na horyzoncie i coraz piękniej i mocniej świeciło. Tylko wiatr ciągle jeszcze wiał dość gwałtownie i spychał mnie chwilami ze szlaku. Ale nie przeszkadzało mi to zupełnie w podziwianiu okolicy, która naprawdę robiła na mnie niesamowite wrażenie. Ciągle mam w pamięci te widoki i zdjęcia zupełnie nie oddają ich uroku.        Spacer Połoniną Caryńską był niezwykle przyjemny. Wędrowanie grzbietem, raz w górę, a raz w dół, piękne łąki dookoła, doliny i szczyty gór - wszystko to tworzyło naprawdę niesamowite przeżycia. Nigdzie indziej nie czułam się tak blisko natury jak właśnie w Bieszczadach o poranku. I wszystko to na wyciągnięcie ręki tylko dla nas samych, bowiem nikogo jeszcze nie spotkaliśmy na swojej drodze. Absolutnie fantastyczne przeżycie.         Na zdjęciach widać, że ciągle dość mocno opakowani byliśmy, bo jednak za ciepło nam jeszcze nie było. Chociaż z każdym kolejnym krokiem rozgrzewaliśmy się coraz bardziej, a i też coraz mocniej słońce grzało. Na razie nikomu nie chciało się rozbierać, woleliśmy chłonąć atmosferę panującą dookoła. Wiem, że ciągle się powtarzam, ale tam naprawdę było przepięknie i było to dla mnie niepowtarzalne przeżycie, mimo iż kilka wschodów słońca i porannych spacerów w swoim życiu widziałam i miałam. Ten jednak przebił wszystkie. Zdecydowanie lepiej niż słowa wyrażają to zdjęcia, dlatego też tak sporo ich w tej opowieści.      Tuż za skrzyżowaniem szlaku czerwonego z zielonym prowadzącym do Bacówki pod Małą Rawką, gdzie mieliśmy w planach zjeść później śniadanie, napotkaliśmy pierwszego wędrowca. Przywitaliśmy się radośnie, chociaż na pewno każde z nas popatrzyło na siebie ze zdziwieniem. Nas przede wszystkim zaskoczył ubiór tego pana, bo kompletnie różnił się od naszego. A przecież szliśmy o tej samej porze. Widocznie pan był zdecydowanie bardziej rozgrzany od nas, bo my dopiero po kilku godzinach przeszliśmy na strój podobny do jego. Chociaż wiązało się to akurat z faktem, że resztę ubrań mieliśmy w samochodzie, do którego po prostu musieliśmy wrócić. ;)        Bardzo podobały mi się rumowiska skalne, zwane grechotami, które chwilami można było zobaczyć na zboczach połoniny. Wyglądały prawie jak naklejone na trawę. ;) Generalnie szlak na Połoninie Caryńskiej jest ścieżką edukacyjną i znajdują się na nim tabliczki, na których opisane są mijane miejsca. To właśnie z jednej z nich dowiedzieliśmy się o grechotach, bowiem wcześniej żadne z nas nie słyszało tego określenia. Myślę, że to bardzo fajny pomysł na edukację, zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego i interesującego. :)         Naszą wędrówkę po Połoninie Caryńskiej zakończyliśmy na kolejnym skrzyżowaniu szlaków, gdzie zielonym można było dotrzeć do studenckiego schroniska Koliba. Myśmy jednak w planach mieli śniadanie pod Małą Rawką, więc musieliśmy się kawałek wrócić, przechodząc ponownie grzbietem połoniny. Tym razem jednak ciut mniej się nią zachwycaliśmy, bo powoli zaczynało nas łapać zmęczenie. Nieprzespana noc jednak zaczynała dawać nam się we znaki.        Kiedy ponownie dotarliśmy do mijanego już wcześniej skrzyżowania szlaków, po raz ostatni rzuciliśmy okiem na przepiękne widoki po drugiej stronie Połoniny Caryńskiej i raźno ruszyliśmy w dół. Tutaj droga już nie była aż tak malownicza, chociaż i tak swoim urokiem przebijała wiele wcześniej zrobionych przez nas tras. Ciągle liczyliśmy, że uda nam się spotkać jakieś zwierzątka (teraz, gdy było już jasno, aż tak się nie bałam tego spotkania), ale niestety nie było nam to dane. Szybkim marszem udaliśmy się już prosto do schroniska, chociaż droga wydawała nam się zdecydowanie dłuższa niż myśleliśmy, szczególnie już w ostatnich chwilach, gdy słońce przygrzewało masakrycznie, a myśmy się dusili w długich spodniach. Za to śniadanie w schronisku smakowało obłędnie - słodka herbatka, świeży chlebek i cudownie przepyszna jajecznica. Aż po takim posiłku Tomasz musiał uciąć sobie krótką drzemkę na trawce przed schroniskiem. ;)       Ze schroniska do samochodu mieliśmy jakieś cztery kilometry i były to jedne z najdłuższych w moim życiu, bo upał w momencie zrobił się niesamowity. Jeszcze wcześniej nie pomyślałam i nie zapakowałam dodatkowej pary skarpetek i musiałam całą tą drogę iść w grubych rajstopach, bo na bose stopy górskich butów raczej nosić się nie da. Ale przeżyliśmy i szczęśliwi dotarliśmy do samochodu.        Na koniec mogę jedynie powiedzieć, że każdemu polecam z całego serduszka taki spacer. Bieszczady o poranku są niepowtarzalne, magiczne i niesamowite. Takie rzeczy wspomina się do końca życia i dlatego też warto to przeżyć. Żeby móc później o tym opowiadać i wspominać w taką burą jesień, jaka się właśnie za moim oknem zrobiła. :)~~~Madusia.

Chorwacja pod żaglami: Błękitna jaskinia

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: Błękitna jaskinia

           Początek września jak zwykle obfitował w sporo ważnych wydarzeń i niespodziewanych zwrotów akcji, ale wszystko jest już na najlepszej drodze do szczęśliwego zakończenia. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo to jednak nigdy nic nie wiadomo. Ale nie ma się co stresować, lepiej zabrać się za przyjemniejsze rzeczy. I dlatego też wracam dzisiaj wspomnieniami do majowego wypadu na Chorwację, gdy przepięknie sobie żeglowaliśmy po niesamowicie uroczym Adriatyku. I pewnego dnia, po śniadanku, wyruszyliśmy z Komizy na Visie, w kierunku wyspy Bisevo, gdzie na wąskich wapiennych brzegach znajduje się jedno z piękniejszych miejsc, w jakim byłam do tej pory - Błękitna Jaskinia. I to do niej dzisiaj Was zapraszam. :)        Modra špilja znajduje się około pięciu kilometrów od Komizy, także droga do niej nie była szczególnie długa. Pogoda akurat dość średnia była, nieco przyświecało słońce, ale chwilami niebo przysłaniały także i chmury. Poziom fal był nieco za wysoki, ale na szczęście nie były wielką przeszkodą w dostaniu się do jaskini. Wejście bowiem do niej jest niewielkie (mierzy około metra wysokości) i można do niej wpłynąć jedynie pontonem lub motorówką, co niestety przy zbyt wysokich falach nie jest możliwe. Nam akurat warunki sprzyjały, na szczęście. ;)        Jak już wspomniałam, wpłynięcie do niej możliwe jest jedynie na pontonie, także musieliśmy zwodować nasz i zapakować się na niego. Był dość mały, także płynęliśmy trójkami. Cieszyłam się, że byliśmy akurat w tej pierwszej, dzięki temu mogliśmy już później ze spokojem obserwować zmagania drugiej części ekipy podczas dopływania do wejścia. A była to naprawdę chwilami ciężka sztuka, bowiem fale rozbijały się o skały i wiosłowanie praktycznie nie dawało żadnego rezultatu. Trzeba było pagajować, co na malutkim pontonie wcale nie jest łatwą sztuką. Zwłaszcza jak płynie się we trójkę, dwie osoby machają wiosłami, a trzecia usiłuje się nie utopić robiąc zdjęcia, jak to miało miejsce w naszym przypadku. ;)       Wejścia do jaskini strzeże pan, który ma po prostu fuchę roku. Siedzi na łódce i zbiera opłaty za wpłynięcie, wydając pamiątkowy bilecik, na którego odwrocie zamieszczone są najważniejsze wiadomości o tym miejscu. Fakt faktem, drogo się cenią, bo od osoby coś około czterdziestu kun, także ponad dwadzieścia złotych w przeliczeniu, ale wydaje mi się, że jednak warto wpłynąć do takiego miejsca. Na samym wejściu jest dość wąsko i trzeba uważać, żeby nie zderzyć się z innymi pontonami, bo jednak ruch jest dość spory. Myśmy akurat załapali się na taki moment, w którym jedna ekipa nas mijała wypływając, przez co większość czasu byliśmy sami. :)        Po przepłynięciu pierwszego zakrętu robi się jasne, dlaczego jaskinia nosi właśnie taką nazwę, a nie inną. Tam jest po prostu totalnie niebiesko. Dzieje się tak, ponieważ słońce z zewnątrz wpada do niej jedynie pod powierzchnią wody i odbija się od dna, przez co błękit jest wprost niesamowity. Aż ciężko go opisać słowami, zdjęcia także nie oddają w pełni tego, jak naprawdę to miejsce wygląda. Cudo. Po prostu. Dodatkowo woda jest tak czysta, że można przyjrzeć się skałom znajdującym się pod nią. A na zdjęciach, to już w ogóle przepięknie się prezentowała. W tym momencie cieszyłam się najbardziej, że pożyczyliśmy od kolegi aparat do robienia zdjęć pod nią, bowiem w tym miejscu sprawdził się idealnie. :)        Wypłynięcie z jaskini było już nieco łatwiejsze, zwłaszcza jak już się człowiek nasycił takimi absolutnie uroczymi widokami. Powrót na łódkę przebiegał spokojnie, podzieliliśmy się zachwytem z resztą załogi i zaczęliśmy obserwować ich zmagania z dopłynięciem do wejścia. Było zdecydowanie zabawniej niż w naszym przypadku, szczególnie gdy dopłynęli na drugi kraniec wejścia i musieli się po linie przemieszczać w kierunku pana na łódce. Który to pan tak zupełnym nawiasem mówiąc, całkowicie się nimi nie przejmował i  nawet się nie ruszył. A myślałam, że takie urozmaicenie w pracy mu się spodoba. Widocznie jednak był już uodporniony. ;)            Muszę przyznać, że chociaż z zewnątrz wygląda to wszystko bardzo niepozornie, to jednak zdecydowanie warto wybrać się tam na wycieczkę. Naprawdę przeżycia są niesamowite, a widoków się nie zapomina przez bardzo długi czas. Warty zaznaczenia jest fakt, że najlepsze widoki są w jaskini tuż przed południem, ponieważ wtedy słońce najpiękniej ją oświetla, tworząc ten fantastyczny błękit wewnątrz. Myśmy akurat zupełnym przypadkiem trafili do niej mniej więcej właśnie o tej porze i możliwe, że dlatego też aż tak mocno mnie zachwyciła. Gdybyście przypadkiem gdzieś przepływali w okolicy, to koniecznie tam zajrzyjcie. :)~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: urodzinowy Kozi Wierch w Tatrach 2291 m.n.p.m. :)

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: urodzinowy Kozi Wierch w Tatrach 2291 m.n.p.m. :)

