W zakarpackiej części Gorganów, z Kołaczawy na Streminosa i Strimbę

marcogor o gorach

W zakarpackiej części Gorganów, z Kołaczawy na Streminosa i Strimbę

Kolejny dzień ukraińskiej wędrówki odbyłem także w paśmie Gorganów, najdzikszych gór Karpat Ukraińskich. I znowu start trasy nastąpił w wiosce Kołaczawa, będącej dużym węzłem szlaków turystycznych. Początek drogi pokrywał się ze znanym mi już podejściem na Połoninę Krasną, początkowo przez potok, lub ścieżką obok niego. Tym przyjemnym podejściem szybko dotarłem wraz z moją grupą z PTTK po raz kolejny na przełęcz Przysłop. Tym razem skręciliśmy w lewo by rozpocząć podejście nieoznakowaną, ale poczatkowo wygodną ścieżką na dwa połoninne szczyty Gorganów. Dotarliśmy na zalesiony wierzchołek Przysłopu i wtedy się zaczęło… mordercze podejście, prawie cały czas na krechę dało dobrze w kość. Miejscami trzeba było pokonywać powalone drzewa, co dodatkowo utrudniało przejście. widok z przełęczy Przysłop na masyw Strimby Po godzinnej, męczącej wędrówce wyszliśmy z lasu, a naszym oczom ukazał się upragniony grzbiet połoniny. Tu już ścieżki nie było, więc zaczęła się wspinaczka na przełaj, jak komu było wygodniej na wypłaszczony masyw – niższy z wierzchołków Streminosa. Umęczeni z radością zrobiliśmy tutaj długi postój. Dookoła otaczały nas karpackie szczyty, więc oczy cieszyły się widokami, a serducho radowało, z bycia w tak cudnej scenerii przyrody. Najedzeni i wypoczęci, już łagodnie kierując się nową ścieżką, która nagle się pojawiła nie wiadomo skąd ruszyliśmy na pobliski główny wierzchołek Streminosa. Ten piękny i wyniosły szczyt wspaniale się prezentował z bliska, ukazując swe piękno w miarę wspinania się na niego. Szczególnie ładnie wyglądają na nim duże rumowiska skalne poprzeplatane zielenią i uschniętymi drzewkami. Streminos i Strimba w tle Szczyt zdobyliśmy szybko robiąc sobie kolejną przerwę i słuchając opowieści przewodnika, co i gdzie widać! Podobnie jak wczoraj dookoła nas krążyła burza, a widoczny gołym okiem opad to się zbliżał, to oddalał. Jednak, gdy zagrzmiało naprawdę blisko nas nie pozostało nam nic innego, tylko rozpocząć ewakuację ze szczytu. Musieliśmy kawałek zawrócić, aby ominąć wielkie gołoborza, czyli „gorgany”. A potem rozpoczęło się zejście na dziko w dół, w stronę widocznej ścieżki, która trawersowała bokiem Streminosa. Tutaj, nasz nieoceniony przewodnik Marek podjął bardzo oczekiwaną decyzję o kontynuacji wycieczki! Z racji tego, że burza poszła sobie w przeciwną stronę, mogliśmy dalej wędrować przez wertepy Gorganów. Najedliśmy się trochę strachu, ale ten dreszczyk emocji spowodował, że dobrym tempem wspięliśmy się ponownie na główną grań olbrzymiego masywu Strimby. Strimba widziana ze Streminosa Na siodełku przełęczy z malutkim stawem dołączył z lewej niebieski szlak, którym mieliśmy schodzić w dół. Ale najpierw zgodnie z nim udaliśmy się na wierzchołek Strimby. Strome i forsowne podejście nie trwało długo i stosunkowo szybko mogłem cieszyć się ze szczytowania na swoim najwyższym do tej pory spośród zdobytych szczytów Ukrainy. Wybitny, wypiętrzający się wierzchołek Strimby stanowi doskonały punkt widokowy, dlatego jest często oblegany przez turystów. Tym razem także spotkaliśmy tu mnóstwo miejscowych miłośników turystyki górskiej. Panoramy obejmujące wielkie połacie Karpat Ukraińskich są jednak wyjątkowe z tego miejsca. I nawet burzowa pogoda tego nie zepsuła. krzyż na wierzchołku Strimby Potężny masyw Strimby, górujący nad Kołoczawą od wschodu, oddziela od Jasnowca i Darwajki na północnym zachodzie dolina potoku Suchar. Z drugiej strony ramię Strimby ogranicza dolina Mokranki. Grzbiet masywu wyrasta z przełęczy oddzielającej Gorgany od Połoniny Krasnej (między Kołoczawą a Niemiecką Mokrą zwaną obecnie Komsomolskiem), wspina się przez dwa niższe wierzchołki (Streminosa, 1680 m n.p.m.), aż wreszcie kulminuje w wysokim, pokrytym rozległą połoniną, szczycie Strimby (1719 m n.p.m.). Następnie ramię ciągnie się daleko ku północy wzdłuż doliny Mokranki. Na najwyższym wzniesieniu stoi monumentalny krzyż, przyciągający uwagę turystów już z daleka oraz tabliczka informacyjna. Wzrok przykuwają również wielkie rumowiska skalne (gorgany) na zboczach góry. Po długiej sesji fotograficznej uwieńczającej mój wysiłek pozostała tylko najmniej przyjemna część wycieczki, czyli zejście do bazy! jeziorko na grzbiecie Strimby Był jeszcze długi postój nad mini jeziorkiem na siodle przełączki połączony z bezwstydnym leżakowaniem i opijaniem sukcesu, aż wreszcie rozpoczął się przyjemny odwrót. Niebieski szlak okazał się łatwym i łagodnym zejściem. Po drodze kilka razy nas pokropiło, ale bardziej postraszyło, niż zmoczyło. Tylko jeden fragment w lesie był odrobinę stromszy, ale za to po jego pokonaniu wyszliśmy na cudowne łąki i słońce z genialnymi widokami i na masyw Strimby, jak też położonej naprzeciwko Połoniny Krasnej z dobrze widocznym wierzchołkiem Topasa. Nikt nie mógł sobie odmówić w tym miejscu kolejnej sielanki, czyli byczenia się i opalania na majowym słoneczku! Takie beztroskie chwile, już po osiągnięciu celu są w górach najwspanialsze. Połonina Krasna ze szlaku na Strimbę Podczas ostatniego zejścia do wioski przez umajone łąki czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Miejscowe krowy, które profesjonalnie pozowały do zdjęć, z górami w tle. A na dole czekał na nas niezawodny autokar oraz zimne piwo, które było najbardziej pożądanym towarem po całodziennym wypadzie. I tak po dobrym nawodnieniu organizmów nasi wspaniali kierowcy mogli nas przetransportować z powrotem do hotelu w Wołowcu, gdzie jest naprawdę dobra baza noclegowa! Na koniec zapraszam jak zawsze do obejrzenia galerii zdjęć z mej wędrówki. Mimo pochmurnego nieba było co fotografować, a nawet złapać w obiektyw burzowy opad na sąsiednich szczytach. Zaglądnijcie też do wcześniejszej mej opowieści o tych górach. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowca i dalej przez manowce Gorganów

marcogor o gorach

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowca i dalej przez manowce Gorganów

Drugi dzień ukraińskiej przygody tego pamiętnego maja to było spotkanie z pasmem Gorganów, podobno najdzikszych gór Ukrainy. Tym razem udaliśmy się do miejscowości Synevir w pobliżu Kołaczawy, gdzie rozpoczyna swój bieg czerwony szlak na Połoninę Piszkonia, jedną z najurodziwszych i najrozleglejszych, jakie widziałem do tej pory. Samych kulminacji na jej grzbiecie było kilka, z najwyższą na szczycie Negrowca – 1709m. Teren chroniony jest tutaj poprzez Park Narodowy „Synevir”, mający chronić przede wszystkim największe jezioro Karpat Ukraińskich. Ale także niezwykle piękne tereny górskie o charakterze w dużej mierze połoninnej. Choć Gorgany jak nazwa wskazuje to przede wszystkim tereny występowania rumowisk skalnych (lokalnie zwanych gorganem (stąd nazwa), grechotem, maliniakiem). Połonina Piszkonia Tak w ogóle Gorgany to pasmo górskie w południowo-zachodniej części Ukrainy, wchodzące w skład Beskidów Wschodnich, a dokładniej Beskidów Lesistych będąc ich najdzikszą częścią. Zbudowane są z fliszu, głównie z piaskowców. Charakterystyczne dla Gorganów są duże różnice wysokości względnych; poszczególne grupy górskie oddzielone są od siebie głębokimi dolinami rzek. Stoki gór są porośnięte gęstymi lasami bukowo-jodłowymi i świerkowymi, powyżej górnej granicy lasu – szczególnie silnie rozwinięte jest piętro kosodrzewiny, w partiach szczytowych natomiast występują pola złomisk, rumowisk skalnych, rzadko połoniny. Mi w ten dzień dane było przejść tę cudną część z Połoniną Piszkonia na czele. na wierzchołku Jasenowca Obszar ten od zawsze odznacza się niewielką gęstością zaludnienia, brak jest większych osad. Gorgany uważane są za jedne z najdzikszych gór Europy. Sporym utrudnieniem podczas wypraw są wysokie łany kosodrzewiny, które występują na większości szczytów. Brakuje tu również zagospodarowania turystycznego – z 30 przedwojennych polskich schronisk dzisiaj nie funkcjonuje ani jedno, tu i ówdzie pozostały tylko ich ruiny. Dopiero od niedawna zaczęto znakować szlaki turystyczne, mimo to jednymi z najlepszych punktów orientacyjnych pozostają przedwojenne słupki graniczne (biegła tu granica Polski z Czechosłowacją, a w 1939 r. z Węgrami). połoninna część Gorganów Właśnie długi grzbiet Piszkonii oraz olbrzymi masyw Strimby naprzeciwko stanowi najbardziej oryginalną, a zarazem najwyższą grupę południowo-zachodniej, zakarpackiej części Gorganów. Ich wyniosłe i rozległe połoniny w niczym nie przypominają innych gorgańskich wierchów, których szczyty pokrywają rumowiska skalne i wielkie połacie kosodrzewiny. Grzbiet Piszkonii wyrasta znad doliny Terebli (na północ od Synewiru) i wznosi się stopniowo, początkowo w kierunku południowo-wschodnim, osiągając najwyższy punkt na szczycie Negrowca. Dalej grzbiet obniża się łagodnie ku wschodowi, aż do miejsca, gdzie nagle skręca na południe i wspina się na wierzchołek Jasnowca (1600 m n.p.m.), a następnie ciągnie się łagodnym łukiem na południowy zachód. opad deszczu zbliża się do Negrowca Ale po kolei,  moja trasa zaczęła się na moście w Synewirze, który nad rzeką Tereblją wprowadzał mnie w tereny parku narodowego. Stąd długa, ale łagodnie pnąca się w górę droga leśna prowadziła mnie wraz z grupą PTTK Sanok na czele z przewodnikiem przez znaczny okres czasu. Mijaliśmy odbicia ścieżek do nieciekawego Dzikiego Jeziora i  muzeum lasu i spławu drzewa. W pewnym momencie wygodna droga się skończyła i wyszliśmy z lasu na zbocze połoniny. Wiedziałem, że dopiero teraz się zacznie cudowna wędrówka… I tak było, po przystanku pod wyrosłym tu nagle krzyżem, który ładnie wkomponował się w tę uroczą polanę, szybko dotarliśmy nadal wygodnym czerwonym szlakiem na grzbiet Połoniny Piszkonia. Tabliczka na szczycie wskazywała, że osiągnęliśmy wierzchołek Piszkonii. Rozpoczęła się najprzyjemniejsza, graniowa część wycieczki. Któż by nie chciał iść, ciągle iść rozległą połoniną, z widokami na wszystkie strony… na szczycie Negrowca-1709 m Przede mną pojawiały się dość szybko kolejne kulminacje łagodnego, trawiastego grzbietu, miejscami okraszonego płatem śniegu. Najpierw wszedłem więc na Małą Gropę, a kilka minut później na Jasenowca, z widocznym z daleka krzyżem. Panoramy były doskonałe, ale pogoda zaczęła się psuć i pokropiło mnie pierwszy raz tego dnia. Zatem dość żwawym tempem zdobyliśmy jeszcze Wielką Gropę, by równie szybko stanąć na Negrowcu, najwyższej zdobyczy tego dnia. Niestety burza, która od pewnego czasu nas okrążała dopadła nas w tej najgorszej chwili- podczas szczytowania. Musieliśmy salwować się szybką ucieczką w dół, w strugach deszczu, na przełęcz przed kolejnym szczytem. Z tego powodu ominęliśmy potężny masyw Horba, który nęcił i pociągał swoim pięknem. Szlak trawersował jego zbocze i łatwo, mimo ulewy dotarliśmy na siodło przełęczy. kolosy Horba i Negrowca Tu opady ustały, a ja mogłem podziwiać niezwykle, przeorane żlebami i uskokami oraz rowami zbocza potężnego Negrowca. W dole cudnie prezentowały się podobnie jak dzień wcześniej zielone doliny i nieliczne wioski tej dzikiej krainy. Ścieżka prowadziła nas dalej na wierzchołek Barwinoka, gdzie musiałem pożegnać niesamowite widoki i stromo zejść lasem w dół. Tutaj dopiero rozpoczęła się zabawa. Błotnisty po deszczu szlak dał się nam we znaki i wielu z nas zaliczyło tu upadki! Po nieciekawym, stromym zejściu dotarliśmy na polanę, skąd świetnie widać było rumowiska skalne, słynne gorgany, rozrzucone na górskim zboczu. Dalsza część wędrówki była już łatwiejsza. Schodziliśmy rozległymi polanami i łąkami Mykulovca, aż obniżyliśmy się wygodnie na tereny uprawne wsi Kołaczawa, którą już poznałem wcześniej. Połonina Krasna z Topasem z łąk nad Kołaczawą Na koniec pozostała nam przeprawa przez pastwisko z bykiem w roli pilnującego stado krów oraz tradycyjnie przez potok, który po opadach rozlał się po całej szerokości kamienistej drogi. Ale za to do samego końca towarzyszyły nam genialne widoki na Połoninę Krasną, którą już poznałem i potężny masyw Strimby, którą miałem poznać kolejnego dnia wyprawy. Ale o tym przeczytacie w następnej odsłonie mej ukraińskiej opowieści. Na dole, we wsi czekał na nas autokar, który miał nas zawieźć do hotelu. Na koniec zapraszam do obejrzenia także fotorelacji z tego wypadu. Mimo krążącej burzy było rewelacyjnie, a widoczki fenomenalne. To się nazywa prawdziwie górska przygoda. Wszystko ma swój urok w górach, nawet chmury i obłoczki oraz deszcz, no może poza mgłą, która nie leży pod nami, tylko przed nosem… Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowiec i dalej przez manowce Gorganów

marcogor o gorach

Przez Połoninę Piszkonia na Negrowiec i dalej przez manowce Gorganów

Drugi dzień ukraińskiej przygody tego pamiętnego maja to było spotkanie z pasmem Gorganów, podobno najdzikszych gór Ukrainy. Tym razem udaliśmy się do miejscowości Synevir w pobliżu Kołaczawy, gdzie rozpoczyna swój bieg czerwony szlak na Połoninę Piszkonia, jedną z najurodziwszych i najrozleglejszych, jakie widziałem do tej pory. Samych kulminacji na jej grzbiecie było kilka, z najwyższą na szczycie Negrowca – 1709m. Teren chroniony jest tutaj przez Park Narodowy „Synevir”, mający chronić przede wszystkim największe jezioro Karpat Ukraińskich. Ale także niezwykle piękne tereny górskie o charakterze w dużej mierze połoninnej. Choć Gorgany jak nazwa wskazuje to przede wszystkim tereny występowania rumowisk skalnych (lokalnie zwanych gorganem (stąd nazwa), grechotem, maliniakiem). Połonina Piszkonia Tak w ogóle Gorgany to pasmo górskie w południowo-zachodniej części Ukrainy, wchodzące w skład Beskidów Wschodnich, a dokładniej Beskidów Lesistych będąc ich najdzikszą częścią. Zbudowane są z fliszu, głównie z piaskowców. Charakterystyczne dla Gorganów są duże różnice wysokości względnych; poszczególne grupy górskie oddzielone są od siebie głębokimi dolinami rzek. Stoki gór są porośnięte gęstymi lasami bukowo-jodłowymi i świerkowymi, powyżej górnej granicy lasu – szczególnie silnie rozwinięte jest piętro kosodrzewiny, w partiach szczytowych natomiast występują pola złomisk, rumowisk skalnych, rzadko połoniny. Mi w ten dzień dane było przejść tę cudną część z Połoniną Piszkonia na czele. na wierzchołku Jasenowca Obszar ten od zawsze odznacza się niewielką gęstością zaludnienia, brak jest większych osad. Gorgany uważane są za jedne z najdzikszych gór Europy. Sporym utrudnieniem podczas wypraw są wysokie łany kosodrzewiny, które występują na większości szczytów. Brakuje tu również zagospodarowania turystycznego – z 30 przedwojennych polskich schronisk dzisiaj nie funkcjonuje ani jedno, tu i ówdzie pozostały tylko ich ruiny. Dopiero od niedawna zaczęto znakować szlaki turystyczne, mimo to jednymi z najlepszych punktów orientacyjnych pozostają przedwojenne słupki graniczne (biegła tu granica Polski z Czechosłowacją, a w 1939 r. z Węgrami). połoninna część Gorganów Właśnie długi grzbiet Piszkonii oraz olbrzymi masyw Strimby naprzeciwko stanowi najbardziej oryginalną, a zarazem najwyższą grupę południowo-zachodniej, zakarpackiej części Gorganów. Ich wyniosłe i rozległe połoniny w niczym nie przypominają innych gorgańskich wierchów, których szczyty pokrywają rumowiska skalne i wielkie połacie kosodrzewiny. Grzbiet Piszkonii wyrasta znad doliny Terebli (na północ od Synewiru) i wznosi się stopniowo, początkowo w kierunku południowo-wschodnim, osiągając najwyższy punkt na szczycie Negrowca. Dalej grzbiet obniża się łagodnie ku wschodowi, aż do miejsca, gdzie nagle skręca na południe i wspina się na wierzchołek Jasnowca (1600 m n.p.m.), a następnie ciągnie się łagodnym łukiem na południowy zachód. opad deszczu zbliża się do Negrowca Ale po kolei,  moja trasa zaczęła się na moście w Synewirze, który nad rzeką Tereblją wprowadzał mnie w tereny parku narodowego. Stąd długa, ale łagodnie pnąca się w górę droga leśna prowadziła mnie wraz z grupą PTTK Sanok na czele z przewodnikiem przez znaczny okres czasu. Mijaliśmy odbicia ścieżek do nieciekawego Dzikiego Jeziora i  muzeum lasu i spławu drzewa. W pewnym momencie wygodna droga się skończyła i wyszliśmy z lasu na zbocze połoniny. Wiedziałem, że dopiero teraz się zacznie cudowna wędrówka… I tak było, po przystanku pod wyrosłym tu nagle krzyżem, który ładnie wkomponował się w tę uroczą polanę, szybko dotarliśmy nadal wygodnym czerwonym szlakiem na grzbiet Połoniny Piszkonia. Tabliczka na szczycie wskazywała, że osiągnęliśmy wierzchołek Piszkonii. Rozpoczęła się najprzyjemniejsza, graniowa część wycieczki. Któż by nie chciał iść, ciągle iść rozległą połoniną, z widokami na wszystkie strony… na szczycie Negrowca-1709 m Przede mną pojawiały się dość szybko kolejne kulminacje łagodnego, trawiastego grzbietu, miejscami okraszonego płatem śniegu. Najpierw wszedłem więc na Małą Gropę, a kilka minut później na Jasenowca, z widocznym z daleka krzyżem. Panoramy były doskonałe, ale pogoda zaczęła się psuć i pokropiło mnie pierwszy raz tego dnia. Zatem dość żwawym tempem zdobyliśmy jeszcze Wielką Gropę, by równie szybko stanąć na Negrowcu, najwyższej zdobyczy tego dnia. Niestety burza, która od pewnego czasu nas okrążała dopadła nas w tej najgorszej chwili- podczas szczytowania. Musieliśmy salwować się szybką ucieczką w dół, w strugach deszczu, na przełęcz przed kolejnym szczytem. Z tego powodu ominęliśmy potężny masyw Horba, który nęcił i pociągał swoim pięknem. Szlak trawersował jego zbocze i łatwo, mimo ulewy dotarliśmy na siodło przełęczy. kolosy Horba i Negrowca Tu opady ustały, a ja mogłem podziwiać niezwykle, przeorane żlebami i uskokami oraz rowami zbocza potężnego Negrowca. W dole cudnie prezentowały się podobnie jak dzień wcześniej zielone doliny i nieliczne wioski tej dzikiej krainy. Ścieżka prowadziła nas dalej na wierzchołek Barwinoka, gdzie musiałem pożegnać niesamowite widoki i stromo zejść lasem w dół. Tutaj dopiero rozpoczęła się zabawa. Błotnisty po deszczu szlak dał się nam we znaki i wielu z nas zaliczyło tu upadki! Po nieciekawym, stromym zejściu dotarliśmy na polanę, skąd świetnie widać było rumowiska skalne, słynne gorgany, rozrzucone na górskim zboczu. Dalsza część wędrówki była już łatwiejsza. Schodziliśmy rozległymi polanami i łąkami Mykulovca, aż obniżyliśmy się wygodnie na tereny uprawne wsi Kołaczawa, którą już poznałem wcześniej. Połonina Krasna z Topasem z łąk nad Kołaczawą Na koniec pozostała nam przeprawa przez pastwisko z bykiem w roli pilnującego stado krów oraz tradycyjnie przez potok, który po opadach rozlał się po całej szerokości kamienistej drogi. Ale za to do samego końca towarzyszyły nam genialne widoki na Połoninę Krasną, którą już poznałem i potężny masyw Strimby, którą miałem poznać kolejnego dnia wyprawy. Ale o tym przeczytacie w następnej odsłonie mej ukraińskiej opowieści. Na dole, we wsi czekał na nas autokar, który miał nas zawieźć do hotelu. Na koniec zapraszam do obejrzenia także fotorelacji z tego wypadu. Mimo krążącej burzy było rewelacyjnie, a widoczki fenomenalne. To się nazywa prawdziwie górska przygoda. Wszystko ma swój urok w górach, nawet chmury i obłoczki oraz deszcz, no może poza mgłą, która nie leży pod nami, tylko przed nosem… Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Wracam z gór i jak żyć?

marcogor o gorach

Wracam z gór i jak żyć?

