intoamericas

Ekwador. Superbohaterowie ortografii

Walczą o świat, w którym bazgroły na murach będą bezbłędnie napisane. Quito, dzielnica La Floresta. Na ścianie byle jak wypsikany napis: „Para que y porque mi amor por ti por mi lo siento”. Korona temu hispaniście, który będzie w stanie się zorientować, co to znaczy. Bo i sami Ekwadorczycy mają z tym kłopot. - Pomyśleliśmy: co do cholery ten chłopak chciał powiedzieć swojej dziewczynie? – opowiadają trzej mężczyźni, którzy założyli Accion Ortografica Quito i jeżdżą po mieście, by poprawiać błędy w graffiti. Po ich interwencji wyznanie chłopaka brzmi: „Dlaczego i po co, ukochana? Dla ciebie, dla mnie, przepraszam.” Właścicielka muru, 75 letnia Susana Puentes, która do tej pory uparcie zamalowywała wszystkie bohomazy, postanowiła zostawić poprawione graffiti. – To sympatyczna inicjatywa – powiedziała dziennikowi El Comercio. - Wprowadzamy porządek w graffiti, którym rządzi anarchia – żartują trzej mężczyźni po trzydziestce, pogromcy błędów. Dopisują kropki, dodają akcenty, zmniejszają duże litery. Wśród znalezionych przez nich smaczków znalazły się napisy: Has el amor y no la guerra – > Haz el amor y no la guerra (make love, not war) Gracias diosito por tus vendiciones  (napisane na kościele) – > Gracias Diosito por tus bendiciones (dzięki Ci Boże za Twoje błogosławieństwo) Kto zna hiszpański, ten wie, skąd te błędy się wzięły. Spróbujmy poszukać polskich analogii. „B” i „v” w tym języku brzmią tak samo – jak nasze „ż” i „rz”. W Ameryce Łacińskiej nie wymawia się kastylijskiej „zety” (Hiszpanie z północy seplenią ją z językiem między zębami), Ekwadorczycy nie słyszą więc, gdzie jest „s”, a gdzie „z” (jak my nie słyszymy „ó” i „u”). - Traktują nas jak byśmy byli uzbrojonym ramieniem Real Academia Espanola – żartują trzej muszkieterowie ortografii (idąc tropem analogii – odpowiednikiem RAE byłaby nasza Rada Języka Polskiego). Dwaj graficy i jeden adwokat specjalizujący się w ochronie środowiska nie chcą zdradzać swoich nazwisk – za malowanie po murach w Ekwadorze grozi grzywna lub tydzień więzienia, a policjantowi może być trudno wytłumaczyć, że oni tylko poprawiali. – Działamy z moralnego obowiązku i dla dobra publicznego– uważają. Zwykle akcja wygląda tak: znajdują mur, fotografują, idą na piwo i obmyślają, jak naprawić błędny napis. W lutym założyli swój fanpage na Facebooku. Teraz mają 11 tysięcy fanów, którzy pomagają im namierzyć ortograficzne wpadki grafficiarzy. Działają też na Twitterze, gdzie zasłynęli poprawieniem twitta prezydenta Rafaela Correa – w jego „ćwierknięciu” zabrakło akcentów. Pod koniec ubiegłego roku w Madrycie powstała Accion Ortografia Madrid. Madrycką inicjatywę również założyło trzech dorosłych mężczyzn, którzy z podobnych przyczyn pozostają anonimowi (w Madrycie kara za graffiti wynosi 6 tys. euro).  Kilka miesięcy temu do pogromców błędów ortograficznych dołączyła Columbia – akcji kibicuje tam już prawie 10 tys. Kolumbijczyków. - Jesteśmy przeciwko wandalizmowi w ortografii i nie przestaniemy działać, dopóki nie zobaczymy społeczeństwa wolnego od błędów w pisowni – mówią działacze Accion Ortografica Quito. – A poza tym odejmujemy miastu trochę powagi i sprawiamy, że jest radośniejsze.

Paragwaj. Trzecia Wojna Światowa z polskim w tle

intoamericas

Paragwaj. Trzecia Wojna Światowa z polskim w tle

Mamy kiboli chronią?

intoamericas

Mamy kiboli chronią?

Zamiast ponurych ochroniarzy, uśmiechnięte matki kolegów z trybuny. W brazylijskim Recife matki kibiców ochraniały derby miasta. Na początku lutego niemal cały świat obiegła wiadomość: matki najbardziej agresywnych kiboli pracują jako ochroniarze w klubie sportowym Recife. Na derbach miasta, gdzie grali przeciwko zespołowi Nautico, trzydzieści kobiet wystąpiło w odblaskowych kamizelkach z napisem „Seguranca Mae”, czyli „Ochrona Matka”. O ich obecności informowały telebimy przed i w trakcie meczu. - Nie ma chyba na świecie nikogo, kto chciałby walczyć z własną matką. Nie ma też kogoś, kto ośmieliłby się zachowywać wobec niej agresywnie – przekonywał wszystkich Aricio Fortes, wiceprezes firmy PR, która wymyśliła nietypowy projekt. Chwalił się też, że w trakcie meczu nie było żadnych przejawów przemocy, a kibice Klubu Sportowego Recife należą do najbardziej wybuchowych w Brazylii. Być może jednak nie bez znaczenia był fakt, że KS Recife wygrał z Nautico 1:0. Zatrudnienie matek jako ochroniarek nie jest też wcale długofalowym planem na zniwelowanie przemocy, ale jednorazową akcją marketingową. A matki niekoniecznie mają za synów wściekłych kibiców. - Mój syn jest fanatykiem. Jeździ za klubem na każdy mecz. Ale nigdy nie wziął udziału w bójkach – powiedziała nam Rosali, jedyna z trzydziestu matek – ochroniarek, która zgodziła się rozmawiać z prasą. – Dowiedział się, że szukają matek kibiców w klubie i po prostu mi to zaproponował. Bardzo mi się podobało. W trakcie tego meczu nie było żadnej bójki. Myślę, że to świetny pomysł. Ale nikt nie proponował nam kontynuacji. Może warto byłoby go wdrożyć na stałe na polskich stadionach?  

Holenderka, która została terrorystką FARC

intoamericas

Holenderka, która została terrorystką FARC

Holenderka Tanja Nijmeijer przed laty walczyła u boku partyzantów FARC w dżungli, dziś negocjuje warunki pokoju z rządem w Kolumbii. Od pół wieku w Kolumbii toczy się wojna domowa. Siły rządowe walczą z FARC, organizacją, która pod płaszczykiem Robin Hooda, który odbiera bogatym a daje biednym, zawładnęła dużą częścią kraju. Finansowana była z porwań dla okupu, podatku rewolucyjnego zdzieranego z bogatych i podatku dla karteli narkotykowych (czyt. ochrony dla baronów narkotykowych w zamian za broń i gotówkę). Wszystko w ramach walki z kapitalizmem. O FARC i jego historii można byłoby pisać dużo, ale skupimy się na bohaterce tego wpisu. - Wielu ludzi sądzi, że FARC zaczął walczyć ponieważ wieśniacy chcieli kawałka ziemi, ponieważ chcieli sprawiedliwości społecznej i to jest prawda. Ale systematyczna przemoc stosowana przez rząd by represjonować obywateli własnego kraju zmusiła wieśniaków do sięgnięcia po broń – opowiada bojowniczka poszukiwana przez Interpol. Zafascynowała nas jej historia. Zdobyliśmy maila, napisaliśmy bez większych nadziei na odpowiedź. Ta przyszła błyskawicznie. Piękna kobieta, która przez kilka lat żyła w dżungli, dziś dba o wizerunek FARC. A organizacja ma nadzieje stać się partią polityczną. Do tego jednak potrzebny jest pokój. Rozmowy na ten temat toczą się z przerwami od dwóch lat na Kubie, gdzie zresztą mieszka Holenderka. Uciekła tam wraz z innymi liderami FARC, gdy wojsko zaatakowało ich kryjówkę w dżungli. Zamiast bojowniczki w stroju moro rozmawiamy z elokwentną, władającą pięcioma językami, zafascynowaną Che Guevarą piękną kobietą. Zaczęło się tak. Pod koniec lat 90. Tanja Nijmeijer, świeżo upieczona studentka wyjechała z Holandii do Kolumbii na wolontariat. Uczyła języka angielskiego w szkole dla dzieci bogatych rodziców w Pereira. Równocześnie szlifowała hiszpański. Jej nauczyciel pokazał jej biedniejsze oblicze kraju. I zaraził myślą rewolucyjną. Wstąpiła do partyzantki FARC. Przeszła trzymiesięczne szkolenie w dżungli. Uczyła się rozpalać ogniska bez dymu, konstruowała ładunki wybuchowe. Raz złamała zasady: zadzwoniła do rodziny w Holandii. Za karę musiała wykopać sobie grób. Dziś jest jedną z liderek. Sądy w Kolumbii i USA chcą wsadzić ją za kratki. - Krąży wiele dzikich historii o tym, jak zabijałam ludzi, byłam zaangażowana w porwania, ataki na samoloty. Media są świetne w ich wymyślaniu i reprodukowaniu, ale nie są najlepsze w weryfikowaniu faktów – mówi. Dziś zasiada w dziesięcioosobowej delegacji FARC, która negocjuje warunki pokoju z rządem. Przeciwnicy mówią o niej ładna buzia. Ma zmiękczyć wizerunek FARC, przez USA i UE uznawanej za największą organizację terrorystyczną w Ameryce Łacińskiej. Tanja mieszka w Hawanie, obsługuje Twittera i Facebooka. - Ładna twarz? To tylko hasło. Nie chcemy sprzedać komercyjnego produktu. Tworzymy coś bardzo serio, chcemy sprawiedliwości społecznej dla wszystkich Kolumbijczyków. Kraj i FARC nie potrzebują ładnych buzi, a ludzi, którzy myślą, tworzą, pracują. To co robię, to tylko ziarenko piasku – przekonuje nas. I strofuje. Że korzystamy ze złych źródeł. Że media kłamią. Że powielamy stereotypy. Kiedy pytamy, o wyniki raportów Human Rights Watch, które jasno wskazują na łamanie praw człowieka, ataki na cywili, korzystanie z usług dzieci-żołnierzy, gwałty na kobietach i zmuszanie ich do aborcji, bojowniczka odnosi się tylko do ostatniego punktu. - Wyobraźcie sobie guerillę, która maszeruje z niemowlęciem przy piersi, obóz z płaczącymi dziećmi. Najważniejsze jest stosowanie środków antykoncepcyjnych, ale zdarzają się także przypadki bojowniczek, które urodziły w dżungli. Aborcja to ostateczność – ucina. I dodaje: – Rząd wciąż zabija ludzi, spuszcza bomby na obozy i nie chce rozmawiać o zawieszeniu broni. Ważne, by wyjaśnić, że FARC nie “zabija ludzi i organizuje terrorystycznych ataków”, nigdy nie planowaliśmy ataków, które mogłyby dotknąć cywilów. Ale to nie znaczy, że przez 50 lat konfliktu takie przypadki się nie zdarzyły. W tak długim czasie musieliśmy popełnić błędy Prawda jest taka, że rząd nigdy nie zgodził się na zawieszenie broni. Nawet po pierwszych rozmowach pokojowych wojsko polowało na bazy terrorystów. A ci kontratakowali. Tylko ostatnio zaatakowali wodociąg (bez wody zostało 60 tys. ludzi) i sieć energetyczną. Jak wskazują eksperci partyzanci już nie porywają ludzi. I to jedyny sukces rozmów pokojowych. 31 sierpnia Humberto de la Calle, członek delegacji rządowej powiedział, że negocjacje zmierzają w kierunku finalizacji. Następnego dnia przedstawiciele FARC żywiołowo zaprzeczyli. Droga do pokoju wciąż jest kręta. A Tanja nie zamierza nawet odzyskać swojego paszportu. Spaliła go na kuchence polowej tuż przed atakiem sił rządowych na obóz w dżungli w 2007 roku. Uciekła na Kubę, a wojskowi znaleźli jej pamiętnik. Napisała w nim: „Dżungla jest moim domem, FARC moją rodziną”.