          W piątek był wyjątkowy dzień. A wiadomym jest, że takie dni powinno spędzać się w wyjątkowy sposób. I dlatego też wymyśliłam, że urodziny Tomasza spędzimy na górskich szlakach. Raz, że dawno już w górach nie byliśmy. Dwa, że ładna pogoda miała być. Trzy, że ćwierćwiecze nie zdarza się co roku. Planowaliśmy wejść na Babią Górę Percią Akademików, ale wyczytaliśmy, że do końca września jest zamknięta z powodu remontu szlaku. Po dłuższym zastanowieniu postanowiliśmy, że jeśli już świętować, to z przytupem i pojedziemy w Tatry. Wybór trasy też nie był łatwy, w zbyt wielu miejscach jeszcze nie byliśmy i na zbyt wiele chcielibyśmy wejść. Tomasz chciał się wybrać na Krzyżne, na którym ja już kiedyś byłam, rozważaliśmy też Zawrat, aż wreszcie stanęło na czymś pomiędzy nimi, czyli na Kozim Wierchu. I był to naprawdę bardzo dobry wybór. :)      Z Krakowa wyruszyliśmy wczesnym bladym świtem, żeby zameldować się na parkingu na Palenicy Białczańskiej w okolicach godziny siódmej trzydzieści. Całkiem sporo ludzi już tam było, jeszcze więcej jechało za nami, ostatni wakacyjny piątek okazał się być dobrym terminem do górskich wędrówek nie tylko dla nas. Założyliśmy odpowiednie buty, sprawdziliśmy, czy wszystko mamy w plecakach, zakupiliśmy bilet do TPN i ruszyliśmy raźno asfaltową drogą przed siebie. Było jeszcze dość chłodno, aczkolwiek z każdym krokiem rozgrzewaliśmy się i jeszcze przed Wodogrzmotami Mickiewicza musieliśmy zrobić postój na ławce, żeby pozbyć się długich spodni, które później całą drogę ciążyły nam w plecakach. wyschnięty potoczek.Wodogrzmoty Mickiewicza.        Tuż za Wodogrzmotami Mickiewicza skręciliśmy w zielony szlak wiodący prosto do Doliny Pięciu Stawów. Jest to jedna z częściej uczęszczanych przez nas tras w Tatrach, która jednak niezmiennie robi duże wrażenie. Tym razem jej początkowa część minęła nam bardzo szybko, mieliśmy dość mocno tempo, które pozwalało nam wyprzedzać większość osób znajdujących się przed nami. Korzystaliśmy z okazji, że jeszcze nie było szalonych upałów, które zawsze spowalniają wędrówkę.        Zdecydowanie piękniejsza widokowo jest druga część trasy, ta od Nowej Roztoki w górę, gdy wychodzi się już z lasu. Doskonale widoczna staje się wówczas za naszymi plecami dolina, którą wędrujemy, a otaczające ją góry wydają się być o wiele wyższe niż są w rzeczywistości. W tym fragmencie zdecydowanie częściej zdarza mi się patrzeć za siebie, przez co zwykle idę nieco wolniej. ;)        Przyznam szczerze, że wybraliśmy zielony szlak do Doliny Pięciu Stawów także z powodu ostatnich doniesień prasowych, że Siklawa z powodu upałów całkowicie wyschła. Chcieliśmy się o tym przekonać na własne oczy. I jak faktycznie w niższych partiach zdarzało się nam zobaczyć wyschnięte potoczki, tak z Siklawą było całkiem nieźle. Może faktycznie nieco słabsza była niż gdy ostatnio ją widzieliśmy w październiku, ale spokojnie dawała radę. I nawet nieźle prezentowała się na zdjęciach. ;)Siklawa. ;)        Najcięższym fragmentem zielonego szlaku jest zdecydowanie część od Rzeżuchy już do samej Doliny. Tutaj zawsze się najbardziej męczę, bo droga staje się dość stroma. Tym razem pogoda nieco ułatwiała wędrówkę, bo ostatnim razem strasznie wiało i niemalże spychało mnie ze szlaku, teraz tak nie było. Problemem jest tutaj fakt, że chwilami wytyczona ścieżka jest dość wąska i ciężko się minąć, a niestety niektórzy kulturę zostawili chyba na parkingu, bo przepychali się niemiłosiernie albo tamowali ruch, wychodząc z założenia, że skoro są z przodu, to reszta musi się do nich dostosować. Chociaż i tak moimi faworytami są ludzie wchodzący z kijkami, którymi chwilami posługują się tak, jakby chcieli nadziać na nie jak najwięcej osób. Na szczęście dotarcie do Doliny Pięciu Stawów pozwala natychmiast zapomnieć o wszelkich niedogodnościach, bo jej piękno zapiera dech w piersiach. Za każdym razem. :)       Tym razem zrezygnowaliśmy z wizyty w schronisku i od razu ruszyliśmy niebieskim szlakiem wzdłuż Wielkiego Stawu, aby mniej więcej w jego połowie robić mały obóz na krótki odpoczynek. Tutaj bowiem zaczynał się czarny szlak wiodący na Kozi Wierch, którym planowaliśmy wchodzić. Śmialiśmy się, że rozbijamy tutaj obóz, żeby się zaaklimatyzować przed dalszą drogą, bo miała być zdecydowanie najcięższym szlakiem jakim do tej pory wspólnie przeszliśmy. No i trzeba było oczywiście zjeść śniadanko, uzupełnić płyny i ogólnie zrelaksować się chwilkę. Cieszył nas dodatkowo fakt, że praktycznie wszyscy omijali ten czarny szlak kierując się prosto dalej niebieskim na Zawrat. Dobrze to wróżyło nam na dalszą drogę. :)chwila odpoczynku przed wejściem na czarny szlak. :)        Tak patrząc z dołu droga nie wydawała się zbyt trudna. Co prawda, przez większość czasu nie do końca miałam pojęcie, gdzie dokładnie idziemy. Wiedziałam jedynie, że w górę i tego się trzymałam. Nieco mnie zaskoczył fakt, że mapa pokazywała, że czekająca nas droga ma jedynie półtora kilometra i ma zająć aż półtorej godziny. Po kilkunastu jednak minutach żmudnej wspinaczki już wiedziałam czemu. Szlak wiedzie zakosami, na początku po ścieżce, ale z każdym kolejnym metrem w górę zaczynają się pojawiać kamienie, na które naprawdę trzeba uważać. Część z nich jest niestabilna, łatwo można się poślizgnąć. Chwilami aż żałowaliśmy, że w niektórych miejscach nie było łańcuchów, bo mogłyby spokojnie się tutaj przydać. Trzeba było sobie radzić za pomocą własnych rączek i żałowałam, że nie zapakowaliśmy do plecaków rękawiczek, które zdecydowanie ułatwiałyby wchodzenie. ;)w tym miejscu rolę łańcuchów pełniły korzenie.          Im było wyżej, tym bardziej cieszył nas fakt, że szlak był wyjątkowo słabo obłożony, jedynie kilka razy mieliśmy mijanki. Ten mały ruch pozwalał przede wszystkim na zatrzymywanie się w dowolnym miejscu, gdy czuło się, że przerwa jest potrzebna. Należy zauważyć, że droga jest dość mocno eksponowana i przez cały czas słońce bardzo mocno na nas świeciło. Dzień był naprawdę wyjątkowo piękny, widoki ze szczytu zapowiadały się przepięknie, co było widać już podczas wspinaczki. Dodatkowym zaś smaczkiem trasy jest to, że w końcowym fragmencie drogi na szczyt wiedzie ona przez Orlą Perć, co pozwala poczuć, jak ciężkim jest ona szlakiem. Niemniej nawet taki krótki kawałeczek zaostrza apetyt, żeby kiedyś spróbować jej w całości. ;)czerwony szlak to Orla Perć. <3        Jakkolwiek droga na szczyt jest dość ciężka, tak widoki z Koziego Wierchu wynagradzają całkowicie zmęczenie i trudy wędrówki. Ucieszyłam się, że można spokojnie sobie na nim usiąść i odpocząć, podziwiając widoki. Miałam w planie zapalenie świeczek na prowizorycznym torcie (za który służyła czekolada), ale niestety wiatr utrudniał tą czynność skutecznie i trzeba było się ograniczyć jedynie do złożenia życzeń i wzniesienia toastu za ćwierćwiecze malutką buteleczką chorwackiego wina. Do życzeń przyłączyli się także inni turyści, bowiem widać, że tutaj już zupełnie inna kultura wędrowania panuje. Wszyscy byli dla siebie bardzo mili, można było spokojnie zagadać i porozmawiać, co uczyniliśmy z jednymi ze wspinaczy, którzy wchodzili na Kozi Wierch Orlą Percią. Zresztą, zdecydowana większość osób właśnie tą drogą zdobywa ten szczyt, takich osób jak my jest stosunkowo niewiele. świętowanie. <3        Kozi Wierch jest najwyższą górą położoną w całości na terytorium naszego pięknego kraju, a widok roztaczający się z niego jest naprawdę niesamowity. Myślę, że na długi czas zostanie w naszych serduszkach. Jest to także miejsce, z którego idealnie widać wszystkie stawy z Doliny Pięciu Stawów, chociaż niestety panorama, jaką chcieliśmy z nimi zrobić, nie wyszła nam zbyt ładnie. A i inne widoki też zapierały dech w piersiach. Przepięknie widoczna jest Orla Perć, Czarny Staw Gąsienicowy, schronisko Murowaniec, Kasprowy Wierch, Giewont, a także z drugiej strony Rysy, Gerlach i wszystkie inne szczyty leżące niedaleko niech. Nie mogliśmy się oderwać od ich podziwiania, chyba z pół godziny spokojnie tutaj spędziliśmy. Zupełnie nie chciało się nam schodzić, zwłaszcza że podejrzewaliśmy, że droga w dół będzie jeszcze trudniejsza.widok na Czarny Staw Gąsienicowy. Świnica i Orla Perć.z widokiem na Rysy.         I oczywiście była. Szczególnie dla mnie, bo jednak moje niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu powoduje, że chwilami mam zdecydowanie zbyt krótkie nóżki, żeby spokojnie nimi dosięgnąć do kolejnej skalnej półki. Tomasz miał ze mnie niezwykły ubaw, gdy próbowałam schodzić używając w tym celu wszystkich części ciała. Chwilami aż bałam się, czy przypadkiem nie przetrę sobie spodni na czterech literach, bo często zdarzało mi się po prostu na nich zjeżdżać podpierając się rękami. tutaj dobrze widać szczyt Koziego Wierchu.dalej nie schodzę- siadłam i będę siedzieć. ;p        Dodatkowym czynnikiem utrudniających schodzenie było słońce świecące w tym momencie prosto w twarz. Trochę przeszkadzały mi też przecudne widoki na Dolinę Pięciu Stawów, które często mnie rozpraszały, a tutaj chwila nieuwagi mogła naprawdę sporo kosztować. Na szczęście nic się nam nie stało. ;)           Schodzenie chyba zajęło nam jeszcze więcej czasu niż wejście na górę, zwłaszcza że już pod sam koniec zaczynaliśmy czuć mięśnie, szczególnie na udach (jak się okazało po czasie, zakwasy mieliśmy do niedzieli i to takie, że ledwo mogliśmy wejść po schodach do domu). Powrót na parking do samochodu przebiegał dokładnie tą samą trasą, którą wchodziliśmy, także przyznam szczerze, że nieco nam się dłużył. Zmęczenie dawało o sobie znać, pod koniec ledwo już powłóczyłam nogami, a każdy kolejny kamień i stopień na drodze był prawdziwą torturą. Aż pierwszy raz w życiu ucieszyła mnie asfaltowa droga z Morskiego Oka, bo na niej nie trzeba było się zbyt mocno wysilać. Chociaż i tak dalej jej nie lubię, bo ciągle panuje tam niemiłosierny tłok.           Cała trasa zajęła nam dziewięć i pół godziny, w trakcie których zrobiliśmy dziewiętnaście kilometrów z malutkim haczykiem w postaci dwustu metrów. Pierwszy raz w życiu byliśmy tak strasznie wykończeni, nawet trzydziestokilometrowa trasa kiedyś nas tak nie wymęczyła. Różnica przewyższeń wyniosła prawie tysiąc czterysta metrów, co bardzo mocno odczuwaliśmy później w naszym mięśniach. Mimo takiego wysiłku, była to także zdecydowanie najpiękniejsza trasa jaką razem zrobiliśmy. Myślę, że jako prezent sprawdziła się doskonale, bo takie urodziny zawsze najlepiej się pamięta i wspomina. :)mapka poglądowa. :)           Podejrzewam, że nie była to nasza ostatnia wyprawa w góry w tym roku, być może nawet jeszcze w Tatry zawitamy, bo przyznam szczerze, że są one jak narkotyk. Szalenie wciągają i ciągle chce się ich więcej i więcej. A jeśli jesień tego roku będzie równie łaskawa jak zeszłego, to jeszcze sporo uda nam się zobaczyć. Taką przynajmniej mam nadzieję. :)~~Madusia.