  Góry Oczyszczają z pychy; gdy człowiek czuje się jak karzeł wobec ogromu gór i gdy poznając samego siebie, swoje wnętrze, swoje możliwości, swoja niewystarczalność, zdobywa krok za krokiem jedną z najcenniejszych cech ludzkich – pokorę. Oczyszczają z egoizmu, gdy trzeba się dzielić kawałkiem chleba czy kostką cukru, lub gdy trzeba rezygnować z własnych planów, by ratować drugiego, często nieznanego człowieka. Góry stanowią wspaniały teren zdobywania tej mocy, która zdobyta w górach potem owocuje w dolinach jesienny pejzaż Braniska Wracam z gór. Niosę w plecaku szorstki dotyk granitu duszący zapach łopianu bagaż nieopisanych wrażeń, niezdobytych szczytów, niepokonanych ścian. Wracam z gór. Niosę w oczach zieloną czerń stawów, soczysty fiolet goryczki, jesienną rdzę Wołoszynu, szarość grani i mgłę w dolinie. Wracam z gór. Niosę w uszach okrzyk orła nad Szpiglasowym, gwar tłumów nad Morskim Okiem, szemrzącą ciszę Białej Wody, stukot kopyt kozicy, szelest traw na hali, huk Siklawy i skrzyp kosówki. Wracam z gór. Niosę w sercu niedosyt Tatr i żal że – jak zawsze – za krótko. panorama Slanskich Wierchów ze Smrekowicy A przy okazji, jeśli planujecie właśnie tapetowanie mieszkania polecam skorzystać z usług firmy, która sprzedaje różnorakie tapety ścienne.  Zapewniona pełna oferta produktów i fachowa pomoc w doborze tapet. Profesjonalne podejście do indywidualnego klienta. Z górskim pozdrowieniem Marcogor Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topaz

marcogor o gorach

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topaz

Po dwóch latach udało mi się powrócić na zieloną Ukrainę. Jak piękny to kraj przekonał się każdy, kto tam już bywał. Olbrzymie rozległe pasma Karpat Ukraińskich robią kolosalne wrażenie. Udało mi się być teraz w samym sercu tych gór. Karpaty o tej porze roku, majową porą są zielone, wilgotne i gorące, jak dojrzała kobieta… Spotkałem tam wszystkie odcienie zieleni, słońce i deszcz, przedeptałem cudne, niekończące się połoniny. Spróbowałem swych sił na stromych podejściach, bo przewyższenia są tam znaczne, zobaczyłem niezliczone ilości dzikich, rzadko odwiedzanych szczytów. Obejrzałem także odcięte od cywilizacji wioski i miejscowości, w których czas jakby sie zatrzymał w minionej epoce. Te sielankowe krajobrazy przypomniały mi lata dzieciństwa, gdy wszystko było takie proste, a także prymitywne, co oznaczało pełną prostotę i beztroskę życia. zielone Karpaty Ukraińskie Tęsknimy obecnie za takim nieskomplikowanym światem, bez stresu, pośpiechu i niepotrzebnego zgiełku. A górskie pejzaże, jakie dane mi było dojrzeć dzięki dobrej pogodzie i widoczności sprawiły, że zakochałem się w nich na zawsze. Prawie jedna trzecia Karpat leży na Ukrainie i wiem, że to będą me tereny łowieckie na lata. Tam łatwo o dzikość serca i zapomnienie, ucieczkę od cywilizacji, a to ważny aspekt mego górskiego wędrowania. Cóż poradzić, jak pierwsza miłość Tatry schodzona już wzdłuż i wszerz. Poza tym ten boom i zgiełk tamże skłania mnie ku pustym, nieuczęszczanym szlakom i bezdrożom ukraińskim. Dodam jeszcze, że nawet drogi dojazdowe tam poprawiają, jakby zrozumiano, że warto stawiać na turystykę. Więc jedźcie na zieloną Ukrainę, póki karpackie ścieżki są jeszcze puste, a nieraz trzeba poczuć się jak prawdziwy odkrywca i wytyczać własne. Zawsze o tym marzyłem, a tam to jeszcze jest możliwe, choć już zapewne niedługo, bo znakowanych szlaków przybywa mnóstwo. Ale wróćmy do pierwszego dnia wędrówki w czasie mej czterodniówki podczas długiego weekendu. koliba w Kołaczawie, na końcu wsi, początek naszego szlaku Tego dnia dotarłem wraz z wycieczką z PTTK Sanok, w otoczeniu samych wspaniałych ludzi, górołazów, którzy zdeptali w dużej części znaczne połacie Karpat do wsi Kołaczawa, będącej bramą do górskiego raju. Stąd wychodzi bardzo wiele szlaków turystycznych, czy nieoznakowanych ścieżek w Gorgany, czy na Połoninę Krasną. Ale wszystkie znał nasz doskonały przewodnik – Marek . Autokar dowiózł nas na sam koniec bardzo długiej wioski, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda. Mieliśmy ruszyć w kierunku Połoniny Krasnej i tak się stało. początek szlaku z Kołaczawy na przełęcz Przysłup Początkowo trasa przebiegała drogą wzdłuż potoku lub jego środkiem, ale dało się przejść lawirując między kamieniami. Malownicza droga pośród urzekającej zieleni wyprowadziła nas szybko na przełęcz Przysłup, gdzie stoi kamienny krzyż, kilka ławek, nawet wiata turystyczna oraz drogowskaz. Tu miała rozpocząć się prawdziwie górska extrema, ale wcześniej syciłem swe oczy genialnymi widokami na góry we wszystkich odcieniach zieleni. Ach te łąki umajone, jak kobieta upiększone! na przełęczy Przysłup, z Kołaczawą w dole Rozpoczęło się bardzo strome podejście, praktycznie na „krechę” na grzbiet połoniny, utrudnione dodatkowo nieokiełznaną przyrodą, która wprost zarosła i tak wąską ścieżkę. Ale przecież takie wyzwania kształtują nasze górskie charaktery. Za to po wyjściu z lasu na szeroką drogę, która prowadziła mnie już na sam szczyt ukazały się dookoła mej głowy tak urzekające widoki, że szybko zapomniałem o bólu nóg! A z każdym metrem podejścia na szczyt pogłębiały się one i objęły w końcu panoramę gór, zdawać by się mogło, ciągnące się kilometrami dookoła. Na przełęcz szliśmy żółtym szlakiem, potem stamtąd zielonym, a teraz miał nas prowadzić czerwony po grani głównej Połoniny Krasnej. W lewo szło się na najwyższą jej kulminację, my poszliśmy w prawo, by już łatwo i przyjemnie osiągnąć wierzchołek Topazu- 1548m. Jest on z daleka widoczny, bo stoi na nim olbrzymia metalowa wieża, nikt nie wie po co… Przewodnik pokazał nam widoczne szczyty z każdej strony świata, po raz pierwszy dojrzałem Howerlę i Popa Iwana oraz  Pikuja zdobytego dwa lata wcześniej. Poczułem się jakbym był w sercu ukraińskich Karpat, ponieważ było widoczne, aż 18 pasm górskich! na szczycie Topaza Długo trwała biesiada na szczycie i podziwianie widoków. Zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć, które możecie podziwiać w galerii z wyprawy. Później rozpoczęło się przyjemne zejście długim ramieniem połoniny, cały czas wśród euforystycznych pejzaży górskich i sielankowych krajobrazów. Szliśmy, szliśmy zdaje się bez końca wśród tych jakby malowanych widoczków, by dotrzeć na niski wierzchołek Krasnego Wierchu. Za mną było strome podejście i 500m łagodnego zejścia oraz najprzyjemniejsza wędrówka grzbietem Połoniny Krasnej. Do Kołaczawy zeszliśmy ostatecznie dziką, stromą ścieżką, do tego bardzo błotnistą, gdzie niestety doszło do kilku upadków i drobnej kontuzji nadgarstka koleżanki z grupy, która była jednak bardzo dzielna. Zatem w dobrej formie cała nasza wielka ekipa zeszła do wsi, gdzie czekał autokar i zimne, upragnione piwo! Kto się wygrzał na górskim szlaku, wie jak smakuje taki napój… zwany wtedy po wzmożonym wysiłku nektarem bogów. grań Połoniny Krasnej z widoczną wieżą na Topazie w środku To był już koniec fantastycznej wycieczki. Pogoda dopisała, widoki były niesamowite, poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy przemierzyli znacznie więcej gór ode mnie i ciesze się, że mogłem odbyć z nimi wiele konstruktywnych rozmów, gdzie warto jechać i co zwiedzić. Bardzo jestem radosny, że powróciłem na zieloną Ukrainę, póki tam spokojnie myślę tam powracać. W chwili obecnej nie ma czego się bać, ludzie też bardzo przyjaźni, drogi coraz lepsze, szlaki wytyczone. Wkrótce przeczytacie kolejne odsłony mej ukraińskiej opowieści. Narazie zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego szczęśliwego dnia. I dziękuję przewodnikowi za dobrą wyrypę i piękną trasę. Pozdrawiam także wszystkich uczestników wycieczki, z różnych stron kraju. Oby do następnego razu. Możecie zajrzeć również do innych tekstów o Ukrainie tutaj i tu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor wierzchołek Topaza-1548m, Połonina Krasna PS. Przepraszam czytelników za dłuższą ciszę na blogu, ale maj to taki cudny miesiąc, że spędzałem go w górach do utraty sił! [See image gallery at marekowczarz.pl]       Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topas

marcogor o gorach

Zielono mi, czyli malowniczym szlakiem przez Połoninę Krasną, z Kołaczawy na Topas

Po dwóch latach udało mi się powrócić na zieloną Ukrainę. Jak piękny to kraj przekonał się każdy, kto tam już bywał. Olbrzymie rozległe pasma Karpat Ukraińskich robią kolosalne wrażenie. Udało mi się być teraz w samym sercu tych gór. Karpaty o tej porze roku, majową porą są zielone, wilgotne i gorące, jak dojrzała kobieta… Spotkałem tam wszystkie odcienie zieleni, słońce i deszcz, przedeptałem cudne, niekończące się połoniny. Spróbowałem swych sił na stromych podejściach, bo przewyższenia są tam znaczne, zobaczyłem niezliczone ilości dzikich, rzadko odwiedzanych szczytów. Obejrzałem także odcięte od cywilizacji wioski i miejscowości, w których czas jakby sie zatrzymał w minionej epoce. Te sielankowe krajobrazy przypomniały mi lata dzieciństwa, gdy wszystko było takie proste, a także prymitywne, co oznaczało pełną prostotę i beztroskę życia. zielone Karpaty Ukraińskie Tęsknimy obecnie za takim nieskomplikowanym światem, bez stresu, pośpiechu i niepotrzebnego zgiełku. A górskie pejzaże, jakie dane mi było dojrzeć dzięki dobrej pogodzie i widoczności sprawiły, że zakochałem się w nich na zawsze. Praktycznie dziesięć procent Karpat leży na Ukrainie i wiem, że to będą me tereny łowieckie na lata. Tam łatwo o dzikość serca i zapomnienie, ucieczkę od cywilizacji, a to ważny aspekt mego górskiego wędrowania. Cóż poradzić, jak pierwsza miłość Tatry schodzona już wzdłuż i wszerz. Poza tym ten boom i zgiełk tamże skłania mnie ku pustym, nieuczęszczanym szlakom i bezdrożom ukraińskim. Dodam jeszcze, że nawet drogi dojazdowe tam poprawiają, jakby zrozumiano, że warto stawiać na turystykę. Więc jedźcie na zieloną Ukrainę, póki karpackie ścieżki są jeszcze puste, a nieraz trzeba poczuć się jak prawdziwy odkrywca i wytyczać własne. Zawsze o tym marzyłem, a tam to jeszcze jest możliwe, choć już zapewne niedługo, bo znakowanych szlaków przybywa mnóstwo. Ale wróćmy do pierwszego dnia wędrówki w czasie mej czterodniówki podczas długiego weekendu. koliba w Kołaczawie, na końcu wsi, początek naszego szlaku Tego dnia dotarłem wraz z wycieczką z PTTK Sanok, w otoczeniu samych wspaniałych ludzi, górołazów, którzy zdeptali w dużej części znaczne połacie Karpat do wsi Kołaczawa, będącej bramą do górskiego raju. Stąd wychodzi bardzo wiele szlaków turystycznych, czy nieoznakowanych ścieżek w Gorgany, czy na Połoninę Krasną. Ale wszystkie znał nasz doskonały przewodnik – Marek . Autokar dowiózł nas na sam koniec bardzo długiej wioski, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda. Mieliśmy ruszyć w kierunku Połoniny Krasnej i tak się stało. początek szlaku z Kołaczawy na przełęcz Przysłup Początkowo trasa przebiegała drogą wzdłuż potoku lub jego środkiem, ale dało się przejść lawirując między kamieniami. Malownicza droga pośród urzekającej zieleni wyprowadziła nas szybko na przełęcz Przysłup, gdzie stoi kamienny krzyż, kilka ławek, nawet wiata turystyczna oraz drogowskaz. Tu miała rozpocząć się prawdziwie górska extrema, ale wcześniej syciłem swe oczy genialnymi widokami na góry we wszystkich odcieniach zieleni. Ach te łąki umajone, jak kobieta upiększone! na przełęczy Przysłup, z Kołaczawą w dole Rozpoczęło się bardzo strome podejście, praktycznie na „krechę” na grzbiet połoniny, utrudnione dodatkowo nieokiełznaną przyrodą, która wprost zarosła i tak wąską ścieżkę. Ale przecież takie wyzwania kształtują nasze górskie charaktery. Za to po wyjściu z lasu na szeroką drogę, która prowadziła mnie już na sam szczyt ukazały się dookoła mej głowy tak urzekające widoki, że szybko zapomniałem o bólu nóg! A z każdym metrem podejścia na szczyt pogłębiały się one i objęły w końcu panoramę gór, zdawać by się mogło, ciągnące się kilometrami dookoła. Na przełęcz szliśmy żółtym szlakiem, potem stamtąd zielonym, a teraz miał nas prowadzić czerwony po grani głównej Połoniny Krasnej. W lewo szło się na najwyższą jej kulminację, my poszliśmy w prawo, by już łatwo i przyjemnie osiągnąć wierzchołek Topasu- 1548m. Jest on z daleka widoczny, bo stoi na nim olbrzymia metalowa wieża, nikt nie wie po co… Przewodnik pokazał nam widoczne szczyty z każdej strony świata, po raz pierwszy dojrzałem Howerlę i Popa Iwana oraz  Pikuja zdobytego dwa lata wcześniej. Poczułem się jakbym był w sercu ukraińskich Karpat, ponieważ było widoczne, aż 18 pasm górskich! na szczycie Topasa Długo trwała biesiada na szczycie i podziwianie widoków. Zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć, które możecie podziwiać w galerii z wyprawy. Później rozpoczęło się przyjemne zejście długim ramieniem połoniny, cały czas wśród euforystycznych pejzaży górskich i sielankowych krajobrazów. Szliśmy, szliśmy zdaje się bez końca wśród tych jakby malowanych widoczków, by dotrzeć na niski wierzchołek Krasnego Wierchu. Za mną było strome podejście i 500m łagodnego zejścia oraz najprzyjemniejsza wędrówka grzbietem Połoniny Krasnej. Do Kołaczawy zeszliśmy ostatecznie dziką, stromą ścieżką, do tego bardzo błotnistą, gdzie niestety doszło do kilku upadków i drobnej kontuzji nadgarstka koleżanki z grupy, która była jednak bardzo dzielna. Zatem w dobrej formie cała nasza wielka ekipa zeszła do wsi, gdzie czekał autokar i zimne, upragnione piwo! Kto się wygrzał na górskim szlaku, wie jak smakuje taki napój… zwany wtedy po wzmożonym wysiłku nektarem bogów. grań Połoniny Krasnej z widoczną wieżą na Topasie w środku To był już koniec fantastycznej wycieczki. Pogoda dopisała, widoki były niesamowite, poznałem wielu wspaniałych ludzi, którzy przemierzyli znacznie więcej gór ode mnie i ciesze się, że mogłem odbyć z nimi wiele konstruktywnych rozmów, gdzie warto jechać i co zwiedzić. Bardzo jestem radosny, że powróciłem na zieloną Ukrainę, póki tam spokojnie myślę tam powracać. W chwili obecnej nie ma czego się bać, ludzie też bardzo przyjaźni, drogi coraz lepsze, szlaki wytyczone. Wkrótce przeczytacie kolejne odsłony mej ukraińskiej opowieści. Narazie zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego szczęśliwego dnia. I dziękuję przewodnikowi za dobrą wyrypę i piękną trasę. Pozdrawiam także wszystkich uczestników wycieczki, z różnych stron kraju. Oby do następnego razu. Możecie zajrzeć również do innych tekstów o Ukrainie tutaj i tu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor wierzchołek Topasa-1548m, Połonina Krasna PS. Przepraszam czytelników za dłuższą ciszę na blogu, ale maj to taki cudny miesiąc, że spędzałem go w górach do utraty sił! [See image gallery at marekowczarz.pl]       Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Góry co pod mymi stopami

marcogor o gorach

Góry co pod mymi stopami

Góry co pod mymi stopami Zdobywane z każdym mym krokiem Zdradźcie jakie mnie drogi czekają Jakie moje się spełnią nadzieje Jakie światy na mnie czekają Czy dziś słońce czy deszcz mnie zaskoczy Czy szczęśliwie dojdę do celu Czy opuszczę was kiedyś na zawsze Oddaję się w szlaków niewolę Jak przyjaciel zawierzam wam siebie Chociaż ja tylko strudzony turysta Chociaż wy tylko góry na ziemi Góry co od wieków pradawnych Kusiłyście turystów swym pięknem Ilu ludzi doszło na szczyty Ilu ludzi zabrałyście na wieki One milczą, przewrotnie się śmieją Wciąż turystów ciągną do siebie Czasem szczyty mgłą się spowiją Czasem znikną pod śnieżną pierzyną Czemu góry wodzicie za nos Czemu wiatrem wiejecie w oczy Przecież wam powierzyłem swój los Zdradźcie mi tajemnicę przyszłości Będziesz szedł dokąd szlaki te wiodą Będziesz patrzył na nas w zachwycie Będziesz słuchał naszych głosów Bo my nie góry, my twoje życie. Marcogor Branisko i Bachuren jesienią Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłup nad wodospad Zaskalnik