Komendant Gaviota. Mewa w policji

intoamericas

Komendant Gaviota. Mewa w policji

intoamericas

Najbardziej zaludniona wyspa świata

Tak napisali o niej wszyscy – National Geographic, Wikipedia, czy The Star. Mieszkańcy są jednak oburzeni. Santa Cruz del Islote wygląda jak kawałek miasta wycięty i przeklejony na Morze Karaibskie. Ma niecały hektar, na nim stoi ponad 90 domów. A w nich, według większości dziennikarzy, mieszka ponad 1,2 tys. osób. Santa Cruz jest najmniejszą spośród dziesięciu wysepek kolumbijskiego archipelagu San Bernardo. Mieszkańcy, by zagrać w piłkę muszą popłynąć łódką na sąsiednią wyspę – tu nie ma plaży, parku, zieleni. Są za to cement, piach i łódki. I bardzo dużo roześmianych dzieci. Turyści oglądają Santa Cruz tylko z perspektywy motorówki, która zawozi ich na luksusowe niebiańskie plaże sąsiednich wysp - Mucura i Titipan. Nocleg w pokojach nad lazurową wodą kosztuje tam nawet 550 zł za dobę. - Napisali o nas wiele nieprawdziwych rzeczy. Najbardziej szkodliwe kłamstwo jest o tym, że mieszka tu ponad tysiąc osób. Ta wyspa nie ma przecież nawet hektara, jakbyśmy tu żyli? Przez tą mylną informację rząd kilka lat temu stwierdził, że żyjemy w nieludzkich warunkach i trzeba nas stąd przenieść. Całe szczęście w 2012 zrobili spis i okazało się, że jest nas 540, więc sprawa się wyjaśniła – opowiada Rocio Barrios, członek Rady Wyspy i właścicielka hostelu, restauracji oraz kei, do której przybijają wszystkie łódki. Rocio za darmo udostępnia ją wszystkim mieszkańcom wyspy i przyjezdnym. By wejść do centrum Santa Cruz, trzeba przejść przez zamykane na kratę drzwi od jej podwórka – stąd wielu mylnie interpretuje, że na wyspie, by dojść z jednego miejsca na drugie trzeba przejść przez cudzy dom. Mieszkańcy przeczytali o sobie jeszcze kilka innych mało przyjemnych rzeczy: – Że żenimy się wewnątrz rodzin – kompletna bzdura, nie ma ani jednej takiej pary; że kąpiemy się w słonej wodzie – relacjonuje Rocio. Do kobiety obok: – Co sąsiadko, w słonej się pewnie kąpiesz, przyznaj się! – śmieją się obie. Nic dziwnego, że dziennikarzy tu nie lubią. Do nas też podeszli podejrzliwie. Ale nie daliśmy za wygraną. Za dwa miesiące przyjedziemy tu, by uczyć dzieci angielskiego. Choć ci mieszkańcy, którzy nie utrzymują się z rybołówstwa pracują w turystyce, w żadnym języku obcym nie znają ani słowa. Na wyspę przyjechaliśmy uczyć języka angielskiego. Nie było trudno nas znaleźć, ale mimo naszych wielu prób zorganizowaliśmy tylko jedną lekcję. Indywidualną. O tym poczytacie już tutaj.

intoamericas

Grają w piłkę z eks-gangsterami. Favela Street

Spotykają się na boisku trzy razy w tygodniu. Trenerzy, często byli bossowie narkotykowi, i uczniowie szkół – eks-żołnierze, którzy do niedawna biegali po faweli z karabinami AK-47, pilnowali laboratoriów i punktów przerzutu. By zagrać, muszą spełnić dwa warunki – chodzić do szkoły i zostawić broń poza boiskiem. Tego wymaga Favela Street – program holenderskiej organizacji pozarządowej IBISS, który przeciwdziała przemocy w fawelach Rio i stara się pomóc wyrównać społeczne nierówności. Organizacja powstała w 1989  roku. Wtedy Nanko Van Buuren, jej szef i założyciel, z wykształcenia psychiatra, przyjechał z Holandii do Rio na zlecenie europejskich agencji finansowych, które wspierały tutejsze agencje charytatywne. Miał sprawdzić, jak sobie radzą. Zauważył, że choć pracownicy mają świetny kontakt z dziećmi ulicy, nie potrafią im realnie pomóc. - Przynosili im jedzenie, zaprzyjaźniali się. Ale efekt był taki, że dzieci dalej mieszkały na ulicy, kradły, brały narkotyki i pracowały dla gangu – wspomina Nanko, dziś spokojny, siwy i starszy pan, nad szklanką piwa w  kompleksie faveli Penha na północy Rio. Wokół pełno jego przyjaciół, byłych żołnierzy. Wszyscy czule się z nim witają, młodsi mówią do niego per „dziadku”. Nanko postanowił założyć centrum treningowe dla pracowników różnych organizacji. Tak w 1989 narodził się IBISS, organizacja, która dziś skupia ponad 300 pracowników i wolontariuszy. Przeprowadzili dziesiątki akcji – prewencja AIDS i innych chorób przenoszonych drogą płciową, ściąganie dzieci z ulicy z powrotem do ich domów w fawelach. W ramach program Soldados Nunca Mais (Żołnierzami nigdy więcej) wyciągnęli już ze szponów gangu ponad cztery tysiące bossów i żołnierzy i dali im pracę -  na przykład jako kierowcom mototaksówek. Dwaj z nich zabierają nas na przejażdżkę po kompleksie Penha. Do kościoła na wzgórzu i przez wąskie uliczki. Nie przejechałby tędy żaden samochód. Pędzimy w dół nawet po schodach! Nanko przyjaźni się z wieloma byłymi i aktualnymi bossami. Ostrzegają go, kiedy szykuje się strzelanina, a zdarza się to przynajmniej raz w tygodniu. Dziś niestety nie przyszedł do baru żaden z nich. – Trzeba poczekać aż sami się do ciebie zgłoszą. A potem rozmawiać z nimi jak z normalnymi ludźmi, ojcami, mężami, braćmi. Nie traktować ich jak kryminalistów – tłumaczy. Wielu z nich pracuje jako trenerzy w ramach projektu Favela Street, który przez piłkę chce dzieci uczyć zasad życia w społeczności, a także obalić wzajemne stereotypy dzieci z faweli opanowanych przez przeciwne gangi – Czerwone Komando i Trzecie Komando. – Piłka pozwoliła nam zbliżyć się do tych dzieci, których nie mogliśmy znaleźć w szkołach – mówi Nanko. Dzięki treningom czują się też bardziej potrzebni, mają zobowiązania, ktoś na nich czeka. - Każdy mecz zaczynamy od rozmowy na temat tego, co się ostatnio wydarzyło w dzielnicy. Jeśli były strzelaniny, opowiadamy, co kto wtedy robił, czy ucierpiał – mówi Roxy, wolontariuszka z Holandii, była piłkarka reprezentacji. – Bardzo lubię z nimi pracować, choć nie zawsze jest łatwo. Kiedy są twardzi, ty też musisz być twardy. Inaczej będą cię wykorzystywać.

intoamericas

Śladami Marqueza. W mieście żółtych motyli

Są na murach, szyldach sklepów, a nawet na drodze. Wymalowane przez mieszkańców rodzinnego miasta Gabo przypominają o mitycznym Macondo. Żółte motyle towarzyszyły Mauricio Babilonii, jednej z postaci „Stu lat samotności”, powieści Gabriela Garcii Marqueza, którą zyskał sobie najwyższe uznanie Szwedzkiej Akademii. - Kiedy padał deszcz, na brzegach tych nierównych ulic tworzyły się kałuże. Powiększały je codziennie osły, które sikały po drodze na plantację. Miały kolor brązowawy i swoim aromatem ściągały setki żółtych motyli. Jak ktoś przechodził drogą, wszystkie wzlatywały w popłochu ku górze – wspomina Hanibal Cai, wesoły 95-latek, który mieszka na ulicy prostopadłej do Casa Museo Garcia Marquez, zrekonstruowanego domu pisarza. Buja się w drewnianym hotelu ustawionym na chodniku jednej z niewielu brukowanych ulic w Aracatace, położonej dwie godziny jazdy od karaibskiego wybrzeża Kolumbii. Opowiada i żywo gestykuluje. Wokół nas sadowią się po chwili jego prawnuki. – Byłem prawie 10 lat starszy, nie bawiliśmy się razem. Dziadunio i babunia nie pozwalali Gabito wychodzić na ulicę. Spod domu zabierała go nauczycielka, pras za rękę i do szkoły. A potem z powrotem. Nie miał tej wolności, co ja – opowiada. Jedna z jego ciotek, Francisca, podpaliła kiedyś dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień. Odwiedzamy dawny dom Marqueza – pokoje dziadków i ciotek, warsztat, w którym dziadek – pułkownik, pierwowzór Aureliano Buendia, robił złote rybki. Potem zaglądamy do 75-letniej sąsiadki, która w latach 80. w miasteczku funkcję alkalda, miejscowego burmistrza. - To replika domu ze „Stu lat samotności”, z pokojami cioć i warsztatem dziadka. Ten prawdziwy dom był o wiele skromniejszy – uważa Yolanda Marcos de Sade. Sama mieszka w bardzo dziś dystyngowanym Domu Umarlaka, po którym kiedyś podobno biegał duch. – Nigdy go nie widziałam – śmieje się elegancka starsza pani. Wspomina wspólne dzieciństwo. – Wszystko, co opisuje, jest realne – sposób w jaki mówili ludzi, jak żyli. Loterie fantowe, gry, Cyganie, którzy przychodzili czytać przyszłość z rąk. Dziś Aracataca wydaje się równie zapomniana, a wspomnienia jej mieszkańców równie poplątane, co w tekstach Marqueza. Nikt nie może nam z całą pewnością potwierdzić, czy stanął tu pomnik pisarza, większość twierdzi, że nie. Ale zdarzają się i tacy, którzy twierdzą, że owszem, był, pomnik nagiego Gabito (tak czule zdrabnia się w tych stronach Gabriela, przydomek Gabo – powszechny dziś w Kolumbii – nadano pisarzowi potem, wychodząc z założenia, że Gabito tak wielkiej postaci nie przystoi). I Gabito przyjechał, pomnik zobaczył. – „Ja jestem z wybrzeża, nie mam takiego małego pindolka”. To było chyba jeszcze przed Noblem – usiłuje sobie przypomnieć o dziewięć lat młodszy od Noblisty kuzyn Nicolas Arias, dziś właściciel małego sklepu wielobranżowego, kiedyś operator kina, animator i lektor radiowy.

Na izbie przyjęć w honduraskim szpitalu

intoamericas

Na izbie przyjęć w honduraskim szpitalu

- Damy mu zastrzyk w pośladeczki – decyduje lekarz największego publicznego szpitalu w honduraskim San Pedro Sula, gdzie częściej można spotkać rannego gangstera niż chorego turystę. Przemysłowy ośrodek na północy kraju uchodzi od kilku lat za najniebezpieczniejsze miasto świata. W ubiegłym roku w Hondurasie (8,5 mln populacji) notowano 19 zabójstw dziennie. Większość z nich miała miejsce właśnie w San Pedro Sula, gdzie od lat walczą gangi Mara Salvatrucha i Mara 18. Miasto leży na szlaku przemytników narkotykowych z Kolumbii do Meksyku. Więcej o objeździe z policją po niebezpiecznych dzielnicach i wstrząsających historiach księdza, który pracuje z gangsterami napiszemy w następnych wpisach. Do San Pedro pojechaliśmy przede wszystkim, by pokazać dramat mieszkańców z zupełnie innej perspektywy: wprost z ostrego dyżuru. Za inspirację posłużyły zdjęcia Jorge Cabrery, fotografa agencji Reuters, które przed rokiem obiegły świat. Portrety ofiar potyczek gangów robiły wrażenie. – Spędziłem w szpitalu tydzień. Potem mnie wyrzucili. Nie będzie wam łatwo – ostrzegał Cabrera (jego fotoreportaż zobaczycie tutaj). Co dzieje się na ostrym dyżurze? O czym rozmawiają lekarze i pielęgniarki? Czy członkowie rodzin mareros przyjeżdżają w odwiedziny? A może koledzy z gangów? Mieliśmy dużo pytań. Legitymacja prasowa, pismo z gazety, rekomendacje – nic nie pomogło. Najpierw rzecznik prasowa, a potem szef oddziału nie zgodzili się na nasz pomysł. Nie kryli się z tym, że inni zagraniczni i lokalni dziennikarze krytykowali warunki sanitarne i pracę lekarzy. Tajemnicą poliszynela jest, że chorzy muszą tutaj płacić za wszystko: żeby dostać zastrzyk trzeba kupić sobie strzykawkę, do kroplówki trzeba dokupić nawet wenflon. Higiena? Po wizycie w jednej z łazienek odechciewa się choćby bardzo się chciało. Nie odpuściliśmy i pojechaliśmy do szpitala.Tym razem w roli chorującego i opiekunki. Dzikie spazmy bólu w bliżej niesprecyzowanej okolicy żołądka, zamglony wzrok i inne numery ze szkoły podstawowej wystarczyły, by wejść na izbę przyjęć. Tam potwierdziły się najgorsze historie: panuje brud i zupełny chaos, rannych wożą w wózkach ich rodziny, porządku pilnują dwie policjantki z pałą, które raz po raz spluwają na podłogę. W końcu jedna z nich wyrzuca z poczekalni wszystkich i… zarządza sprzątanie. Ludzie koczują więc przed szpitalem. Historia ma dobre zakończenie. Choremu nie wypadało nie wejść do gabinetu. Tam został błyskawicznie zbadany przez doktora z dziwną manierą zdrabniania co drugiego słowa. Na szczęście okazało się, że przybysza dotknął syndrom turysty. – Zrobimy zastrzyk w dupeczkę – zaproponował więc lekarz. Chory z urojenia turysta się nie zgodził i dostał fachowe recepty na cztery specyfiki. Wyzdrowiał błyskawicznie.