Morawska perełka - piękny Mikulov

PO PROSTU MADUSIA

Morawska perełka - piękny Mikulov

       Ekstremalne upały nareszcie opuściły Kraków. I zrobiły to z przytupem, bo wczoraj mieliśmy niesamowite burze i ulewy, które niestety co nieco podtopiły miasto. Dzisiaj dalej utrzymuje się przyjemne dwadzieścia stopni, przez co są to idealne warunki do kolejnej wakacyjnej opowieści. Wracając bowiem z chorwackiej stolicy mieliśmy zaplanowany nocleg na Morawach, tuż za granicą austriacką. Nie mogliśmy w takiej sytuacji przegapić okazji do zwiedzenia przepięknego Mikulova- będącego uroczym miasteczkiem, z charakterystycznym pałacem górującym nad okolicą.       Dzień był niezwykle słoneczny i upalny, chociaż dla mnie rozpoczął się niezbyt korzystnie, bowiem pojawiły się problemy żołądkowe. I to właśnie one początkowo zdeterminowały plan naszej wycieczki. One i problemy z parkowaniem, gdyż nie mogliśmy nigdzie znaleźć wolnego miejsca i trochę krążyliśmy po uliczkach miasta. Po kilkunastu minutach udało nam się wreszcie zatrzymać po prostu na ulicy i po chwili okazało się, że miejsce było wprost idealne, bowiem do pałacu w linii prostej mieliśmy może z trzysta metrów. Szybko ruszyliśmy pod górę. Ja udałam się w stronę łazienki, a reszta poszła zorientować się jakie opcje zwiedzania mamy do wyboru w pałacu. Już w samej toalecie zorientowałam się, że nie wzięłam odpowiedniego portfela i miałam przy sobie jedynie chorwackie kuny, a tutaj potrzeba było dziesięciu koron czeskich. Niestety nie miałam czasu na szukanie bankomatu, więc przeprowadziłam polsko-czeską rozmowę z panią pilnującą tego zacnego przybytku, że ja bardzo muszę teraz i że przyniosę owe dziesięć koron za kilka chwil, jak znajdę bankomat. O dziwo, pani się zgodziła, co przyznam szczerze, zaskoczyło mnie. Zwłaszcza po ostatnich przygodach Michała Kwiatkowskiego na TdP, gdy w podobnej sytuacji odmówiono mu pomocy. Widocznie mam lepszą siłę przekonywania. ;)  widok na wieżę na Kozim Wierchu.                I dlatego też następnym punktem naszego zwiedzania było poszukiwanie bankomatu. Zajęło nam to dobre pół godziny, bowiem dość ciężko jest go znaleźć. Nie ma go bezpośrednio na rynku, jak się spodziewaliśmy, tylko jest kawałek dalej. Dopiero pani w sklepie nam wytłumaczyła, gdzie mamy go szukać. Przy okazji jednak też obejrzeliśmy sobie całą okolicę rynku, który prezentował się naprawdę uroczo. Szalenie dużo rowerów było na nim, bowiem na Morawach jest ogromna ilość ścieżek i tras rowerowych, cieszących się bardzo dużą popularnością. Nawet jadąc do Mikulova mijaliśmy mnóstwo rowerzystów i podziwialiśmy ich za jazdę w takim upale. Osobiście bym padła zapewne po pierwszym kilometrze. ;)rzeźba Trójcy Świętej zwana też Morową Kolumną, bowiem ustawiono ją po epidemii.         Po znalezieniu bankomatu, wróciliśmy ponownie do pałacu. Pani w toalecie była zdziwiona moim powrotem, przyznała szczerze, że zapomniała o tym, że miałam jeszcze zapłacić. Przy okazji rozmieniła nam dwieście koron, bowiem taki mieliśmy najmniejszy nominał banknotu. Sto dziewięćdziesiąt koron w monetach robiło wrażenie, szczególnie wagowo. ;)      Wreszcie mogliśmy udać się na zwiedzanie pałacu. I tutaj spotkało nas największe rozczarowanie, bowiem można go zwiedzać wyłącznie z przewodnikiem. Dodatkowo większość tras zajmowała ponad godzinę, a na tyle nie mogliśmy sobie pozwolić. Zresztą, zwiedzanie komnat mało nas zwykle interesuje, zdecydowanie bardziej interesują nas widoczki i przeróżne wieże. Tutaj niestety nie było możliwości wejść na żadną. Mimo to postanowiliśmy obejrzeć jedną z wystaw "Rzymianie i Germanie w kraju nad Palavą", przedstawiającą kulturę i znaleziska archeologiczne z czasów w pierwszych wiekach naszej ery. Jej ogromnym plusem był fakt, że znajdowała się ona w podziemiach i było tam dość chłodno, co pozwalało na chwilowy odpoczynek od szalonego upału panującego na zewnątrz. widok na pałacowy ogród, niestety zamknięty dla zwiedzających.dziedziniec pałacu.wieża zamkowa, też niedostępna.Kamienica pod Rycerzami po prawej stronie, po lewej Morowa Kolumna, dalej wieża kościoła św. Anny, a w tle Svatý kopeček.        Miasteczko otoczone jest trzema wzgórzami, z których najwyższy jest Svatý kopeček, wznoszący się na wysokość 363 m. Znajdują się na nim cztery barokowe kaplice, z największą - Św. Sebastiana. W każdym przewodniku czytaliśmy, że koniecznie trzeba na niego wejść, bowiem widok jest naprawdę niesamowity. Na wzniesienie wiedzie dość stroma ścieżka, która w takim upale byłaby morderczym podejściem porównywalnym do tego jakie musieli przebyć Frodo z Samem udając się do Góry Przeznaczenia, żeby pozbyć się pierścienia w LOTR. Z tego powodu musieliśmy zrezygnować z tej wyprawy. Na coś jednak chcieliśmy się wspiąć, a zdecydowanie przyjemniejsza była droga na Kozi Wierch, będący trzecim wzgórzem górującym nad miastem (obok Wzgórza Zamkowego i Świętego Pagórka). Mieści się na nim wieża obronna, pochodząca z XV w., która może nie prezentuje się najpiękniej, ale też jest idealnym punktem widokowym na okolicę. :)       Mieliśmy spore szczęście, bo akurat trafiliśmy na nią w momencie, gdy była zupełnie pusta. Dzięki temu mogliśmy spokojnie podziwiać piękno roztaczające się przez naszymi oczyma. Zdecydowanie warto na nią wejść, zwłaszcza że kosztuje niewiele (10 koron za bilet studencki, 20 za normalny). Wejście do niej wygląda niepozornie, co widać doskonale na zdjęciu powyżej. Za to widoki są absolutnie przepiękne. Sami zobaczcie. :)widok na Svatý kopeček.okoliczne zielone wzgórza.        Trzeba przyznać, że bryła pałacu prezentuje się imponująco. Zresztą zwykle tak właśnie jest z pięknymi budynkami, że zdecydowanie lepiej wyglądają z daleka niż z bliska. I dlatego też zawsze szukamy takich miejsc, z których można je podziwiać. Nie tylko z wieży widok był obłędny, również spod niej roztaczały się podobnie piękne widoki. I też nie było tam ludzi, co bardzo nas cieszyło. :)zbliżenie na przepiękny pałac wzniesiony w obecnym kształcie w roku 1719.       Po wizycie na wieży, wróciliśmy na rynek, gdzie siedliśmy sobie w przeuroczej knajpce z widokiem właśnie na niego. Ochłodziliśmy się zimnymi napojami i ruszyliśmy przed siebie, żeby tym razem na spokojnie obejrzeć okolice rynku, a także zakupić pamiątki dla nas i rodziny. Z większości wyjazdów ostatnio przywozimy lokalne wyroby alkoholowe i tak też było tym razem. Szczególnie że wokół Mikulova znajduje się mnóstwo winnic i okolice słyną z przepysznych win. Dlatego też można spotkać tutaj dużo sklepików winiarskich, gdzie za niezbyt wysoką cenę można nabyć okoliczne specjały. W jednym takim właśnie się zatrzymaliśmy i zakupiliśmy sześć różnych butelek, które okazały się naprawdę nieźle smakować. ;)charakterystyczna Kamienica pod Rycerzami.z taki widokiem zjedliśmy naprawdę pyszne lody.fontanna na rynku. :)kościół św. Anny.              Mikulov posiada sporo zabudowań i pamiątek po lokalnej żydowskiej społeczności, która niestety została zniszczona w czasie drugiej wojny światowej. Niestety nie mieliśmy już czasu, aby przejść się do synagogi czy też na największy żydowski cmentarz na Morawach. A szkoda.           Zwiedzanie Mikulova musieliśmy zakończyć dość szybko, ale i tak udało nam się przez kilka chwil odpocząć w tym uroczym miasteczku i chociaż w części zobaczyć jego piękno. Panuje w nim naprawdę bardzo przyjemna atmosfera, nikt się nie spieszy, czas płynie nieco wolniej niż normalnie. Żałuję tylko, że nie udało nam się wejść na Svatý kopeček, ale na szczęście zrekompensowała nam to w dużym stopniu wieża na Kozim Wierchu. Bez niej wyjazd nie byłby udany. :)~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: Tarnica i ciut więcej ;)

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Tarnica i ciut więcej ;)

       Rozszalały nam się temperatury, oj rozszalały. W końcu lato pełną gębą. Na szczęście, po pobycie w Zagrzebiu jestem już niemalże uodporniona na upał, aczkolwiek nie było to pierwsze ekstremalne zwiedzanie tych wakacji. Na początku lipca byliśmy w Bieszczadach i oprócz nocnego wędrowania i wschodu słońca na połoninie, wybraliśmy się w ramach Korony Gór Polski na ich najwyższy szczyt. I wbrew pozorom, to dopiero była prawdziwa przeprawa i chwilami droga przez mękę. ;)Tarnica 1364 m.n.p.m.             Naszą wyprawę rozpoczęliśmy o godzinie jedenastej na ostatnim parkingu w miejscowości Wołosate. Nieco nas zaskoczył fakt, że był on właściwie pusty, ale dochodząc do punktu, w którym należało uiścić opłatę za wejście do Bieszczadzkiego Parku Narodowego wiedzieliśmy dlaczego tak było. Otóż znaczna większość turystów po prostu parkuje na poboczach i przy przystanku PKS, z których jest bliżej do wejścia o jakieś dwieście/trzysta metrów. Nigdy chyba nie zrozumiem mentalności pewnych osób i muszę się z tym wreszcie pogodzić. ;) takie urocze napadły na nas na drodze - dzień wcześniej widzieliśmy jak je golili. ;)               Jednak rzeczą, która nas najbardziej zaskoczyła, była kolejka do kasy. Pierwszy raz zdarzyło się nam tak długo czekać na możliwość wejścia. Jakoś strasznie wolno szło i dopiero po kilkunastu minutach mogliśmy wejść na szlak niebieski, z którego wiodła droga na Tarnicę. Zgodnie ze szlakowskazami mieliśmy dwie godziny do przełęczy pod Tarnicą, a później jeszcze kwadrans żółtym szlakiem na sam szczyt.        Początkowo droga była niezwykle przyjemna, wiodła wśród łąk. Narzuciliśmy sobie szybkie tempo, żeby wyprzedzić sporą grupę kolonijną, która zachowywała się dość głośno. Niestety, szlaki na Tarnicę należą do wyjątkowo obleganych i mogliśmy zapomnieć o spokojnym wędrowaniu. Co chwilę albo kogoś wyprzedzaliśmy albo ktoś nas mijał, radośnie się witając. A słońce z każdą minutą grzało coraz mocniej.         Cieszyliśmy się, że dość szybko droga zaczęła iść przez las, w którym było nieco chłodniej. Trochę brakowało w nim przewiewu, ale i tak taka wędrówka była nieco lżejsza niż po otwartym terenie. Ciekawą rzeczą jest to, że spora część szlaku to po prostu schody, które też pomagały we wspinaniu się. Podejście z Wołosatego ma około sześciuset metrów, aczkolwiek nie odczuwa się tego zbyt mocno właśnie dzięki schodom. Akurat trafiliśmy na moment, w którym część z nich była w remoncie i musieliśmy się poruszać po poszyciu leśnym, co było zdecydowanie trudniejsze. Tempo nadal mieliśmy niezłe, musieliśmy się tylko mocno nawadniać, żeby móc je utrzymać. :)        Kilkaset metrów przed Przełęczą wychodzi się z lasu i szlak wiedzie dalej schodami w górę. Tutaj jednak zdecydowanie piękniejsze widoki są, zwłaszcza doskonale widoczny jest czerwony szlak z Ustrzyk Górnych, wiodący w swojej końcowej części połoninami Szerokiego Wierchu. czerwony szlak i połoniny Szerokiego Wierchu.         Na Przełęczy, na wysokości już 1275 m.n.p.m., można usiąść i odpocząć kilka chwil przed atakiem szczytowym na ławeczkach ustawionych po bokach skrzyżowania szlaków. Tutaj dochodzi właśnie czerwony szlak, zdecydowanie bardziej uczęszczany od niebieskiego, którym wchodziliśmy i robi się nieco tłoczno. Podczas odpoczynku, podziwialiśmy widoki, bowiem rozpościera się już z Przełęczy piękny widok na Halicz i czerwony szlak wiodący do niego. Szczególnie uważnie się właśnie jemu przyglądaliśmy, bo tą drogą bowiem chcieliśmy kontynuować naszą wędrówkę tego dnia. Pojawił się jednak też właśnie na Przełęczy poważny problem, który nigdy wcześniej nie przydarzył się nam na szlaku. Przy dość szybkim wchodzeniu (cała droga zajęła nam niecałe półtorej godziny) i wysokiej temperaturze pragnienie było spore i okazało się, że zostało nam jakieś nieco ponad pół litra wody. W perspektywie jeszcze czterech (!!!) godzin wędrówki był to naprawdę spory problem, zwłaszcza że po drodze nie było żadnego schroniska, żeby ją zakupić. Z dylematem co dalej, ruszyliśmy schodami w górę, prosto na najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów. :)        Sam szczyt zrobił na nas naprawdę niezłe wrażenie, przede wszystkim swoją wielkością. Mimo panującego na nim tłoku i kilku wycieczek, spokojnie dało się posiedzieć, odpocząć i chłonąć widoki. Najsmutniejszą natomiast rzeczą był brak tabliczki na szczycie. Szlak wiodący na górę był oznakowany perfekcyjnie, nie dało się zgubić czy pomylić drogi, zaś na samym szczycie takie wielkie rozczarowanie. Pozostało zrobić sobie zdjęcie z krzyżem, chociaż Tomasz twierdził, że nie da się go całego objąć na zdjęciu. ;)        Podczas schodzenia miałam twarde postanowienie, że jednak zmieniamy plany i czerwonym szlakiem schodzimy do Ustrzyk, żeby kupić wodę i wrócić do Wołosatego. Minusem tej trasy był spory fragment wiodący po asfalcie, który przy takim upale był naprawdę rozgrzany i przez to nieprzyjemny. Przy Przełęczy, widząc ilość ludzi znajdującą się na tym szlaku i nieco rozczarowaną minę Tomasza, stwierdziłam, że damy radę i idziemy początkowo planowaną trasą na Halicz, a później do Wołosatego, cały czas czerwonym szlakiem. Zeszliśmy ostro w dół schodami do Przełęczy Goprowskiej, gdzie odbiliśmy w prawo. Tutaj już zdecydowanie mniej ludzi było i wędrówka stała się znacznie przyjemniejsza. No prawie. ;)      Trzeba przyznać, że widokowo trasa była przepiękna. Jednak przy takim nasłonecznieniu i temperaturze wydawała się drogą przez mękę. Chyba nawet w piekle nie było tak gorąco, jak wtedy na szlaku. Chwilami ratowały nas podmuchy wiatru, ale zdarzały się wyjątkowo rzadko. I do tego jeszcze ta świadomość, że musimy oszczędzać wodę. Z każdym kolejnym krokiem utwierdzałam się w przekonaniu, że nie był to jednak dobry pomysł, ale odwrotu już nie było. Trzeba było zacisnąć zęby i iść przed siebie. :)z widokiem na Tarnicę.       Na Halicz dotarliśmy szybko, chociaż przy podejściu miałam dość. Dawno nie wchodziłam na szczyt niemalże ciągnąc nogę za nogą. Na szczycie przyszła chwila na odpoczynek i małe uzupełnienie płynów, bo woda była już racjonowana. Pocieszałam się faktem, że teraz czeka nas już tylko schodzenie i pewnie wreszcie wędrowanie po lesie. Bardziej nie mogłam się mylić. ;)ze szczytu Halicza też ładnie widać Tarnicę.         Owszem, schodziliśmy z Halicza, ale przed nami wznosił się jeszcze jeden szczyt Rozsypaniec o wysokości 1280 m.n.p.m. Przyznam szczerze, że był to dla mnie moment krytyczny, tempo siadło nam całkowicie, ledwo byłam w stanie stawiać kolejne kroki. Tomasz wykazywał się ogromnym wparciem i motywował mnie do dalszej wędrówki, chociaż sam też był już mocno zmęczony. Powolutku jednak dawaliśmy radę. schodzimy.i wchodzimy znów. /o\Tomasz też chciał fotę z Tarnicą.       Zejście do Przełęczy Bukowskiej było już zdecydowanie przyjemniejsze. Zarządziliśmy krótki odpoczynek przy wiacie, kolejne umoczenie ust w resztach wody i ruszyliśmy w dalszą drogę. Znaki pokazywały, że do Wołosatego są jeszcze dwie godziny, chcieliśmy więc pokonać tą trasę jak najszybciej. I mimo naprawdę niezłego tempa, niewiele krócej nam ta trasa zajęła. Dodatkowo wcale nie była zbyt urodziwa, bo wiodła po starej drodze prowadzącej do granicy ukraińskiej, przez co drzewa rosły wyłącznie na poboczach, nie tworząc żadnego parasola ochronnego. Dalej byliśmy wystawieni na działanie naprawdę mocnego słońca, dobrze że przed wyjściem posmarowaliśmy się grubą warstwą mleczka do opalania. Przydało się. ;)      Ostatnie dwa kilometry szlaku były prawdziwym koszmarem, bo prowadziły już szeroką asfaltową drogą wśród pól. Tutaj żadnej ochrony już nie było. Prowadziła nas jedynie myśl, że niedaleko wejścia do Parku był sklep, w którym na pewno mają coś zimnego do picia. Każda motywacja jest dobra, ale ta zdecydowanie była najlepszą z możliwych tego dnia. Chyba do końca życia nie zapomnę smaku tej wody, którą wtedy wypiliśmy. I tego szczęścia, że to już koniec wędrówki i możemy spokojnie siąść w klimatyzowanym samochodzie i z czystym sumieniem wrócić do pokoju, wziąć zimny prysznic i udać się na zasłużony obiad mistrzów. :)))      Cała trasa zajęła nam dokładnie sześć godzin, w trakcie których przeszliśmy prawie dwadzieścia jeden kilometrów. Przy dziesięciu stopniach mniej i większej ilości zapasów, byłaby to naprawdę przepiękna wędrówka z niesamowitymi widokami. Tutaj jednak z każdą chwilą zmęczenie sprawiało, że nie za bardzo zwracaliśmy uwagę na otoczenie, chociaż ostatni fragment trasy od Przełęczy Bukowskiej do szalenie atrakcyjnych nie należał. Jedynie na samym końcu, pięknie i dostojnie na horyzoncie malowała się Tarnica. I naprawdę warto na nią wejść. :)piękna i wyniosła Tarnica. :)))~~Madusia.