marcogor o gorach

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłup nad wodospad Zaskalnik

Korzystając z wolnego dnia wybrałem się do Szczawnicy-Zdroju. To cudnie położone miasteczko w dolinie potoku Grajcarka stwarza wiele możliwości wypoczynku. Parki zdrojowe, liczne spacerowe i rowerowe trasy oraz kolejka krzesełkowa na Palenicę sprawiają, że turyści mogą tu aktywnie spędzać czas. Większa część zabudowy i terenów miasta znajduje się w obrębie Beskidu Sądeckiego, natomiast za doliną potoku Grajcarka wznoszą się już Pieniny. Zabudowa miasta zlokalizowana jest między Pieninami a pasmem Radziejowej (Beskid Sądecki). Ja wybrałem się tutaj po raz kolejny w celu odbycia sentymentalnej podróży szlakami Beskidu Sądeckiego. Kiedyś rozpocząłem tu piękną wędrówkę przez wzniesienia Bryjarki, Bereśnika, aż po Dzwonkówkę i dalej. Minęło trochę lat i postanowiłem powtórzyć tę malowniczą trasę, gdyż tam, gdzie było mi dobrze i słodko lubię powracać po czasie. Nie miałem za dużo tego czasu, więc wybrałem ten krótki i łatwy wariant na dobre spędzenie połowy wolnego dnia. plac Dietla w centrum uzdrowiska Moja wędrówka rozpoczęła się w samym centrum uzdrowiska, gdzie zostawiłem samochód na jednym z bezpłatnych parkingów. A z placu Dietla rozchodziły się ścieżki, które postanowiłem wykorzystać tego dnia. Potem był już tylko przyjemny spacer wąskimi uliczkami kurortu, pośród starych budynków pamiętających zapewne stare czasy. Po chwili rozpoczęło się dość strome podejście zboczami Bryjarki, gdzie odbyłem nieoczekiwane spotkanie z wężem, który okazał się być nieszkodliwym padalcem. Podejście było krótkie i szybko dotarłem do krzyża milenijnego stojącego nieco na uboczu na widokowej polance. To jedno z miejsc wyjątkowych, dlatego mnie tu ciągnęło. Szczawnica w dole Panorama spod krzyża na Tatry z gniazdem Łomnicy i Małe Pieniny z Palenicą oraz uzdrowisko w dole robi kolosalne wrażenie. Dlatego szczyt Bryjarki był od dawna celem spacerów mieszkańców Szczawnicy i kuracjuszy jej uzdrowisk. W 1897 i 1901 wykonano na szczyt spacerowe ścieżki i ławki. Drewniany krzyż znajdował się tutaj już od 1860, w 1867 został zastąpiony dużym krzyżem modrzewiowym, jednakże krzyż ten podczas burzy w 1902 złamał się. Wówczas to krakowska firma Józefa Góreckiego (ta sama, która wykonała krzyż na Giewoncie) wykonała i zamontowała nowy krzyż żelazny, który w nocy jest oświetlony. krzyż na Bryjarce Bryjarka wznosi się ok. 230 m nad dno doliny Grajcarka. Jest zakończeniem bocznego grzbietu Pasma Radziejowej, biegnącego z Dzwonkówki przez Przysłop, Kotelnicę, Cieluszki, Bereśnik, Guckę i Bryjarkę na południe. I tym właśnie grzbietem powędrowałem dalej, pośród pól uprawnych, cudnie ubarwionych łąk i nielicznych domostw. Moim celem było pobliskie już schronisko pod Bereśnikiem. Leży ono na południowo-zachodnich stokach Bereśnika, obok niego biegnie żółty szlak turystyczny. Bliskość kurortu przyciąga to mnóstwo kuracjuszy, a sam obiekt jest bardzo klimatyczny. Z bacówki rozciąga się wspaniała panorama na Tatry oraz Pieniny, które widać nawet przez okna bacówki. Wypiłem tutaj kawę na wzmocnienie i ruszyłem dalej grzbietem Bereśnika mijając kolejne ładne polany. klimatyczne schronisko pod Bereśnikiem Czekało mnie dość strome podejście, zwłaszcza w końcówce na wierzchołek Dzwonkówki. Szczyt jest zalesiony, ale na jego grzbiecie jest kilka widokowych polan, będących pozostałością po dawnym pasterstwie, skąd zobaczyłem ponownie Tatry. Nazwa Dzwonkówka kojarzy się właśnie z dawnym pasterstwem (owce i krowy nosiły na szyjach dzwonki). Niedawno dowiedziałem się, że pod szczytem Dzwonkówki, na polance, na której zbiegają się granice lasów Krościenka, Jazowska i Szczawnicy, chowano samobójców. Na miejscu tym, obecnie nazywanym Wisielcami, chowano ich bez krzyża, jedynie granice pochówków zaznaczone są trzema kopcami kamieni! Na najwyższej kulminacji góry jest natomiast grób partyzanta. widok na Tatry z jednej z polan Dzwonkówki Szczyt jest zwornikiem dla bocznych ramion, przechodzi przez niego Główny Szlak Beskidzki, a ja skręciłem właśnie na niego, by bardzo stromym zejściem dotrzeć na Przełęcz Przysłop. Na przełęczy znajduje się dość spora polana będąca dobrym punktem widokowym. Na polanie tuż pod przełęczą oraz na grzbiecie odchodzącym z przełęczy na zachód, znajduje się kilka gospodarstw. W latach 1943–1944 miały tutaj miejsce dramatyczne wydarzenia. Na pamiątkę ich w centrum stoi pomnik upamiętniający śmierć partyzantów i  mieszkańców przysiółka. Trochę poniżej na miejscu domu Fijasów, których Niemcy spalili żywcem stoi drewniana kaplica w stylu podhalańskim. Piękne miejsce, choć historie z nimi związane tragiczne. Na pamiątkę tych tragicznych wydarzeń co roku 3 maja odbywa się na Przysłopie Msza Partyzancka. Ale po górach jest porozrzucane wiele takich pamiątek trudnej historii kraju. Spotkałem tu miłych turystów ze Starachowic, których pozdrawiam serdecznie. kaplica na Przysłopie, foto by Jerzy Opioła Idąc dalej strawersowałem niewybitne szczyty Kuby i Rokity. Z polan na grzbiecie miałem świetne widoki na Gorce. Dzięki dobrej pogodzie dostrzegłem nawet nowe wieże widokowe na Koziarzu, Lubaniu i Gorcu! Zszedłem tu ze szlaku i leśną drogą doszedłem do ścieżki rowerowej biegnącej dnem doliny Sopotnickiego Potoku. Tutaj już szedłem wygodną drogą terenową, aż do zabudowań przysiółka Szczawnicy – Sewerynówki. Po drodze napotkałem dwie atrakcje, ładnie wkomponowany w otoczenie zbiornik wodny, będący ujęciem wody dla uzdrowiska oraz bardzo ładną leśną kaplicę postawioną na rozdrożu dróg rowerowych. Kaplica na Sewerynówce Przy końcu asfaltowej drogi stoi tu ładna karczma Czarda, którą znałem z lat wcześniejszych. Wstąpiłem więc na posiłek, bo pora była ku temu odpowiednia. W budynku karczmy wykonano bardzo ładną aranżację wnętrza przy użyciu produktów firmy http://www.prodexpol.pl/. Są tu więc bardzo ładne parkiety i panele podłogowe oraz drzwi wewnętrzne, a nawet parapety tej firmy. Byłem tu kiedyś na imprezie firmowej, zatem nawet wytrzymałość podłogi miałem okazję przetestować! Firma ma ponad 90 lat doświadczenia, polecam. restauracja Czarda na Sewerynówce Po posiłku pozostał mi już tylko powrót niebieskim szlakiem do Szczawnicy. Ale tuż poniżej karczmy czekała na mnie ostatnia atrakcja- wodospad Zaskalnik. Woda spływa z pięciometrowego skalnego progu na potoku Sopotnickim. Miejsce to jest często odwiedzane przez turystów, gdyż można dotrzeć tu autem, a potem zejść kawałek w dół, by lepiej zobaczyć pięknie usytuowaną kaskadę. Kilkaset metrów poniżej drewniany pomost umożliwia przejście na drugą stronę potoku i bezpieczniejsze dojście nad sam wodospad.  Odbyłem tu ostatnią dłuższą sesję fotograficzną i ruszyłem do auta, pozostawionego na parkingu w centrum uzdrowiska. Tak zakończyła się moja trasa wspomnień. Lekko zmodyfikowana, ale przypomniałem sobie najpiękniejsze miejsca tego regionu Beskidów, a nawet odkryłem nowe! Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  wodospad Zaskalnik [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłop nad wodospad Zaskalnik

marcogor o gorach

Pętelka ze Szczawnicy przez Bryjarkę, Dzwonkówkę i Przysłop nad wodospad Zaskalnik

Korzystając z wolnego dnia wybrałem się do Szczawnicy-Zdroju. To cudnie położone miasteczko w dolinie potoku Grajcarka stwarza wiele możliwości wypoczynku. Parki zdrojowe, liczne spacerowe i rowerowe trasy oraz kolejka krzesełkowa na Palenicę sprawiają, że turyści mogą tu aktywnie spędzać czas. Większa część zabudowy i terenów miasta znajduje się w obrębie Beskidu Sądeckiego, natomiast za doliną potoku Grajcarka wznoszą się już Pieniny. Zabudowa miasta zlokalizowana jest między Pieninami a pasmem Radziejowej (Beskid Sądecki). Ja wybrałem się tutaj po raz kolejny w celu odbycia sentymentalnej podróży szlakami Beskidu Sądeckiego. Kiedyś rozpocząłem tu piękną wędrówkę przez wzniesienia Bryjarki, Bereśnika, aż po Dzwonkówkę i dalej. Minęło trochę lat i postanowiłem powtórzyć tę malowniczą trasę, gdyż tam, gdzie było mi dobrze i słodko lubię powracać po czasie. Nie miałem za dużo tego czasu, więc wybrałem ten krótki i łatwy wariant na dobre spędzenie połowy wolnego dnia. plac Dietla w centrum uzdrowiska Moja wędrówka rozpoczęła się w samym centrum uzdrowiska, gdzie zostawiłem samochód na jednym z bezpłatnych parkingów. A z placu Dietla rozchodziły się ścieżki, które postanowiłem wykorzystać tego dnia. Potem był już tylko przyjemny spacer wąskimi uliczkami kurortu, pośród starych budynków pamiętających zapewne stare czasy. Po chwili rozpoczęło się dość strome podejście zboczami Bryjarki, gdzie odbyłem nieoczekiwane spotkanie z wężem, który okazał się być nieszkodliwym padalcem. Podejście było krótkie i szybko dotarłem do krzyża milenijnego stojącego nieco na uboczu na widokowej polance. To jedno z miejsc wyjątkowych, dlatego mnie tu ciągnęło. Szczawnica w dole Panorama spod krzyża na Tatry z gniazdem Łomnicy i Małe Pieniny z Palenicą oraz uzdrowisko w dole robi kolosalne wrażenie. Dlatego szczyt Bryjarki był od dawna celem spacerów mieszkańców Szczawnicy i kuracjuszy jej uzdrowisk. W 1897 i 1901 wykonano na szczyt spacerowe ścieżki i ławki. Drewniany krzyż znajdował się tutaj już od 1860, w 1867 został zastąpiony dużym krzyżem modrzewiowym, jednakże krzyż ten podczas burzy w 1902 złamał się. Wówczas to krakowska firma Józefa Góreckiego (ta sama, która wykonała krzyż na Giewoncie) wykonała i zamontowała nowy krzyż żelazny, który w nocy jest oświetlony. krzyż na Bryjarce Bryjarka wznosi się ok. 230 m nad dno doliny Grajcarka. Jest zakończeniem bocznego grzbietu Pasma Radziejowej, biegnącego z Dzwonkówki przez Przysłop, Kotelnicę, Cieluszki, Bereśnik, Guckę i Bryjarkę na południe. I tym właśnie grzbietem powędrowałem dalej, pośród pól uprawnych, cudnie ubarwionych łąk i nielicznych domostw. Moim celem było pobliskie już schronisko pod Bereśnikiem. Leży ono na południowo-zachodnich stokach Bereśnika, obok niego biegnie żółty szlak turystyczny. Bliskość kurortu przyciąga to mnóstwo kuracjuszy, a sam obiekt jest bardzo klimatyczny. Z bacówki rozciąga się wspaniała panorama na Tatry oraz Pieniny, które widać nawet przez okna bacówki. Wypiłem tutaj kawę na wzmocnienie i ruszyłem dalej grzbietem Bereśnika mijając kolejne ładne polany. klimatyczne schronisko pod Bereśnikiem Czekało mnie dość strome podejście, zwłaszcza w końcówce na wierzchołek Dzwonkówki. Szczyt jest zalesiony, ale na jego grzbiecie jest kilka widokowych polan, będących pozostałością po dawnym pasterstwie, skąd zobaczyłem ponownie Tatry. Nazwa Dzwonkówka kojarzy się właśnie z dawnym pasterstwem (owce i krowy nosiły na szyjach dzwonki). Niedawno dowiedziałem się, że pod szczytem Dzwonkówki, na polance, na której zbiegają się granice lasów Krościenka, Jazowska i Szczawnicy, chowano samobójców. Na miejscu tym, obecnie nazywanym Wisielcami, chowano ich bez krzyża, jedynie granice pochówków zaznaczone są trzema kopcami kamieni! Na najwyższej kulminacji góry jest natomiast grób partyzanta. widok na Tatry z jednej z polan Dzwonkówki Szczyt jest zwornikiem dla bocznych ramion, przechodzi przez niego Główny Szlak Beskidzki, a ja skręciłem właśnie na niego, by bardzo stromym zejściem dotrzeć na Przełęcz Przysłop. Na przełęczy znajduje się dość spora polana będąca dobrym punktem widokowym. Na polanie tuż pod przełęczą oraz na grzbiecie odchodzącym z przełęczy na zachód, znajduje się kilka gospodarstw. W latach 1943–1944 miały tutaj miejsce dramatyczne wydarzenia. Na pamiątkę ich w centrum stoi pomnik upamiętniający śmierć partyzantów i  mieszkańców przysiółka. Trochę poniżej na miejscu domu Fijasów, których Niemcy spalili żywcem stoi drewniana kaplica w stylu podhalańskim. Piękne miejsce, choć historie z nimi związane tragiczne. Na pamiątkę tych tragicznych wydarzeń co roku 3 maja odbywa się na Przysłopie Msza Partyzancka. Ale po górach jest porozrzucane wiele takich pamiątek trudnej historii kraju. Spotkałem tu miłych turystów ze Starachowic, których pozdrawiam serdecznie. kaplica na Przysłopie, foto by Jerzy Opioła Idąc dalej strawersowałem niewybitne szczyty Kuby i Rokity. Z polan na grzbiecie miałem świetne widoki na Gorce. Dzięki dobrej pogodzie dostrzegłem nawet nowe wieże widokowe na Koziarzu, Lubaniu i Gorcu! Zszedłem tu ze szlaku i leśną drogą doszedłem do ścieżki rowerowej biegnącej dnem doliny Sopotnickiego Potoku. Tutaj już szedłem wygodną drogą terenową, aż do zabudowań przysiółka Szczawnicy – Sewerynówki. Po drodze napotkałem dwie atrakcje, ładnie wkomponowany w otoczenie zbiornik wodny, będący ujęciem wody dla uzdrowiska oraz bardzo ładną leśną kaplicę postawioną na rozdrożu dróg rowerowych. Kaplica na Sewerynówce Przy końcu asfaltowej drogi stoi tu ładna karczma Czarda, którą znałem z lat wcześniejszych. Wstąpiłem więc na posiłek, bo pora była ku temu odpowiednia. W budynku karczmy wykonano bardzo ładną aranżację wnętrza przy użyciu produktów firmy http://www.prodexpol.pl/. Są tu więc bardzo ładne parkiety i panele podłogowe oraz drzwi wewnętrzne, a nawet parapety tej firmy. Byłem tu kiedyś na imprezie firmowej, zatem nawet wytrzymałość podłogi miałem okazję przetestować! Firma ma ponad 90 lat doświadczenia, polecam. restauracja Czarda na Sewerynówce Po posiłku pozostał mi już tylko powrót niebieskim szlakiem do Szczawnicy. Ale tuż poniżej karczmy czekała na mnie ostatnia atrakcja- wodospad Zaskalnik. Woda spływa z pięciometrowego skalnego progu na potoku Sopotnickim. Miejsce to jest często odwiedzane przez turystów, gdyż można dotrzeć tu autem, a potem zejść kawałek w dół, by lepiej zobaczyć pięknie usytuowaną kaskadę. Kilkaset metrów poniżej drewniany pomost umożliwia przejście na drugą stronę potoku i bezpieczniejsze dojście nad sam wodospad.  Odbyłem tu ostatnią dłuższą sesję fotograficzną i ruszyłem do auta, pozostawionego na parkingu w centrum uzdrowiska. Tak zakończyła się moja trasa wspomnień. Lekko zmodyfikowana, ale przypomniałem sobie najpiękniejsze miejsca tego regionu Beskidów, a nawet odkryłem nowe! Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wypadu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  wodospad Zaskalnik [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Roháčka i Čierna hora, czyli odkrywanie najdzikszego pasma Rudaw Spiskich