intoamericas

Śniadanie na ranczu Sławomira Mrożka

- To jakiś wasz krewny? – pyta pani w warzywniaku, gdy szukamy dawnego rancza Mrożka. Nikt nie wie, że w okolicy mieszkał sławny pisarz. W końcu udało nam się dotrzeć do posiadłości mistrza. Santa Rita Tlahuapan to zakurzone miasteczko w połowie drogi z Puebli do Mexico City. W centrum odremontowany kościół, budynek magistratu, znudzeni taksówkarze. W okolicy nie ma nawet hotelu. O Mrożku, który przez siedem lat żył na ranczu w jednym z miejscowych przysiółków, nikt tu nic nie wie. Starsze przekupki rozkładają ręce, w magistracie witają bezradnym uśmiechem. Pokazujemy zdjęcie. –To chyba jakiś amerykański aktor – zapewnia pani z kafejki internetowej. Nic dziwnego. Mrożek przekonywał, że dwuhektarowe ranczo „La Epifania” to jego cały Meksyk. Rzadko opuszczał hacjendę, spacerował tylko po sadzie. – Widywałam go tylko podczas posiłków. Całymi dniami pisał w swoim gabinecie. Czasem trzeba przynosiłam mu herbatę – opowiada Flora, która wraz z mężem Francisco i dziećmi mieszkała na ranczo i pracowała u Mrożków. Po długich poszukiwaniach docieramy na miejsce. Nowy właściciel Humberto Martinez Castellanos zaprasza nas na śniadanie. – To miejsce inspiruje – mówi. Nazwał je Finca Teoyaccan, w języku nahuatl oznacza to „miejsce podarowane przez boga”. Zmienił nie tylko nazwę – przebudował większość pokoi i zaadaptował je na potrzeby centrum konferencyjnego. Oczyścił basen, który Mrożek zasypał, bo uważał, że korzystanie z takiego luksusu byłoby źle widziane przez miejscową ludność. W budynku, gdzie kiedyś mieszkały jego ukochane czarne sznaucery – kiedy wyjeżdżał, najtrudniej było mu się z nimi pożegnać – dzisiaj jest skład narzędzi i pralnia. Po sąsiedzku powstał bar, w którym za ladę służy rzeźba statku. Obok niej siedzi naturalnych rozmiarów Don Kichot – jedna z ponad 400 figur z prywatnej kolekcji Humberto. Swoją żonę nazywa swoją Dulcyneą. W domu Mrożków jest dziś restauracja. W ich byłej sypialni – pokój admirała, poświęcony pamięci swego ojca Humberta, wysoko postawionego oficera marynarki wojennej. Do dziś w niezmienionym stanie zachowała się tylko biało-niebieska łazienka na okratowanym parterze pomieszczenia, gdzie Susana i Sławomir mieszkali od czasu, kiedy w Meksyku1994 roku wybuchło powstanie Zapatystów i przestali czuć się tu bezpiecznie. Mrożek pracował w wieży, którą sam zaprojektował. Nowi właściciele wybrali ją na dom mieszkalny, jego dawny pokój pracy, gdzie miał pierwsze w swoim życiu biurko, zamienili na garderobę. – Kupiłem dom w pełni umeblowany. Po spisaniu umowy przyjechałem na miejsce i zastałem puste pokoje. Wszystkie meble przywłaszczyła sobie pośredniczka – wspomina Humberto. Zapewnia, że na terenie rancza nie ściął ani jednego drzewa. Do dziś owocują śliwki, jabłka, figi, brzoskwinie, z których Mrożkowie robili konfitury.

10 największych atrakcji Ameryki Łacińskiej

intoamericas

10 największych atrakcji Ameryki Łacińskiej

Nasza turystyczna lista must-see w podróży po Ameryce Łacińskiej. Jak wiecie, naszą trasę wyznaczały głównie reporterskie tematy, często bardzo nieatrakcyjne z punktu widzenia podróżnika. Po drodze jednak daliśmy się skusić na kilka po prostu ładnych miejsc. Przedstawiamy te, gdzie naprawdę było warto się zatrzymać. Top 10: 1. Salar de Uyuni (Boliwia) Ameryki nie odkrywamy, bo to obowiązkowy przystanek dla każdego, kto jeździ po tym kontynencie. Chociaż ludzi sporo, to pustynia jeszcze większa i można sobie jeepem wyjeździć ustronne miejsce. Ta przestrzeń urzeka. Biała, opalizująca, miesza się z niebem tak, że trzeba mrugać, by oddzielić. Wyspa pełna kaktusów w miejscu, gdzie po wielkiej wodzie została tylko gruba warstwa soli. Jak najlepiej podróżować po Salar, przeczytacie tutaj. 2. Paraty (Brazylia) Plaż jest wiele, Paraty – tylko jedno. To region Brazylii położony dogodnie dla podróżujących do Rio czy Sao Paolo, między tymi dwoma molochami. Gęsta dżungla biegnie wzdłuż wybrzeża. Niedaleko miejscowości Trinidade można wybrać się na pieszą wycieczkę, gdzie na przemian będzie nam to zielono, to piaszczyście. Polecamy po za sezonem. A więcej zdjęć – tutaj. 3. Paracas (Peru) Miejsce, gdzie ocean żeni się z pustynią. Pełne pelikanów, zdechłych fok, których pracujący na terenie Parku Narodowego rybacy pozwalają naturalnie się rozkładać, bo wywozić nie mogą. Ogromna przestrzeń. Wiatr. Słońce. Dla nas – najbardziej niesamowite miejsce w Peru. Kto chce znać więcej szczegółów, odsyłamy do wpisu o pustyni. 4. Laguna Quilotoa (Ekwador) Zielono-niebieskie oko Andów. Jezioro w kraterze starego wulkanu. Można je obejść dookoła, 9 kilometrów, kilka godzin, bo na prawie 4 tys. metrach nie chodzi się szybko. Boskie miejsce, bardzo warto! Kto nie widział, niech kilka! 5. Wulkan Chimborazo (Ekwador) Nie dotarliśmy na sam szczyt, bo szukaliśmy ostatniego lodziarza Ekwadoru, o czym możecie przeczytać tutaj. Góra piękna, wspinaczka niezbyt trudna. A kto się pospieszy, znajdzie jeszcze Baltazara Ushkę! 6. Islas de San Bernardo (Kolumbia) i Utila (Honduras) Utila, Honduras Na myśl o karaibskich plażach od razu przychodzi Kuba czy Dominikana. Tymczasem 13 pięknych wysp archipelagu San Bernardo jest równie pocztówkowe. Chociaż mieszkaliśmy tam na najbardziej zaludnionej wyspie świata (o Santa Cruz del Islote przeczytacie m.in. tutaj, chętnym przypominamy, że wpisy są trzy), to zasmakowaliśmy rajskich plaż. Na honduraskiej Utili jest ich mniej, ale za to zabawa przednia i najtańsze kursy nurkowania na świecie – zobaczcie! Polecamy też Utilę alternatywnie. 7. Salento i kraina kawy (Kolumbia) Wspaniałe miejsce na piesze wycieczki. Niezbyt wysoko, a bardzo malowniczo. I tak zielono! Rosną tu najwyższe palmy na świecie. Smakosze docenią przystanki w kawowych hacjendach. A samo Salento to bardzo przyjazne, kolonialne miasteczko. Warto zobaczyć – odsyłamy do kawowego wpisu. 8. Ouro Preto (Brazylia) Ukryte między wzgórzami kolonialne miasteczko w stanie Minas Gerais, które słynie (i słusznie) z pysznej kuchni. Najlepiej przyjechać tu w czasie Wielkanocy, zobaczycie wtedy sypane przez całą noc kwietne dywany – przedsmak tego, co was wtedy czeka, w naszej galerii. 9. Rio Dulce (Gwatemala) Gwatemala ogólnie nas nie zachwyciła. Ale jest tam kilka przyjemnych miejsc – na przykład jezioro i rzeka Rio Dulce. Do hosteli płynie się łódkami, mieszka wśród moczarów (nawet bez komarów). A do łóżka może wejść lemuropodobny stwór! O Rio Dulce przeczytacie tutaj. 10. Surce (Boliwia) Generalnie moglibyśmy napisać, że wszystkie miasta w Ameryce Łacińskiej są brzydkie. Ale nie pozwala na to Sucre – białe, kolonialne, na boliwijskich wzgórzach. Szałowe. Jedyne, w którym naprawdę czuliśmy się dobrze. Tak dobrze, że zastanawiamy się nad pochówkiem. Nieziemski cmentarz zobaczycie tutaj.

intoamericas

Bierzemy udział w konkursie na Bloga Roku! Głosujcie!

Intoamericas.com bierze udział w konkursie Blog Roku 2014 w kategorii tematycznej Podróże.  

Ameryka Łacińska. Pięć najbrzydszych miejsc

intoamericas

Ameryka Łacińska. Pięć najbrzydszych miejsc

Kilka razy przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Godzinami jechaliśmy do celu, by dopisać go do rankingu najbrzydszych miejsc w Ameryce Łacińskiej. La Rinconada, Peru Wysiedliśmy z autobusu i od razu musieliśmy zatkać nosy. Peruwiańska La Rinconada to nielegalne miasteczko na ponad pięciu tysiącach metrów nad poziomem morza. 40 tysięcy mieszkańców, głównie górników i prostytutek, strzeże 25 policjantów. Nie ma wody bieżącej, kanalizacji, wszyscy żyją w chatkach z blachy falistej. Ludzkie odchody płyną ulicami, a gdzieś w tle toczą się nieludzkie historie z gorączką złota w tle. Tragiczne miejsce. Przeczytaj jeszcze raz: Najsmutniejsze miasto świata   Xaltianguis, Meksyk   Do Xaltianguis przyjechaliśmy, by napisać reportaż o pierwszym kobiecym oddziale policji obywatelskiej w Meksyku. Piasek, duchota, muchy i zupełnie pogodzeni z losem ludzie. Nawet wspomniany oddział rozpadł się po kilku miesiącach działalności. Przez kłótnie. Konflikty to jedyna rzecz, która napędza mieszkańców Xaltianguis. Wynajęliśmy mieszkanie na ponad miesiąc, by poznać kulisy historii, która wstrząsnęła lokalną społecznością. Wkrótce na miejskim koncie Facebookowym ktoś napisał, że jesteśmy tajnymi wysłannikami rządu. Nie mogliśmy się czuć tam bezpiecznie. Ale jest coś, co nas tam zaskoczyło. Przeczytaj jeszcze raz: It’s okay to be gay Kilometr 108, Peru Kilometr 108. Tak nazywa się prowizoryczne miasteczko założone przez nielegalnych górników. Drewniane baraki ze szmatami zamiast okien, ze ścianami z niebieskiej plandeki. Bez wody bieżącej, z prądem z generatora. Są domy, knajpy, hotele. Wszystko tymczasowe. A gdzieś tam, gdzie jeszcze dwa lata temu była dżungla zobaczyliśmy cmentarzysko drzew, które bardziej przypomina pustynię. Mijamy pale powbijane w ziemię – to inne tymczasowe miasto. Górnicy je opuścili – trzeba było się przenieść dalej. Zostawili po sobie wielke doły. Przeczytaj jeszcze raz: Nielegalne kopalnie w dżungli Santa Cruz del Islote, Kolumbia Podobno to najbardziej zaludniona wyspa świata. Kawałek osiedla wrzucony bez planu do Morza Karaibskiego. Nie ma plaży, prądu, wody bieżącej. Są tylko domy. Jeden na drugim. Na nieco ponad hektarze mieszka 600-800 ludzi. Pojechaliśmy dawać dzieciom i rybakom lekcje angielskiego. Przyszedł tylko jeden chłopak. Jego sąsiedzi po prostu dryfowali na fali upału i lenistwa. Zobacz jeszcze raz: Złodzieje morza Livingstone, Gwatemala Tam, gdzie rzeka Dulce uchodzi do Morza Karaibskiego powstało miasto Livingstone. Turyści przypływają tu na kilka godzin łódkami, zapełniają restauracje, kupują wyroby społeczności Garifuna. Tak naprawdę jest tu tylko jedna zadbana ulica. Reszta niewarta uwagi, kasy i zachodu. A najbardziej…. karaibska plaża – polecana w pewnym znanym przewodniku.

Dziennikarskie… wpadki w Ameryce Łacińskiej

intoamericas

Dziennikarskie… wpadki w Ameryce Łacińskiej

Udawaliśmy ból brzucha, musieliśmy zmagać się z pijanymi rozmówcami i rozochoconymi kolegami po fachu. Kilka anegdotek z pracy reportera.   W świątyni futbolu Półtora miesiąca do brazylijskiego mundialu. Wysyłamy akredytację prasową do organizatora meczu na słynnym stadionie Maracana. Dostajemy pozytywną odpowiedź i tuż przed startem spotkania zatrzymuje nas ochrona. - Nie możecie wejść na mecz! – zapewnia jeden ze strażników. - Ale jak to. Dziennikarze z Polski. Akredytacja! – odpowiadamy łamanym portugalskim. Telefon do rzecznika prasowego. Niestety nic nie da się zrobić. - Na lożę prasową w świątyni futbolu nie wchodzi się w krótkich spodniach – tłumaczy. Patrzymy sobie zdumieni. Trzeba było kupić bilety. Na szczęście sprzedali nam studenckie. Przeczytaj jeszcze raz: Maracana- w świątyni piłki nożnej U tancerza Jedziemy robić reportaż do meksykańskiego miasteczka o uroczej nazwie Huauchinango. Czeka na nas jeden z najbardziej doświadczonych „latających tancerzy”. Pan jednak chwieje się na nogach, coś bełkocze, uśmiecha się do aparatu i… częstuje alkoholem. Nie jesteśmy się w stanie od niego wiele dowiedzieć. Pan za to daje nam pokaz „latającego tańca” na stołku”. Westchnienie. C’est la vie. Przeczytaj jeszcze raz: Szkoła podniebnego tańca U Templariuszy Jedziemy na wojnę do Michoacan. Jest styczeń, w meksykańskim stanie trwają właśnie walki między farmerami a kartelem Templariuszy. We wszystko wmieszało się wojsko, więc fronty są trzy. Pomagają nam dziennikarze z Morelii. Jeden z nich wodzi za wzrokiem za M. Raz po raz zagaduje, daje całusy przed spaniem i na dzień dobry. Tuż przed wyprawą zakłada kamizelki kuloodporne. Jego żona daje nam na drogę różańce. Gdy nasi pomocnicy z mediów spotkają się z liderem zbuntowanych farmerów, będą sobie robić selfie z mieczem Templariuszy – symbolem miejscowego kartelu. Przeczytaj jeszcze raz: Polowanie na Templariuszy W szpitalu Zgubiliśmy nasze dziennikarskie legitymacje w pierwszym miesiącu podróży. I tak by się nie przydały. No może raz, ale to by nic nie dało. W szpitalu w honduraskim San Pedro Sula nie wpuszczają dziennikarzy. Pozostało udawać niedrożność jelit połączoną z bólem głowy i mięśni. Biały przybysz zwijał się więc z bólu, a – gdy doktor wziął strzykawkę – ze strachu. Czego się nie robi dla reportażu? Zastrzyku w szpitalu w najniebezpieczniejszym mieście świata? Przeczytaj jeszcze raz: Na izbie przyjęć w honduraskim szpitalu. W niemieckojęzycznych stronach Można mówić perfekcyjnie po hiszpańsku, porozumiewać się po portugalsku, ale w Ameryce Łacińskiej są miejsca, gdzie i tak nie mogliśmy się dogadać. I wcale nie jest mowa o Ekwadorze czy Peru, gdzie Indianie wciąż mówią między sobą w keczua. To wioski mennonitów w Boliwii i osada Nueva Germania w Paragwaju. Wszędzie tam miejscowi lepiej mówią w starodawnym niemieckim, języku ich pradziadów, niż po hiszpańsku. Bywało frustrująco. Przeczytaj jeszcze raz: Jak mennonici żyją poza czasem.