Chorwackie opowieści: jeden dzień w Zagrzebiu

PO PROSTU MADUSIA

Chorwackie opowieści: jeden dzień w Zagrzebiu

       Kiedy Tomasz zapytał się mnie, czy nie pojechałabym z nim na jeden dzień do Zagrzebia, bo mają tam spotkanie służbowe, długo się nie wahałam. Już wcześniej chciałam, żebyśmy się tam wybrali, ale jednak zawsze woleliśmy jechać prosto nad morze albo już do domu. Stwierdziłam więc, że to pewnie jedyna szansa, żeby móc zobaczyć stolicę Chorwacji z bliska. I to akurat udało się, chociaż nie wszystko poszło tak jak zakładaliśmy przed wyjazdem.        Z Krakowa do Zagrzebia jest nieco ponad osiemset kilometrów, drogą przez Czechy, Austrię i Słowenię. Z przerwami trasa zajęła nam około dziewięciu godzin i mniej więcej na dziewiętnastą byliśmy już w stolicy Chorwacji. Za bardzo nam się nie spieszyło, bo spotkanie mieli dopiero następnego dnia rano. Korzystając z okazji, wyruszyliśmy jeszcze wieczorem na mały spacer do centrum Zagrzebia, żeby obejrzeć miasto i coś zjeść. Mimo stosunkowo późnej pory temperatura nie chciała zejść poniżej trzydziestu stopni, dlatego nawet taki krótki spacer wykończył nas dość mocno. Siedliśmy sobie na zimne piwo w jednym z ogródków znajdujących się na niezwykle imprezowej ulicy Bogovićeva, po czym wróciliśmy do hotelu, mijając po drodze przepiękną bryłę Chorwackiego Teatru Narodowego.        Rano Tomasz z koleżanką pojechali na spotkanie, a ja rozpoczęłam samotne zwiedzanie Zagrzebia od wizyty na Zagrebački Glavni kolodvor, czyli Dworcu Głównym. Plan początkowy był taki, że samotnie zwiedzam dolną część miasta, a później w trójkę zwiedzamy razem górną część. Zakładaliśmy, że spotkanie pójdzie w miarę szybko i maksymalnie po trzech godzinach będziemy mogli razem podziwiać miasto. neoklasycystyczny budynek dworca.             Po wizycie na dworcu szłam prosto przed siebie, przepięknym pasem zieleni, będącym częścią zielonej podkowy miasta, którą otoczona jest część centrum. Robi to niesamowite wrażenie, bowiem taka przestrzeń i tyle zieleni w samym centrum nie zdarza się w polskich miastach zbyt często. Niby Kraków ma swoje Planty, ale zdecydowanie daleko im do tego co można znaleźć w Zagrzebiu.       Na wprost dworca mieści się okazały pomnik króla Tomisława (generalnie Chorwaci bardzo lubią przeróżne pomniki, bo można ich napotkać naprawdę ogromną ilość, co też będzie widoczne na zdjęciach), zaś za nim znajduje się Pawilon Sztuki z końca XIX wieku. Kawałek dalej zaś wznosi się równie piękny budynek Chorwackiej Akademii Nauki i Sztuki, za którą znajduje się najstarszy z parków w zagrzebskiej podkowie - Zrinjevac ze stuletnimi platanami i pawilonem muzycznym pośrodku, a także stacją meteorologiczną. Dzięki niej dowiedziałam się, że w Zagrzebiu przed godziną dziesiątą rano były już trzydzieści trzy stopnie ciepła. A to był dopiero początek. ;)      Jako następny punkt swojej prywatnej wycieczki, odwiedziłam najbardziej znany targ w Zagrzebiu pod gołym niebem, czyli Targ Dolac. Kręciło się tutaj mnóstwo ludzi, a w powietrzu unosiło się jeszcze więcej zapachów, które mieszając się ze sobą tworzyły iście zawrotną mieszankę. Do tego jeszcze coraz bardziej potęgujący się upał i zaduch. Niemniej, trochę czasu na targu spędziłam, nawet miałam ochotę zakupić nieco świeżych owoców, jednakże perspektywa noszenia ich przez kilka godzin, skutecznie mnie od tego odwiodła.        Nad targiem, ale też i nad całym miastem, góruje najwyższa budowa sakralna w Chorwacji, którą jest Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Od wielu lat jest w renowacji, toteż niestety na jednej z jej dzwonnic widoczne są rusztowania. A szkoda, bo zapewne prezentowałaby się jeszcze piękniej i dostojniej bez nich. Przed frontem katedry znajduje się kolumna maryjna, która w pełnym słońcu wyglądała jakby była zrobiona ze złota. O dziwo, teren przed katedrą był właściwie pusty, co nieco mnie zaskoczyło, bowiem doświadczenia przede wszystkim z Włoch pokazują, że jest to zwykle najbardziej popularny teren. Tutaj było zupełnie inaczej. ;)       Po obejrzeniu katedry, ruszyłam prosto w gościnne progi ulicy Tkalčićeva, która powstała w miejscu potoku Medveščak. Jednak w połowie XX wieku potok został przykryty, a uliczka stała się centrum nocnego życia Zagrzebia. Za dnia też nie szło się na niej nudzić, na każdym kroku można było znaleźć naprawdę urocze miejsca na chwilową posiadówkę. Z racji tego, że jeszcze mi się spieszyło (bo przecież spotkanie miało się niedługo skończyć), nie siadałam nigdzie, tylko przeszłam ją niemalże w całości, aby dostać się do schodów prowadzących do górnego miasta.       Wchodzenie po schodach w taki upał nieźle dawało w kość, konieczne były przystanki. Dzięki nim można było podziwiać już nieco panoramę dolnego miasta, chociaż jeszcze niewiele było widać. W drodze na górę przypomniałam sobie, że część górnego miasta ma ciągle oświetlenie gazowe, dlatego też zwróciłam uwagę na piękne lampy. Jednak nie one były moim celem w trakcie tej samotnej wyprawy.       Jako że mieliśmy tą część Zagrzebia zwiedzać wspólnie, poszłam prosto do miejsca, które mnie osobiście najbardziej zaintrygowało podczas zbierania informacji, co też takiego ciekawego można zobaczyć w stolicy Chorwacji. Tomasz nie wyraził chęci, by się tam wybrać, dlatego cieszyłam się, że mogę sama tam pójść. Tym miejscem było muzeum. Ale nie jest to typowe muzeum, powiedziałabym wręcz, że bardzo nietypowe. Przede wszystkim dlatego, że Muzeum Zerwanych Związków (po angielsku "Museum of Broken Relationships") tworzą ludzie, którzy wysyłają przeróżne rzeczy wraz z historiami swoich związków. I nie są to tylko historie miłosne, spotkać można również zerwane relacje między rodzicami a dziećmi. Muszę przyznać, że miejsce mnie bardzo poruszyło, część historii nawet mnie wzruszyła, a część eksponatów rozbawiła. W Internecie można znaleźć kilka historii, o których można poczytać w muzeum, jednak nie będę odbierała Wam tej przyjemności, najlepiej przeżyć to samemu. Jeszcze miałam na tyle szczęścia, że akurat trafiłam na lukę w zwiedzaniu, bowiem w większości sal wystawowych byłam zupełnie sama, dzięki czemu nie musiałam kryć się ze wzruszeniem. Generalnie jest to miejsce, które bardzo polecam. :)można było zostawić swój ślad w księdze bądź na ścianie.        Do górnego miasta można dostać się nie tylko schodami, ale także kolejką, na którą jednak się nie wybrałam. Ale muszę przyznać, że wyglądała bardzo fajnie. ;) Zaraz obok górnej stacji kolejki znajduje się Wieża Lotrščak, na którą mieliśmy wejść razem z Tomaszem, toteż teraz ją zostawiłam w spokoju. Wracając na dolne miasto, zahaczyłam jedynie o Kościół św. Marka, który wyróżnia się na tle innych niesamowitą mozaiką na dachu.Wieża Lotrščak.kościół św. Marka.        Zmęczona wróciłam na ulicę Tkalčićeva, żeby spokojnie posiedzieć w knajpie nad szklanką zimnej coli i poczekać na powrót Tomasza. Niestety, spotkanie się przedłużało i koniec końców z dwóch/trzech godzin samotnego zwiedzania miasta zrobiło się prawie siedem, gdyż dopiero przed szesnastą wrócili. W międzyczasie zdążyłam już trzy razy umrzeć z gorąca, bowiem temperatura wahała się w granicach czterdziestu stopni. Problemem jednak było to, że mieliśmy tego dnia nocować już w Czechach, więc wspólne zwiedzanie trzeba było porzucić. I dlatego też po raz kolejny wędrowałam w miejsca,w których już byłam, aby zobaczyć to co wcześniej pominęłam. ;)ulica Krwawy Most, będąca kiedyś prawdziwym mostem. ;)       Czekała mnie kolejna wyprawa do górnego miasta, żeby wejść na wieżę. Tomasz szczególnie żałował, że tam nie udało mu się dotrzeć, bowiem do wież mamy dużą słabość. A ta tutaj bardzo by mu się spodobała, przede wszystkim dlatego, że zupełnie nie było na niej ludzi, zaś widoki były bardzo ładne. Nieźle prezentowały się góry tuż za Zagrzebiem. kościół św. Marka.      Na samo zakończenie swojej (jak się okazało w całości) samotnej wycieczki po Zagrzebiu, skierowałam swoje kroki na główny i zarazem największy plac dolnego miasta, jakim jest plac bana Josipa Jelačicia. Mieści się na nim dostojny pomnik tego, którego imię nosi plac. Zaraz za nim rozpoczyna się wielka handlowa ulica Ilica , przy której znajduje się mnóstwo sklepów, a także dolna stacja kolejki do górnego miasta. schodząc z wieży do dolnego miasta można spotkać takiego uroczego pana na ławeczce. :)widok na plac, po prawej stronie pomnik, a w oddali ulica Ilica.pomnik Josipa Jelačicia.       Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że Zagrzeb jest tak pięknym miastem. Przede wszystkim jest w nim mnóstwo zieleni i przestrzeni, mimo iż w centrum większość budynków jest dość wysoka. Wiem, że mogłabym zobaczyć jeszcze więcej, ale początkowo ograniczał mnie czas, a później już zmęczenie, bo jednak czterdziestostopniowy upał nie jest wymarzoną pogodą do zwiedzania miasta. Niemniej, cieszę się, że tyle udało mi się zobaczyć. Zagrzeb jest na pewno niedocenianą stolicą, bo tak jak pisałam na początku, zwykle wszyscy jadą prosto nad morze, a mało kto się w nim zatrzymuje. A to błąd, bo naprawdę warto poświęcić mu chociażby jeden dzień. :)widok na wieże katedry.Ps. A wczoraj minęły dwa lata od założenia bloga. :))~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: Wielka Sowa