marcogor o gorach

Roháčka i Čierna hora, czyli odkrywanie najdzikszego pasma Rudaw Spiskich

Od zawsze ciekawią mnie nowe pasma górskie. Takie, gdzie moja noga nigdy nie stanęła dotąd. W ostatni weekend odkryłem właśnie jedno z takich miejsc, dzikie, nieznane, gdzie mało, który turysta z Polski się zapuszcza, bo po prostu nie wie jak tam jest pięknie. Słowacja to taki mój konik, dlatego postanowiłem poznać dokładnie jej górskie oblicze. Polska regionalizacja wyróżnia na Słowacji 40 pasm górskich, więc po tej wycieczce pozostało mi już tylko 18 do odkrycia. Udałem się więc na wschodni skraj słowackich Rudaw, w okolice miejscowości Margecany, gdzie leży niewielkie pasmo Čiernej Hory, wciśnięte między Góry Wołowskie i pasmo Braniska. Ten niewielki masyw charakteryzuje się stosunkowo dużymi wysokościami względnymi, co dotkliwie odczułem w czasie stromych podejść oraz licznymi utworami skalnymi. Masyw jest również bardzo cenny pod względem przyrodniczym.  kamienny mur, pozostałości grodziska przed przełęcza Żeby zdobyć najwyższy szczyt pasma do Korony Gór Słowacji dojechałem do malowniczej wsi Margecany, zagubionej gdzieś między górskimi szczytami, a zbiornikiem wodnym Ružín. Jadąc od strony np. Nowego Sącza wystarczy kierować się na Bardejów, a potem Preszów, by dotrzeć do tej wioski w historycznej krainie Spisz. Margecany położone są więc w Rudawach Spiskich, w głębokiej dolinie u zbiegu Hornádu i Hnilca, które łączą się tu właśnie w zbiorniku zaporowym Ružín. Margecany są także ważnym kolejowym węzłem komunikacyjnym. Zbiegają się tu ważne linie kolejowe (Koszyce – Żylina) i (Margecany – Czerwona Skała), działają też zakłady naprawy taboru kolejowego. Stukot pociągów nosi się daleko po górach. Z okolicznych wzniesień fenomenalnie prezentują się zabudowania wsi z wieżą kościoła na tle zbiornika wodnego i dominującej zieleni dookoła. Równie fotogeniczna jest wijącą się tu gęsto sieć torowisk. zbiornik wodny Ruzin i Margecany, w tle Góry Wołowskie Powierzchnia lustra wody zbiornika Ružín to  3,9 km², a objętość zbiornika to 45,3 mln m³. Ale ja wybrałem się tutaj w góry, więc wyruszyłem na poszukiwanie szlaku prowadzącego na najwyższy szczyt, który zaczyna się nieopodal stacji PKP. Stąd żółto znakowana trasa miała mnie wyprowadzić na kulminację Čiernej Hory, czyli wierzchołek Roháčki (1028 m). Początkowo szlak prowadzi ulicą osiedla, więc można podjechać autem pod sam las, gdzie rozpoczyna się strome podejście „na krechę” na szczyt. Droga ta poprowadzona praktycznie na wprost, bez żadnych zakosów dała mi w kość, ale jest naprawdę męcząca, z powodu nie kończącej się stromizny! Po prostu na odległości 3 km trzeba pokonać 700 m przewyższenia. To była dla mnie dobra zaprawa przed długim tegorocznym sezonem górskim, który dopiero na dobre się przecież zaczyna. widok na Margecany z podejścia na Rohacke Ścieżka doprowadziła mnie najpierw na Holy Hrbok (678m), gdzie stoi maszt przekaźnika, potem na Gruń ( 900m), by po chwilowym obniżeniu na przełęcz pod Rohaćką wspiąć się ostatecznie na szczyt Roháčki. Tuż przed siodłem przełęczy stoi kamienny mur, jakby pozostałość historycznego grodziska, albo wału kultowego. Wcześniej niespodziewanie natknąłem się na wóz, jakby prosto z cygańskiego taboru, i to wszystko w środku lasu! Do tego im wyżej, tym więcej różnej wielkości głazów i olbrzymich ostańców skalnych. W końcu na szczycie stoi trójróg oraz metalowy słupek z książką wejść na szczyt. Te księgi wpisów stają się pomału standardem na Słowacji! Po zasłużonym odpoczynku i sesji na wierzchołku wziąłem się za studiowanie mapy. Zauważyłem, że poniżej szczytu, na niebieskim szlaku, który dołączył tu od strony kamieniołomu Klenov ( bliższa opcja wejścia tutaj) są rozległe polany, a sąsiednia kulminacja pasma, nazwana również Čierna Hora ( 1024m) ozdobiona jest krzyżem. Mając nadzieję na widoki, bo ten wierzchołek był zupełnie zalesiony udalem się tam i to był strzał w dziesiątkę. wierzchołek Rohaćki Odkryłem kolejny już górski raj! Już podczas przejścia między szczytami zwróciły mą uwagę liczne skały, jakby gołoborza, pełne głazów i ostra skalista grań biegnąca grzbietem, zastępująca stopniowo las. Po kwadransie dotarłem na polanę pod Čierną Horą, gdzie na wierzchołku góry zobaczyłem wielki metalowy krzyż, z olbrzymią figurą Chrystusa, a obok figurę Matki Boskiej. Słowacy zbudowali to w 2008 r. i przyznaję, że nigdy nie spotkałem w  górach takiej wielkości figury Jezusa. Ze szczytowych skałek oczywiście otwierały się doskonae widoki, zwłaszcza, że pogoda po rannych zamgleniach zrobiła się wyśmienita. Mogłem podziwiać panoramy nie tylko pobliskich pasm Bachurena, Braniska, czy Slanskich Wierchów, ale także przygranicznych Beskidów i Cergova. widoki na Sariską Vrchovinę i Slanske Vrchy To miejsce zrobiło na mnie niezatarte wrażenie i na zawsze zostanie w mej pamięci, jako jeden z cudów GÓR, tym bardziej byłem zachwycony, że niespodziewałem się takich atrakcji tutaj. Długo trwałem w zadumie zapatrzony w piękno, które objawiło się przed mymi oczyma i inne bodźce do mnie nie docierały. Dopiero po pół godzinie reszta mej ekipy przekonała mnie, że pora wracać. Pozostało nam tylko zejście po własnych śladach do samochodu, więc nie musiałem się śpieszyć! Niestety czas nie pozwalał na rozpatrzenie innych wariantów powrotu. I znowu czekało mnie strome zejście i me kolana ponownie poczuły ból, ale człowiek wiele jest w stanie znieść w imię miłości…a GÓRY to przecież miłość ma największa! wierzchołek Ciernej Hory Zszedłem zatem do Margecan fotografując jeszcze raz cudny zalew Ružín w popołudniowym słońcu i niezwykłym otoczeniu natury. To był długi dzień, bo do południa zwiedziłem inną część Słowacji, co być może wkrótce Wam opiszę tutaj. Do domu zostało mi przejechać tylko 130 km, a po drodze wypiłem jeszcze kawkę w przydrożnym barze na przedmieściach Preszowa. To był bardzo udany dzień, jeden z tych, które pamieta się na długo, a rano nie zapowiadało się, że będzie tak pięknie. Prognozy były takie sobie, ale po raz kolejny okazało się, że trzeba robić swoje i nie oglądać się na złudne i często mylne zapowiedzi różnych pogodynek. Zresztą obejrzyjcie na koniec w galerii zdjęć, jak było pięknie w tym dzikim, nieuczęszczanym przez turystów paśmie Rudaw Spiskich, niedaleko od granicy Polski. Dziękuję wspaniałej ekipie za dodawanie otuchy na ciężkim wyjątkowo tego dnia dla mnie podejściu. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Wędrówka pasmem Braniska

marcogor o gorach

Wędrówka pasmem Braniska

Pora na dalszą część mej opowieści po malowniczym paśmie Braniska. Po zdobyciu najwyższego szczytu Smrekovicy i przeżyciu tam upojnych górskich chwil, pełnych niesamowitych widoków wiedziałem, że to nie może być koniec i ruszyłem dalej na spotkanie przygody i odnalezienie kolejnych cudownych miejsc w tych górach. O początku eskapady przeczytacie tutaj. Na szczycie odnalazłem tablicę z planem tego pasma i wiele zdjęć uroczych szczytów, na które odrazu zapragnąłem wyjść! Zaktualizowałem moją mapę według słowackiego planu i rozpocząłem spokojny odwrót z wierzchołka. Okazało się, że musiałem przedzierać się przez wiatrołomy schodząć w dół, ale na szczęście szlak był już oczyszczony z powalonych drzew, więc tragedii nie było. Bardzo szybko znalazłem się na polanie pod Krawcową. Była to piękna łąka, z której roztaczały się słodkie, jesienne widoki oświetlone mocnym, południowym słońcem. Łatwo zdobyłem szczyt Krawcowej, poniżej którego stoi domek myśliwski. Wierzchołek Krawcowej jest dość wybitny, a w jego pobliżu jest kilka źródeł. Mimo, że szlaki go omijają warto go zdobyć ze względu na ciekawe panoramy w stronę Gór Czerchowskich i Slanskich. Obok domku myśliwskiego jest też dogodne miejsce na biwak. Po nasyceniu oczu pięknymi widokami ruszyłem dalej. Szeroką, łąkową drogą łagodnie dotarłem na miejsce zwane Boldigan, pośrodku ładnej hali. Po chwili wspiąłem się troszkę na skraj łąki, nazwany Nad Boldiganom. Potem szlak prowadził mnie lasem,w którym od czasu do czasu pojawiały się ostańce skalne. widoki z polany pod szczytem Krawcowej Po dość forsownym marszu las nagle rozstąpił się i wyszedłem na wychodną skalną, wyraźnie górującą nad otoczeniem, zwaną Wielką Skałą o wysokości 930 m. Ścieżka urywała się tu na stromym urwisku. Z tego miejsca zobaczyłem fantastyczną panoramę odległych Tatr i Gór Lewockich. Widoki były tak niesamowite i urzekające, że zakochałem się w tym miejscu. Wiem, że na pewno tutaj powrócę! Stąd rozpoczęło się dość strome zejście pośród skał, do jednej z charakterystycznych form udostępniono ubezpieczone łańcuchem zejście. Kawałek dalej trafiłem na kolejną bardzo ciekawą formę skalną, tzw. Tunelową Bramę. Po tych atrakcjach wszedłem w gęsty las i szeroką drogą leśną dotarłem do Markusova, gdzie było rozejście szlaków. widok na Tatry z Wielkiej Skały Następny etap wędrówki to łagodne zejście pośród kolorowych pól i lasów do kamieniołomu we wiosce Wyżni Sławkow. Tutaj, przy starej kapliczce wybrałem wariant drogi prowadzącej do przełęczy nad Hejdovom. Znowu czekał mnie spacer  malowniczymi łąkami, by w końcu doczekać się ostrego podejścia przez las na siodło przełęczy. Zmęczenie całym dniem marszu dawało mi się już we znaki, więc wejście prawie na „krechę” wykończyło mnie tak, że co chwilę musiałem robić sobie przerwy. Na szczęście z przełęczy dzieliło mnie tylko kilka minut zejścia na urwisko, gdzie był następny doskonały punkt widokowy, tym razem na wioskę w dole z kamieniołomem i Tatry w oddali. Wspaniale prezentowała się czerwona jak ogień kopuła kościoła w Wyżnym Sławkowie. To było kolejne magiczne miejsce tego dnia. W sąsiedztwie urwiska z ładnie wkomponowanym w pejzaż metalowym krzyżem umiejscowiono zadaszone miejsce na biwak, więc mogłem w komfortowych warunkach odpocząć i nabrac sił. punkt widokowy poniżej siodła nad Hejdovou Dzień powoli zbliżał się ku końcowi, a ja zdałem sobie sprawę, że trochę przeholowałem z planem dnia. Nie mogłem sobie jednak odmówić ostatniej przyjemności i nie wspiąć się na kolejny genialny punkt widokowy, czyli „vyhliadkę” na Zielonej Skale, którą zdobyłem wkrótce po odpoczynku i posileniu się resztkami swego prowiantu. Tu przeżyłem chyba najpiękniejsze chwile tego magicznego dnia, obserwując wspaniały zachód słońca z Taterkami w tle. A w dole cudnie prezentowały się także popołudniowe mgiełki, które jeszcze dodawały tajemniczości tym dzikim górom. Po długich chwilach górskiej radości musiałem opuścić ten raj i odszukać drogę do samochodu poniżej przełęczy Branisko. Dość żwawo zbiegłem więc ze skały w dół na kolejną łąkę, gdzie znajdowała się przełęcz Prasiva. Tu obrałem ostatecznie kierunek nacelowany na najkrótszą trasę do auta. panorama przed zachodem słońca z Zielonej Skały Ściemniało się z minuty na minutę, a wygodna, polna droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Jakoś dotarłem do składu drzewa nad potokiem Kyselka. Stąd pozostało mi jeszcze ponad godzinę marszu na przełęcz Chwała Bogu (Branisko). Dlatego też większość tej trasy pokonałem już po zmroku. Dobrze, że mialem czołówkę, a księżyc świecił mocną swą pełnią. W oddali ładnie prezentował się oświetlony tunel Branisko, gdzie przebiega trasa autostrady. Na koniec czekała na mnie atrakcja w postaci olbrzymiej wywierzyskowej Diablej Dziury, nad którą musiałem przejść po drewnianej, wąskiej kładce. Po drodze jeszcze miałem jedną przygodę, a mianowicie spotkanie z myśliwym, który w ciemności wziął mnie za grubego zwierza i o mało nie odstrzelił… Tunelowa Brama Końcowe podejście na przesmyk Branisko w zupełnych ciemnościach, przez las, po błotnistym szlaku, którego nie mogłem odnaleźć po nocy, pozostanie na zawsze niezapomnianym przeżyciem. Dodam tylko, że jak ujrzałem kapliczkę na przełęczy Chwała Bogu, gorąco podziękowałem Stwórcy za szczęśliwe zakończenie wycieczki. Ale to nie był jeszcze zupełny koniec, musiałem zejść szklącym się asfaltem w dół do motorestu Branisko, gdzie czekał na mnie samochód. Uczyniłem to dosłownie  na „oparach”, podziwiając nocny przymrozek, który pojawił się tam, choć to była końcówka października. W restauracji przy parkingu uzupełniłem płyny wypijając gorącą kawę i dopiero wtedy mogłem pomyśleć o powrotnej jeździe. To była niesamowita przygoda, a ogromu radości wyniesionej z tego wypadu nie da się policzyć, ani zmierzyć. To co przeżyłem zostanie na zawsze na dnie mej duszy. Takie doznania kolekcjonuje głęboko w sercu na gorsze czasy, jak wszyscy zapewne zakochani w górach obeżyświaty, aby mieć do czego powracać! jesienne kolory w paśmie Braniska Życzę każdemu z turystycznej braci takich wspaniałych górskich tras i możliwości odkrywania nieznanego, ukrytego piękna. Jeśli sami nie macie pomysłu, albo odwagi na takie samotne przygody, to polecam „oferty dojazd własny Fostertravel„, które to biuro oferuje niezapomniane chwile na Słowacji. Dla mnie ten niewielki, ale górzysty kraj jest jak druga ojczyzna. Na koniec gorąco zachęcam do obejrzenia fotorelacji z wyprawy, a było co fotografować tego wyjątkowego dnia. Oby więcej takich wspaniałych chwil w górach, a bedę szczęśliwy na wieki! Bardzo mocno zachęcam was do odwiedzenia pasma Braniska, położonego przecież niedaleko granicy z Polską. Sami odkryjcie ten uroczy zakątek świata. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Na szczycie Smrekowicy w paśmie Braniska

marcogor o gorach

Na szczycie Smrekowicy w paśmie Braniska

Lubicie odkrywać nowe pasma górskie? Bo ja uwielbiam… zwiedzanie zupełnie nowych miejsc, całkowicie dla mnie nieznanych to jest coś co mnie najbardziej nakręca i przynosi same pozytywne doznania. Jest we mnie nutka dawnego odkrywcy i włóczęga tam, gdzie w domyśle „prawie” nikogo jeszcze nie było, przynajmniej spośród górskich znajomych sprawia mi dużą frajdę. Lubię czasem powracać wspominkowo w znane mi i zarazem najpiękniejsze miejsca, szczególnie jeśli robię to z innymi ludźmi lub o innej porze roku. Ale nic nie przebije penetracji dziewiczych dla mnie gór, gdzie wszystko jest dla mnie nowe i nie wiem czego mam się spodziewać. Nawet opisy i zdjęcia znalezione wcześniej to nie to samo, jak przekonanie się na wlasnej skórze, jak „smakuje” dane pasmo górskie. Taką wielką przygodą dla mnie było odwiedzanie przez dwa lata z rzędu pasm sudeckich w ramach zdobywania Korony Gór Polski. Po zdobyciu celu za kolejny postawilem sobie skolecjonowanie najwyższych szczytów Słowacji. Wiele z nich zdobyłem niejako przy okazji, teraz pora skupić się na pozostałych z 37 pasm. na szczycie Smrekovicy – 1200 m Studiuje jak zawsze mapy, przewodniki i szukam ciekawych miejsc do odwiedzenia, bo wejście na najwyższy szczyt to dopiero początek przygody. Jak gdzieś jadę, lubię zobaczyć jak najwięcej atrakcji w danym regionie i poznać jak najlepiej góry, które obrałem sobie za cel. Taki ze mnie ciekawski obeżyświat. Jest tyle naprawdę ciekawych miejsc i to nieraz w pobliżu naszego miejsca zamieszkania, że wystarczy czasami ruszyć się po prostu z domu, żeby przeżyć coś frapującego. Ja mam o tyle dobrze, że mieszkam w górach i mam dość blisko moich ukochanych celów podróżniczych. W tamtym roku w czasie kilku dni urlopu odnalazłem jak dla mnie „Raj utracony”! Piękne tereny górskie, dla mnie dziewicze, o dwie godziny jazdy autem z domu, gdzie nie spotkałem więcej jak trzech turystow w czasie wędrówki, przez trzy dni. Tak więc towarzyszyła mi cisza i spokój, jakże upragniona przez wielu turystów i tak coraz bardziej deficytowa w polskich górach, z powodu mody na góry! przesmyk Branisko, czyli przełęcz Chwała Bogu Piszę tu dzisiaj o paśmie Braniska, a więc górach w pobliżu miejscowości Sabinov, czy bardziej znanego Spiskiego Podhradia, ze słynnym zamkiem. To niewielkie, ale dość wybitne pasmo stanowi naturalną zachodnią granicę pomiędzy Szaryszem i Spiszem. Z punktu widzenia geograficznego góry te są przedłużeniem Rudaw Słowackich. Pasmo Braniska ciągnie się zaledwie na odcinku około 20 km. Góry te porośnięte są lasem świerkowym, ale ich partie szczytowe pokrywają rozległe łąki. Dlatego też oferują wspaniałe widoki, nawet na Tatry, co było dla mnie szokiem, jak je zobaczyłem zupełnie niespodziewanie. Na pierwszy raz za cel obrałem oczywiście najwyższy szczyt Smrekowicę o wysokości 1200 m. Najlepiej zaatakować ją z przełęczy Chwała Bogu, gdzie przebiega stara droga łącząca Preszów z Popradem. motorest Branisko o świcie Na tej przełęczy zwanej też „Priesmyk Branisko”, bo pod spodem przebiega nowa autostrada można pozostawić samochód na małym placyku. Jeśli nie ma miejsca, to poniżej jadąc w stronę Preszowa napotkamy na motorest Branisko, gdzie parking jest olbrzymi, a obok restauracja i domki letniskowe. Z siodła przełęczy na szczyt mamy tylko około dwóch godzin przyjemnego marszu. Niebieski szlak prowadził mnie początkowo doliną tuż pod przełęczą. Po chwili po lewej stronie minąłem ponor Diablova diera, a następnie leśniczówkę i kilka domków letniskowych. Potem wybrałem lewą odnogę doliny wzdłuż potoku Vel’ka Svinka. Wygodna droga wyprowadziła mnie na kolorową polanę, bo to była przecież piękna jesień, gdzie mogłem po raz pierwszy podziwiać niezwykłe widoki, zwłaszcza na Góry Wołowskie z wybitną kulminacją Kojsowskiej Holi. A w dole wspaniale też wygladały mgły osnuwające okoliczne szczyty. Na polanie stoi jakiś opuszczony budynek i ławeczka, w sam raz na odpoczynek dla strudzonego wędrowca. kolorowa polana w dolinie potoku Velka Svinka i Tatry w oddali Następnie czekało mnie stromsze podejście na przełęcz Smrekovica. Stamtąd na najwyższy wierzchołek tych gór wyprowadza boczny szlak oznaczony trójkątami. Dodam, że szlaki na ten szczyt są od niedawna wyznakowane i nie ma ich na starych mapach, np.VKU Harmanec. Im wyżej podchodziłem po coraz bardziej skalistym terenie utwierdzałem się w przekonaniu, że odnalazłem kolejny zaginiony, górski skrawek raju! Widoki były coraz bardziej rozleglejsze, tak że co chwilę przystawałem podziwiając je i nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Wiecie jak człowieka cieszy znalezienie takiego widokowego punktu, jeśli się tego zupełnie nie spodziewamy? Zdradzę wam, że jadać tutaj z ową starą mapą spodziewałem się przedzierania na dziko, przez krzaki w celu zaliczenia szczytu, dopiero na tablicy na przełęczy dowiedziałem się, że jest już tu normalny szlak! Diabelska dziura w dolinie A tu czekała na mnie jeszcze taka widokowa niespodzianka. Ze szczytu zobaczyłem nie tylko okoliczne góry, ale też Slanskie Wierchy, Góry Wołowskie, Góry Czerchowskie, Góry Lewockie, Bachuren oraz ruiny zamku wyłaniające się jak zjawa we mgle na jednym z widocznych wzgórz. Na wierzchołku stoi altana dla turystów, drewniany krzyż oraz ołtarz, a także zadaszenie, nazwane utulnią Vresovianka. Można tam spokojnie przenocować, z czego skwapliwie zamierzam już wkrótce skorzystać… Odnajdziemy tutaj również typowe turystyczne zagospodarowanie, jak słupek z drogowskazami, tablicę z mapą rejonu i książką wejść, a nawet regularny wychodek! Jest też miejsce na ognisko, czyli na biwak wprost idealnie! Zrobiłem sobie tu długą sjestę, bo było co podziwiać… Moja radość była wielka, bo niespodziewanie zobaczyłem jeden z najwspanialszych widoków górskich w życiu. I nie przesadzam, bo piszę te słowa po pół roku. Drugie śniadanie smakowało tutaj jak królewska uczta, sesja fotograficzna zdała się nie mieć końca. panorama ze Smrekovicy na południe Najbardziej zaciekawiły mnie jednak zdjęcia na tablicy z mapą. Ukazywały tak cudne miejsca w pobliżu, że postanowilem przedłużyć sobie wycieczkę, aby je odnaleźć i zobaczyć te cuda na własne oczy, choćbym miał wracać po nocy. Samotne nocne wędrówki nie należą do przyjemnych, ale zbyt byłem podniecony panoramą dookoła, aby o tym myśleć! Później się okazało, że nocne łazikowanie obfitowało w wiele przygod, ale o tym, jak także o kolejnych cudach, do jakich dotarłem tego długiego dla mnie dnia przeczytacie w następnej części mej opowieści o tej uroczej górskiej krainie. Na koniec zapraszam do obejrzenia fotorelacji, bo małe jest piękne… naprawdę warto! Już wkrótce tutaj odkryje dla was następne nieznane cuda Słowacji, a sam wyruszę na podbój kolejnych słowackich ziem! Z górskim pozdrowieniem Marcogor  ruiny zamku i morze szczytów we mgle [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