Obalamy stereotypy o Ameryce Łacińskiej

intoamericas

Obalamy stereotypy o Ameryce Łacińskiej

Narkotyki, gangi, krew, pięknie kobiety i świetne jedzenie. Czy aby na pewno? 1. Kokainowa Kolumbia Kolumbia? Dla wielu ludzi to kraj kokainy, Pablo Escobara i oddziałów FARC. Czyli narkotyki, krew, strzelaniny. W ciągu trzech miesięcy w tym kraju, ani razu nikt nam nie zaproponował kupna nawet marihuany. Zresztą Kolumbia oddała palmę pierwszeństwa w produkcji i przemycie narkotyków Peru, o czym rzadko pisze się w dziennikarskich relacjach. W Kolumbii za to rzeczywiście żyją najmilsi w Ameryce Południowej ludzie. Tutejszy hiszpański uchodzi za najczystszy na kontynencie. Tak musieli się do siebie zwracać XVII-wieczni pielgrzymi do Santiago de Compostela. „Kochany profe, co za radość móc cię pozdrowić. Jak tam zdrowie?” – zdarzało się, że jakiś uczeń witał nas z uśmiechem właśnie takimi słowami. W knajpie kelner słyszy „Czy podarujesz mi szklankę wody?”. Zawsze robi to z „Wielką przyjemnością”. Do ekspedientki w mięsnym podchodzi się nie inaczej: „Czy podarowałaby mi pani kurze udko?”. Dziewięć scen z życia w Kolumbii w roli nauczyciela… 2. Piękne dziewczęta Gdy koledzy pytają „No i jak?”, od razu wiadomo, o co chodzi. Myślą: Ameryka Południowa, czyli ubrane bikini mulatki, najlepiej z wielkimi brązowymi oczami i jeszcze większym biustem. Oczywiście zdarzają się i takie przypadki, ale średnia ładnych dziewcząt na kilometr kwadratowy jest o wiele wyższa w Polsce. Z szeroko zakrojonych badań wynika, że najładniejsze dziewczyny są w Kolumbii, Paragwaju, na północno-wschodnim wybrzeżu Brazylii oraz na plaży Copacabana w Rio de Janeiro. Dla mnie jednak Ameryka Łacińska to grubiutkie Gwatemalki oraz malutkie i przygarbione Indianki z Peru, Ekwadoru i Boliwii. A w Kolumbii i Brazylia? To już historia na długie noce przy piwie. O miss Kolumbii, tych z więzienia w Bogocie, przeczytacie tutaj. 3. Przeklęta fawela Brazylijskie fawele kojarzą się w świecie z krwawymi porachunkami gangów, przemytem narkotyków i ubóstwem. Oczywiście jest w tym sporo prawdy, ale jeszcze więcej mitów. Kojarzycie fawelę Ciudade de Deus znaną z filmu o tej samej nazwie „Miasto Boga”?Dziś średnia zarobków w „dzielnicy biedy” jest wyższa niż na północno-wschodnim wybrzeżu Brazylii. Podobnie jest w faweli Rocinha. 300 tysięcy mieszkańców doczekało się kanalizacji,  franczyzy McDonalda i własnego kanału TV. Flagowy program to Ghetto TV. Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy w Pavao tuż obok Copacabany. Podobnie jak pozostałe wymienione fawele ta też jest spacyfikowana. Nie można jej porównywać do innych „kompleksów biedy” na północnych rubieżach Rio de Janeiro. Tam rzeczywiście wciąż toczą się walki gangów. W Pavao nasi sąsiedzi toczyli normalne życie: rano wbijali się w sztywne garnitury, wieczorami siadali przed plazmowymi telewizorami. Cały czas próbują walczyć ze stereotypem faweli, którym karmi się odbiorców brazylijskich i światowych mediów. O tym, jak zamieszkaliśmy w faweli w Rio de Janeiro. 4. Dobre jedzenie Cóż, do końca życia będziemy pamiętać idealnie wypieczonego argentyńskiego steka, honduraską zupę marynarską z owoców morza na mleku kokosowym, z rozpływającym się w ustach krabem, czy niebiańsko doprawione meksykańskie tacosy. A teraz przejdźmy do codzienności. W Ameryce Środkowej cała dieta opiera się na kukurydzy. Placki kukurydziane, zupa kukurydziana, kukurydza w kolbach. Po trzech miesiącach mieliśmy dość. Do tego – najlepszym przykładem niech będzie Gwatemala – „kurczakownie”. Na każdym rogu tylko pollo i pollo. W amerykańskim stylu: przesiąknięte tłuszczem, obdarte ze smaku, w panierce, która przypomina żółwią skorupę. Natomiast w Kolumbii i dalej na południe zaczyna się strefa ryżu. Codzienny posiłek to zwykle kawał mięsa, kopa ryżu i patacon, ogromny smażony lub pieczony banan. Zgoda, całkiem smaczne. Ale czy dalibyście radę jeść to codziennie? Przez całe życie? Znamy przypadki, które pokazują, że się da. Historia o najlepszej kucharce świata. Z Brazylii. 5. Niebezpieczny Honduras W San Pedro Sula na pewno zginiecie – usłyszeliśmy od znajomych przed wyjazdem. Mieszkaliśmy tam tydzień, jeździliśmy po niebezpiecznych dzielnicach i nie zgadzamy się z tym stereotypem. Na szlakach turystycznych w Hondurasie nie spotkają Was żadne problemy. Oczywiście, państwo znajduje się na szlaku narkotykowym, prężnie działają kartele, ale zwykle nie pchają się tam, gdzie jeżdżą turyści. Swoje sprawy załatwiają w oddalonych od centrum San Pedro Sula czy Tegucigalpy dzielnicach. Najniebezpieczniejsze miasto świata. Raj dla gangsterów. Jeden z komendantów policji opowiadał, że raz gangsterzy zaatakowali białego turystę. Akurat był świadkiem napadu na sklep. Zaczął robić zdjęcia, a potem nie chciał oddać aparatu. W podróżowaniu po Hondurasie wystarczy więc zachować zdrowy rozsądek. Jak wszędzie.  

W kościele Santo Daime. Magiczny trip (cz.II)

intoamericas

W kościele Santo Daime. Magiczny trip (cz.II)

W ostatnim wpisie przygotowywaliśmy się do spożycia ayahuaski. Teraz opowieść o tym, co zobaczyliśmy. Niepewnie wybieramy sobie miejsce i rozglądamy się, gdzie siądą inni. Po chwili podchodzi do mnie kobieta i bardzo delikatnym głosem prosi, bym wstała. Przesadza mnie tak, że nie mogę zobaczyć Szymona. Oddziela nas kolumna na środku sali. Przez całą ceremonię nie powinniśmy ze sobą rozmawiać. Nad naszym bezpieczeństwem czuwa dwóch strażników – męski i damski. Gdy tylko ktoś źle się poczuje, odprowadza go do wyjścia, dogląda. Rozpoczynamy od Zdrowaś Mario i Ojcze Nasz. Potem śpiewamy hymny po portugalsku. Większość zna je na pamięć, słowa się powtarzają, więc nietrudno nadążyć. W wielu pojawia się „Daime forca, daime amor” – „Daj mi siłę, daj mi miłość”. Mężczyźni grają na gitarach, bębnach i flecie. Kobiety trzęsą grzechotkami. Potem pierwsza porcja ayahuaski. Staje się do niej w kolejce jak do komunii. Z plastikowych konewek do kieliszków nalewają ją doświadczeni wierni. Jest cierpka, gorzka. Niesmaczna. Następne dwie porcje są gęstsze i mocniejsze, mówi się na nie „mel”, czyli miód. Powodują zupełnie inne wizje. Jakie? Oto kilka z nich. Maja Łyk pierwszy. Na początku nic. Kiedy zamykam oczy, czuję przyjemne odprężenie. Widzę jakieś pastelowe kolory, które plumkają przed oczami. Kiedy je otwieram, jest po prostu dobrze. Pieśni są radosne. Łyk drugi. Pieśni intensywne, wciąż wesołe. Już nie muszę zamykać oczu, by widzieć obrazy, które nakładają się na rzeczywistość. Patrzę w kamienną podłogę, która jest w różnbarwne ciapki. Układają się w seledynowo-różowe pręgi, a one z kolei w czaszkę taką jak te meksykańskie, albo w wodospad. Mogę skierować wzrok gdzie indziej i zobaczyć całą grupę śpiewających ludzi, a mogę patrzeć w podłogę i widzę wirujące, surrealistyczne obrazy. Czuję wielką frajdę, szczęście. Dobrze się bawię. Eksploruję jakieś świetliste żółte i fioletowe korytarze. Widzę jak każdy zebrany jest strumieniem pulsującej energii, która gromadzi się w centrum, nad naszymi głowami, tam gdzie kolumna.  Zapada cisza. Gasną światła. Następuje koncentracja, nikt nic nie mówi. Nie wiem jak długo, godzinę, dwie, 15 minut? Na bardzo pięknej i rozległej łące widzę kobietę, taką wiejską Marynę w białej koszuli i zielonej, szerokiej spódnicy. Jest smutna. I sama. Co chwilę przybywa jej zmarszczka, starzeje się w oczach. Wiem, że to ja. Łyk trzeci. Siadam na krześle ze skrzyżowanymi nogami. Podchodzi do mnie strażniczka i najłagodniejszym z głosów doradza, bym je rozprostowała, tak jest lepiej. Ufam jej. Pan z fletem pomaga szukać mi hymnów, Helena też. Śpiewam głośno. Czuję, że tego śpiewu będę potrzebować. Muzyka jest intensywniejsza. Bardziej monotonna. Trudniejsza. Patrzę na kobietę naprzeciw. Biała stoi w drzwiach, musiała się gorzej poczuć. Jest biała jak zjawa i trzyma się na brzuch. Czuję jej smutek na ciele. Wiem, nie wiadomo skąd, że ktoś jej umarł, chyba nienarodzone dziecko. Jest duszno. Mam ochotę się poruszyć, ale nie mogę. Całe ciało tkwi w bezruchu, jest nie moje, jakby z jakiegoś brązu, żelaza, nie do ruszenia. No to przestaję próbować. Czuję się jakoś niewygodnie, samotnie, źle. Śpiew pomaga, jest jak kotwica, mogę dzięki niemu poczuć wspólnotę z innymi, którzy przeżywają swoje. Jose Erivan mówi, że kto ma ochotę, może pójść po czwartą dawkę. Ja już więcej nie dam rady. W końcu udaje mi się wstać. Wychodzę na zewnątrz i piję wodę z ogólnodostępnego, pomarańczowego kubka. Szymon wychodzi i pyta: – jak tam? - Średnio – odpowiadam. Kobiety proszą, byśmy nie rozmawiali. Dają mi lawendowe krople, nacierają nimi skronią, kark, ręce. Przyjemne. Siadam i odpoczywam. Podchodzi strażniczka i zaprasza na finał. Nie mam siły. Stoimy, a ja mam taką ochotę usiąść. Ostatkiem sił się skupiam, jakbym wchodziła na jakąś wielką górę i zostało mi kilkadziesiąt metrów do szczytu. Bach! Koniec.  Jestem trochę zdezorientowana, jakbym obudziła się tuż przy lądowaniu samolotu po długim locie. Ale czuję się dobrze. Spokojnie. Szymon Łyk pierwszy. Nic. Może już jestem za stary? Herbatą mnie będą karmić. Nie ma to jak polska wódka. Zimna. A tutaj to rozczarowanie. Łyk drugi. Odprężenie. Cisza. Spokój. Tysiąc obrazów. Barbarzyńca w ogrodzie. Czy to Włochy? Jakiś znany obraz. To pewnie we Francji. Odpływam. Brazylia to jeszcze, czy może już środek mnie? Jestem wewnątrz, choć wszystko dookoła jest takie realne. Figlarne ognie ze świeczek na środku ołtarza wyczyniają cuda. Przed oczami mam swoje życie w obrazkach. Błędy. Emocje. Zadry. Lęki. Biegnę za nimi. Nie mogę się zatrzymać. A dookoła ciemność i cisza. Ognisty płód dziecka zaczyna pęcznieć. Buch! To już rak. Skóry? Prostaty. Czegoś. Skąd to wiem? Nie wiem, ale widzę. Próba skupienia. Nieudana. Jeszcze jedna. Jestem przecież dziennikarzem. Przyjechałem tu do pracy. Patrzę na zegarek: minęły już dwie godziny. Trzeba wyjść, zobaczyć jak radzą sobie inni. Ale czuję się jak worek ziemniaków, a dusza lata gdzieś wysoko. Nie mogę wstać. Znów zerkam na zegarek. Kolejne pół godziny intensywnego biegu gdzieś po swoim środku. Minęło tak szybko. Z reporterskich statystyk: koleś przede mną wymiotował już pięć razy. Hippis obok płacze już po raz drugi, córka przewodniczącego wychodzi siódmy raz po łyk wody. Jeszcze raz odpływam w krainę surrealistycznych obrazków. Wracam. Zmuszam nogi do wyjścia. Mówię do nich: idźcie, idźcie. One nieruchome. Łyk wody. Jeden z sąsiadów biega dookoła kościoła. Kobieta wymiotuje przez okno. Strażnik mówi coś o powrocie do kościoła. Lepiej nie siedzieć samotnie. Se wole siedzieć sam. Powrót do krainy surrealizmu. Wydaje mi się, że gniją mi palce. Łyk trzeci. Co mi tak mało nalali? Przecież jestem z Polski. Pan od herbatki tylko się uśmiecha. Kilka minut na krześle. I strach. Wszechogarniający, niewypowiedziany lęk. Dreszcze. Szybko to mija. A potem spadanie. Kilka surrealistycznych obrazków, a potem rzeczywistość. Ludzie śpiewają, grają, są w transie. Stoją w kółku. Ile tak można. Wychodzę. Wkurzony, senny, zmęczony. Dopiero godzinę później wezmę rape, rodzaj tytoniu, który przewodniczący społeczności wdmuchuje mi do nosa. Orzeźwienie. Ostatnie tego dnia. *** Podczas ceremonii towarzyszą nam bardzo głośne jęki i krzyki, tak jakby niektórzy wymiotowali całymi organami. Jakby naprawdę nie mogli już tego znieść. Wchodzą bladzi, spoceni, zmęczeni. Szczególnie po drugiej porcji daime. Nam udaje się przetrwać w jednym kawałku. - Widocznie macie względnie dobry stan ducha. Silne wymioty oznaczają głębokie oczyszczenie z nagromadzonego zła, toksyn – tłumaczy potem Jose Erivan. Wpada w oratoryjny ciąg. Ceremonia trwa pięć godzin i kończy się o drugiej w nocy, rozmowę kończymy przed piątą rano. Bardzo zadowoleni.