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Wielka Sowa

       Nadeszła wiekopomna chwila. Porzuciliśmy nasze piękne Beskidy i Małopolskę, żeby na weekend przenieść się w magiczną krainę Sudetów. Była to nasza pierwsza wspólna wyprawa w te rejony, toteż ustalenie planu wycieczki nie należało do najprostszych zadań. Zdecydowanie zbyt dużo jest tutaj szczytów Korony Gór Polski do zdobycia i innych niesamowitych miejsc do zobaczenia. Kilka ładnych dni spędziłam na ustalaniu trasy wycieczki, bowiem pierwszy raz miałam samodzielnie wybrać, co takiego obejrzymy. Zwykle ustalamy takie rzeczy razem,  dlatego trochę się stresowałam, czy Tomaszowi się spodoba. Nie narzekał zbyt wiele, więc chyba nie było tak źle. ;) Na pierwszy ogień, w sobotni poranek (powiedzmy, że poranek, bo niestety na szlaku stawiliśmy się dopiero o 11) poszły Góry Sowie z ich największym szczytem - Wielką Sową. ;)           Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od pozostawienia samochodu na parkingu pod sztolniami walimskimi, do których również zamierzaliśmy się wybrać. Niestety, akurat grupa właśnie rozpoczęła zwiedzanie, więc musielibyśmy czekać co najmniej pół godziny, dlatego też postanowiliśmy najpierw zdobyć szczyt, a sztolnie dopiero później. Tak też zrobiliśmy i skierowaliśmy nasze kroki w stronę centrum wsi Walim, gdzie weszliśmy na żółty szlak, którym zamierzaliśmy zdobyć czekającą na nas Wielką Sowę. Początkowo wiódł on zwykłą drogą asfaltową wśród zabudowań, ale dość szybko zmienił się w żwirową drogę, a później już leśną. Poza nami szła nim jedynie grupka trzech facetów, ale dość szybko się zgubili. ;)smutny widok na początku szlaku. ciekawe jaką miał historię ten miś.       Droga wiodła głównie pod górę (jak to zwykle ma miejsce przy wchodzeniu na górę) i nie byłaby zbyt męcząca, gdyby nie warunki pogodowe. Wyraźnie czuło się wiszącą w powietrzu burzę, było duszo i parno, chwilami w lesie dość ciężko się oddychało, bo nie było żadnego przewiewu. Taka droga utrzymywała się mniej więcej do szczytu Małej Sowy, gdzie wychodziło się na obszar niezalesiony i wiatr przyjemnie nas tutaj chwilami otulał. Żółty szlak dość często przeplatał się ze szlakami rowerowymi, także spotykaliśmy znacznie więcej rowerzystów niż wędrowców używających dwóch nóg, a nie kółek. ;)      Dopiero z Małej Sowy zaczyna być widoczny najwyższy szczyt Gór Sowich, z charakterystyczną wieżą widokową i masztem telekomunikacyjnym. Niestety, widoczny jest również niezwykle zniszczony drzewostan, nieco przypominający nam ten znajdujący się na drodze na Turbacz. Niby ładnie wygląda na zdjęciach, ale raczej nie o to chodzi. Z Małej Sowy dochodzi się na Rozdroże między Sowami, gdzie przyłącza się szlak niebieski, na którym zdecydowanie większy ruch panował. Tłoku jeszcze nie było, ale gwar zrobił się nieco większy. Na szczyt jest stąd mniej więcej kwadrans, który pokonuje się szybko i przyjemnie. na horyzoncie wreszcie Wielka Sowa - po prawie stronie wieża widokowa. :)       Największą atrakcją Wielkiej Sowy niewątpliwie jest wieża znajdująca się na jej szczycie. Jej uroczyste otwarcie odbyło się w 1906 roku i nadano jej wówczas imię Otto von Bismarcka, zaś od roku 1981 nosi imię Mieczysława Orłowicza. Trzeba przyznać, że naprawdę robi niesamowite wrażenie, aczkolwiek cały teren dookoła niej również jest rewelacyjnie przystosowany pod turystów. Takiej ilości drewnianych ławek, wiat i koszy na śmieci chyba jeszcze w żadnym innym miejscu nie widziałam. Aż przyjemnie tutaj odpoczywać. :)         Przede wszystkim wieża jest jednak przepięknym punktem widokowym, skąd widać całą okolicę. Niestety, my akurat trafiliśmy na moment, gdy widoczność była dość kiepska, chociaż Ślężę spokojnie dało się zaobserwować. Przyznam szczerze, że był to jedyny szczyt, który byliśmy w stanie rozróżnić, bowiem w tym miejscu wyszła na jaw nasza niewiedza na temat okolicy. Niemniej i tak się zachwycaliśmy tym co widzieliśmy. :)        Zachwyceni widokami, nabrawszy nowych sił, ruszyliśmy raźno przed siebie, aby czerwonym szlakiem zejść do schroniska Sowa. Nie zabawiliśmy tutaj za długo, nabyliśmy jedynie pocztówkę, bo powoli zaczynał nas gonić czas. Plan dnia był bowiem dość napięty, trochę jeszcze zamierzaliśmy zobaczyć. Pośpiech nie przeszkadzał nam jednak w podziwianiu okolicy, a także witaniu się z tłumem turystów zmierzających na szczyt. Czerwony szlak był o wiele popularniejszy od naszego żółtego. ;)ostatni rzut oka na przepiękną wieżę. :)schronisko Sowa.dwujęzyczne tablice najbardziej mnie zaskoczyły.        Kilkanaście minut od Sowy znajdował się Orzeł będący kolejnym schroniskiem, gdzie jednak w ogóle nie zajrzeliśmy. Następnych kilka minut upłynęło nam na dość ostrym zejściu do ulicy mającej nas doprowadzić z powrotem do walimskich sztolni. Cała droga ciągnęła się rozgrzanym asfaltem wzdłuż chyba najdłuższej wsi w Polsce, bowiem mieliśmy wrażenie, że Rzeczka nigdy się nie skończy. Ten fragment naszej wędrówki zdecydowanie zmęczył nas najbardziej, dlatego z radością poszliśmy do sztolni, gdzie temperatura wewnątrz wynosi około 7 stopni. ;)schronisko Orzeł.        Podsumowując, cała trasa zajęła nam nieco ponad trzy godziny, w trakcie których zrobiliśmy prawie dwanaście kilometrów. Muszę przyznać, że Wielka Sowa jest naprawdę bardzo wdzięcznym szczytem i jak na pierwszy nasz wspólny w Sudetach, sprawdziła się doskonale. Mogłoby być jedynie ciut chłodniej, ale nie ma co narzekać. Kolejny szczyt Korony Gór Polski za nami, powoli zbliżamy się do półmetka. ;)obowiązkowe selfie na szczycie, w tle Ślęża. :)~~Madusia.

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady na wschód słońca

PO PROSTU MADUSIA

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady na wschód słońca

      Wakacje rozpoczęliśmy z przytupem. Pogoda zrobiła się przepiękna, więc postanowiliśmy wykorzystać ten fakt i pohasać nieco po górach. A że w okolicy większość już przeszliśmy, trzeba było wymyślić coś dalej. Na szczęście w naszym pięknym kraju gór nie brakuje i szybko podjęliśmy decyzję, że tym razem będą to Bieszczady. Szczególnie, że nie byłam tam nigdy wcześniej. I jakoś tak jak już wymyśliłam kierunek i zaczęłam przeglądać blogi i różne strony internetowe w poszukiwaniu inspiracji co by tutaj dokładnie zobaczyć, zaintrygowały mnie najbardziej wpisy o wschodach słońca podziwianych z połonin. Zapytałam więc Tomasza, co na ten temat sądzi i jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy stwierdził, że to bardzo dobry pomysł. I stanęło na tym, że naszą przygodę z Bieszczadami mieliśmy rozpocząć od wschodu słońca, chociaż niewiele brakowało, żeby jednak ten początek wyglądał zupełnie inaczej. ;)       Plan był prosty. Wyjeżdżamy z Krakowa w czwartkowy wieczór koło godziny 22, cztery godziny drogi i na drugą w nocy lądujemy na parkingu w Brzegach Górnych, skąd czerwonym szlakiem wchodzimy na Połoninę Caryńską. Przygotowywaliśmy się jak nigdy wcześniej, bo miało to być nasze pierwsze nocne wyjście w góry. Zaopatrzyliśmy się w latarki czołowe, termos z ciepłą herbatką, dużo jedzenia, ciepłe ubrania, bo mimo upalnych dni noce jednak dość chłodne bywają.      Wszystko szło bardzo dobrze, droga bardzo spokojna, bardzo mały ruch z racji późnej godziny, większość tirów na parkingach, można było jechać naprawdę przyjemnie. I tak właśnie było do momentu, gdy nieco po północy, tuż za Duklą, zjechaliśmy na drogę niby wojewódzką. Tutaj ruch już w ogóle przestał istnieć, samochodów łącznie minęliśmy może ze trzy, ale na drodze zrobiło się zdecydowanie niebezpieczniej. Co kilka chwil napotykaliśmy różne zwierzęta- a to stado jeleni i saren, a to lisy, zające czy też jeże. Raz nawet wpadliśmy na bardzo dostojnego jelenia z ogromnym porożem, który tylko zmierzył nas dumnym spojrzeniem i odwrócił się w drugą stronę.      Przed wyjazdem wszyscy się nas pytali, czy się nie boimy, bo to przecież trochę niebezpieczny pomysł jest, tak chodzić nocą po górach i lasach, zwłaszcza w Bieszczadach, ale jakoś zawsze to bagatelizowałam. Aż do tych ostatnich stu kilometrów, gdy z każdym napotkanym zwierzęciem zaczynałam się nakręcać coraz bardziej i bardziej. Generalnie, Tomasz nie miał ze mną lekko, szczególnie gdy kilka kilometrów przed parkingiem zobaczyłam na poboczu tablicę w stylu "kierowco, zwolnij, uwaga rysie." W tym momencie kategorycznie stwierdziłam, że nie wychodzę i musimy znaleźć jakiś nocleg albo śpimy w aucie. dobrze, że księżyc świecił wyjątkowo jasno.chwila przed świtem.szlak na Połoninę.      A na sam koniec podróży zatrzymała nas jeszcze straż graniczna. Panowie to dopiero mają robotę, siedzieć pośrodku niczego w aucie i zatrzymywać przejeżdżające z rzadka samochodu. Ale przyznam, że jeden z panów mnie bardzo rozbawił, bo zapytał się czy przewidujemy jeszcze dalszą nocną jazdę, podczas gdy nasz parking był od nich oddalony o jakieś sto metrów.         Trzeba przyznać, że dojechaliśmy zgodnie z planem, bo byliśmy na miejscu dokładnie o drugiej w nocy. Był zaledwie jeden dzień po pełni, księżyc świecił wyjątkowo jasno, ale nawet to mnie nie przekonało do wyjścia z auta. Postanowiliśmy trochę w nim posiedzieć, bo na znaku obok parkingu widniało, że na Połoninę wchodzi się godzinę piętnaście minut, a wschód słońca miał nastąpić około czwartej trzydzieści.       Wreszcie o trzeciej zdecydowałam, że jednak możemy spróbować wyjść, bo w sumie trochę głupio byłoby nie spróbować. Ubraliśmy się w kilka ciepłych warstw i chcieliśmy się przepakować do plecaków i w tym momencie okazało się, że mój został na tylnym siedzeniu w samochodzie stojącym pod domem w Krakowie. Trochę spanikowałam, ale na szczęście okazało się, że miałam w nim jedynie wodę mineralną, kanapki i zapasowe baterie do latarek. Pozostawało mieć nadzieję, żeby się nie wyczerpały te, które były w środku.       W końcu wyruszyliśmy, Tomasz przodem trzymając mnie mocno za rękę. Szlak niemalże od razu zaczął być dość wymagający, bo prowadził ostro pod górę przez ciemny las. I chociaż już na horyzoncie zaczynała się robić szarówka, to wewnątrz niego było ciemno do szaleństwa. Dla bezpieczeństwa jeszcze całą drogę śpiewałam, żeby wystraszyć potencjalnych chętnych do zjedzenia nas (a kto słyszał mój śpiew wie, że to doskonałe narzędzie w tym celu).       W rekordowym tempie przemierzyliśmy drogę przez las, na szczęście wyjątkowo długa nie była. Na chwilową przerwę pozwoliliśmy sobie jedynie przy wiacie, mniej więcej w połowie drogi, dłuższa nastąpiła dopiero po wyjściu z lasu, gdy już było mniejsze prawdopodobieństwo, że coś zje nas w ciemności.        Na szczyt połoniny weszliśmy tuż po czwartej i naszym oczom ukazał się widok, który wynagrodził wszystkie strachy i chwile zwątpienia.       Nam samym brakowało słów, żeby wyrazić to co wtedy się czuło. I teraz jest podobnie. Absolutne piękno w czystej postaci. Wolno wstające słońce powoli wychylające się zza horyzontu i oświetlające wszystko dookoła. Zupełnie jakby świat rodził się na nowo. A my razem z nim.       Siedliśmy sobie na środku szlaku, wyciągnęliśmy termos z herbatką i podziwialiśmy w ciszy ten jedyny w swym rodzaju spektakl. Nie mieliśmy nawet siły, aby przemieścić się na sam szczyt połoniny, na którym wiedzieliśmy, że są ławki i można sobie na nich normalnie siąść. Byliśmy zbyt mocno oszołomieni pięknem natury, cudownymi widokami i samym faktem, że jednak udało się tutaj wejść. :)poranna herbatka w dosłownym tego słowa znaczeniu. :)            Nasyceni choć troszkę i nieco przemarznięci, bo jednak dość mocno tutaj wiało, postanowiliśmy przemieścić się kilkadziesiąt metrów jeszcze w górę, na szczyt i obecne tam ławeczki. Większość jest ustawiona centralnie na środku szczytu, na szczęście jednak jedna znajdowała się za skałami, które skutecznie osłaniały nas od wiatru. I tam właśnie rozbiliśmy swój obóz na prawie dwie godziny.         Nie tylko samo słońce wyglądało pięknie, niesamowite było to, co robiło z okolicą, jak pięknie ją rozświetlało. Normalnie ciężko takie rzeczy zauważyć, trzeba się zatrzymać na kilka chwil i przyjrzeć dokładnie. I właśnie na takiej kontemplacji okolicy się głównie skupiliśmy, korzystając przede wszystkim z okazji, że byliśmy sami, nie licząc ptaków i owadów. Wiedzieliśmy, że o tej porze roku to jedyna taka chwila, gdy nie ma w pobliżu ludzi. Bieszczady, szczególnie połoniny, bywają w wakacyjne weekendy mocno zatłoczone. W tamtej chwili jednak w całości należały do nas i tylko do nas. :)       Dodatkowo niesamowicie wyglądały mgły w dolinach, które przez kilka ładnych godzin nie chciały się podnieść. Wyglądały z góry jak małe jeziorka albo jak śnieg w nieco ciemniejszym niż zwykle kolorze. ;)             I chociaż wysokość Połoniny Caryńskiej w jej najwyższym miejscu, gdzie się znajdowaliśmy, nie jest jakaś wybitnie wysoka, bywaliśmy znacznie wyżej, to jednak można się było na niej poczuć jak na dachu świata. Wiem, że strasznie banalnie to brzmi, ale takie właśnie miałam wrażenie przez większość czasu. Naprawdę, wybraliśmy zdecydowanie najlepszy sposób na pierwsze spotkanie z Bieszczadami. Ciężko się w takim przypadku nie zakochać od pierwszego wejrzenia. Nawet już nie pamiętałam o tym jak zaledwie godzinę wcześniej panikowałam i nie chciałam się ruszyć z samochodu. To przestało mieć znaczenie, liczyło się tylko to co przed naszymi oczami.        Im wyżej było słońce, tym wyraźniej można było dostrzec niesamowite barwy okolicy, niezwykle mocno nasyconą zieleń traw. Chyba nigdzie wcześniej nie spotkałam się z takim odcieniem zieleni. I byłam przez to rozdarta, bo chciałam jednocześnie uwiecznić na aparacie każdą sekundę, a także nie tracić ani chwili z pobytu na górze. Ciężko było to pogodzić, ale mam wrażenie, że udało mi się to, o czym świadczy mnóstwo zdjęć i jeszcze więcej wspomnień. :)widok na Połoninę Wetlińską.         Pomimo strachu, tony nerwów i małej histerii, dzięki nieocenionemu wsparciu Tomasza udało mi się dotrzeć na jedno z najpiękniejszych przedstawień jakie miałam okazję w życiu oglądać (a że stara już dość jestem, to trochę widziałam ;p). I z całego serduszka polecam każdemu taką wyprawę. Można dzięki niej zmierzyć się też samemu ze sobą i przezwyciężyć swoje małe i większe straszki. A to dopiero jest niesamowite uczucie. Naprawdę ten poranek do końca życia będziemy wspominać. :) ~~Madusia.