marcogor o gorach

Ciężkowickie Skamieniałe Miasto

Prawdziwi koneserzy turystyki kwalifikowanej oraz miłośnicy gór potrafią docenić także mniejsze górki, które również mają do zaoferowania wiele atrakcji i ukrytych wśród lasów skalnych skarbów. Ale dla ogółu turystów pasma Pogórzy leżące na północ od właściwych gór są mało znane. Jednak są miejsca, które przyciągają wielbicieli aktywnego wypoczynku. Do takich na pewno należy Skamieniałe Miasto. Znajduje się na Pogórzu Ciężkowickim, niedaleko miasta Ciężkowice, które również przyciąga zwiedzających z racji pięknego, starego rynku z charakterystycznymi drewnianymi kamienicami z podcieniami i klasycystycznym ratuszem oraz neogotyckim kościołem pw. Pana Jezusa Miłosiernego. POGÓRZE CIĘŻKOWICKIE Pogórze Ciężkowickie to mezoregion geograficzny w południowo-wschodniej Polsce. Wchodzi w skład Pogórza środkowo-beskidzkiego. Odwiedzam go bardzo często z racji bliskości od domu. Jest doskonałym terenem na weekendowe spacery z rodziną, czy zaprawę przed wysokogórskimi wycieczkami. Wierzchowina tego pogórza osiąga wysokość 320-440 m n.p.m. Najwyższym wzniesieniem jest Liwocz (562 m). Inne wybitniejsze wzniesienia to: Brzanka (534 m), czy Gilowa Góra (508 m). Środowisko przyrodnicze zostało przekształcone w dużym stopniu w wyniku działalności człowieka. Na najlepiej zachowanej części regionu utworzono Ciężkowicko-Rożnowski Park Krajobrazowy i kilka rezerwatów przyrody. SKAMIENIAŁE MIASTO Podczas wyjazdów tutaj swoje kroki zazwyczaj kieruje prosto w uliczki Skamieniałego Miasta. To miejsce niezwykłe, pełne czarów, tajemnic i niesamowitych skałek. Rezerwat przyrody położony jest na prawym brzegu rzeki Biała na grzbiecie, oraz na zachodnich i północnych stokach wzniesienia Skała (367 m). Wycieczkę najlepiej rozpocząć na dużym parkingu przy drodze Gorlice – Ciężkowice, blisko tego ostatniego miasta. Znajdziemy tam także małą gastronomię i miejsca do odpoczynku. Po wejściu na teren rezerwatu jest też miejsce na ognisko. Ale najpierw warto przejść przez metalową kładkę nad ruchliwą drogą i zdobyć „Czarownicę”, skałę, która już z drogi przypomina nam tą nielubianą personę. Ze szczytu mamy ciekawy widok na rzekę Białą wijącą się u podnóża skały. SKALNE MIASTO Po powrocie tą samą ścieżką na parking pora wejść na właściwy teren rezerwatu, choć polecam jeszcze wspiąć się na olbrzymią, widokową skałę, zwaną „Grunwald” górującą nad drogą i resztą otoczenia. Natomiast wśród lasu mieszanego rozrzucona jest grupa skałek dużych rozmiarów, zbudowanych z piaskowców i zlepieńców ciężkowickich, fantazyjnie ukształtowanych wskutek procesów erozji. Jest to tzw. skalne miasto. Są wśród nich ambony, maczugi i grzyby skalne. Największe z nich osiągają wysokość do 14 m. Oprócz nich w lesie rozrzucone są także mniejsze platformy, płyty, skałki, grzędy, progi. Wszystkie zbudowane są z piaskowca ciężkowickiego. CIĘŻKOWICE Fantazyjnie wymodelowane skały Skamieniałego Miasta są nie tylko ciekawe turystycznie, są również doskonałym obiektem dydaktycznym. Wijąca się wśród nich ścieżka pnie się w górę, wyprowadzając nas do najwyższego punktu, czyli wzgórza Skała, skąd doskonale widać panoramę Ciężkowic. Warto wejść na Skałę z krzyżem, skąd widok jeszcze się pogłębia, jak również na inne dostępne ostańce skalne po drodze. Już przed II wojną światową dostrzegano potrzebę objęcia ochroną tego jedynego w swoim rodzaju na terenie polskich fliszowych Karpat zgromadzenia ostańców piaskowcowych. Wówczas ostańce te znajdowały się na bezleśnym terenie będącym gminnym pastwiskiem, były więc dobrze eksponowane. REZERWAT Rezerwat powstał w 1974 r. i składa się z trzech enklaw oddzielonych wąskimi pasami lasu. Po wschodniej stronie rezerwatu i w niewielkiej od niego odległości znajduje się jeden z najgłębszych na polskim pogórzu wąwóz zwany Wąwozem Ciężkowickim, a u jego końca wysoki Wodospad Czarownic. Ale wracając jeszcze do najwyższego wzniesienia, na skałce tamże zamontowano metalowy krzyż, stąd nazwa i można tam wejść, mozolnie przeciskając się w szczelinach między skałami do góry. Nazwa rezerwatu związana jest z legendą, według której skały znajdujące się w nim to domy miasta, które uległo skamienieniu wraz z mieszkańcami. Była to kara za występne życie jego mieszkańców. Nazwy skał nawiązują do ich kształtów, np. „Piramidy”, „Grzybek”, „Orzeł”. Z większością skał związane są jakieś legendy. Jednej ze skał nadano nazwę dla uczczenia zasłużonego dla Polski kompozytora i patrioty I.J. Paderewskiego, którego dwór znajduje się w sąsiedniej miejscowości Kąśna Dolna. Znajdującej się przy drodze dużej wychodni skalnej nadano nazwę „Grunwald” dla uczczenia pięćsetnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem i biorących w niej udział 7 rycerzy z okolicy. SKALNE OSTAŃCE Ludzka wyobraźnia nadała ostańcom skalnym trafne i ciekawe nazwy jak: Czarownica, Ratusz, Grunwald, Warownia Dolna, Warownia Górna, Borsuk, Piramidy, Pustelnia, Baszta I.J. Paderewskiego, Cyganka, Grzybek, Skałka z krzyżem. Przez Skamieniałe Miasto prowadzi niebieski szlak turystyczny. Jeśli zwiedzanie rozpoczynamy z parkingu, bo można to zrobić również dochodząc z miasteczka z rynku, od drugiej strony, czyli od Skałki z krzyżem, to pamiętajmy, że dwie z wychodni skalnych: „Czarownica” i „Ratusz” znajdują się po prawej stronie drogi, nad rzeką Białą, i prowadzi do nich przejście specjalnym turystycznym wiaduktem ponad drogą. Tuż obok parkingu znajduje się wychodnia „Grunwald”, wszystkie pozostałe skały znajdują się w lesie na wzgórzu Skała i prowadzi obok nich szlak turystyczny. W dalszej części szlak ten, po minięciu „Skałki z krzyżem” prowadzi do Wąwozu Ciężkowickiego i Wodospadu Czarownic, o czym już wspomniałem. WĄWÓZ CZAROWNIC Warto także tutaj zajrzeć i poświęcić kolejną godzinkę na spacer. Wąwóz znajduje się w lesie i promienie słoneczne praktycznie do niego nie docierają. Dnem płynie niewielki strumyk tworzący liczne progi. Dziki, piękny jar rozgałęzia się na dwa ramiona: lewe bardzo strome, zwane „Wąwozem Śmierci” i prawe, zakończone Wodospadem Czarownic. Jest to ściana o kilkunastometrowej wysokości, z której spadają wody strumyka. W okresie suszy bywa, że wodospad całkiem zanika. Skały porośnięte są tutaj w wielu miejscach mchami. Natomiast na skalnych półkach rosną rzadkie gatunki roślin. Ścieżka prowadzi przez ciemny jar do odnogi z wodospadem, bardzo często jest tu mokro i ślisko, więc należy być ostrożnym. WODOSPAD CZAROWNIC Sam wąwóz ma długość 45 m i bardzo strome ściany o wysokości do kilkunastu metrów. Zbudowane są z piaskowca ciężkowickiego, miejscami z warstewkami pstrych czerwono-zielonych łupków. Na dnie wąwozu znajdują się luźne kamienie i bloki skalne o wysokości do 2,5 m. Wąwóz Czarownic jest unikatowym obiektem w polskich Karpatach. Jego ciasne koryto, strome ściany skalne, mrok i plusk wodospadu pobudzały wyobraźnię ludzi, którzy stworzyli kilka legend z nim związanych. Najpopularniejsza mówi, że w wąwozie tym czarownice wraz z diabłami odprawiają swoje sabaty, stąd też pochodzi nazwa wąwozu. DZIKI JAR NA POTOKU OSTRUSZANKA Gdyby ktoś chciał zrobić sobie oddzielną wycieczkę tylko tu, to może skorzystać z niewielkiego parkingu przy wejściu do wąwozu, gdzie też jest miejsce biwakowe dla turystów i drewniana brama. A wszystko to znajduje się po lewej stronie drogi z Ciężkowic do Staszkówki. Do Wąwozu Czarownic prowadzi ścieżka schodząca w dół i zabezpieczona poręczami. Dziki kanion zaczyna się zaraz za kładką na dopływie potoku Ostruszanka. A sam wodospad jest schodkowy, mający dwa progi , o wysokości łącznie 14 m. Z wąwozu widoczny jest tylko dolny próg, górna część wodospadu jest niewidoczna. Spadająca z progów woda wyrzeźbiła w piaskowcach typowe kotły eworsyjne. Wrażenie robi jednak wysokość wodospadu i gołe skalne ściany jaru. Szczególnie efektownie wodospad wygląda po większych ulewach, a w zimie tworzy się na nim lodospad. POGÓRZA SĄ MODNE Jeśli zrobimy sobie zwiedzanie całości rezerwatu na raz z dolnego parkingu to musimy sobie zarezerwować około czterech godzin na spokojny spacer z czasem na wszystko. Niestety do samochodu musimy wracać tą samą trasą. Ale zapewniam, że z góry dojrzycie wiele nowych szczegółów, których nie zauważycie przy łagodnym podejściu w przeciwną stronę. Na koniec warto wejść do knajpy przy parkingu, gdzie podają genialny placek po węgiersku. Podsumowując trzeba podkreślić, że na tak małej powierzchni jest zgrupowana tak duża ilość fantazyjnych form natury, że nikt nie powinien czuć się zawiedziony odwiedzeniem tego miejsca. Spacer wśród cudnej przyrody ma same zalety, a Skamieniałe Miasto jest jedną z propozycji na miłe spędzenie czasu, połączonego z aktywnym wypoczynkiem. Pogórza też są urocze, a ruch to zdrowie, więc zapraszam do poznania Pogórza Ciężkowickiego. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Sylwester na Przehybie i powitanie Nowego Roku na Radziejowej

marcogor o gorach

Sylwester na Przehybie i powitanie Nowego Roku na Radziejowej

Kolejny już raz sylwestrową noc i pierwszy dzień Nowego Roku postanowiłem spędzić na górskim szlaku i w górskim klimacie. Na powitanie roku 2016 wybrałem sobie malownicze miejsce w Beskidzie Sądeckim, czyli Halę Przehybę, gdzie w tamtejszym wielkim schronisku organizowano nawet małą sylwestrową imprezkę. Zarezerwowałem miejsca dla mojej grupy górskich przyjaciół i w piętnastoosobowym składzie wyruszyliśmy w ostatni dzień 2015 roku na szlak. Pora była już późna, więc do schroniska doszliśmy po ciemku. Na trasę dojściową obrałem drogę dojazdową do schronu, więc mimo zimy mieliśmy komfortowe warunki. Zresztą jakie teraz mamy zimy… śnieg spotkaliśmy dopiero przed szczytem, ale za to w dolinie Jaworzynki, którą podchodziliśmy ładnie prezentowały się zamrożone kaskady na potoku. Dobrym tempem, w zwartej grupie dotarliśmy na miejsce imprezy sylwestrowej, przed czasem. ekipa GGG w schronisku Przehyba Dolina potoku Jaworzynka jest bardzo malownicza, co dostrzegłem dopiero w drodze zejściowej. Droga prowadząca wzdłuż potoku do schroniska jest najpopularniejszym szlakiem dojściowym na Przehybę. Trasa zaczyna się w Gołkowicach Dolnych, asfaltowa droga biegnie dalej przez Gaboń na halę. Przy najwyżej położonych zabudowaniach znajduje się leśniczówka, a także parking, gdzie zostawiliśmy nasze auta; górny odcinek jest bowiem zamknięty dla ruchu samochodowego. W schronie mieliśmy czas na przygotowanie do imprezy, która urozmaicona była mszą świetą o 23h, na którą przybyło mnóstwo turystów, że wiekszość z nas nie zmieściła się w małej kaplicy przy schronisku. To było bardzo nastrojowe spotkanie z Bogiem, na tej wysokości, a potem pożegnaliśmy stary rok na wierzchołku Przehyby, gdzie z miejsca obok przekaźnika telewizyjnego fajnie widać okoliczne wioski w dole, a nawet zorzę świateł Nowego i Starego Sącza. Wielu turystów, jak i miejscowych przybyło tu właśnie dla tych widoków. Tatry o zachodzie słońca z Przehyby Z pokrywającej grzbiet Hali Przehyba roztacza się wyjątkowy widok na południe w kierunku Pienin i Tatr oraz na północ ku Kotlinie Sądeckiej. Z uwagi na łatwą dostępność miejsce jest bardzo licznie odwiedzane przez turystów pieszych i rowerzystów. Miejsce to jest jednym z łatwiej dostępnych szczytów w paśmie – na górę jak pisałem prowadzi asfaltowa droga z Gabonia. Krzyżują się tu szlaki turystyczne prowadzące do Szczawnicy, Krościenka, Starego Sącza, Rytra, Jazowska i Piwnicznej-Zdroju. Na zachodnim wierzchołku znajduje się schronisko turystyczne oraz Radiowo-Telewizyjny Ośrodek Nadawczy z 87-metrową stalową wieżą. Nazwa Prehyba (początkowo Perehyba) jest to zruszczona przez Rusinów dawniej zamieszkujących pobliską Ruś Szlachtowską nazwa słowacka i oznacza przełęcz. Najpierw dotyczyła tylko hali, dopiero później przeniesiona została na szczyt z przekaźnikiem. Hala Przehyba ze schroniskiem przed zachodem słońca Obok szczytu, który leży w zachodniej części Pasma Radziejowej znajduje się Schronisko PTTK na Przehybie (1150 m n.p.m.). Odbudowane po pożarze w 1991 r. posiada obecnie 30 miejsc noclegowych w schronisku i 40 miejsc w sąsiednim budynku, tzw. Jaśkówce o różnym standardzie – od „jedynek” do wieloosobowych. Do dyspozycji jest też pole namiotowe, bufet i jadalnia oraz mały wyciąg narciarski. Po północy impreza w budynku trwała nadal, choć ja z częścią grupy przeniosłem się na pole, gdzie rozpalono ognisko, przy którym cudownie grali i śpiewali muzycy z pobliskiej wioski. To było najbardziej urocze i klimatyczne wydarzenie wieczoru. Dla takich chwil warto żyć… i szwędać się po górach, nawet nocą i w zimie! Kiedyś jednak trzeba było iść spać, bo następnego dnia w planie było wyjście na Radziejową, najwyższy szczyt całego Beskidu Sądeckiego. Radziejowa widziana ze zboczy Wielkiej Przehyby I to się nam udało! Ze schroniska podejścia już nie było wiele, choć droga po zalodzonym miejscami grzbiecie była emocjonująca. Przy okazji musieliśmy zdobyć jeszcze inne wierzchołki, jak Wielkiej Przehyby, Złomistego Wierchu, by przez szerokie, łagodne siodło Długiej Przełęczy dojść na Radziejową. Nazwa szczytu pochodzi od osoby o nazwisku lub przydomku Radziej. Radziejowa należy do Korony Gór Polski i leży w głównym grzbiecie Pasma Radziejowej. Szczyt zbudowany jest z piaskowców. Zarówno wierzchołek, jak i stoki Radziejowej są niemal całkowicie porośnięte lasem. Na północnym stoku Radziejowej znajduje się rezerwat przyrody Baniska z jaskinią Bania oraz małe osuwiskowe jeziorko Młaka, w pobliżu jest również miejsce zwane Ołtarz, z niewielką wychodnią skalną. na wierzchołku Radziejowej W 2006 r. na Radziejowej oddana została do użytku drewniana wieża widokowa o wysokości około 20 m. W czerwcu 2010 roku została poważnie uszkodzona, prawdopodobnie przez piorun. Obecnie po gruntownym remoncie wieża jest znów czynna. Roztacza się z niej rozległa panorama na wszystkie strony. Wraz z budową wieży wyznaczono nową ścieżkę przyrodniczą „Rogasiowy Szlak” w dolinie Roztoki Małej. Oprócz wieży na szczycie znajdują się również pomnik 1000-lecia Polski oraz betonowy obelisk. Tego mroźnego dnia mieliśmy szczęście i mogliśmy napawać się genialnymi widokami na Tatry, ale nie tylko. Ocenicie sami zresztą na zdjęciach. Po szczytowaniu na wieży pozostał nam tylko powrót tą samą trasą do schroniska po rzeczy, by po obiedzie udać się w drogę powrotną na parking. Wtedy to, popołudniową porą mogłem docenić walory dolinki Jaworzynki, którą podchodziliśmy dzień wcześniej w nocy, w dużej części w ciemnościach. panorama Tatr z wieży widokowej Przy rozejściu zielonego szlaku i drogi dojazdowej znajduje się Kamień św.Kingi, zwany potocznie „Krzesłem św.Kingi”. Miejsce bardzo ciekawe, związane legendą z tą świętą, w formie interesującej formacji skalnej. Po dotarciu do aut kolejna przygoda i integracja Galicyjskiej Grupy Górskiej zakończyła się definitywnie. Pozostało mnóstwo pozytywnych wspomnień i fotek z zabawy. Mam nadzieję, że za rok znowu wypali jakiś pomysł na wspólne spędzenie sylwestrowej nocy w górach. Bo to o wiele lepsze niż bale w sztywnych garniturach, czy ustalonych konwenansach. Cenię wolność, a najlepiej jak mogę realizować swoje marzenia blisko gór, lub w nich samych. Cała ekipa GGG się wybawiła, bo gawiedź górska umie się przecież bawić i weseli powróciliśmy do naszych domów. Dziękuję jeszcze raz za cudnie spędzone razem niezapomniane chwile. Na koniec zapraszam jak zawsze do obejrzenia fotorelacji z tej dwudniowej eskapady. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej i wycieczka szlakiem papieskim

marcogor o gorach

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej i wycieczka szlakiem papieskim