W kościele Santo Daime. Ayahuasca jak komunia (cz.I)

intoamericas

W kościele Santo Daime. Ayahuasca jak komunia (cz.I)

O magicznej, halucynogennej ayahuasce słyszeliśmy na wielu etapach podróży. Nie wierzyliśmy, że uda się jej spróbować. A już na pewno nie w kościele! Jesteśmy podekscytowani. I trochę przestraszeni. - Musicie znaleźć dobrego szamana. Ayahuasca zabierze was w inny wymiar. Tylko on sprowadzi was na ziemię – ostrzegali w dżungli w Peru. - Koleżanka po spożyciu zrobiła szamanowi blow job. Dwa razy!  – chichocze nauczycielka Maya z Peru. „Ayahuasca to silny środek przeczyszczający. Najczęściej powoduje wymioty lub biegunkę. Konieczna specjalna dieta kilka dni przed spożyciem” – czytamy. - Słyszałem mnóstwo historii o uzdrowieniach. Dziewczyna połowicznie sparaliżowana po ahyauasce zaczęła chodzić – opowiadał polski podróżnik Bartek w Boliwii. - Jest ekstra. Ale musicie być przygotowani, że skonfrontujecie się z tym, na co nie macie najmniejszej ochoty – uprzedzał fotograf Marco na południu Brazylii. Teraz jesteśmy na północnym wschodzie Brazylii, niedaleko Fortalezy w gąszczu haszczy i piachu. Cisza. Za trzy godziny rozpocznie się ceremonia concentracao, czyli koncentracji, w kościele Santo Daime. Jego wierni podczas rytuału spożywają brunatną herbatkę – ahyauascę, tu zwaną Daime, co w języku portugalskim oznacza „Daj mi”. To wywar z roślin, które rosną tylko w amazońskiej dżungli. Indianie sporządzają go od setek, a pewnie nawet tysięcy, lat. Zawiera DMT, organiczny związek psychoaktywny. W niewielkiej ilości wydziela go nasza szyszynka w trakcie medytacji, snu (podobno również śmierci). Wysokie stężenie w przygotowywanym przez wiele godzin wywarze gwarantuje halucynacje. Te przyjemne i te bardzo nie. Kościół Santo Daime założył mistrz Raimundo Irineu Serra, dziecko afrykańskich rodziców urodzone na południu Brazylii. Kult stanowi mieszankę wierzeń szamańskich, chrześcijańskich i afrykańskich. Przed wejściem do pomalowanego na biało kościoła stoi krzyż z dwoma poprzecznymi belkami, nad nim słońce, gwiazda, księżyc. Krzesła ustawione są w sześciokąt. Po lewej siądą kobiety, po prawej – mężczyźni. Po domkach ukrytych w krzakach wokół kościoła oprowadza nas Zebb i jego drobna dziewczyna Helena. Blondwłosy Zbyszek, Polak, do kościoła należy od dwóch lat i niedawno w okolicy kupił działkę. – Tu będzie okrągły salon, tam jeden pokój, a tam drugi – pokazuje rozrysowane na kupce piasku pokoje domu, który postawi przy pomocy sąsiadów. Na pewno może liczyć na starego Argentyńczyka, specjalisty od tradycyjnej techniki budowy adobe, co właśnie obchodzi urodziny i pijany niańczy osiem szczeniąt. I Alladyna, który swój dom powolutku wznosi od dziewięciu lat. Wcześniej był wziętym fryzjerem w Fortalezie. Teraz w przydomowym ogródku hoduje Santa Marię (marihuanę), San Pedro (halucynogenny kaktus zawierający meskalinę) i inne smakołyki. Nawzajem ze Zbyszkiem wdmuchują sobie do nosów rape, coś w rodzaju tytoniu z kolejnej amazońskiej rośliny. - Chcecie spróbować? To tylko pobudza, żadnych tripów! – zachęcają. Potem poświęcają Świętą Maryję. Czyli palą trawę. To element dodatkowy, przed ceremonią Santo Daime nieobowiązkowy. Zwierzamy im się z lekkich obaw. - Skąd jesteście? Z Polski? Przejechaliście taki kawał drogi, zobaczycie, będzie wspaniale. Aż wam zazdroszczę, pierwszy raz – rozmarza się Alladyn. Podobnie zareaguje jeszcze kilku członków kościoła. W niewielkim domu Alladyna jest tylko hamak, materac, lodówka, fajka wodna i głośniki. Właśnie leci etiuda rewolucyjna. Chopin jest ulubionym muzykiem Alladyna. W środku brazylijskiego buszu słucha go właśnie trzech Polaków. Przebieramy się. Czerwony i czarny to kolory, które przyciągają złą energię. Wszyscy przychodzą ubrani na biało, granatowo, ewentualnie zielono. Elegancko, jak na wsi na niedzielną mszę. Panie w długich spódnicach i koszulach, panowie – w garniturach lub eleganckich spodniach. Jest staruszek i są dzieci. - One też będą piły ayahuaskę? – trochę się dziwimy. - Oczywiście. Mam czworo dzieci, wszystkie biorą daime od maleńkości. Dzieci mają czyste dusze, nic złego im się nie dzieje – tłumaczy Jose Erivan, który przewodzi kościołowi (choć mówi, że żaden z niego pastor czy ksiądz, bo wszyscy tu są równi). Jego 16-letnia córka pożycza mi białą spódnicę. Jego żona zapala świeczki na ołtarzu i w trzech kapliczkach na zewnątrz kościoła. Wszyscy życzą sobie i nam dobrej podróży.

Jak wyciągnąć auto z paragwajskiego błota?

intoamericas

Jak wyciągnąć auto z paragwajskiego błota?

Paragwaj na początek przywitał nas wielką ulewą, a potem błotną kąpielą. - Nie jedźcie TAM – ostrzega pani z hotelu. - TAM nie przejedziecie – poucza znajomy dziennikarz. - Pod żadnym pozorem TAM się nie pchajcie – to sprzedawczyni ze sklepu. - Jak pada deszcz, to TAM się nie jeździ. Nawet jeepem – mówi sąsiad. - Może jednak TAM nie pojedziemy – dodaje już w trakcie drogi współautorka bloga. – Przecież nie mamy nawet jeepa. TAM to lokalna droga na północy Paragwaju. Nie żeby była jakaś urodziwa, taka sobie droga. Z dziurami, kałużami, czerwonym błotem. Prowadziła do cmentarza. No ale jesteśmy z Polski. Czyli żadne drogi nam niestraszne. Co o nich mogą wiedzieć panie z hotelu i sklepu, dziennikarz czy nawet sąsiad. Wiedzieli. Wylądowaliśmy w błocie. To nawet nie było błoto tylko czerwona gliniasta maź, która wciągała samochód głębiej i głębiej. Tropikalny Titanic. Silnik zaczął rzęzić, koła buksować, współautorka bloga zaserwowała spojrzenie numer pięć. „A nie mówiłam”. Wysiadamy bez butów, bo i tak się uciapciają. Przyjemnie jak za dzieciństwa, kiedy się brudziło bez konsekwencji. Błoto przeciska się przez szczeliny między małymi palcami u stóp. Chłodne, czerwone, miłe. Powierzchnia Paragwaju wynosi 407 tys. kilometrów kwadratowych (dla porównania Polska to zaledwie 300 tys. kilometrów kwadratowych). Długość dróg w Paragwaju to 58 tys. kilometrów (osiem razy mniej niż w Polsce), z czego aż 60 proc. to drogi bez nawierzchni asfaltowej. Pośród nich najczęściej spotykane okazy to drogi szutrowe, bagienne, szutrowo-bagienne oraz czerwono-gliniaste. W tych ostatnich wylądowaliśmy. Krok po kroku, czyli jak wyciągnąć auto z paragwajskiego błota: 1. Uśmiech numer cztery do współautorki bloga. I słowa pocieszenia. „Przynajmniej mamy w końcu fajną historię na bloga i może ktoś da nam lajka?”. Po kwadransie z jeszcze większą pewnością powtarzamy: „Zaraz ktoś tędy pojedzie”. 2. Gdy po godzinie na horyzoncie pojawia się motocyklista w gumiakach aż po krocze, należy przejść do działania. Kapitan opuszcza statek i robi bambusowo-liściaste tratwy, bo samochód niebezpiecznie się przechyla. Uśmiech numer dwa konieczny, ale jak uczy doświadczenie, nie warto dodawać: „Przecież to nie był tylko mój pomysł”. 3. „Czemu nikt tędy nie jeździ?” Nie odpowiadać na pytania, ignorować, zagwizdać ciszę. Nie włączać radio, bo akumulator siada. 4. Na zwątpienie w zespole najlepiej pokazać własną bezradność. Dać kobietom działać. Współautorka bloga i znajoma Niemka-fotografka ruszają po pomoc. Po łydki w błocie. Dużo się uśmiechać. 5. Nic się nie dzieje. Tratwy się potopiły. 6. Bohaterki w drugim domu (czyt. dwa kilometry dalej) spotykają Brygidę, co ma siwe włosy i wygląda na niezmordowaną wieśniaczkę. Ma sąsiada Rudolfa, a ten ma traktor. Trochę obawia się wpuścić dwie obce i najwyraźniej groźne blondynki za drewnianą bramę, ale w końcu zgadza sie pomóc. Dzień wcześniej wyciągał auto z tego samego zakrętu. Kobiety wracają, siedzą już uśmiechnięte na desce z tyłu pojazdu. Prowadzi Rudolf. Jest jeszcze Paragwajczyk z łopatą. Odwali nią litry błoto-ziemi spod maski. Kilka pociągnięć, auto wynurzy się zupełnie czerwone. Na najbliższej myjni pan skomentuje: – Co to? Jakaś słaba droga?