Magiczne i niepowtarzalne zachody słońca

PO PROSTU MADUSIA

Magiczne i niepowtarzalne zachody słońca

        Oj, przeleciał mi ten czerwiec w oka mgnieniu, zdominowany głównie różnymi akcjami na uczelni, walką z pracą magisterską (ale wreszcie oddana w całości czeka na ostatnie poprawki,  a i termin obrony został wyznaczony) i pracą. Na podróże i inne aktywności czasu niestety zabrakło, ale będziemy nadrabiać już od przyszłego tygodnia. ;) A dzisiaj postanowiłam wprowadzić na blogu mój własny (i przez to niezwykle subiektywny) przegląd zachodów słońca, do których mam ogromną słabość. Gdziekolwiek jestem, zawsze próbuję się na niego załapać. Oczywiście najbardziej fotogeniczny jest nad wodą różnoraką, stąd też większość zdjęć właśnie z takich miejsc będzie pochodzić. A pomysł na notkę narodził się jako inspiracja z mojego instagrama, gdzie ostatnimi czasy najczęściej pojawia się zachód słońca fotografowany wprost z mojego krakowskiego mieszkania. Okazało się, że całkiem niezły punkt widokowy mamy z okna na piętrze i można czasem złapać bardzo ciekawe ujęcia. Sami zresztą zobaczcie. :)       W tle zdjęć zwykle widać na dole po lewej stronie zarys bryły klasztoru na Bielanach. Nieco żałuję, że nie zaczęłam wcześniej robić takich zdjęć, bowiem zdarzały się dni, kiedy słońce zachodziło centralnie tuż za klasztorem, który wyglądał wtedy niesamowicie. Niestety, w Krakowie nie zawsze da się uchwycić idealne ujęcie, co jest spowodowane częstym zachmurzeniem, smogiem i niestety pewnymi brakami w możliwościach mojego aparatu. Na dwie pierwsze rzeczy nie mam wpływu, nad trzecią pracuję, więc jest szansa, że kiedyś uda mi się złapać jeszcze ładniejsze ujęcia. Chociaż akurat na te nie narzekam. ;)          Jak już napisałam na wstępie, najpiękniej zachody słońca prezentują się nad wodą. Najwcześniejsze wspomnienia z wyjazdów na wakacje z rodzicami nad morze pochodzą właśnie z wypraw na zachód słońca. Nad Bałtykiem też trzeba mieć szczęście, żeby się załapać na taki spektakularny, ale przyznam szczerze, że dla mnie każdy nad naszym morzem ma swój niesamowity klimat i mam do nich ogromny sentyment. Nie tylko z powodu dziecięcych wspomnień, także i tych starszych. I zawsze niezmiernie żałuję, że z Krakowa nad nasze polskie morze jest tak strasznie daleko, że wyjazdy weekendowe nie wchodzą w grę. A szkoda, bo pewnie jeździłabym zdecydowanie częściej niż dotychczas. :)zachód słońca na morzu widziany z łódki.zachód słońca na morzu widziany z brzegu- jak widać różnią się niewiele. ;)       Jedne z piękniejszych zachodów widzieliśmy w Toskanii nad Morzem Śródziemnym. Możliwość ich oglądania była głównym powodem, dla którego szukaliśmy noclegu tuż przy plaży, żebyśmy mogli brać kocyk i siadać sobie na piasku, pić wino, zajadać pizzę i podziwiać jak słońce chowa się za horyzontem. Muszę przyznać, że tutaj zdecydowanie większe wrażenie na mnie robił ten spektakl, a na pewno piękniejsze zdjęcia wychodziły. :)          Podobnie niesamowite widoki oferował nam Adriatyk, który wyrasta na mojego faworyta wśród mórz. I tak, wiem, że jest odgałęzienie Morza Śródziemnego, jednak zawsze traktowałam je jako dwa osobne i takiego podziału się trzymam. ;) Zdecydowanie Chorwacja ma także i pod tym względem sporo do zaoferowania. Tutaj także ogromną przyjemnością jest podziwianie zachodu słońca i nieważne czy z lądu czy też z pokładu jachtu. Zawsze wygląda tak samo niesamowicie.            Woda wodą, ale w innych miejscach także da się załapać na piękny zachód słońca. Mnie raz ta sztuka udała się w trakcie lotu samolotem, gdy wracaliśmy z Holandii do Krakowa i akurat wyjątkowo nie wpakowaliśmy się w chmury nad pięknym grodem Kraka. Jedno z fajniejszych przeżyć, żałuję, że tylko jeden raz udało mi się coś takiego zobaczyć, zwykle jak wracamy wieczorem, to akurat straszne chmury są i nigdy nic nie widać. A szkoda. :)       Na dwa fajne zachody załapałam się w dwóch europejskich stolicach- w Budapeszcie i w Pradze. Zdjęcia może do wybitnie udanych nie należą (szczególnie to z Budapesztu), ale ujęcie osobiście bardzo mi się podoba, fajnie udało się na nim załapać słońce. W Pradze zaś większość roboty robi Wełtawa, bo ciekawie się w niej słońce odbija. :) Budapeszt.Praga.             W drodze do Pragi, na autostradzie na Śląsku słońce też przygotowało nam niezwykłe przedstawienie, aż żałowałam, że nigdzie nie było miejsca, żeby się zatrzymać. A i tak czas nas gonił, bo dość późno wyjechaliśmy i woleliśmy się bez większej potrzeby nie zatrzymywać. Teraz oczywiście żałuję, bo takie zdjęcia robione przez szybę samochodu nie oddają w pełni tego piękna, które rysowało się wtedy na niebie. Chociaż aż tak źle też nie wyglądają. ;)            A na sam koniec zostawiłam zdjęcia z miejsca, gdzie uważam, że są zdecydowanie najpiękniejsze zachody słońca na świecie. Mam wrażenie, że nigdzie indziej nie ma tak niesamowitego i niepowtarzalnego piękna na niebie jak na Mazurach, bo to właśnie je mam na myśli. I pewnie większość się ze mną nie zgodzi, bo zapewne jest tysiąc innych piękniejszych miejsc i pewnie sama jeszcze w takich będę, ale podejrzewam, że zdania nie zmienię. Mazury są absolutnie przecudowne i każdy zachód słońca na nich jest rewelacyjnym przeżyciem. Zwłaszcza gdy jest się na wyjeździe z grupą znajomych, gdy zaczyna rozpalać się ognisko, gdy gitara gra... rozmarzyć się można. :)       Notka nieco nietypowa, ale można ją potraktować jako wprowadzenie do następnej, bowiem jeśli nasze plany wypalą, to mowa będzie o czymś, co zdecydowanie rzadziej się widuje- czyli o wschodach słońca. A dokładniej o jednym w pewnym magicznym miejscu. Ale na razie o tym cicho sza, bo przede wszystkim pogoda musi dopisać. ;)~~ Madusia.