Tradycją już się stał mój wyjazd do Doliny Chochołowskiej w czasie wiosennego wysypu tam krokusów. Kolejny już raz z rzędu udałem się więc tam na polowanie na te piękne i wyjątkowe kwiaty. To jest zazwyczaj także pożegnalny wyjazd w Tatry przed nastaniem lata. W tym roku wypad ten pozostawił pewien niesmak z racji, że ta dolina stała sie tak komercyjna i modna, że w tę pierwszą ciepłą niedzielę, gdy tam zawitałem, uczyniło to również 25 tysięcy innych turystów. Pobity został zatem rekord wejścia na teren TPN w jednym miejscu. Te wszechobecne reklamy, zapraszanie ludzi przez media społecznościowe, telewizje i radio spowodowało, że pobyt tam i fotka z krokusem stało się trendy. A, że wielu Polaków idzie za modą to słynąca z tych kwiatów Polana Chochołowska stała się miejscem pielgrzymek tłumów ludzi. Auta praktycznie na każdym wolnym skrawku trawy, kolejki do wszystkiego itp sprawiły, że wycieczka tam w weekend przestała być dobrym pomysłem. Każdy ma prawo zobaczyć te niezwykłe fioletowe dywany na własne oczy, ale ja lubię jednak w górach spokój , puste szlaki i błogie delektowanie się tatrzańską przyrodą w ciszy. Postanowiłem, że więcej się nie skuszę na wyjazd tam, gdy ta dolina jest tak oblegana. Nie będę się rozpisywał o samej wycieczce, którą po raz trzeci z rzędu odbyłem z moją grupą górską, bo tę trasę opisywałem już tutaj i tu. Tym razem różniła się tym, że zamiast wyjścia w wyższe partie górskie obrałem sobie za cel dodatkowo przejście żółtym szlakiem papieskim, z racji tego, że właśnie mijała kolejna rocznica śmierci polskiego papieża Jana Pawła II. Po nacieszeniu się krokusami, czyli szafranem spiskim, który występuje tylko w Karpatach Zachodnich ruszyłem dalej w górę. W Polsce szafran spiski najliczniej występuje w Tatrach i na Wzniesieniu Gubałowskim. Rośnie także na Pilsku, Wielkiej Raczy (Beskid Żywiecki), Gorcach, w Beskidzie Wyspowym i na Leskowcu (Beskid Mały). Przy niekorzystnych warunkach pogodowych kwiaty zamykają się. Polana Chochołowska 3.04.16 Krokusy kwitną tak wczesną wiosną, że często w czasie ich kwitnienia spada śnieg. Niezapylone kwiaty zwijają się wówczas ciasno w pąki i rozwijają ponownie, gdy stopnieje śnieg. Czasami nawet przebijają śnieg wydzielanym ciepłem i kwitną w śniegu. Zapylone kwiaty po zasypaniu śniegiem marnieją, ale zalążki w zalążni rozwijają się i dojrzewają w nasiona. W Tatrach sięga do 1600 m n.p.m., głównie jednak rośnie na polanach w reglu dolnym. W Polsce od 2014 r. gatunek objęty jest ochroną częściową. Jego siedliska to łąki, hale, gatunek charakterystyczny dla koszonych lub wypasanych łąk. Często tworzy bardzo liczne zbiorowiska, całe łany (słynie z tego zwłaszcza Polana Chochołowska). Polana Chochołowska Położona jest na wysokości 1090–1150 m n.p.m. Jest to największa polana w polskich Tatrach i jedna z największych w całych Tatrach. Dawniej była jednym z głównych ośrodków pasterstwa w Tatrach, wchodziła w skład Hali Chochołowskiej. Była koszona i wypasana, pasiono tutaj owce i bydło. W 1930 r. stało na niej 60 różnego rodzaju budynków; szałasów, szop, stodół z sianem. Służyły one nie tylko celom gospodarczym, ale były również bazą noclegową dla kłusowników, przemytników i taterników. Nadal na polanie istnieje jeszcze spora grupka szałasów, bufet góralski i prowadzony jest kulturowy wypas owiec. Polana Chochołowska i szopy pasterskie Ja udałem się do Wyżniej Jarząbczej Polany, gdzie spotkałem zaledwie kilkoro ludzi, a zatem odnalazłem spokój, co wydawało się niemożliwe w tym zgiełku nieopodal schroniska. Z polany rozpościerały się widoki w południowym kierunku na szczyty Tatr Zachodnich: Jarząbczy Wierch, Łopatę i Wołowiec. Było to jedno z ulubionych miejsc Karola Wojtyły w Tatrach. Bywał tutaj wielokrotnie. W czerwcu 1983 roku już jako papież Jan Paweł II odbył tędy wycieczkę, po której spotkał się z Lechem Wałęsą. Podobnie jak papież dotarłem na skraj równi zwanej Jarząbcze Szałasiska, gdzie odnalazłem obelisk upamiętniający ostatnią tatrzańską wędrówkę JPII i kapliczkę. Tutaj szlak papieski się kończy, dokładnie nad brzegiem Wyżniego Chochołowskiego Potoku. Zapaliłem znicz, oddając część największemu z turystów i po chwili zadumy rozpocząłem odwrót. pamiątkowe miejsce, gdzie dotarł JPII w czasie swej ostatniej wycieczki po Tatrach Tą samą trasą wróciłem na Polanę Chochołowską, gdzie ludzi jeszcze przybyło więcej. Poddałem się zachowaniom wycieczkowiczów i idąc za ich przykładem oddałem się błogiemu wypoczynkowi na hali w promieniach przygrzewającego słońca. Potem pozostał tylko powrót do samochodu na Siwej Polanie wsród falującego , kolorowego tłumu. Pięknie popołudniową porą prezentował się pobliski Bobrowiec i potężny masyw Kominiarskiego Wierchu. Dobrze widoczne były też ostre turnie Chochołowskich Mnichów. W drodze powrotnej zaliczyłem jeszcze Źródło Chochołowskie, na odwiedzenie którego zawsze brakowało czasu. To jedno z największych wywierzysk w Tatrach i ma postać stawku.  Jego wydajność przy niskim i średnim stanie wody wynosi 300-600 l/s. Wywierzysko stanowi wypływ części Potoku Chochołowskiego, niknącego 1,5 km wyżej w ponorach i szczelinach sklanych. wywierzysko chochołowskie kilkanascie metrów z boku szlaku Zakupiłem też i spałaszowałem oscypki na Polanie Huciska. Przed wojną istniało tutaj prywatne schronisko gazdy z Ratułowa, tzw. schronisko Bukowskich. Zostało spalone przez Niemców w styczniu 1945 r. – jego fundamenty czasem mylnie brane są za pozostałości zakładu hutniczego. Obecnie polana Huciska jest końcową stacją kolejki turystycznej „Rakoń”, dowożącej turystów z Siwej Polany. Mieści się też tutaj pośredni punkt wypożyczalni rowerów, którymi można dojechać do leśniczówki TPN. Na polanie znajdują się także szałasy i ławki dla turystów oraz góralski bufet, gdzie można nabyć naprawdę dobre serki. krzyż na Siwej Polanie upamiętniający lądowanie papieskiego helikoptera w 1983 r. Po dojściu do auta na Siwej Polanie, która znajduje się w odległości 1 km od skrzyżowania dróg w Roztokach, przez które przebiega droga Zakopane – Witów – Czarny Dunajec pozostał mi tylko powolny powrót wraz z moją grupą z powodu olbrzymich korków do domu. Siwa Polana była niegdyś samodzielną polaną (tzn. nie należała do żadnej hali). Podczas drugiej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski 23 czerwca 1983 r. na Siwej Polanie lądował helikopter papieski. Na pamiątkę tego górale odnowili istniejący wmurowany w kamień krzyż żelazny z początków XIX wieku i zamieścili na nim tabliczkę upamiętniającą to wydarzenie. Znajduje się on na środku polany, po lewej stronie drogi. Na Siwej Polanie zachowało się kilka oryginalnych budynków będących pozostałością dawnego pasterstwa; szałasy, stodoły, stajnie, letnie domki. Dawniej była tutaj cała „letnia wieś”. Obecnie powstało wiele nowych drewnianych budowli. na Polanie Chochołowskiej z Kominiarskim Wierchem w tle Na polanie jest płatny parking, końcowy przystanek busów, wypożyczalnia rowerów górskich, bufety, karczma, sklepik, kolejka „Rakoń” i punkt sprzedaży biletów wstępu do parku narodowego. Bilety sprzedaje tutaj nie TPN, lecz Wspólnota Leśna Uprawnionych Ośmiu Wsi z siedzibą w Witowie, do której należy obszar Doliny Chochołowskiej i Lejowej. Już tutaj, jak i na innych polanach przy drodze dojazdowej kwitną krokusy i zakwitają wcześniej niż w głębi Doliny Chochołowskiej, gdyż Siwa Polana położona jest na wysokości 910–935 m n.p.m. Tu właśnie rozpoczęła się i zakończyła moja wycieczka, wśród jakże cudnych okoliczności przyrody i wyśmienitej pogody. Kiedyś tutaj wrócę, ale jeszcze nie wiem kiedy… dziękuję całej wspaniałej ekipie GGG za wesołe towarzystwo, było bardzo miło! Link do graficznej oprawy szlaku znajdziecie jak zawsze tutaj. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zimowo na taternicki wierzchołek Świnicy

marcogor o gorach

Zimowo na taternicki wierzchołek Świnicy

Na koniec tegorocznej kalendarzowej zimy, choć ta nie odpuszcza nadal w Wysokich Tatrach postanowiłem wejść na taternicki wierzchołek Świnicy. Mojemu planowi sprzyjała wyjątkowa pogoda jaka trafiła się w ostatnią niedzielę zimy i dzięki jej i dobrym warunkom śnieżnym na szlakach udało mi się to kolejne marzenie zrealizować. Długie okno pogodowe sprawiło, że w ten dzień działało w Tatrach wiele zespołów, także ekip kursantów z przewodnikami. Pewnie dlatego ścieżka na taternicki szczyt Świnicy, która w ostatniej fazie wspinaczki opuszcza znakowany szlak i trzyma się bliżej grani, była dobrze przedeptana. Na wierzchołek dotarłem więc bez większych problemów, choć trasa była z Kuźnic długa i męcząca. Towarzyszył mi kolega z GGG – Adrian. Ale po kolei… Hala Gąsienicowa Wcześnie rano dotarliśmy na parking w Kuźnicach, skąd wystartowaliśmy na szlak do Doliny Gąsienicowej. Kuźnice to dzielnica Zakopanego, położona w dolnej partii Doliny Bystrej na wysokości ok. 1010 m n.p.m. Znajduje się całkowicie na obszarze Tatr, pomiędzy zboczami Krokwi, Jaworzyńskich Czół, Boczania, Nieboraka i Nosala. Szlak przez Boczań na początku wiedzie lasem i jest stromy oraz w tym czasie oblodzony, ale dało się obejść, więc raki nie były potrzebne. Wzniesienie Boczania leży w reglowej części Tatr Zachodnich, pomiędzy Doliną Jaworzynką a Doliną Olczyską. schronisko Murowaniec w dole Znajduje się w nim kilka interesujących skał – Cyganka, Cycek i inne. Później wychodzi się ponad las i zaczynają się ciekawe widoczki. Jest to już grzbiet Skupniowego Upłazu. Zbudowany jest z z wapiennych i dolomitowych skał. Wznoszą się w nim liczne, niewielkie skały i turniczki, większe z nich mają własne nazwy jak Parzące Turnie, Gruba Turnia, Krzemionka, Mnich. Ze szlaku turystycznego prowadzącego po wschodniej stronie, mamy interesujące widoki na Dolinę Olczyską, pobliski Wielki Kopieniec i Giewont. otoczenie Doliny Gąsienicowej, Orla Perć i Świnica górują Tak doszliśmy na Przełęcz między Kopami, gdzie widoczki się pogłębiły. Stąd rozległym terenem Królowej Równi już szybko dotarliśmy na Halę Gąsienicową. Z Królowej Równi Wyżniej rozpościera się jeden z ładniejszych widoków w Tatrach. Jest zaskakująco rozległy, obejmujący m.in. duże połacie Orlej Perci. Franz Dénes pisał o nim: „stoimy nagle przed jednym z najwspanialszych widoków wysokogórskich w całych Tatrach”. To prawda, ten widok kolosów otaczających dolinę należy do najwspanialszych w całych Tatrach i chyba każdy kto widział, ten się zgodzi z powyższym. Nie wchodziliśmy do schroniska Murowaniec, tylko skrajem nartostrady dostaliśmy się na Kasprowy Wierch. zimowa finezja w Tatrach Kasprowy Wierch położony jest w grani głównej Tatr i góruje nad trzema dolinami walnymi: Doliną Bystrej i Doliną Suchej Wody Gąsienicowej po stronie polskiej oraz Doliną Cichą po stronie słowackiej. Jest także zwornikiem dla 4 grani. Każdy zapewne był tu choć raz w życiu, chociażby kolejką. Nazwa Kasprowy Wierch pochodzi od leżącej u podnóży szczytu Hali Kasprowej, a ta z kolei według podań ludowych od imienia lub przezwiska jej właściciela – górala Kaspra. Tuż poniżej wydłużonego wierzchołka Kasprowego Wierchu, na wysokości 1959 m n.p.m. stoi budynek, w którym znajduje się bar, restauracja, kiosk, poczekalnia dla czekających na zjazd kolejką, przechowalnia nart, WC oraz zimowa stacja TOPR. Od budynku do Suchej Przełęczy prowadzi brukowany kamieniem spacerowy chodnik o długości ok. 200 m. A w dole to już królestwo narciarzy, których nie brakowało tego dnia na stoku. Giewont, Goryczkowe i Czerwone Wierchy W roku 1938 zbudowano tu Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne. Od 1945 r. jest to najwyżej położony budynek w Polsce. Dopiero tutaj założyliśmy raki i granią ruszyliśmy dalej w stronę naszego celu. Mijali nas często skitourowcy, którzy mogli szybciej poruszać się dzięki nartom. Ale pobliski szczyt Beskidu był o rzut beretem, tutaj to poranne mgiełki rozstąpiły się zupełnie ukazując moim oczom upragniony wierzchołek Świnicy. Beskid to był mój pierwszy dwutysięcznik tego dnia. Graniowym, wydeptanym szlakiem szło się doskonale, stąd szybko trafiłem na przełęcz Liliowe, która to rozgranicza Tatry Wysokie i Zachodnie. Przy zejściu tu musiałem pokonać,  jeszcze strome skałki Liliowej Kopki, więc trzeba było uważać. w drodze na Skrajną Turnię Nastepnym szczytem do zdobycia była Skrajna Turnia i to się także udało. Szlak letni nie prowadzi przez szczyt Skrajnej Turni, lecz jej południowymi zboczami po słowackiej stronie, musiałem czekać więc na zimę, abo go zdobyć. Podobnie było z Pośrednią Turnią, na którą wszedłem po przejściu wyraźnej i głębokiej Skrajnej Przełęczy. Z wierzchołka wspaniale prezentował się bliski już olbrzymi masyw Świnicy. Tak dotarłem na Świnicką Przełęcz, gdzie kursanci uczyli się właśnie bezpiecznie zjeżdżać w dół, do Świnickiej Kotlinki. W latach 1890–1924 istniał tutaj przytulony do skał niewielki schron dla turystów. Biwakowali tutaj turyści wspinający się na Świnicę, na przełęczy pozostawiali swoje rzeczy i jedli obiad przy ognisku (gałęzie kosodrzewiny na ognisko wynosili przewodnicy). W 1902 opracowano projekt kolei zębnicowej na Liliowe i Świnicką Przełęcz. Budził on wielkie protesty obrońców przyrody i z korzyścią dla przyrody Tatr nie doszło do jego realizacji! Krywań i mur Hrubego z podejścia na Świnicę Mi pozostało finałowe podejście na taternicki wierzchołek Świnicy, o 10m niższy od głównego. Z daleko wygladało to stromo i strasznie, ale im bliżej okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Prowadziła mnie wygodna, wydeptana ścieżka, przez połowę drogi ściśle według szlaku, by potem trzymać się blisko grani głównej. Trasa wiła się między skałami, by nagle doprowadzić mnie na szczyt. Z przełęczy nie trwało to dłużej jak pół godziny. Tym sposobem zdobyłem swój kolejny poważny szczyt w Tatrach, z czego byłem bardzo dumny, bo do zimowych zdobywców raczej nie należę. Takie tam moje małe marzenie zostało jednak zrealizowane, na miarę moich możliwości. Oczywiście radość swą i genialne widoki na okolicę uwieczniłem na wielu zdjęciach, co możecie zobaczyć w galerii. Znalazł się śmiałek, który postanowił wejść na główny wierzchołek Świnicy, choć to podobno trudne taternickie przejście. Ja nie mam potrzeby, aż takiego ryzykowania i samotnego narażania życia, bez żadnej asekuracji. na taternickim wierzchołku Świnicy z widokiem na główny Mająca kształt szerokiej piramidy skalnej Świnica jest pierwszym od zachodu wybitnym szczytem (o wybitności ponad 100 m) Tatr Wysokich i kapitalnym punktem widokowym. Cudownie zwłaszcza prezentował się tego dnia Krywań wyłaniający się ponad chmurami i olbrzymi mur Hrubego. Przesiedziałem tam całą godzinę, nie mogąc nacieszyć oczu najwspanialszym widokiem górskim, ale w końcu należało rozpocząć ostrożny powrót. Wiadomo przecież, że najwięcej wypadków w górach zdarza się przy schodzeniu, gdy następuje przedwczesne rozluźnienie, a euforia ze zdobycia szczytu kładzie nam klapki na oczy! turyści na trawersie Pośredniej Turni Powoli zszedłem w dół, stromym przecież terenem, gdzie błąd mógł kosztować długi zjazd w kierunku Doliny Walentkowej. W obrębie masywu Świnicy wydarzyły się przecież liczne wypadki śmiertelne (łącznie ok. 30 – w tym kilka samobójstw, Świnica pod względem ich liczby w Tatrach ustępuje tylko Giewontowi). Jest także bardzo niebezpieczna w czasie burzy. 15 sierpnia 1939 r. od porażenia piorunem i paniki, która zapanowała wśród turystów, zginęło na niej 5 harcerzy i ich opiekun. Uważać na siebie musimy o każdej o porze roku, ale wie to przecież każdy turysta! Po zejściu na Świnicką Przełęcz poczułem się już bezpiecznie. Pozostała mi tylko droga powrotna do Kuźnic. zejście z wierzchołka Świnicy Masyw Pośredniej Turni pokonalem tym razem trawersem, po słowackiej stronie, a z siodła Liliowe obrałem kierunek na Murowaniec. Śnieg był popołudniu trochę zamięknięty, ale w miarę sprawnie udało się zejść na halę. Ominąłem jednak schronisko i tym razem wariantem przez Dolinę Jaworzynkę wróciłem na parking. Dolina ta, zwykle nazywana po prostu Jaworzynką stanowi wschodnie odgałęzienie Doliny Bystrej. Dolina wyżłobiona jest całkowicie w skałach wapiennych. Jest wąska i długa, wyglądem przypomina wąwóz, a jej zbocza są strome. Dolna część doliny, na której znajduje się polana Jaworzynka z szałasami, jest niemal całkowicie płaska i pozioma. W dnie doliny znajduje się koryto potoku Jaworzynka, jednak woda spływa nim tylko po większych opadach, dolina ma bowiem podziemne odwodnienia. Sprawia to, że w dolinie jest cicho. Turyści dawno już doceniali walory tej doliny. Stefan Żeromski pisał: „tego wąwozu Jaworzyny pod Magurą do śmierci nie zapomnę…”, a Felicjan Faleński nazywał ją „doliną ciszy, cienia i pogody”. W orograficznie prawych zboczach doliny znajdują się charakterystyczne wapienne ostańce skalne. w Dolinie Jaworzynki I tę wlaśnie spokojną dolinką doszedłem do kresu mej wycieczki. W Kuźnicach czekał już na mnie gwar ludzki i samochód. Kolejna cudowna przygoda zakończyła się sukcesem i porządnym naładowaniem akumulatorów. Dodała mi sił i pozwoliła mi znowu uwierzyć w swoje siły, po zimowym przestoju. Oby takich wspaniałych wypraw bylo więcej w tym roku. Dziękuję za dzielne znoszenie moich chwil słabości Adrianowi. Na koniec jak zwykle zapraszam do obejrzenia fotorelacji z wypadu, a tu znajdziecie graficzny przebieg trasy. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  z podejścia na Świnicę, w tle Gładki Wierch i czubek Krywania [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Jazda samochodem w górach – moje rady dla kierowców