Brazylia. Polak – Niemiec dwa bratanki

intoamericas

Brazylia. Polak – Niemiec dwa bratanki

Pewien Niemiec przyjechał do Brazylii spełnić marzenie. Udało się. Nie do końca. Wcale? Miała być podróż, była miłość. Nie pierwsza to taka historia. Trzy lata temu Matthias przybył do Sao Paulo, by tu zacząć dwumiesięczną tułaczkę. Pierwszą noc spędził u Melisy. I dalej pojechali już razem, na północny wschód Brazylii. Wkrótce Melisa zaszła w ciążę. Trzy tygodnie spoglądania na zdystansowane twarze w chłodnym klimacie skutecznie zniechęciły ją do Niemiec. Zamieszkali więc w Brazylii. Matthias bez żalu porzucił dawne życie i starą miłość – klub TSV 1860. W samochodzie po zakupy jeździ z nim klubowa maskotka. Tęskni tylko za 14-letnim synem z pierwszego małżeństwa. W Pau Amarelu, pół godziny drogi od Recife, wynajmują dom przy plaży. Mają dwie córeczki, każda z nich była niespodzianką przyjętą z radością. Matthias wita nas schłodzonym kokosem z palmy, która rośnie przed domem. Lunch z widokiem na ocean. Brakuje tylko kobiet jego życia, pojechały do rodziny w Sao Paulo. Kolacja u mamusi. Maria jest szczupła, uśmiechnięta, rozmowna. Ma 67 lat. Kilka miesięcy zamówiła kontener, zaszczepiła dwa koty i sprowadziła się do domu obok. – W młodości podróżowałam po Brazylii. Teraz miałam dobry pretekst – mówi po angielsku. Podejmuje nas zupą z fasolki szparagowej i domowym chlebem. Pycha. – A teraz czas na wódeczkę – zrywa się z uśmiechem po kolacji. Swojsko, polsko-niemiecko, normalnie, sąsiedzko, choć oba heimaty tysiące kilometrów stąd a nad nami gwiazdy świecą inaczej. Kiedy nie ma Matthiasa, Maria z rozkoszą zaciąga się papierosem. – Tak na mnie patrzy wściekle, że przy nim mi się odechciewa – tłumaczy. Maria lubi wiedzieć, ile kosztuje wino, które pije, a jedną z pierwszych rzeczy, które interesują Matthiasa w naszej podróży, to ile nas wyniosła. Jednak Niemców, którzy tu mieszkają, nie znoszą. – Spotykają się co tydzień w klubie jachtowym i narzekają na to, jak fatalnie im się żyje w Brazylii. Że gorąco, ludzie niesłowni, leniwi. Nigdy tam nie chodzimy – mówi Matthias. - Po co przeprowadzać się do innego kraju, jeśli głowę zostawia się u siebie? Uczę się portugalskiego, choć głowa już nie ta, jestem pewna, że mi się uda. Rozmawiam ze wszystkimi sąsiadami. Przyjechałam do Brazylii, bo chcę żyć według reguł tego, nie mojego świata – dodaje Maria. Inaugurujemy jej księgę gości. Tylko błękitny wzrok Matthiasa powstrzymuje ją od wspólnego wyjścia na sambę. Do nas mówi: – Tam pewnie dla mnie jest za głośno – i skromnie spuszcza wzrok. Ciężki poranek następnego dnia osładza nam kawa u Marii. Pijemy ją we troje. Matthias od rana chodzi nerwowo po ogródku przed domem. Z każdym telefonem podchodzi co raz bliżej morza. Krzyki po niemiecku zbyt jednoznacznie się nam kojarzą. Uciekamy na plażę. Matthias znajduje nas po dwóch godzinach. Siada na piasku. - Wiecie, Melisa nie znosi szumu fal. Mówi, że nie może przez nie spać. Nienawidzi tego domu. A ja nie cierpię Sao Paulo, monstrualne szare miasto. Siedzi tam już dwa miesiące i mówi, że nie wróci – wzdycha i otwiera piwo. Wczoraj pierwsze piwko otworzył o 11 w drodze ze sklepu stolarskiego (ma warsztat meblarski). Ma na nie specjalny izolator, by w upale się nie grzało. Siedemnaście nieodebranych połączeń. Jedziemy na inną plażę. Telefon zostaje w domu. Lazurowo, sielsko-anielsko. Po kąpieli Matthias otwiera kolejne piwko. Patrzy w nieokreślony punkt. - Całe życie marzyłem, by mieszkać w takim miejscu, jak to. A teraz moje życie przypomina koszmar.

intoamericas

Wioska hippisów. Sąsiedzi Micka Jaggera

- To pierwsza w Brazylii wioska hippisów. I ostatnia. Na całym świecie nie ma takiego miejsca, jak to – przekonuje Alvaro Machado, najstarszy mieszkaniec społeczności. Nie ma wody bieżącej, prądu, gotuje się na ognisku, pije świeżą wodę wprost z kokosa. To podobno jest esencja szczęścia. - A wy musicie tu za coś płacić? - Nie – cieszy się Alvaro. -  Proszę, możecie sobie wziąć hippi shower – pokazuje na białego, gumowego węża,  co wije się na mozaice z pokruszonych kafelków i luster – ale jak się wstydzicie, to można węża przerzucić przez ścianę do łazienki.- Za wszystko płaci państwo. Dlatego nie możemy już stawiać więcej domów, od 1983 roku jest zakaz. Kto chce tu mieszkać, musi odkupić lub wynająć dom już istniejący. Mam tu w wiosce czterech Belgów, Niemca – kontynuuje Alvaro. Życie upływa im na rozmowach, ogniskach, kąpielach w morzu lub jeziorze – jest tuż obok, wioska położona jest niezwykle malowniczo – opędzaniu się od komarów, tworzeniu rękodzieła różnej maści i oczywiście – paleniu marihuany. Alvaro ma 75 lat, siwe dredy i właśnie wrócił z marihuanowej sesji w Urugwaju. To najstarszy mieszkaniec wioski. Wysportowany, opalony, szczęśliwy. Mieszkał kiedyś po sąsiedzku z Mickiem Jaggerem. - Mick mieszkał tu długo, choć niewielu wiedziało, że to on był właścicielem domu. W 1969 roku go sobie wybudował, nawet pompę wodną założył. I pomieszkiwał tu do 1973 roku. Nie tylko on. Kilka miesięcy żyła tu również Jennis Joplin. Z wizyta wpadł nawet Roman Polański. Zaglądali tu też brazylijscy muzycy Tim Maia i aul Seixas. Alvaro do wioski przyjechał w 1972 roku. Wioska hippisów leży 30 kilometrów od Salwadoru, przytulone do Oceanu Atlantyckiego. Stan Bahia słynie w całej Brazylii z niezwykłej gościnności, uśmiechu i samby. Tak samo jest w Arembepe, prowincjonalnym miasteczku z kilkoma knajpami, apteką i ogromnym betonowym hotelem. Na obrzeżach miasteczka, tam gdzie asfalt zmienia się w gruntową dróżkę, a plaże stają się jeszcze bielsze w mocnym słońcu mieści się Osada Hippisów. Tuż nad ujściem rzeki Capivara do oceanu, otoczona wysokimi wydmami, zamknęła się przed światem kapitalizmu. Noc spędzamy w domu numer 44. Luis Cerqueira mieszka tutaj od ponad 20 lat. Jest poetą i malarzem. Zaprasza nas do domu jakby na nas czekał, siadamy w salonie, rozmawiamy niespiesznie. Pokazuje nam koszulki pomalowane jego autorską techniką. Najpierw sprzedawał je w barach w Salwadorze, podobnie jak swoje wiersze. Teraz słowa zapisuje na materiale. - Przyjechałem tutaj, zobaczyłem, że tu wszystko jest. Nie muszę zabijać się o życie  w mieście – zapewnia. Stara się nie pić, rzucił palenie, raz na czas sięga po marihuanę. Rzadko. - Paliłem ostro przez 10 lat. Traci się kontakt ze sobą. I dużo kasy. Poza tym w ostatni weekend była tu u mnie ogromna impreza, kilkadziesiąt osób. Dochodzę do siebie – mówi pięćdziesięciolatek. Zależy mu na spokoju wewnętrznym bez używek. Starzeje się, dziś kazał młodym bębniarzom grać dwa domy dalej. Cały sufit domu obwieszony jest łapaczami snów, które robi jego koleżanka. Na ścianach rzeźbo-obrazy wykonane z różnych przedmiotów – stare radio pomalowane na zielono przytula się do zardzewiałej trąbki. To również dzieło Luisa. Siedzimy w przestronnej sali z wyjściem na taras wysypany wszechobecnym pisakiem, gdzie co wieczór Luis rozpala ognisko. Dużo myśli, czasem maluje. Jego dom leży na jednej z wyższych wydm. Fale rozpryskują się na plaży, palmy chronią przed wiatrem. Słychać tylko szum morza. – To najlepszy obraz jaki stworzyłem – śmieje się Luis. – Mam widok, którego pozazdrościliby mi najwięksi bogacze.

Kurytyba. Polski dyktator zieleni

intoamericas

Kurytyba. Polski dyktator zieleni

W Brazylii mieszkańców Kurytyby nazywają „carinheiros”. Czyli tymi, którzy potrafią czule się zaopiekować. Swoim domem, ale też miastem. Dzięki temu media od lat umieszczają Kurytybę w rankingach najbardziej zielonych miast świata. Ze świecą szukać innych przedstawicieli Brazylii, czy nawet Ameryki Południowej. Wszystkie miejscowe metropolie są brudnymi i zakorkowanymi potworami pełnymi śmieci na ulicach. A w Kurytybie: 70 proc. mieszkańców segreguje śmieci. To najwyższy wskaźnik na kontynencie. Na jednego z nich przypada 52 metry kwadratowe zieleni 80 proc. mieszkańców dojeżdża do pracy autobusami, dzięki czemu… Kurytyba może pochwalić się 25 proc. niższą emisją dwutlenku węgla niż średnia w Brazylii. Na czym polega fenomen Kurytyby? Miasto, w którym żyje 400 tys. potomków polskich emigrantów, swój kształt zawdzięcza Jaimerowi Lernerowi. Architekt i urbanista urodził się w Łodzi w żydowskiej rodzinie, która wyemigrowała do Brazylii. Trzy razy wygrywał wybory na burmistrza stolicy stanu Parana. Ludzie mówią o nim „życzliwy dyktator”. Przeciwnicy polityczni nazywają go wariatem lub zielonym. Na najważniejszym stołku Kurytyby spędził w sumie trzynaście lat. Można mieć sporo zastrzeżeń do stylu sprawowania władzy, ale dla miejscowych najważniejsze jest, jak żyje się w Kurytybie. Jak? Podobno najlepiej w Brazylii. Unikalna architektura miasta jest zasługą wielokrotnie nagradzanego, m.in. przez UNICEF, polityka. Na terenach zalewowych powstawały parki. Zamiast wydawania pieniędzy na kosiarki, postawił jako pierwszy w Ameryce Łacińskiej na „komunalne owce”, które przystrzygały trawę w sposób ekologiczny. Kurytyba zmagała się – jak większość miast regionu – z wywozem śmieci. Lerner wprowadził program pomocy socjalnej dla rybaków, którzy pół roku poza sezonem wędkarskim spędzali na bezrobociu. Miasto płaciło za każdy kilogram śmieci zbieranych w ramach recyklingu. Rozwiązanie spotykane w Europie, ale w latach 70. ubiegłego wieku w Brazylii burmistrza Kurytyby nazywano z tego powodu wariatem. Dziś mieszkańcy, którzy uczestniczą w programie segregacji i recyklingu śmieci, mogą liczyć na bony pieniężne lub zniżki do biletów autobusowych. Transport, czyli sieć speedyautobusów, działa bez zarzutu. To niespotykane w żadnym innym mieście Brazylii, czy nawet Ameryki Południowej. No i te przystanki, które robią niesamowite wrażenie:  

Kurytyba. Brazylijski król pierogów

intoamericas

Kurytyba. Brazylijski król pierogów

Gdzie Polak, tam i pieróg. Polska emigracja w Kurytybie ma nawet pierogowe królestwo. Ze szklanych drzwi wygląda orzeł z godła Polski. Za telewizorem ukryty przykurzony obraz z Matką Boską Częstochowską. Kilka biało-czerwonych flag, plakat z polskim papieżem na ścianie. Cienka granica między folklorem a kiczem chyba jednak została przekroczona. Ubrana w biały fartuch pani mówi niezbyt radosne „Dzień dobry”. W klockowatym budynku na obrzeżach Kurytyby, nieopodal parku Jana Pawła II, można zjeść – jak głosi reklama – najlepsze pierogi w Brazylii. W menu są tylko z mięsnym nadzieniem lub ricottą i ziemniakami. Do tego sos z pieczarek i boczku. Na podwieczorek pączki. To królestwo pana Tadeusza. Właściciel knajpki urodził się w Lublinie w 1953 roku. Studiował dziennikarstwo i teologię świeckę na miejscowym uniwersytecie, chodził na wykłady Karola Wojtyły, a w 1981 roku postanowił odwiedzić krewnych w Brazylii. Za Oceanem zastał go Stan Wojenny. Został, a dziś znany jest w całym kraju jako król pierogów. Kilka lat temu pan Tadeusz został zaproszony do popularnego programu „Tem que ir na Ana Maria” w największej brazylijskiej telewizji Globo TV. Zaprezentował sposób ich przygotowania, ale nie zdradził „receptury”. Ana Maria Braga to gospodyni programu i gwiazda telewizji śniadaniowej. To swoisty odpowiednik Doroty Wellman i Magdy Mołek w nieco starszym wydaniu (rocznik 1949). Uwielbiana przez brazylijskie gospodynie – od Kurytyby po Manaus – Ana Maria była zachwycona królem. Dzięki temu spotkaniu w Brazylii zapanował boom na pierogi, a Tadeu stał się celebrytą. W wywiadach dla lokalnych mediów regularnie opowiada o spotkaniach z Janem Pawłem II, pierogach i Polsce. W jego knajpce nie brakuje polskich gadżetów. „Jestem oryginalny” – głosi napis po brazylijsku. Zamawiamy dwie porcje pierogów, które nawet na Trip Advisor polecane są jako najlepsze w Kurytybie. Namiastka Polski po dwunastu miesiącach podróży. W brazylijskim stylu: pierogi można wziąć tylko na wynos. W knajpce jest tylko jeden stolik.