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 3. :)

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 3. :)

       Piękne lato zrobiło nam się w ciągu ostatnich kilku dni. Aż nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy z niego korzystać. Magisterka już prawie gotowa, czekam na ostatnie poprawki i niedługo będzie można ustalać termin tyle wyczekiwanej obrony. ;) A po niej.... tylko nauka i nauka, przerywana oczywiście weekendowymi wędrówkami po górach i innych miejscach, gdzie koniecznie chcemy pojechać. Jednak na razie czeka nas na blogu trzecia i zarazem ostatnia część opowieści o żeglowaniu po Adriatyku. Nie będzie to jednak koniec wspomnień z Chorwacji, bo spędzaliśmy tam czas nie tylko na wodzie. Na lądzie też się działo. ;) Tymczasem wracamy na morze, idealnie pasujące do niezwykle słonecznej pogody panującej za oknem. Aż chciałoby się w nim teraz wykąpać. :)       Przedostatniego dnia, jak już pisałam, robiliśmy przelot z Vodic na wyspę Brač, do miasteczka Milna. Pogoda dopisywała nam fantastycznie, płynęło się szalenie przyjemnie, wiatr wiał dość mocno, chociaż zupełnie się tego nie czuło. A w pobliżu lądu tłok się zrobił niemalże jak w sierpniu na Mazurach, myśmy na szczęście szli dość szeroko, więc inne jachty oglądaliśmy jedynie z daleka. :)     Droga na Brač zajęła nam większość dnia i przyznam szczerze, że jak teraz oglądam te zdjęcia, to dopiero doceniam jej piękno. Wtedy po kilku godzinach można było się znudzić tymi widokami, teraz jednak robią niesamowite wrażenie i można się nimi zachwycić ponownie. Jednak Chorwacja do żeglowania jest naprawdę wymarzonym miejscem i być może, jeszcze kiedyś tam wylądujemy. :)        Do Milnej dopłynęliśmy niewiele przed zachodem słońca, który tego dnia należał do grona tych, które właśnie największy urok mają nad morzem. Żałowałam tylko, że nie mogliśmy zobaczyć jak słońce chowa się w morzu, bo tutaj skrywało się za górami, których w Chorwacji nie brakuje. :)       Ostatniego dnia rejsu popłynęliśmy jeszcze na drugą stronę wyspy, żeby zobaczyć z bliska stare bunkry, w których chowały się statki w czasie wojny. Skorzystaliśmy z okazji, że pogoda dalej była fantastyczna, a zatoczka dość przyjemna i wzięliśmy ostatnią kąpiel w Adriatyku. I trzeba było wracać do Splitu, bo rano czekał nas powrót do Krakowa.przez chwilę się zastanawialiśmy czy nie wylądowaliśmy przypadkiem w Chinach. ;)       Powrotna droga do Splitu była niezwykle sielankowa. Wszyscy chłonęli widoki, żeby na jak najdłużej zapamiętać go w serduszkach. Pogoda nam to zdecydowanie ułatwiała, bo było jeszcze piękniej niż dzień wcześniej. Trochę żałowaliśmy (no dobra, nie trochę, tylko bardzo strasznie mocno), że musimy już wracać. Muszę jednak przyznać, że tydzień na jachcie to taki optymalny okres czasu, przynajmniej dla mnie. Nie wiem czy dłużej bym wytrzymała, zawsze właśnie jakoś tak około tygodnia spędzałam na wodzie i tak było mi najlepiej. Nie można przesadzać. ;)       Trzeba przyznać, że linia brzegowa Chorwacji należy do niezwykle urozmaiconych. Największe wrażenie robią góry schodzące niemalże prosto do morza. Szczególnie niesamowicie wygląda to w okolicy Splitu, co wyglądało przecudownie na horyzoncie. Dodatkowo słońce wraz z chmurami zaczęło tworzyć takie spektakle na niebie, że nie dało się przestać fotografować. Po prostu cudownie to wyglądało i było najpiękniejszym ukoronowaniem naszego rejsu, jakie tylko można było sobie wymarzyć. :)a przed dziobem- Split. <3         Przyznam szczerze, że był to zdecydowanie najpiękniejszy rejs na jakim byłam, chociaż nie było ich za wiele. Pogoda dopisała, ekipa była niezwykle sympatyczna i zgrana i czas spędzaliśmy bardzo interesująco. ;) A Chorwacja po raz kolejny zaprezentowała nam się przepięknie, tym razem od swojej najcudowniejszej strony. Bo chociaż na lądzie jest ciekawie, to jednak dopiero od strony morza można ją docenić najpełniej. <3zdjęcie inspirowane. ;))~~Madusia.

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Czupel

       Przyznaję, nie wytrzymałam. Ale już mnie tak ciągnęło w góry, że nie mogłam wytrzymać i dlatego wczoraj zamiast siedzieć dalej w domku nad magisterką, spakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na krótką wycieczkę. Zresztą i tak sobota miała być nieco luźniejszym dniem, bo wieczorem szliśmy na koncert Międzynarodowej Gali Seriali, który w ramach Festiwalu Muzyki Filmowej odbywał się w krakowskiej Arenie. I był to absolutnie fantastyczny koncert, naprawdę usłyszenie na żywo ulubionej muzyki z doskonale znanych seriali jest czymś niesamowitym. Jednak zanim wieczorem było trochę kultury, najpierw rano były góry. Jak zawsze piękne i nieprzewidywalne. :)         Droga minęła nam stosunkowo szybko, chociaż 70 km w półtorej godziny nie jest jakimś zawrotnym wynikiem. Ale niestety większość drogi ciągnie się przez wioski i miasteczka i ciężko jechać szybciej niż pozwalają na to przepisy. Niemniej do Międzybrodzia Bialskiego dojechaliśmy spokojnie na godzinę jedenastą, chwilę szukaliśmy jakiegoś sensownego parkingu aż wreszcie zostawiliśmy samochód pod Biedronką. ;) Przebraliśmy buty i ruszyliśmy chodnikiem kierując się żółtym szlakiem na Magurkę. Początkowy fragment trasy biegł właśnie wzdłuż ulicy, gdzie szło się grzecznie chodnikiem, czyli generalnie nic ciekawego. Widoczków jeszcze nie było, jedynie na podziw zasługiwało kilka walących się chatek i koza przy wozie. ;)        Dopiero po mniej więcej czterech kilometrach weszliśmy do lasu, gdzie przywitała nas tabliczka, że znajdujemy się na obszarze Natura 2000 Beskid Mały. W lesie od razu było przyjemniej, mimo iż niewiele słońca przedzierało się przez wysokie korony drzew. Tutaj szlak nam się zdecydowanie bardziej podobał, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że właściwie nie było na nim ludzi, spotkaliśmy raptem dwie inne grupy. :)        Podejście zbyt wymagające nie było, chociaż w dość krótkim czasie przemieściliśmy się o prawie czterysta metrów wyżej. Zupełnie się jednak tego nie czuło, mimo iż nasza kondycja po zimie do najlepszych nie należy. Chociaż przyznam szczerze, że był to ciągle ten fragment naszej trasy, który po prostu chciałam przejść, żeby dotrzeć wreszcie tam, skąd rozciągają się widoki na okolicę. W lesie zwykle jest z nimi dość kiepsko. ;)         Wreszcie jednak wyszliśmy z lasu i przed naszymi oczami rozciągnęły się tak długo oczekiwane widoczki. Chociaż nie do końca takie jakich się spodziewałam, bo ciągle jednak drzewa przesłaniały widoczność. Niemniej było już lepiej, szczególnie że dodatkowo słońce wraz z chmurami zaczynało tworzyć niesamowite spektakle na niebie. A w dolinie pod górą Żar zaobserwowaliśmy burzę, niestety żadnego z piorunów nie udało się złapać na fotce. Mieliśmy jednak nadzieję, że ta burza pójdzie sobie w drugą stronę, a my spokojnie przejdziemy zaplanowaną trasę. Spełniła się ona jednak jedynie połowicznie. ;)       Na drodze prowadzącej bezpośrednio do schroniska na Magurce było już zdecydowanie więcej osób, szczególnie rodzin z dziećmi. Oczywiście największy ruch był przy samym schronisku, chociaż w środku panowała bardzo leniwa i spokojna atmosfera. Postanowiliśmy tutaj zrobić sobie dłuższą przerwę, zamówiliśmy tradycyjnie nasze ulubione frytki, a także (już nieco mniej tradycyjnie) zimne czeskie piwo, bo jakoś tak naszła nas na nie ochota. A akurat jak siedzieliśmy na ławkach wystawionych w ogródku schroniska, zaczęło bardzo intensywnie świecić słońce, więc można było się pięknie zrelaksować. Z pięknymi widokami- z jednej strony było widać miasteczko, z którego wyszliśmy, jezioro Międzybrodzkie i górę Żar, zaś z drugiej rozciągał się widok na Beskid Śląski z jego najwyższym szczytem- Skrzycznem. :)w tle widoczna elektrownia na górze Żar.panorama Beskidu Śląskiego.Skrzyczne z charakterystyczną wieżą na szczycie.        Ze schroniska na Czupel są trzy kilometry, jak informuje nas znak. Posileni, nasyceni słońcem i pięknymi widokami ruszyliśmy raźno przed siebie, żeby dotrzeć na szczyt jak najszybciej. Zaczynało się bowiem nieco chmurzyć nad nami i mieliśmy pewne obawy, że jeśli burza nas nie złapie, to raczej na pewno zrobi to deszcz. A wędrowanie w deszczu do naszych ulubionych aktywności zdecydowanie nie należy, więc woleliśmy tego uniknąć. Najlepszym sposobem było szybkie tempo marszu i nie oglądanie się za siebie, bo to właśnie za nami były najciemniejsze chmury.widać już Czupel.        Po kilkunastu minutach byliśmy już na szczycie. My i dwadzieścia pięć innych osób.;) Dobrze, że ten szczyt nie jest taki jak przykładowo na Giewoncie, bo byśmy się po prostu na nim wszyscy nie zmieścili. I tak ciężko było dopchać się do tabliczki wiszącej na drzewie informującej nas gdzie się znajdujemy. Musieliśmy chwilę poczekać, ale wreszcie udało nam się i zrobić sobie po pamiątkowym zdjęciu. Kolejny szczyt Korony Gór Polski za nami! Tomasz na szczycie.a tak wygląda sam szczyt.        Z Czupla ruszyliśmy najpierw niebieskim szlakiem na przełęcz pod nim, a później już czerwonym prosto do Międzybrodzia Bialskiego. Krótki fragment niebieskiego szlaku obfitował jeszcze w piękne widoki, na czerwonym niestety już nie było tak malowniczo, bowiem znowu weszliśmy w las.       I tutaj zaczęłam się cieszyć, że robiliśmy tą trasę właśnie w takiej kolejności, bowiem zejście było naprawdę bardzo strome. Przez większość szlaku raczej z niego zbiegaliśmy niż schodziliśmy, inaczej ciężko było zachować równowagę. Do tego zaczął kropić deszcz, więc robiło się chwilami dość ślisko. Naprawdę, niby zejście zwykle jest tą fajniejszą częścią drogi, ale zdecydowanie nie tym razem. Szczególnie, że akurat pod sam koniec zaczęło nieco szwankować doskonałe dotychczas oznakowanie drogi i znajdowaliśmy się kilka razy w sytuacjach jak z gry komputerowej: masz trzy ścieżki, wybierz tą która bardziej ci się podoba. ;)wybierz właściwą ścieżkę. ;)       A na sam koniec, jakieś pięćset/sześćset metrów od samochodu, tuż po wyjściu z lasu złapał nas deszcz. Przez chwilę kapało dość nieśmiało, więc postanowiliśmy się tym nie przejmować. Jednak po chwili z tego nieśmiałego deszczyku zrobiło się prawdziwe oberwanie chmury. I to takie przed którym żadna kurtka czy kaptur nie ochroni. Do samochodu doszliśmy już kompletnie przemoczeni i musieliśmy się schronić w Biedronce, żeby chociaż ciut przeschnąć przed wejściem do samochodu. :)       Już wracając do Krakowa, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy zaporze w Porąbce, gdzie rozciąga się piękny widok na góry otaczające jezioro Międzybrodzkie. Tutaj już zupełnie nie padało, tak samo jak przez całą drogę do Krakowa, gdzie jeszcze zatrzymaliśmy się na Zakopiance na nasz tradycyjny obiad po powrocie z gór. :)widok na jezioro Międzybrodzkie z zapory w Porąbce.tradycyjny obiad mistrzów. <3              Czupel był naszym siódmym szczytem w Koronie Gór Polski. Wielkiego wrażenia na nas nie zrobił, jest on bowiem ze swoją wysokością 933 m.n.p.m. jednym z niższych wzniesień, aczkolwiek spacer na niego był idealnym początkiem sezonu. Cały spacer zajął nam cztery godziny, podczas których przeszliśmy 14,5 km. Nie wymęczył nas za bardzo, chociaż dzisiaj leżymy z nogami do góry, lecząc zakwasy. ;) A na koniec mapka poglądowa całej naszej pętelki. :)~~Madusia.