marcogor o gorach

Jazda samochodem w górach – moje rady dla kierowców

Wszyscy, którzy podróżują swoim samochodem w góry wiedzą doskonale, że na drodze czyha na nas nie mniej niebezpieczeństw, niż na stromych, przepaścistych szlakach. Górskie trasy nieraz są też strome, kręte i prowadzą nad przepaściami. Bardzo często mamy do czynienia z długimi podjazdami, czy ostrymi zjazdami. Również serpentyny na górskich drogach nie należą do rzadkości. Aby cieszyć się górami i spokojną wędrówką musimy najpierw bezpiecznie dotrzeć na miejsce naszego wypoczynku. Każdy kierowca – turysta powinien znać kilka podstawowych faktów i zasad poruszania się po takich drogach. Jako, że ja poruszam się w czasie swoich wycieczek wśród różnych pasm górskich wykorzystuję najczęściej do szybkiego przemieszczania się samochód. Dlatego postanowiłem podzielić się z Wami moimi doświadczeniami. Chociaż niektórzy w najbliższe góry mają kilkaset kilometrów, na stromych zjazdach i podjazdach powinien umieć się właściwie zachować każdy kierowca. Odpowiednia jazda w terenie górzystym pozwala nie tylko na oszczędność paliwa, ale przede wszystkim zapewnia minimum bezpieczeństwa i daje nadzieję że piękna, wyłaniająca się za zakrętem przepaść nie stanie się miejscem naszego wiecznego odpoczynku. Dodatkowo zakładając, że Wasz samochód jest w pełni sprawny, nie ma więc powodów, by nie ufać hamulcowi ręcznemu. Mimo wszystko jednak polecam zostawianie auta „na biegu” w górach, żeby nie zastanawiać się przez cały czas wędrówki, czy czasem nasz samochód nie stoczył się gdzieś, bo za słabo „zaciągnęliśmy wajchę”. górska droga w Beskidach Aby bezpiecznie jeździć w górach samochodem, musimy przede wszystkim zadbać o jego sprawność techniczną, ale ważne są też umiejętności kierowcy. Nieraz spotykam na drodze kierowców z północy, którzy nie jeżdżą po górach na co dzień i różnie z tym bywa… Góry to specyficzny teren do jazdy, więc nie możemy dopuścić do sytuacji, w której gaśnie nam silnik lub hamulce odmawiają posłuszeństwa. Prędkość jazdy powinna być dostosowana do znaków drogowych, ale też do warunków panujących na drodze, ukształtowania terenu oraz do widoczności na zakrętach. Dużej ostrożności wymaga przede wszystkim jazda w górach zimą. Górskie drogi nie są zbyt często odśnieżane, dlatego musimy znacznie zmniejszyć prędkość na ciasnych zakrętach. Drogi w górach są dosyć wąskie, dlatego nie należy ścinać zakrętów i przekraczać osi jezdni. Powinniśmy jeździć w górach na możliwie najwyższym biegu, aby nie przeciążać silnika. Unikajmy również częstych przyspieszeń i hamowań. Nie powinniśmy też zjeżdżać z góry na luzie, bieg musi być dostosowany do prędkości. Jazda w górach nie należy do najłatwiejszych, dlatego przed wyjazdem powinniśmy zawsze sprawdzić hamulce, które spełniają ważną rolę w trudnych warunkach. Jeżeli zdarza nam się często jeździć w górach, zadbajmy również o regularną wymianę płynu hamulcowego. Powinniśmy hamować możliwie krótko i jak najrzadziej. Częste hamowanie może doprowadzić do przegrzania płynu hamulcowego, a to z kolei do nieskutecznego hamowania. W przypadku stromych zjazdów powinniśmy zdjąć nogę z gazu i zahamować silnikiem. drogi Beskidu Niskiego To chyba podstawowa i najważniejsza zasada przy stromych zjazdach – hamowanie silnikiem – hamulec nożny zostawiając na specjalne okazje, np. na awaryjne do hamowania lub podczas redukcji. Zwykle sprawdza się tutaj reguła jazdy na tym samym biegu, na którym wjeżdżalibyśmy pod górę. Dzięki temu unikniemy zagotowania płynu hamulcowego i całkowitej utraty skuteczności hamulców, a w najlepszym razie zniszczenia rozgrzanych do czerwoności i pokrzywionych tarcz hamulcowych. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości co do stanu technicznego klocków i tarcz hamulcowych w swoim aucie przed górską wyprawą to bardzo dobrą ofertę hamulców oraz fachowe doradztwo przy zakupie znajdziecie w tarnowskiej firmie Martec pod adresem www.sklepmartec.pl .Sam kiedyś zamówiłem tam tarcze i klocki do swego Nissana Primery, z tego co pamiętam były to tarcze Sieger i klocki Steinhof. Nigdy mnie nie zawiodły, a z dostawą kurierem wyszły dużo taniej niż w miejscowym sklepie. Należy również zadbać o opony z bieżnikiem odpowiedniej wysokości, gdyż wpływają na bezpieczeństwo i komfort w czasie hamowania. Utrata przyczepności na górskiej, krętej drodze niesie za sobą spore zagrożenie, nawet przy niewielkiej prędkości. Jadąc krętą, górską drogą w nocy możemy mieć problem z jej dostrzeżeniem – zwłaszcza zakrętów, do których dopiero się zbliżamy. Bardzo ważne jest więc sprawne działanie naszego oświetlenia. Droga w górach nigdy nie jest na jednakowym poziomie. Do tego bardzo często występują oblodzenia spowodowane nieprzewidywalnymi warunkami pogodowymi. Szybka jazda w górach zdecydowanie odpada. Najgorsza w jeździe po górach jest pogoda, która płata różne figle, bardzo często występują tu mgły, które utrudniają jazdę. Zupełnie inaczej wygląda poruszanie się autem na górskich trasach zimą, gdy na drogach leży dużo śniegu – wtedy niebezpieczeństwo rośnie jeszcze bardziej. To jednak temat na zupełnie inny artykuł. Z górskim pozdrowieniem Marcogor autem na szczycie Orlicy   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Jaworzyna Krynicka – centrum turystyki i narciarstwa

marcogor o gorach

Jaworzyna Krynicka – centrum turystyki i narciarstwa

Będąc w tym roku w Alpach nauczyłem się profesjonalnie jeździć na nartach. Wcześniej to były tylko takie dziecięce zabawy na śniegu. Dopiero tam w Austrii instruktor nauczył mnie co i jak… i przede wszystkim miałem na sobie sprzęt narciarski na miarę obecnego wieku. Przed końcem zimy postanowiłem podszlifować swoje umiejetności zjazdowe, a przede wszystkim utrwalić, to co się nauczyłem. Korzystając z ostatniego ładnego weekendu wybrałem się więc na Jaworzynę Krynicką, jeden z moich ulubionych szczytów beskidzkich, który oferuje oprócz walorów turystycznych, także znakomite warunki dla miłośników białego szaleństwa. Ta góra leżąca w Beskidzie Sądeckim, nieopodal znanego kurortu i uzdrowiska Krynicy – Zdroju należy do najczęściej odwiedzanych przeze mnie górek, pewnie z racji tego, że mam tam stosunkowo blisko.  nartostrada na Jaworzynie Krynickiej widziana z Czarnego Potoku Krynica-Zdrój jest dużym ośrodkiem lecznictwa uzdrowiskowego i sanatoryjnego. W mieście znajdują się liczne sanatoria i szpitale uzdrowiskowe, a także odwierty, pijalnie i rozlewnie wód mineralnych i leczniczych. Krynica-Zdrój to także ważny ośrodek turystyczny. Leży na terenie Popradzkiego Parku Krajobrazowego i stanowi bazę wypadową w okoliczne góry, z czego wiele razy już skorzystałem, robiąc sobie wycieczki piesze po okolicy. Miasto jest również jednym z największych polskich ośrodków sportów zimowych. Narciarstwo uprawiać można na stokach w Krynicy-Słotwinach i na Jaworzynie (1114 m n.p.m.), gdzie funkcjonuje stacja narciarska. Właśnie tu tym razem skierowałem swe kroki, aby skorzystać z dwóch otwartych jeszcze nartostrad. plan nartostrad na Jaworzynie Autem dojechałem do przysiółka Czarny Potok, gdzie jest kilka parkingów, hoteli i pensjonatów oraz co najważniejsze stoi tam dolna stacja kolei gondolowej, która wywozi turystów i narciarzy na szczyt. Ja też skorzystałem z tej możliwości. Przy okazji wypróbowałem ciekawy sposób na jazdę kolejką… otóż użyłem swojej karty PKL pass, która pozwala wcześniej online, bedąc w domu doładować sobie w dowolny sposób osobistą kartę czipową, którą mogę używać zamiast tradycyjnego biletu. Jej przewagą jest fakt, że planując wyjazd mogę sobie wcześniej wykupić bilet na kolejki, czy całodzienny skipass w jednej z kilku lokalizacji stacji narciarskich, które należą do Polskich Kolei Liniowych. Bez potrzeby stania w kolejkach na miejscu. automat do zakupów skipassów i biletów oraz doładowań PKLpassa PKL pass to program, którego celem jest połączenie zalet karnetu oraz programu lojalnościowego dla narciarzy. Dzięki karcie fani sportów zimowych mają możliwość zakupu biletów i skipassów na 6 ośrodków PKL z poziomu jednej karty. Wspomniane ośrodki to Kasprowy Wierch, Jaworzyna Krynicka, Gubałówka, Palenica, Góra Żar oraz Góra Parkowa. Program jest całoroczny, ale szczególnie zimą głównymi beneficjentami PKL pass będą narciarze. Wśród nich w głównej mierze lokalni miłośnicy narciarstwa, dla których liczą się przede wszystkim rabaty na skipass przy wielu zakupach, ale także narciarze z dalszych zakątków kraju, którzy odwiedzają południe Polski przy okazji ferii, wakacji czy świąt. Dla tej drugiej grupy najważniejszą kwestią jest przecież ułatwienie sobie pobytu poprzez wcześniejszą rezerwacje skipassów i biletów w ośrodkach PKL, czyli zaplanowanie wolnego od stresów urlopu. PKL pass umożliwia narciarzom korzystanie z 31 km tras i nartostrad. karta PKlpass – wszystko w jednym Programem PKL pass objęte są 23 koleje i wyciągi. Wśród nich dwie gondole, trzy koleje terenowe, pięć kolei krzesełkowych oraz trzynaście wyciągów narciarskich. Dzięki posiadaniu PKL pass turysta ma możliwość zakupu biletów i skipassów na stronie internetowej. Kupiony bilet wystarczy odebrać w całodobowym automacie i udać się prosto z parkingu przy kolejce na trasy narciarskie. Kartę PKL pass można nabyć na cztery sposoby: bez wychodzenia z domu poprzez sklep online, w kasie PKL, biurze obsługi klienta PKL lub w automatach biletowych. Po nabyciu rejestrujemy się na stronie http://www.pkl.pl/pklpass.html i już możemy korzystać z dobrodziejstw karty. Karta PKL pass pozwoli również na rejestrowanie kart kilku uczestników na jedno konto, co stanowi spore ułatwienie w przypadku użytkowania skipassów przez rodziny. Docelowo, korzystający z PKL pass, będą zbierać punkty wymienne na nagrody (zniżki, bilety, karnety PKL). Więcej szczegółów dowiecie się na stronie PKL, ale korzystanie z niej to nic trudnego, po rejestracji karty w systemie PKL pass. górna stacja kolejki gondolowej na Jaworzynie Wracając do mego pobytu na Jaworzynie Krynickiej, to jest ona najwyższym szczytem w paśmie Jaworzyny. Wierzchołek jest silnie zagospodarowany, nie brakuje restauracji, barów, czy bufetów, więc energię potrzebną na narciarskie szaleństwa możemy szybko uzupełnić. Dzięki dużym trawiastym obszarom na jej grzbiecie, Jaworzyna jest dobrym i masowo odwiedzanym punktem widokowym, oczywiście w dobrą pogodę! Panorama widokowa (z różnych miejsc) obejmuje cały horyzont. Zobaczyć można nie tylko beskidzkie szczyty, jak Lackowa, czy pasmo Cergova, ale przede wszystkim wspaniałą panoramę Tatr, na czele z gniazdem Łomnicy. W górnej części północnego stoku znajduje się bardzo klimatyczne schronisko PTTK, obok którego stoi dyżurka GOPR i Muzeum Turystyki Górskiej PTTK, a także od niedawna pomnik Jana Pawła II.  Polecam odwiedzenie tej świetnej miejscówki i skosztowanie pysznej zupy pomidorowej… schronisko PTTK na zboczu Jaworzyny Jaworzyna jest ważnym węzłem szlaków turystyki pieszej, rowerowej i narciarskiej. Na szczycie znajduje się maszt radiowo-telewizyjny, dzięki czemu ta góra jest łatwo rozpoznawalna z daleka. Szczyt w większości jest zalesiony, ale są też tutaj jaskinie i wychodnie skalne. Największa z nich znajduje się na wschodnim stoku, jest to słynny Kamień Diabelski. Mając dużo czasu oczywiście nie mogłem sobie odmówić spaceru po okolicy i ponownego odwiedzenia tych wszystkich opisanych miejsc. Dodam tylko, że wokół wierzchołka prowadzi ścieżka przyrodnicza łącząca te ciekawe lokalizacje. Na dole w Czarnym Potoku istnieją też tereny do uprawiania narciarstwa biegowego. Należące do Krynicy osiedle Czarny Potok oferuje także mnóstwo możliwości noclegowych, więc fani białych sportów nie muszą zbytnio martwić się o zaplanowanie sobie dłuższego pobytu. nartostrada z wierzchołka Jaworzyny Krynickiej Wracając do moich narciarskich treningów nie ma się czym chwalić, lepszy ze mnie górołaz, niż narciarz, ale możliwości zjazdowe na tej górze możecie ocenić na fotkach w fotorelacji z pobytu tutaj. Sama Stacja Narciarska Jaworzyna Krynicka jest jednym z największych ośrodków narciarskich w Polsce. Ma do zaoferowania 8 tras narciarskich, obsługiwanych przez kolejkę gondolową i 7 wyciągów. Łącznie jest tutaj 14 km tras zjazdowych (w tym najdłuższa oświetlona trasa narciarska w Polsce), planowane są też następne. Na szczycie jest także szkółka narciarska dla dzieci. Jest też sala zabaw dla dzieci, gdy chcemy poszaleć na stoku sami. Kto jeszcze ma chęć poszaleć na nartach może wybrać się tu na weekend świąteczny, lub bedzie musiał poczekać do następnej zimy. panorama Tatr ze szczytu Jaworzyny Jaworzyna Krynicka to góra do której czuje duży sentyment i lubię tutaj powracać, z racji tego, że była moim pierwszym zdobytym szczytem w dzieciństwie. Obie trasy prowadzące na szczyt z Czarnego Potoku, czyli zielony i czerwony szlak znam jak własną kieszeń, podobnie jak drogę dojazdową do schroniska. Legenda o diable niosącym Diabli Kamień była jedną z pierwszych jakie poznałem. A mówiła ona, że został upuszczony przez diabła, który go niósł, by zniszczyć nim zdroje krynickie. Jednak w Krynicy zapiał kogut i diabeł upuścił kamień nie doniósłwszy go do celu. Teraz dodatkowo będę powracał na tę górę, w celu potrzymywania umiejętności narciarskich. Zapraszam więc gorąco turystów i narciarzy na Jaworzynę Krynicką, każdy znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie… Na koniec jak zawsze zachęcam do obejrzenia fotorelacji z wycieczki i stoku. Z górskim pozdrowieniem Marcogor panorama ze szczytu w stronę Beskidu Niskiego [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