intoamericas

Kurytyba. Polskie ślady na każdym kroku

Pojechaliśmy oglądać krakowskie szopki. Do Kurytyby. Obok Chicago to największe skupisko polskiej emigracji. XIX wiek to był czas brazylijskiej gorączki. Rolnicy z Polski, Ukrainy czy Niemiec dostawali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo, o których mogli tylko marzyć w Europie. Emigrowali. Dziś 400 tys. potomków Polaków zamieszkuje Kurytybę. Pielęgnują kulturę i tradycję swoich przodków. Przed wejściem do parku Jana Pawła II jest restauracja, a w niej barszcz i pierogi. W lesie stoją dwa pomniki: polskiego papieża i Mikołaja Kopernika. Dookoła zieleń, z której wystają dachy polskich chatek. Można zobaczyć przedmioty, które przywieźli ze sobą Polacy w dawnych czasach. Na ścianach wiszą zdjęcia z wizyt Lecha Wałęsy, Jana Pawła II i Józefa Glempa. Muzeum zwiedza właśnie grupa brazylijskich dzieciaków. Odzwierciedlenie miejscowego społeczeństwa: sporo mulatów, kilka bladych twarzy, potomków białych osadników. - W Brazylii wszyscy są podzieleni: rasowo i klasowo, ale Polaków traktują tutaj z wielkim szacunkiem. Dało się nawet żyć w trakcie dyktatury pułkowników. Przecież wszyscy wiedzą, że to my budowaliśmy Kurytybę, która jest teraz najlepszym miejscem do życia w kraju – opowiada Danuta Lisicka de Abreu, która od lat zajmuje się parkiem. – Urodziłam się w Wilnie, gdzie zastała nas wojna. Tata miał pruskie korzenie, przeszedł na stronę niemiecką, a potem uciekł w Normandii. Lisicki osiedlił się w Anglii, udało mu się dostać kontrakt w Brazylii. Rodzina dołączyła do niego na wyspach, a potem wsiedli na statek do Nowego Świata. Tam ojciec pani Danuty w ramach pracy kontraktowej stworzył pierwszą „współczesną” mleczarnię w Kurytybie. A potem otworzył kolejną. Już swoją. - Kiedy wysiedliśmy w porcie w Rio de Janeiro, które było wtedy jeszcze pięknym miastem, zobaczyliśmy pomnik Chrystusa. Wszyscy uklękli. Pocałowaliśmy ziemię, dziękując Bogu za koniec tułaczki. To było metafizyczne doznanie, choć przed nami była wielka niewiadoma – opowiada pani Danuta. Żwawa staruszka, legenda polskiej emigracji w Brazylii, oprowadza po parku. Właśnie z Krakowa przypłynęło sześć szopek, więc pracownicy ustawiają je w pośpiechu. Pani Danuta żyje teraz jasełkami, która co roku organizuje dla dzieci. Ale tradycje kultywują też młodzi. Przypadkiem, w nowoczesnym centrum miasta, spotykamy blondwłosą dziewczynę. Ma polskie korzenie, tańczy w słynne grupie tanecznej Wisła. W pewnym momencie zaskakuje:  – Wisła jest najstarszym folklorystycznym zespołem na świecie! Polska? Uczę się języka. W przyszłości marzy mi się przeprowadzka do…. Zakopanego lub Szczawnicy.

intoamericas

Nie dla Putina. Ukraińskie polis w Brazylii

Tysiące kilometrów od Majdanu, na innym kontynencie i półkuli, potomkowie Ukraińców nie zapomnieli o swoich korzeniach. I braciach. O siódmej rano z kościoła wysypują się swojskie twarze. Słowiańskie usta bez uśmiechu układają się w uprzejme, portugalskie „Bom dia”. Wchodzimy do kościoła Sao Josafat. Babcie odmawiają różaniec. Po środku ikonostas, przy wejściu książeczki wypisane cyrylicą. Przed kościołem palma. Jesteśmy w Prudentopolis, na południu Brazylii. Siedemdziesiąt procent mieszkańców tego miasta i okolic ma ukraińskich przodków. Przyjechali tu pod koniec XIX wieku skuszeni darmową ziemią i obietnicami pomocy finansowej. Złożył im je brazylijski rząd, który właśnie Złotym Prawem zniósł niewolnictwo jako ostatni kraj na kontynencie i rozpaczliwie poszukiwał rąk do pracy. - Nasze życie toczy się wokół kościoła. Z niego emanuje całe życie kulturalne, polityczne, a nawet sportowe – mówi, a raczej wygłasza Meroslava Krevei. Emerytowana pedagog, odpowiedzialna za Museo Milenio pełne ukraińskich przedmiotów i historii, wygląda jak rasowa stara panna nauczycielka. Siwe włosy pociągnięte fioletem. Ton nie znoszący sprzeciwu. Jej dziadek od strony taty przyjechał tu z pierwszymi osadnikami i jak wszyscy zajął się uprawą ziemi. W naszej rozmowie portugalski przeplata się z hiszpańskim, a ukraiński – z polskim. - Tam wyżej jest cmentarz. Nasz prawie od początku. Darowali go nam jak pierwsi kolonizatorzy zaczęli umierać jak muchy na egzotyczne dla nich choroby. Stan Parana był wtedy tak dziki jak dzisiaj Amazonia – tłumaczy Meroslava. Siedzimy w muzeum, które przypomina bunkier. Na jego płaskim dachu Plac Ukrainy. To tutaj, pod okiem pomnikowego Tarasa Szewczenki, odbyły się na początku roku i w sierpniu manifestacje popierające Euromajdan. - Nie znam Putina, a ostatnio na Ukrainie nie byłam, ale z tego co czytam, mam wrażenie, że jest gorszy od Stalina. Bardzo inteligentny i dominujący. Kocha tylko tych Rosjan, co ma wokół siebie, reszty ludzi nie szanuje. Na manifestacjach pojawili się pracownicy dziennika Pratsia, który wychodzi od 1912 roku. Byli też nauczyciele ukraińskiego i tancerze z grupy folklorystycznej Vesselka, wielokrotnie nagrodzeni na brazylijskich festiwalach. Vera Lucia Daciuk też przyszła na poprzedzające manifestacje msze za ojczyznę i nawet dorzuciła się do zbiórki pieniędzy dla poszkodowanych we Lwowie. - Ukraińcy są naszymi braćmi, bardzo im współczułam – wyznaje. Bardziej niż polityka zajmują ją jednak pisanki. Maluje je od 21 lat. – Zaczęłam na dwugodzinnych warsztatach i nigdy nie przestałam – śmieje się. Czeka na nas przed schludnym domem. Na spotkanie się przygotowała – włosy ułożone, pisanki na stole też. Jedną jeszcze nieskończoną zachowała dla demonstracji. - O zobaczcie, tu się nadpala, potem ściąga czerń chusteczką. To wosk pszczeli z atramentem – tłumaczy. – Byłam już w radio, telewizji, pisali o mnie. Nawet medal dostałam od urzędu miasta – mówi z dumą i zaraz wstaje, by przynieść go z pokoju obok – Zasłużyłam sobie. Zabieram nazwę Prudentopolis do innych miast, a nawet krajów! Była u nas konferencja rzemiosła, przyjechali przedstawiciele z 50 krajów. 50! I ja pokazywałam krok po kroku jak się robi pisanki. Byli oczarowani. W okolicy jest kilkadziesiąt małych i dużych kolonii ukraińskich. W wielu z nich ukraiński jest wciąż pierwszym językiem, którego uczą się dzieci. W większych ośrodkach się zatraca, a zainteresowanie Ukrainą sprowadza się do folkloru i kościoła. Andreiv, 31-letni prawnik i szef grupy choreograficznej w miejscowości Mallet: – Większość ludzi na wsiach nie rozumie, co się dzieje na Ukrainie. Nie interesowali się tym przez kilkadziesiąt lat, dlaczego mają teraz? Dla mnie to jest bardzo ważne. I dla wielu innych młodych też. Chcemy poznać Ukrainę teraz, normalną, nowoczesną, a nie romantyczną z babcinych opowieści.

Wodospad Iguazu. Na granicy diabelskiego cudu

intoamericas

Wodospad Iguazu. Na granicy diabelskiego cudu

Biedna Niagara! Przy Iguazu przypomina tylko strumyk wody w kuchennym kranie. Tak miała powiedzieć Eleanor Roosevelt, żona słynnego prezydenta USA po wizycie nad Wodospadem Iguazu. W języku guarani to po prostu Wielka Woda. Ma dwa kilometry szerokości, a woda leje się po 275 progach skalnych. Największa kaskada to Diabelska Gardziel, która wyznacza argentyńsko-brazylijską granicę. Całość robi piorunujące wrażenie. Aż trudno uwierzyć, że w 1978 roku w trakcie wielkich suszy, nie spadła stąd ani kropla wody. Kilka lat temu Iguazu został oficjalnie uznany za jeden z Siedmiu Cudów Natury na świecie. Dziś to jedna z najdroższych atrakcji w tym rejonie Ameryki Południowej. Jak oszczędzić na wodospadzie Iguazu [PORADNIK] 1. Obecnie (listopad/grudzień 2014) pomosty nad Diabelską Gardzielą są zamknięte dla turystów, więc wizyta po brazylijskiej stronie Iguazu mija się z celem. 2. Nocleg lepiej zarezerwować po stronie argentyńskiej. Wobec spadku wartości peso hotele i restauracje są o wiele tańsze, Puerto Iguazu jest mniejszym i przyjemniejszym miastem, a w ofercie noclegowej są także hostele. 3. Nie warto wydawać na autobusy pomiędzy Puerto Iguazu (Argentyna) a Foz do Iguacu (Brazylia). Za kilkukilometrowy odcinek kierowcy liczą sobie ogromne stawki. Odcinek lepiej pokonać autostopem (z przerwą na podbicie paszportu na granicy). 4. Po stronie brazylijskiej większość hoteli usytuowana jest przy drodze do wodospadu, a nie w centrum Foz do Iguacu. Autobus do miasta kosztuje 2,5 reala, taksówka aż 25. Znów polecamy autostop.

Paragwaj. Orkiestra z wysypiska

intoamericas

Paragwaj. Orkiestra z wysypiska

Świat daje im śmieci. A oni robią z nich muzykę. Piękna wiolonczelistka ma 16 lat. Kiedy chwyta instrument, w jej oczach pojawia się błysk. Wiolonczelę wykonano z połowy beczki po ropie, za struny służą druty. Gałka do ich regulacji to miedziany widelec i stara szczotka do włosów. W Cateura prawdziwa wiolonczela kosztuje więcej niż dom. Osiedle biedarecyklingu leży na obrzeżach Asuncion, stolicy Paragwaju. Setki rozrzuconych bezładnie chat otoczonych wielkim wysypiskiem. Codziennie na wielodzietną rodzinę przypada pół tony odpadów. Śmieci dają pracę, chleb i rozrywkę. Na wysypisku ludzie jedzą, uprawiają miłość, wychowują dzieci. Kilka lat temu Fabio Chavez, technik ekologicznego składowania śmieci, były muzyk, wymyślił, że ze śmieci stworzy orkiestrę. Poszedł do znanego w okolicy magika. Nicolas „Cola” Gomez z resztek potrafi zrobić wszystko. Dzięki niemu w orkiestrze mają perkusję z beczek po ropie, bębny z puszek po farbach, skrzypce, które powstały m.in. ze starych widelców i łyżek. Symfonia odpadów. - Nie należy traktować orkiestry tylko przez pryzmat muzyki. Wiadomo, że nie wszystkie dźwięki są idealne. To jednak metafora szansy, którą dostały dzieciaki. Wyrwały się ze śmieci dzięki śmieciom. Niesiemy przesłanie światu – powtarza Chavez. Podczas, gdy w Cateura niektórzy w ich wieku wciągają narkotyki lub biegają z pistoletami, oni ćwiczą utwory Jana Sebastiana Bacha lub Wolfganga Amadeusza Mozarta. - Muzyka i śmieci to dla nas całe życie – opowiada 16-letnia wiolonczelistka. Dawniej po szkole razem z całą rodzinę brodziła w odpadach, by wynaleźć rzeczy, które można sprzedać lub odddać do recyklingu. Często zarabiali 5 dolarów dziennie. Na całą, wielodzietną rodzinę. Teraz nadzieją dla niej jest Mozart. - Świat daje nam śmieci. Oddajemy mu muzykę – powtarza – jak niemal w każdym wywiadzie – maestro Chavez. Wraz ze zgrają dzieciaków ze slumsów podbili świat. Koncertowali w Ameryce Łacińskiej, USA i Niemczech. Wcześniej niektórzy z młodych muzyków nie byli nawet w centrum Asuncion. Można o nich pisać bez końca, ale najlepiej po prostu ich posłuchać. W wersji klasycznej: Lub awangardowej:

intoamericas

Nowa Germania. Sen antysemity

Paragwaj miał być ich ziemią obiecaną. Blondwłosą i niebieskooką. Utopia spłynęła jednak w strugach tropikalnych deszczów. Elżbieta spakowała do twardej walizki gorset, wachlarz i inne drobiazgi. Mąż Bernard wziął ją pod rękę. Razem z czternastoma innymi rodzinami wsiedli na statek. Kierunek – Paragwaj. Tam mieli stworzyć nowy wspaniały świat. Aryjski. Był rok 1886. Bernard Forster, nauczyciel w liceum i obsesyjny antysemita, razem z żoną Elżbietą Nietzsche, siostrą wielkiego filozofa, chcieli założyć nowe czyste Niemcy. Kolonia Nueva Germania powstała pośrodku zielonego lasu na gliniastej ziemi nieopodal rzeki Aguaray – Guazu. Niemcy nie radzili sobie jednak w nowym klimacie – ani z pracą na roli, ani z życiem. Wielu zmarło od tropikalnych chorób. Niektórzy wrócili. Zrozpaczony Bernard opuścił niezrealizowaną utopię. Trzy lata po przyjeździe w hotelu w San Bernardio połknął strychninę z morfiną. Elżbieta wróciła do kraju. Jej zdjęcie wisi w hoteliku Germania. Czarna suknia i koronkowy welon. – Podarował mi je burmistrz – mówi z dumą Mercedes, właścicielka. Podobnie jak większość mieszkańców Nowej Germanii nie orientuje się zbyt dobrze w historii rodzinnej miejscowości. Jesteśmy trzy godziny drogi przez bagna i łąki od Asuncion, stolicy kraju. Wokół zielono, bardzo zielono. I mokro. Rankiem z nieba spadły hektolitry deszczu, który nie zdążył wsiąknąć w czerwoną ziemię. Z powodzeniem i bezpowrotnie wsiąkają w nią za to damskie japonki. Archeolodzy znajdą je kiedyś przed domem Elwiry, po mężu Kurchenmeister. - Dopiero kilka lat temu dowiedziałam się, że mieszkałam w domu Forsterów. Tato kupił go od poprzedniego właściciela, który urządził w nim hotel – opowiada wdowa. Siedzimy bez świateł. Zdjęcia wąsatego teścia i ulizanej teściowej w czerni i bieli oglądamy przy świeczce, bo ulewa zabrała prąd i wodę z kranu. – Dom miał pięć pokoi, był przestronny. Przed nim rosła palma i bananowce. Prowadziliśmy sklep – wspomina. Elwira dla męża nauczyła się gotować duszone mięso, niemiecki tort i kiełbaski. A także tańczyć walca. Jednak dziś z niemieckich zwyczajów w wiosce niewiele zostało. Nazwy ulic, flagi wymalowane na słupach elektrycznych. Najlepiej zachował się język. Wielu z naszych rozmówców łamie hiszpański, a po niemiecku mówi płynnie, choć używa staromodnych słów. - Hat viel geregnet heute – stwierdza Arturo. Siedzimy przed sklepem jego syna i synowej. Despensa Rosie. Arturo jest szczupły, wysoki i blady. Ma szare oczy. Co niedzielę prowadzi w lokalnym radio na 106.5 FM Niemiecką Godzinę. Puszcza szlagiery sprzed przynajmniej piętnastu, a nawet trzydziestu lat. – Babunie i dziadunie lubią mnie słuchać – śmieje się. O antysemickich korzeniach swojej miejscowości nie wie nic. W odpowiedzi na pytanie słyszymy: - A kto to jest Żyd?