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 2. :)

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 2. :)

        A w Krakowie nie tylko na Brackiej pada deszcz. Od wczoraj całe miasto zasnute jest grubą warstwą szarych chmur, z których co kilka chwil zaczyna siąpić. Dodatkowo dzisiaj temperatura obniżyła się o kilka ładnych stopni i zapowiada się, że weekend będzie dokładnie taki sam. Pierwszy raz od dawna taka informacja mnie bardzo cieszy, bo na najbliższe dni mam tylko jeden plan- pisanie pracy magisterskiej, bo termin jej oddania zbliża się nieubłaganie. A ostatnio doszłam do wniosku, że chciałabym mieć to wreszcie za sobą, więc postanowiłam się ogarnąć i dlatego też przez nadchodzące trzy dni będę siedziała zabunkrowana pod swoim ulubionym kocykiem i pisała  ostatnie dwa rozdziały. Ale zanim zatracę się w fascynujących zagadnieniach prawa wodnego, to jeszcze spędzę kilka przyjemnych chwil na wspomnieniach zdecydowanie sympatyczniejszej wody, jaką jest przepiękne Morze Adriatyckie. :)                    Jak już pisałam, pierwsza część rejsu nie była szczególnie słoneczna, co widać po zdjęciach z poprzedniej notki, aczkolwiek i tak było ciepło. Po pięknym poranku w Primoštenie wyruszyliśmy w kierunku wyspy Žirje. Pogoda cały czas dopisywała, wiał lekki wiatr pozwalający nam iść praktycznie całą drogę na żaglach. Na Adriatyku jest zdecydowanie spokojniej niż na Bałtyku czy też na Mazurach i właściwie na jachcie nie trzeba za wiele robić, szczególnie w momencie, gdy włączy się autopilota. ;) Dlatego też większą część trasy przeleżałam na dziobie czytając książkę i opalając się. Taki totalny chillout. :)poranek w Primoštenie.czytelnia na dziobie zawsze spoko. :)))zatoka na Žirje          Zatoka na Žirje była jedynym miejscem podczas całego naszego rejsu, gdzie staliśmy zacumowani do boi, a nie w marinie. Chorwatom nie robiło to różnicy, więc i tak wieczorem podpłynął do nas pan na pontonie, żeby nas skasować za cumowanie. ;) Generalnie ponton to całkiem przydatna rzecz, też używaliśmy naszego, żeby dostać się na brzeg i nieco zwiedzić wyspę. Szczególnie że znajdują się na niej ruiny fortecy bizantyjskiej z VI wieku, ale o niej jeszcze napiszę. Takie stanie przy boi też ma swój urok, trzeba tylko uważać, żeby się w nocy nie zapomnieć i nie wyjść przypadkiem poza jacht. ;) cumowanie przy boi- najpierw trzeba ją złapać bosakiem. ;)widok na zatokę. ;)a to nasz piękny jachcik widoczny z pontonu. :)pontonem w stronę zachodzącego słońca. zapada zmierzch- na wodzie jeszcze piękniejszy. :)       Nieco żałuję, że nigdy nie udało mi się wstać, żeby zobaczyć wschód słońca, bo nad wodą robi na mnie jeszcze większe wrażenie niż zwykle. Jednak, o dziwo, całkiem dobrze spało się nam na jachcie, przynajmniej do godziny siódmej rano, gdy wstawał nasz sąsiad z kajuty obok, który chodził tak głośno, że wszyscy byli zmuszeni do pobudki razem z nim. Ale dzięki temu, przynajmniej mieliśmy więcej czasu, aby doceniać piękno chorwackich krajobrazów. :)        Następnego dnia mieliśmy dość szybki przelot. Wracaliśmy na ląd, gdzie naszym celem była marina w Vodicach, która była zdecydowanie najprzyjemniejszą ze wszystkich. Droga do niej była spokojna i minęła bardzo szybko. :)piękny kilwater. :)))gdzie ta marina?przyjazna przystań w Vodicach. :)        Najpiękniejszym dniem naszego rejsu był dzień przedostatni, gdy płynęliśmy z Vodic do miasteczka Milna na wyspie Brač. Pogoda zrobiła się iście hawajska, termometr pokazywał niemalże trzydzieści kresek na plusie i na szczęście wiał lekki wietrzyk, bowiem w przeciwnym razie wieczorem wyglądalibyśmy jak małe stado raków. Od razu też na wodzie pojawiło się zdecydowanie więcej jachtów, które chwilami tworzyły na wodzie niesamowite spektakle, szczególnie gdy na masztach pojawiły się niezwykle kolorowe spinakery.              Tego dnia kolor nieba i wody wyglądał jak z bajki. Promienie słońca odbijały się pięknie w wodzie, fale lekko rozbijały się o burty- istna sielanka. Nie mogłam oderwać się od aparatu, bowiem chciałam uwiecznić każdą chwilę tych niesamowitych przeżyć i widoków. Trzeba przyznać, że gdy za oknem pada deszcz (jak to ma miejsce w momencie pisania tych słów) takie landszafty zdecydowanie poprawiają nastrój. Przynajmniej mnie. :)             Mam nadzieję, że druga część opowieści o Adriatyku Wam się podobała, trzecia będzie jak napiszę magisterkę. ;) A na razie trzymajcie się cieplutko i idźcie w niedzielę na wybory. ;*~~Madusia.

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 1. :)

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: niesamowity Adriatyk część 1. :)

      Po niesamowitej majówce powrót do rzeczywistości bywa bolesny. Zwłaszcza gdy okazuje się, że zostały trzy tygodnie do oddania pracy magisterskiej, pojawiło się kilka dość niespodziewanych kolokwiów, a wczoraj jeszcze napadł na mnie deszcz, przemoczył mi trampki i rozgrzał mnie do temperatury 38 stopni. Maj w Krakowie naprawdę bywa piękny. ;] Ale w tych trudnych chwilach ciągle towarzyszą mi wspomnienia z początku miesiąca. Dawno nie miałam tak pozytywnych odczuć co do żeglowania, szczególnie po moim ostatnim rejsie, który miał sporo ciężkich chwil. Sztorm na Bałtyku nie należy do rzeczy przyjemnych i po nim nie bardzo miałam ochotę wrócić na jakikolwiek jacht. Trwało to ponad półtora roku, a na powrót zdecydowałam się wyłącznie dlatego, że miałam nadzieję, iż Adriatyk okaże się łaskawszy. I właśnie taki był. Mimo stosunkowo wczesnej pory, pogoda dopisała nam fantastycznie, a przeżycia były absolutnie pozytywne i niepowtarzalne. Sami zobaczcie. :)))        Wypływaliśmy ze Splitu, gdzie zacumowany w marinie stał nasz piękny jacht. Na kilku różnych zdarzyło mi się już do tej pory być, ale ten zdecydowanie był najnowocześniejszy. Warunki lepsze niż w niejednym hotelu- świetnie wyposażona kuchnia, dwa prysznice, dwie toalety, sporo przestrzeni. Jak dla siedmiu osób, bo taką właśnie grupą byliśmy, idealny. I do tego najbardziej niesamowita rzecz- autopilot. ;) Ustawiało się na nim współrzędne GPS i sam płynął do celu, korygując samodzielnie kurs. Widok samoczynnie kręcących się kół sterowych za każdym razem mnie zaskakiwał. ;)jacht na tle Splitu.widok z dzioba- większość załogi widoczna w kokpicie.część koła sterowego. ;)       Pierwszy przelot mieliśmy bardzo spokojny. Od razu po przyjeździe i zaokrętowaniu się popłynęliśmy na Šoltę, niecałe dwie godziny od Splitu. Morze było wyjątkowo spokojne, nawet nie mieliśmy okazji, żeby postawić żagle, jedynie na silniku płynęliśmy. Był to jedyny wieczór, gdy wchodziliśmy do mariny już po zachodzie słońca, dzięki czemu mogliśmy go obserwować na morzu. A tylko na nim prezentuje się on naprawdę niesamowicie. :)taki olbrzym żegnał nas w Splicie. zachód słońca na morzu. <3a po drugiej stronie już księżyc świecił.Stomorska- nasz pierwszy nocleg.       Pierwszy wieczór i noc minęły nam bardzo spokojnie. Przed snem zrobiliśmy sobie całą ekipą spacer wzdłuż zatoki, podziwiając gwiazdy na niebie i majaczący w oddali Split. Najbardziej jednak niesamowitą rzeczą były zapachy. Chorwacja w maju pachnie- cudownie, intensywnie i absolutnie pięknie. Jakby się człowiek dosłownie kąpał w ekstrakcie z jaśminu i sosenek. Po krakowskich zapachach te na Chorwacji zapierają dech w piersiach. Aż żałowaliśmy, że nie ma jak tego zapakować i przywieźć ze sobą do domu. :)       Rano pożegnaliśmy pachnącą Šoltę i rozpoczęliśmy jeden z większych przelotów- do miasteczka Komiža na wyspie Vis. Tutaj już mieliśmy zdecydowanie większe pole do popisu, szczególnie w momencie, gdy zaczęło wiać i można było spokojnie postawić wszystkie żagle. I trzeba przyznać, że chwilami wiało całkiem nieźle, bo pokazywało nam nawet 33 węzły, co daje nam siódemkę w skali Beauforta. I niby nie czuło się tego jakoś szczególnie mocno, ale mój żołądek zgłosił w tej kwestii zdanie odrębne i postanowił złożyć morzu w ofierze moje śniadanie. Chyba Neptun był zadowolony, bo później nieco się uspokoiło. Najgorzej jednak mieliśmy już przy samym wchodzeniu do mariny, bowiem wiatr bardzo mocno dopychał nas do kei. Na szczęście męska część załogi była ogarnięta i opanowana i spokojnie udało nam się przybić do brzegu. :)żagiel staw! fale i w oddali latarnia morska.w przechyle- trochę wiało. ;)piękny kilwater.        Kolejnego dnia płynęliśmy z Visu do Primoštenu, znajdującego się na części lądowej Chorwacji. Warunki zdecydowanie się poprawiły, płynęliśmy początkowo spokojnie na żaglach, później jednak wiatr zgasł i trzeba było przerzucić się na silnik. Żeby nam się nie nudziło, zrobiliśmy sobie małą szkołę pod żaglami i pół załogi dzielnie przez kilka godzin uczyło się wiązania węzłów. Śmiechu było przy tym co niemiara, bo początkowo nic nikomu nie wychodziło. Jak śmiał się z nas później skipper- dać ludziom metr sznurka i mają zabawę na kilka dni. Sporo prawdy w tym było, bo każdego kolejnego dnia trenowaliśmy dalej. Z różnym skutkiem. ;)       Przyznam szczerze, że droga do Primoštenu ciut mi się dłużyła, na szczęście wybrzeże Dalmacji jest niesamowicie zróżnicowane i usiane mnóstwem malutkich wysepek. Zdecydowanie bardziej wolę ten akwen do żeglowania niż nasz Bałtyk, gdzie generalnie dość nudno jest. No chyba, że akurat trafia się na sztorm. ;) Ale za takie atrakcje to ja już jednak podziękuję. Wolę się nieco nudzić i podziwiać wysepki dookoła niż modlić się o przeżycie.          kolejna latarnia morska.piękne niebo nad żaglem.landszafcik.      I na takim pięknym landszafciku zakończę dzisiejszą opowieść, zapraszając Was jednocześnie na następne części, bo jeszcze sporo pięknych widoków zostało do pokazania. Szczególnie że te pierwsze dni nieco bardziej pochmurne były, następne to już typowa plaża i mnóstwo słońca. A wiadomo, że słońce i morze na zdjęciach wychodzą najpiękniej. Na zachętę zdjęcie z poranka w Primoštenie. :)~~Madusia.

Chorwacja pod żaglami: instagram mix

PO PROSTU MADUSIA

Chorwacja pod żaglami: instagram mix

      Tegoroczny maj zaczął się najpiękniej na świecie. Pojechaliśmy do Chorwacji, żeby przez tydzień żeglować jachtem po Adriatyku. Trochę się martwiliśmy o pogodę, bo jednak początek maja bywa kapryśny, ale szczęście nam sprzyjało. Zero deszczu, mnóstwo słońca i temperatura sięgająca prawie trzydziestu stopni. Do tego lekki wietrzyk, taki w sam raz do przyjemnego żeglowania. Po raz kolejny Chorwacja pokazała nam się od najlepszej strony. Zapewne kiedyś jeszcze tam wrócimy. :)      A dzisiaj w ramach wprowadzenia do kolejnych chorwackich opowieści zapraszam na kilkanaście migawek, pochodzących głównie z mojego instagrama. Myślę, że będą dobrym materiałem zaostrzającym apetyt przed następnymi notkami. :)po przyjeździe- w Splicie. :)Split- widok na Adriatyk  zachód słońca w drodze na wyspę Šolta.Błękitna jaskinia na wyspie Biševo- wejście widoczne w oddali. Błękitna jaskinia-zdjęcie podwodne. :)na plaży w Primoštenie.pod pełnymi żaglami- te kolorowe to spinakery.na ruinach fortecy bizantyjskiej z VI w. na wyspie Žirjepo zachodzie słońca w zatoce przy wyspie Žirjea kuku- płyniemy. ;) poranek w Vodicach.w duecie najlepiej. <3pływanie w zatokach zawsze spoko- temperatura wody ok. 23 stopni. :)ostatni zachód słońca nad Splitem. <3         Mam nadzieję, że apetyty zaostrzone. ;) Do następnego. ;*~~Madusia.

Jak dobrze nam zdobywać góry: Doliną Białego na Kalatówki

PO PROSTU MADUSIA

Jak dobrze nam zdobywać góry: Doliną Białego na Kalatówki

Studenckie wojaże: Dolina Chochołowska

PO PROSTU MADUSIA

Studenckie wojaże: Dolina Chochołowska

Studenckie wojaże: Hala Gąsienicowa w Tatrach

PO PROSTU MADUSIA

Studenckie wojaże: Hala Gąsienicowa w Tatrach

Włoskie opowieści: Kapryśna Lukka

PO PROSTU MADUSIA

Włoskie opowieści: Kapryśna Lukka

Szlakiem Orlich Gniazd: Zamek Tenczyn

PO PROSTU MADUSIA

Szlakiem Orlich Gniazd: Zamek Tenczyn

Włoskie opowieści: Jesteśmy w Mediolanie

PO PROSTU MADUSIA

Włoskie opowieści: Jesteśmy w Mediolanie

Szlakiem orlich gniazd: Zamek Ogrodzieniec

PO PROSTU MADUSIA

Szlakiem orlich gniazd: Zamek Ogrodzieniec

Włoskie opowieści: tyle słońca w całym Bergamo. ;)

PO PROSTU MADUSIA

Włoskie opowieści: tyle słońca w całym Bergamo. ;)

Włoskie opowieści: niedoceniane Bergamo wieczorową porą :)

PO PROSTU MADUSIA

Włoskie opowieści: niedoceniane Bergamo wieczorową porą :)

Włoskie opowieści: migawki z Lombardii :)

PO PROSTU MADUSIA

Włoskie opowieści: migawki z Lombardii :)