intoamericas

Jak żyją poza czasem. Menonici w Boliwii

W Boliwii przenieśliśmy się w XVI wiek. Gdzie Menonici żyją bez telewizorów, radio i komórek. Budzimy się przed szóstą. Chcemy zobaczyć jak rodzina Lebbonów doi krowy. Z domu wysypują się kolejno: Isaac, jego żona Sara, 16-letni syn Isaac, młodszy Franz i najmłodsza z czternaściorga rodzeństwa Eva. Panie idą w sukienkach w kwiaty i kapeluszach z wstążką. Panowie do dojenia zasiadają w ogrodniczkach, zwanych tu owerolami, i koszulach. Tych samych, w których byli na ślubie siostry kilka miesięcy temu. Za czerwoną szopą wstaje takie same słońce. Ptaki śpiewają już od piątej. Jesteśmy w Santa Rita, wiosce Menonitów, protestantów, których odłam powstał w XVI wieku w Holandii (od nich z kolei w XVII wieku odłączył się Jakub Amman, który dał początek bardziej znanym wspólnotom Amiszów). Do Boliwii przyjechali w latach 50., głównie z Meksyku, Paragwaju i Kanady. Dziś mieszka ich tu ok. 70 tys. (w Polsce też kiedyś mieszkali. Przyjechali z Holandii w XVI wieku, kiedy Rzeczpospolita tolerancyjną krainą była, i osiedlili się na Żuławach). Menonici, podobnie jak Amisze, żyją poza nowoczesnością. Uprawiają ziemię, hodują zwierzęta, między sobą mówią tylko w niskim, starym dialekcie języka niemieckiego (nasz gospodarz, Isaac, po hiszpańsku mówi dobrze, ale jego żona rozumie tylko trochę, dzieci – jeszcze nic). Nie używają elektryczności. Radio, telewizja, komórki – to wszystko jest przez pastorów zakazane (choć jeden z chłopaków, którego Szymon podwozi po drodze do miasteczka, zaraz pyta, czy nie ma samochodowej ładowarki do komórki). Pić i palić też nie wolno. Dziewczynki w szkołach uczą się do 12, chłopcy do 14 roku życia. Czego? - Pisać, czytać, liczyć i śpiewać – wylicza Isaac. Gospodarz ma 40 byków na mięso, dwie świnki, 4 tys. kurczaków, które hoduje pięć razy do roku. Tuczenie trwa sześć tygodni. Krów jest 13, koni – trzy. Zaprzęga je do bryczki, zwanej karocą, kiedy jedzie do sklepiku na zakupy lub wybiera się w cotygodniową podróż do Santa Cruz, by kupić niezbędne produkty. Karocę zostawia w pobliskim boliwijskim miasteczku Cotoca, gdzie przesiada się na minibusa. Wieczór wcześniej Lebbonowie zapraszają nas na kolację. Kuchnia jest biała, przestronna i skromna. Kredens wyłożony metalową blachą, przypomina takie, co stoją w śląskich domach. Po posiłku Sara postawi na tym blacie dwie miski, jedną z mydlinami, drugą z czystą wodą do płukania. Siadamy przy długim, pomalowanym białą olejną farbą stole. Obok niego syczy gazowa lampa. Nad framugami wiszą uszyte przez Sarę małe kotarki w kwiaty. Robi je na maszynie, podobnie jak sukienki, które zawsze szyje według jednego i tego samego modelu (jak menonickie wioski długie i szerokie, kobiety nie noszą nic innego). Wszystko jest tu schludne. Sam dom i szopa przypominają bardziej skandynawskie obejścia, czerwono-białe, porządne. O boliwijskim bałaganie można tu zapomnieć. Jemy kotlety z domowo chowanych krów. Pyszny ryż. Pomidory.  Za nami krząta się gospodyni. Pod oknem przy wyjściu na taras siada gospodarz, a na innym taborecie jego syn Peter z żoną Miriam – zaciekawieni samochodem stojącym na podwórku przyszli w odwiedziny. Peter pyta, czy widzieliśmy ostatnie wiadomości. - Nie, dlaczego? - Chciałbym wiedzieć, kiedy w końcu zacznie padać deszcz.

Szybcy i wściekli. Boliwijskie szajBUSY

intoamericas

Szybcy i wściekli. Boliwijskie szajBUSY

„Jezus mnie prowadzi. Jeżeli nie wrócę, to znaczy, że zostałem u niego”. I jak wsiąść do takiego autobusu? - Śpisz? – wystraszona M. pyta kierowcę busa gdzieś na północy Boliwii. Jest godz. 19, godzinę temu zapadł zmrok, pada deszcz, ledwie widać wyboistą drogę. - No tak, nie wyspałem się dziś – odpowiada lekko rozbawiony kierowca. Właśnie przysnął na kilka sekund i zjechał na drugi pas. Przez chwilę pędzimy więc pod prąd, ale nikt się tym nie przejmuje. Najmniej kierowca, którego wystraszona blond-gringa nawet bawi. Szyby zaparowały, więc nic nie widać. Ale żaden ze współpasażerów nie pozwoli otworzyć okna. To chyba narodowa cecha Boliwijczyków. Okna w busach są szczelnie zamknięte, więc po samochodzie rozchodzi się zapach baraniej skóry, którą wyłożona jest tablica rozdzielcza. Drogie panie Indianki z tylnych siedzeń pachną starą alpaką, ktoś pluje liśćmi koki. Gęsta atmosfera, która tylko potęguje senność kierowcy. Dlatego M. próbuje chwytać kierownicę, poszturchuje busiarza, zabawia go rozmową. A ten raz po raz przysypia. Po trzech godzinach katorgi wychodzimy na świeże powietrze. Tym razem się udało. Z kierowcami w Ameryce Łacińskiej mamy spory problem. Nie obowiązują ich żadne znaki, sygnalizacja świetlna traktowana jest jak przydrożne ozdoby. Czasem stoją na zielonym, innym razem jadą na czerwonym. Zupełny chaos. Niektórzy zdobią swoje samochody przeróżnymi napisami. Najczęstszym jest „Rapido i furioso”. Czyli nawiązanie do filmu „Szybcy i wściekli”, który chyba – mniemam po tytule – nie jest instruktażem na temat bezpiecznego przewozu osób za opłatą. Hitem był napis: „Jezus mnie prowadzi. Jeżeli nie wrócę, to znaczy, że zostałem u niego”. Nam na ostatnią wieczerzę nie jest śpieszno, nawet gdyby mieli serwować kabanosy i śledzie z Polski. Więc pozostaje budzić śpiących, krzyczeć na nieodpowiedzialnych, wstrzymywać oddech, gdy zaprzeczają prawom grawitacji za kierownicą autobusów, które już dawno powinny stać w muzeum. Czasem podjudzam Indianki: „Niechże seniora, powie kierowcy, by nieco zwolnił”. Jak stara indiańska baba się wydrze na takiego szaleńca, to przez 15 minut jedzie spokojniej. - Pomyślcie inaczej, skoro dojeżdżają na miejsce, to może po prostu mają spore umiejętności? – próbował nas przekonać jakiś współpasażer. Wierzyliśmy, albo chcieliśmy wierzyć. Do czasu. Do pierwszej drogi w Boliwii. Boliwijczycy są najgorsi. Żują liście koki i pędzą.  Jazda jest ich żywiołem, w którym zupełnie się zatracają. W Andach na serpentynach, na prostej przez dżunglę, gdzieś na pustyni. Zawsze 120 km/h. Czasem nadepną hamulec, ale i tak zazwyczaj za późno. Na szerokiej drodze z La Paz do Oruro, w środku słonecznego dnia, kierowca naszego autobusu śmiertelnie potrącił dziecko. Policja przyjechała pół godziny później. W tym czasie współpasażerowie wypakowali bagaże, wsiedli w taksówki i pojechali dalej. Znajomy z Polski przeżył inny wypadek. Kierowca TIR-a z naprzeciwka zasnął i wjechał w autobus. Nikomu nic się nie stało, więc kierowca wsiadł z powrotem do ciężarówki i kilka kilometrów dalej sytuacja się powtórzyła.  Tym razem były ofiary. Odcinek Cochabamba – Tarija pokonamy samolotem. Fot. http://instagram.com/bella_lundhaw  

intoamericas

Akademia, która mogła dostać Nobla

Wybiedzeni chłopcy, grubiutkie dziewczęta, dzieci z zespołem Downa. Wszyscy oni zawdzięczają uśmiech piłce. Na tym polega idea Tahuichi. - Jako piłkarz umarłbym z głodu – żartuje 31-letni Eddy Hurtado, szef zasobów ludzkich w akademii sportowej Tahuichi. Pochodzi z Cochabamby, mama wychowała go samego. Od 10 roku życia pracował – zbierał drewno z lasu, matka zachorowała na reumatyzm i nie bardzo mogła się ruszać. Gdy miał 16 lat wypatrzyli go skauci. Tahuichi to chyba najsłynniejsza akademia piłkarska w Ameryce Południowej. Powstała w 1978 roku w Santa Cruz de la Sierra w Boliwii. Piłka jest tylko tłem do pracy socjalnej. Wielu z uczniów pochodzi z rodzin rozbitych lub ekstremalnie biednych. Piłka jest tu nadzieją na lepsze życie. Na edukację, której nie mogą zapewnić rodzice. Na dach nad głową. Na regularne posiłki. Na czystą wodę. Mabel Anis, od projektów społecznych: – Mamy np. program dożywiania, każde dziecko po treningu dostaje mleko i chleb sojowy, który jest bogaty w białko. Mamy też stypendium niemieckie: opłacają dożywianie małych piłkarzy trzy razy w tygodniu (kolacja i podwieczorek), a oni piszą listy do opiekunów z Niemiec. To taka adopcja na odległość. Jednym z projektów socjalnych jest schronisko młodzieżowe dla najbardziej utalentowanych adeptów szkółki. – Jestem produktem tego projektu – mówi żartobliwie Eddy. – Jeszcze kilka lat tu pobędę, a chyba postawią mi pomnik. Do niedawna osiem stypendiów rocznie fundowała Ambasada Amerykańska, koszt utrzymania jednego ucznia to ok. 3,5 tys. dolarów na rok. Erwin Sanchez, Juan Manuel Pena, Jaime Moreno, Juan Carlos Arce, Sebastian Gamarra – większość sław boliwijskiej piłki, rozpoznawalnych także w Europie przewinęło się przez schronisko. Wielu z nich trenowało razem z Eddym. Oni się wybili, on postawił na studia. - Niektórzy chłopcy nie wytrzymują. Ile razy budziły mnie w nocy ich płacze. Tęsknią za domem, wracają po roku. Inni nie dają rady utrzymać średniej w szkole – jest wymagana, jeśli ktoś chce tu zostać. Ostro się uczyłem i trenowałem. Były takie lata, że wszyscy się zmieniali, tylko ja zostawałem. Nie zostałem piłkarzem, ale jako pierwszy w rodzinie skończyłem studia magisterskie – opowiada Eddy. W Tahuichi trenuje ok. 3,5 tys. dzieci miesięcznie, w tym 300 dziewczyn. Rocznie przez szkółkę przewija się ich 6 tys. – na kursach letnich jest ich więcej. Młodsze przyprowadzają rodzice, starsze przychodzą same. 85% z nich nie płaci za treningi i stroje. Stypendia fundują szkoły, uniwersytety lub prywatni sponsorzy, np. Olive Sport czy Coca-Cola. Pieniędzy wciąż brakuje. Np. na zajęcia dla dzieci upośledzonych. Trenowali mali piłkarze z zespołem Downa. To dzięki takim inicjatywom akademia sześciokrotnie została nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. – Ostatni raz zdaje się przed rokiem – mówi jeden z pracowników. Kiedy dokładnie nikt nie wie. Nobel dla nikogo tutaj nie jest ważny. W przeciwieństwie do dzieci. Każdego dnia na 16 boiskach roi się od tych, którzy wierzą, że piłka może dać im lepsze życie. Niekoniecznie wielkie pieniądze, ale choćby zdrowy posiłek i butelkę wody.