marcogor o gorach

Z Jaworek przez rezerwat Biała Woda na Wysoką i Durbaszkę

Początek marca zaowocował wycieczką w Pieniny. Z okazji świętowania Dnia Kobiet zebrałem ekipę, w tym czternaście pięknych dam i po wynajęciu busa, który pomieścił 26 osób, czyli wszystkich uczestników zawitaliśmy w Jaworkach, gdzie swe ujście ma kilka cudnych wąwozów wapiennych. Udaliśmy się jednym z nich w pasmo Małych Pienin, gdzie przekornie znajduje się najwyższy szczyt Pienin – Wysokie Skałki, zwany też Wysoką, o wysokości 1050 m. Wystartowaliśmy na szlak ze wsi Jaworki, leżącej w dolinie potoku Grajcarka, na obszarze historycznie określanym jako Ruś Szlachtowska. Najbardziej rozpoznawalnym miejscem tutaj poza wąwozem Homole jest klub muzyczny Muzyczna Owczarnia.  ocalała kapliczka przy wejściu do rezerwatu Biała Woda Wybrałem drogę przez rezerwat Biała Woda, ponieważ uważam go za najwspanialszy cud natury w tym regionie. Przy wejściu na teren parku stoją tablice informacyjne, a trochę wcześniej stoi zabytkowa kapliczka, z cebulastą kopułą drewnianą, pozostałość po nieistniejącej już rusińskiej wiosce Biała Woda. Tutaj jest też ostatni parking, także dla busów. Wieś położona była w dolinie potoku Biała Woda, który miał nas prowadzić w górę doliny. Od drugiej połowy XIV wieku okoliczne tereny były wypasane przez pasterski lud Wołochów, którzy przynieśli z sobą kulturę pasterstwa. Niestety po II wojnie światowej w 1947 r. w ramach Akcji „Wisła” cała ludność wsi została wysiedlona, a zabudowania spalone. pozostałości zabudowań po wsi Biała Woda Z całej wsi ocalał jeden tylko dom oraz urocza, murowana kapliczka kryta gontami przed wejściem do tego rezerwatu, co już nadmieniłem. Wzdłuż naszej trasy można było jeszcze odnaleźć fundamenty domów, resztki podmurowań i zdziczałe drzewka owocowe, a także nasadzone okazy lipy szerokolistnej i kasztanowca zwyczajnego. Na stromych górskich stokach widoczne są z kolei tarasy dawnych pól uprawnych, częściowo już zarastające drzewami. Opustoszałe tereny wykorzystywane były przez jakiś czas w celach pasterskich – w okresie socjalizmu istniała tu spółdzielnia. Idąc w górę, już w pobliżu przełęczy Rozdziela w lesie na zboczach Wierchliczki zobaczyć można drewniany, zrujnowany budynek. ruiny spalonej bacówki, pozostałości spółdzielni poniżej Wierchliczki Ale wróćmy do poczatku naszej wycieczki. Tak wesołej ekipy na górskim szlaku to ja nie pamietam jak żyję… już w busie chichotu i zdrowego śmiechu było co nie miara, na górskim szlaku mej wzorowej grupie nie brakło również sił na dalsze figle i swawole! Ale świętowaliśmy Dzień Kobiet, więc nie mogło być tego dnia inaczej i było, aż do samego końca, co liczni świadkowie zaświadczą…  Już w 1963 utworzono tutaj rezerwat przyrody, jeden z najładniejszych rezerwatów Pienin, i dlatego też jest licznie odwiedzany przez turystów. Na dawnych polach uprawnych prowadzony jest obecnie tzw. wypas kulturowy owiec i bydła, a przez teren wsi prowadzą popularne szlaki turystyki pieszej, rowerowej i konnej. Przyczyną dużej ich popularności są rozległe widoki na Pieniny, Tatry, Beskid Sądecki, Gorce i słowackie góry, jakie roztaczają się z otwartych, bezleśnych partii wierzchołkowych wzniesień ponad doliną Białej Wody. wejście do wąwozu Międzyskały Za ocalałą kapliczką skończyły się domostwa mieszkańców, a zaczęły ukazywać prawdziwe cuda natury. Mogliśmy podziwiać cenny i niezwykły krajobraz, z licznymi elementami przyrody nieożywionej, jak skały wapienne i turnie, kamieniste koryto potoku z uroczymi kaskadami oraz interesującą florę naskalnych roślin wapieniolubnych i innych rzadkich roślin. Dominują tu skały wapienne z okresu jury i kredy, tworzące urozmaicone formy przestrzenne. W miarę marszu przez dolinę naszym oczom pokazywały się fantazyjne skałki, czy wyrzeźbione cudacznie meandry potoku. W przekraczaniu strumienia pomocne były ładnie wkomponowane w przyrodę drewniane mosty i kładki. ocalała kapliczka przydrożna Idąc po kolei tuż za wejściem do rezerwatu, po lewej stronie znajduje się skała zwana Czubatą. W sąsiedztwie rezerwatu, ok. 200 m przy polnej drodze na północnych zboczach doliny leży duża rzadkość – Bazaltowa Skałka, wulkanicznego pochodzenia. Natomiast po południowej stronie potoku znajduje się duże urwisko Smolegowej Skały. W tym miejscu zbocza doliny zwężają się tworząc Wąwóz Międzyskały. Potok tworzy liczne kaskady, bystrza, skałki i głębokie, wybite przez spadającą wodę baniory. To moje ulubione miejsce, prawdziwy raj dla oczu i ukojenie dla duszy! Jednak po przejściu cieśniawy trzeba było iść dalej, nadal łagodnie pod górę, cały czas wygodną drogą. największa kaskada w dolinie na potoku Biała Woda Nieco na wzgórzu znajduje się charakterystyczna Czerwona Skałka, zwana też Skałą Sfinks. Naprzeciwko niej, po drugiej stronie potoku stoją dumnie tworzące skalny amfiteatr Konowalskie Skały. Z kolei dalej za Czerwoną Skałką znajdują się Kornajowskie Skały. W końcu w miejscu, gdzie Brysztański Potok uchodzi do Białej Wody, naprzeciwko składu drzewa znajduje się duża Kociubylska Skała o ścianach stromo opadających do potoku. U jej wschodnich podnóży odnajdziemy tablice informacyjne rezerwatu . W tym miejscu wygodna droga się kończy, a dalszy szlak prowadzi coraz stromiej przez halę, na której w okresie letnim często spotkamy owce. Kociubylska Skała nad składem drewna Mozolnie pięliśmy się do góry, po świeżym błotku, by dotrzeć na przełęcz Rozdziela. Dla mnie to znowu jedna z najbardziej uroczych przełęczy górskich, z racji obłędnej panoramy, jaką oferuje. Uwielbiam zwłaszcza widok w dole Smolegowej Skały, która stąd przypomina swoim kształtem grzbiet dinozaura, lub jeżozwierza. Przez siodło przełęczy biegnie granica polsko-słowacka, oddziela ona także Pieniny od Beskidu Sądeckiego, a konkretnie należący do Beskidu Sądeckiego Szczob (920 m) od Wierchliczki (960 m) należącej do Małych Pienin. Przechodzi tu polna droga do Litmanowej, miejsca objawień maryjnych. Przełęcz Rozdziela leży na północnej granicy Pienińskiego Pasa Skałkowego, który w tym miejscu „wychodzi” za granice Polski. Poniżej przełęczy istnieje bacówka, w której kupić można w lecie oscypki. w środku grzbiet dinozaura, czyli Smolegowa Skała, z lewej Trzy Korony Zrobiliśmy sobie tu dłuższy popas, jako, że widoki nie pozwalały na pośpiech. Zresztą nikomu się nie śpieszyło, w końcu byliśmy tu się zrelaksować. Oczywiście nie mogło braknąć grupowej fotki. Rozdziela to szerokie i płaskie siodło. Jako, że duży obszar zboczy jest odkryty i trawiasty rozciągają się stąd kapitalne i szerokie widoki na Pieniny, Beskid Sądecki i Gorce. Z rejonu dawnego przejścia granicznego i szlaków prowadzących do Beskidu Sądeckiego doskonale widać Tatry, oczywiście trzeba trafić pogodę… Po dłuższym odpoczynku ruszyliśmy niebieskim szlakiem granicznym w stronę pobliskiego wzniesienia Wierchliczki, gdzie znajdują się wciaż spalone zabudowania bacówki. okolice przełęczy Rozdziela Trasa prowadziła nas łagodnie pod górę, więc wciąż skupialiśmy się na delektacji widokami. Mimo kalendarzowej zimy, tylko miejscami marsz utrudniał nam mokry śnieg. Aura tej pochmurnej niedzieli była zdecydowanie wiosenna. Wierzchołek Wierchliczki minęliśmy z boku, zgodnie z przebiegiem szlaku, przez tereny widokowej polany Podskałka. Jest to najdalej na wschód wysunięty szczyt polskich Małych Pienin. Kolejnym szczytem do zdobycia było Watrisko, jednak tu znowu szlak prowadził bokiem, przez obfitujacą w widoczki polanę. Następny wierzchołek, czyli Smerekową także nasza trasa omijała, prowadząc przez polanę Zaskalskie, z której to widoczny jest znajdujący się poniżej Wąwóz Homole.   panorama z polany Zaskalskie na Wysoką Dodam tu, że część naszej ekipy twardo trzymała się słupków granicznych zaliczając te wszystkie kulminacje, Główna grupa jednak szła jednak szlakowo, choć postanowiła wejść skrótem na ostatni i najwyższy szczyt, czyli Wysoką! Nie chciało się nam obchodzić znowu dołem, z prawej strony wierzchołek, aż do połączenia z zielonym szlakiem z Homoli. W ten nietypowy sposób zostały zdobyte Wysokie Skałki, gdzie czekała nagroda. Genialne widoczki na najwyższe szczyty Tatr ponad wałem chmur. Zwłaszcza gniazdo Łomnicy prezentowało się fenomenalnie, co obejrzycie na zdjęciach. Wysoka to najwyższy szczyt całych Pienin i Pienińskiego Pasa Skałkowego. Góra zaliczana jest do Korony Gór Polski. galeria widokowa na Wysokiej Szczyt zbudowany jest z czerwonych wapieni. Od wschodniej i południowo-wschodniej strony tworzy strome urwiska skalne o wysokości 5-20 m, w kierunku zachodnim na jego grani występuje kilka skalistych garbów oraz wystające skałki: Szurdakowa Skała i Fidrykowa Skała. Cała góra porośnięta jest lasem, jedynie sam wierzchołek ma charakter kopuły skalnej wystającej ponad linię świerkowego lasu. Roztaczają się stąd imponujące widoki na Tatry, Babią Górę, Pasmo Radziejowej, Magurę Spiską, Góry Lewockie i Pieniny. Nic dziwnego, że góra ta przyciąga rzesze turystów. Nie inaczej było tym razem. Podziwiania widoków, fotek i radości ze wspólnego szczytowania nie było końca, tym bardziej, że pogoda zaczęła się poprawiać i mogliśmy liczyć w końcu na promienie słońca. panorama z Wysokiej w stronę Beskidu Sądeckiego i Magury Spiskiej Kiedyś w końcu trzeba było wrócić do rzeczywistości i rozpocząć marsz w kierunku schroniska Durbaszka. Ścieżka na szczyt prowadzi z przełęczy Kapralowa Wysoka i tam też zawróciliśmy. Z przełęczy prowadzi ślepa odnoga szlaku turystycznego. Ścieżka początkowo biegnie lasem i następnie stromym zboczem, miejscami przy pomocy żelaznych, oporęczowanych schodów, osiągając piętro skałkowe. Ostatecznie turysta trafia na skalną kopułę wierzchołka Wysokich Skałek z galerią widokową ubezpieczoną poręczami. Trasa do schroniska prowadziła przez kilka kolejnych wzniesień, więc znowu czekały nas strome podejścia, ale to już były ostatnie tego dnia. gniazdo Łomnicy z Wysokiej Choć było obejście z prawej wszyscy zgodnie wspięli się na Borsuczyny, by zejść na siodło Stachurówki. Zejście na tę przełęcz od wschodniej strony jest kamieniste, strome i ubezpieczone poręczą. Tak dotarliśmy na ostatnie wzniesienie, mało wybitny wierzchołek Durbaszki.  Na grzbiecie, oraz po północnej, polskiej stronie ciągną się wielkie połoniny opadające do doliny Grajcarka. To kolejne cudowne miejsce na naszej trasie wędrówki. Z górnej części grzbietu Durbaszki mieliśmy ładne widoki na Pasmo Radziejowej i Pieniny Właściwe, z kulminacją w Trzech Koronach. W zimie czynny jest tu wyciąg narciarski, bo to doskonałe tereny narciarskie. Tak dotarliśmy akurat w porze obiadowej do schroniska. Pieniny Właściwe i Trzy Korony w centrum z Durbaszki Schronisko pod Durbaszką, a właściwie Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy MDK to wspaniała placówka, a jej gospodarz bardzo miły i przychylny turystom. A do tego serwuje gościom doskonały bigos i pierogi. Schronisko powstało na bazie wzorcowej bacówki. Obecnie posiada 86 miejsc noclegowych oraz prowadzi wyżywienie dla gości pobytowych. Po najedzeniu się do syta, w świetnych humorach rozpoczęliśmy zejście w dół, wzdłuż drogi dojazdowej.  Po drodze mijaliśmy jeszcze kilka grup ładnych skałek wapiennych, m.in. Czerszlowe Skałki, Czerszlę oraz będącą orograficznie lewą ścianą Wąwozu Homole Prokwitowską Homolę. schronisko pod Durbaszką Nieznakowana ścieżka doprowadziła nas prosto na parking, tuż przed Wąwozem Homole, gdzie czekał już nasz bus. W czasie zejścia skupiłem się na foceniu ostatnich promieni słońca, zapowiadających bliski jego zachód. Ładnie oświetlały one dolinę, którą schodziliśmy. Tak zakończyła się ta cudna przygoda w wyśmienitym towarzystwie górołazów i pięknych kobiet. Oby więcej tak wesołych, radosnych i szczęśliwych wyjazdów w nasze cudne góry. Jako, że święto było wielkie tego dnia wycieczka zakończyła się dodatkowym postojem w Szczawnicy, a sam powrót do domu znowu obfitował w wiele łez wylanych ze śmiechu. Na koniec zapraszam jak zawsze do obejrzenia galerii zdjęć z wyprawy. Tu znajdziecie opis wiosennej eskapady w ten rejon. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

marcogor o gorach

Fotograficzne pamiątki z gór

Wszyscy wedrujący po górach lubią przywozić stamtąd pamiątki. Dla wielu najlepszym sposobem zapisania cudownych chwil tam spędzonych są zdjęcia. Lubimy przecież wspominać w zaciszu domowym nasze wyprawy i przeglądać fotki obrazujące zdobyte szczyty, strome podejścia, cudne doliny czy górskie kwiaty. Przypominają nam najlepsze momenty, które ulatują z biegiem czasu. Wiadomo, że nic nie zastapi tego, co zostaje w sercu po każdej wycieczce. Bo to najlepsze uczucia, pozytywne doznania, ale jedno drugiemu nie przeszkadza. Turyści lubiący inne formy spędzania czasu także nie zapominają o robieniu pamiątkowych zdjęć. Praktycznie każdy z nas ma obecnie do dyspozycji aparat, chociażby w komórce. Ale cyfrowe zdjęcia to nie to samo, co te na papierze. Wiele osób ma sentyment do papierowej fotografii. Lubi przeglądać albumy pełne wspomnień, ja też do nich należę. Teraz mało kto jednak wywołuje fotki, biegając do fotografa. Jednak żyjemy w czasach, że albumy możemy sobie sami stworzyć bez wychodzenia z domu. Ja skorzystałem z takiej możliwości, bo to również dobry pomysł na różne okazje, np. jako prezent, choćby dziś na Dzień Kobiet. Chciałem polecic Wam firmę http://printu.pl/, która ma przygotowaną bardzo dobrą ofertę fotoksiążek. Fotoksiążka PRINTU to profesjonalnie wydrukowany i oprawiony album z Twoimi zdjęciami, stworzony przez Ciebie i według Twojego pomysłu! Łatwo i szybko zaprojektujesz oraz wydrukujesz niepowtarzalną Fotoksiążkę. Możecie wybrać z kilku gotowych, tematycznych szablonów i samemu zaprojektować projekt. Wszystko łatwo i intuicyjnie, wypróbowałem na sobie. Można wybrać także format albumu i oprawę. Minimalna liczba stron to 20, a maksymalna zależy od formatu książki. Tak więc wybieracie fotki, wysyłacie na serwer, tworząc własną kompozycję, a po kilku dniach dostaniecie album do domu. Kto ma ochotę na sprawienie sobie takiego prezentu zapłaci teraz mniej korzystając z rabatu, jaki dostałem dla swoich czytelników. To całe 39% taniej od ceny normalnej, więc może warto sprawić sobie piękną pamiątkę. Możecie zaskoczyć swoich bliskich czymś nowym, gdzie znajdą się wasze wspólne wspomnienia. Wystarczy wykorzystać ten unikalny link, aby otrzymać kupon rabatowy… http://printu.pl/lp/marekowczarz/. Jak wygląda taki album zobaczycie na kilku fotkach mojej fotoksiążki. Robienie zdjęć fotografiom nie wychodzi za dobrze jakościowo, ale zapewniam, że jakość na żywo jest dobra. To bardziej fotki poglądowe, jak może wyglądać kompozycja albumu. Obejrzyjcie, że warto, ale wybór należy oczywiście do Was. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Czerwone Wierchy zimowo – jesiennie grudniową porą

marcogor o gorach

Czerwone Wierchy zimowo – jesiennie grudniową porą

Jaką mamy zimę tego roku wszyscy widzimy już od samego początku, czyli od grudnia 2015. Korzystając z dobrych warunków i niewielkich ilości śniegu postanowiłem wybrać się ze swoją górską ekipą zaraz po świetach na wypad w Tatry Zachodnie. Zaplanowałem przedreptać cały masyw Czerwonych Wierchów, zaczynając od Doliny Kościeliskiej. Trzeba było przecież spalić gdzieś poświąteczne kalorie. Co prawda ta długa wycieczka wymagała bardzo wczesnego wstania z łóżka, ale dla takiej przygody, w takim towarzystwie i wreszcie dla takich widoków warto było zarwać noc. Uwielbiam takie długie spacery, w wyśmienitych warunkach, gdy stabilna pogoda pozwala delektowac się tylko górami i chłonąć je wszystkimi zmysłami. widok z Wielkiej Polany Małołąckiej Bo wędrówka po górach to dla mnie nie tylko obserwowanie cudnych panoram, czy zwykły wysiłek fizyczny, ale także czas na obcowanie z naturą i chłonięcie tego całego piękna całą duszą i sercem. To nie tylko percepcja wszystkimi zmysłami niezwykłego świata gór, ale zachłyśnięcie się nimi i pełna integracja z przyrodą na czas spędzony w górskim raju. Wyruszyliśmy więc dziesięcioosobowym zespołem już o siódmej rano z parkingu, by w spokoju i bez pośpiechu przedeptać wszystkie z Czerwonych Wierchów. Najpierw był więc krótki spacer dnem Doliny Kościeliskiej, która dopiero budziła się do życia, by później łagodnym podejściem dostać się na urokliwy Przysłup Miętusi. Kominiarski Wierch widziany z Przysłupu Miętusiego o poranku Tu po raz pierwszy zobaczyliśmy w oddali nasze cele na ten słoneczny dzień. Zeszliśmy następnie na Wielką Polanę Małołącką, by górną cześcią Doliny Małej Łąki podążyć w stronę kolejnej polany – Równie, a potem skryć się w lesie. Poranny widok na niesamowite urwiska Wielkiej Turni napawał nas grozą i dreszczykiem emocji. Wspinaczka Głazistym Żlebem na Kondracką Przełęcz nie okazała się jednak trudna, gdyż śniegu nie było, a pojawiający się miejscami lód można było ominąć. Tak więc dopiero na przełęczy ubraliśmy raki, gdy pojawiły się przed nami rozległe pola śnieżne w masywie Czerwonych Wierchów. Po postoju na drugie śniadanie rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kopę Kondracką, pierwszy ze szczytów do zdobycia tego dnia. Na krańcach horyzontu dostrzec mogliśmy morza mgieł, jakie przykrywały tego dnia Beskidy. widok z Przeł.Kondrackiej na siodło w Giewoncie i Babią Górę, Pilsko oraz J.Orawskie w oddali Pojawiające się już tutaj wspaniałe widoki na strome szczyty Tatr Wysokich i obłe, kopulaste wierzchołki Tatr Zachodnich dodawały nam sił. A podejście było krótkie i wcale nie wymagające. Cudownie prezentowała się sylwetka śpiącego rycerza, czyli pobliskiego Giewontu. W dole podziwialiśmy też Halę Kondratową i Polanę Małołącką, a w oddali majaczyły dostojne wierzchołki Babiej Góry i Pilska. Między nimi odbijało się w słońcu Orawskie Jezioro, a dookoła mogliśmy  rozpoznać wiele innych pojedynczych wzniesień, czy pasm górskich. Wędrówka przy takiej dobrej widoczności, gdy dookoła nasze oczy cieszą inne góry, a słońce wesoło zagrzewa do dalszego marszu jest czystą przyjemnością i każdy turysta o takiej marzy. masyw Giewontu w jesiennych barwach Po sesji zdjęciowej ruszylismy dalej przed siebie zauroczeni panoramami i widokami niezwykłych tworów zimowej aury. Przebywanie w takiej zimowej krainie szczęścia sprawiło, że humory wszystkim dopisywały, a nasza radość zdawała się nie mieć końca. Przed nami były trzy kolejne szczyty Czerwonych Wierchów. Trasa góra -dół nie stanowiła dla nikogo większych problemów, gdyż wszyscy byliśmy jakby w transie spowodowanym ciągłym przeżywaniem magicznych chwil, które nie miały końca. Bo przecież po zejściu na Małołącką Przełęcz czekał na nas Małołączniak z trochę innymi widokami, zwłaszcza na przebytą już drogę. A potem była Litworowa Przełęcz i podejście na Krzesanicę oraz genialne widoki na Krywań i coraz bliższe morze szczytów Tatr Zachodnich. Na końcu była Mułowa Przełęcz i ostatni z wierzchołków, czyli Ciemniak, z którego doskonale mogliśmy dostrzeć ostre zerwy Krzesanicy. zerwy Krzesanicy widziane z Ciemniaka Wszędzie były oczywiście postoje na podziwianie z zapartym tchem tego, co przygotowała dla nas tego fascynującego dnia Matka Natura. Czuliśmy się jak w raju, więc trudno było wrócić do rzeczywistości, czyli uważnego zejścia z ostatniego wierzchołka przez Twardy Upłaz w stronę Chudej Przełączki i wreszczie na Cudakową Polanę, z której zostało nam tylko dostać się z powrotem do Kir. A jakby jeszcze było mało atrakcji, to poniżej przełęczy dostrzegliśmy wielkie stado kozic, spokojnie pasących się w jednej z bocznych dolinek. Mógłbym taki chodzić i obserwować wszelakie przejawy piękna jeszcze długo. Przecież te wszystkie niezapomniane chwile składały sie na coś, co potocznie nazywamy szczęściem. Czerpię więc z tego nieprzebranego zasobu pełnymi garściami chwile radości i zakopuje głęboko w sercu, by później pożywiać się nimi, gdy mi smutno, gdy mi źle… na pierwszym planie Małołączniak Będąc w górach uwielbiam jednak dzielić się swoją radością z innymi, dlatego zapraszam na wspólne wyprawy! Przebywanie w moich ukochanych Tatrach wyzwala we mnie takie pokłady pozytywnej energii, że chętnie się z nią dzielę z kompanami swoich eskapad. Przebywając w swoim drugim domu czuje, że przenika mnie magia gór, którą zanoszę potem w doliny i pozwala mi żyć ileś tam dni bez górskich wypraw. Dobrze mieć pasję, która pozwala nam ładować nasze akumulatory. Ważne, żeby także umieć się dzielić tą radością w codziennym życiu i przekazywać pozytywne fluidy na codzień. Staram się dzielić z Wami swoją miłością i oddawać część z tego, co przywożę z wycieczek również tutaj, pisząc tego bloga. Korzystając z okazji dziękuję Wam drodzy czytelnicy, że jesteście ze mną już przez całe cztery lata. panorama Tatr Wysokich z Krzesanicy Wędrujemy po tych przeróżnych górach, napawamy się ich pięknem, rozkoszujemy widokiem ze szczytów i smakujemy każdą chwilę, jakby to miała być nasza ostatnia. I tak powinniśmy według mnie delektować się górami, bez pośpiechu, biegania, radować się każdą drobnostką, tym małym cudem, które składają się w końcu na nasze szczęście z obcowania z górami. Dziewicze pejzaże, nieskażone cywilizacją, nadziemne krajobrazy, bliżej nieba zawsze były moją drogą do dobrego i owocnego przeżycia życia. A przed zmrokiem udało nam się zobaczyć jeszcze wspaniały zachód słońca z Polany Upłaz. A chwilę wcześniej, na siodle za Piecem ściągnęliśmy raki, bo śnieg skończył się na tej wysokości, czyli 1450 m. Kominiarski Wierch po zachodzie słońca widziany z Polany Upłaz Po dojściu na Adamicę zaczęło się na dobre ściemniać i przed Zahradziskami trzeba było ubierać czołówki. Dolinę Kościeliską pokonaliśmy więc już w nocy. Niestety takie krótkie dni są w grudniu. Życzyłbym sobie stale móc czerpać radość z tej krainy wiecznej dla mnie szczęśliwości. Wyprawa przez masyw Czerwonych Wierchów należała do tych najpiękniejszych, najdłużej wspominanych eskapad górskich, które na zawsze zostają w pamięci. Dziękuję wszystkim współtowarzyszom, że pozwolili mi dzielić się tymi magicznymi przeżyciami. A jak było pięknie tego wyjątkowego dnia przekonacie się ogladając fotorelację z wycieczki. Tutaj natomiast znajdziecie graficzny opis trasy. Oby więcej takich przeżyć w nowym roku. Tego życzę sobie i Wam wszystkim moi mili… Z górskim pozdrowieniem Wasz Marcogor  [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Gala Twórców – Konkurs na Bloga Roku 2015

marcogor o gorach

Gala Twórców – Konkurs na Bloga Roku 2015

Po raz kolejny, a dokładnie czwarty raz z rzędu postanowiłem wystartować w Konkursie na Bloga Roku, w edycji za rok 2015 nazwany Galą Twórców. Stale przyświeca mi promowanie zdrowego stylu życia, aktywności na świeżym powietrzu i chęci odkrywania nowych, pieknych miejsc. A tych matka natura nie poskąpiła, więc ciagle znajduje nowe cele do podróży, choć najbardziej nadal uwielbiam górskie wędrówki… to oderwanie się od świata, problemów. Praktycznie cały czas wolny poświęcam na rozwijaniu swojej pasji i podróżniczych eskapadach w coraz to nowe pasma górskie. Bo góry to moja największa miłość, dlatego oprócz relacji z wypraw często pisze o nich poprzez poezję, bo ona najtrafniej przecież oddaje moje uczucia i emocje, jakie towarzyszą mi podczas kolejnych spotkań z dziką przyrodą.                                                                                                                                                                                  Od czterach już lat staram się eksponować i polecać taki styl życia, bo według mnie to najlepszy sposób na odnalezienie radości w tym zabieganym, stresującym świecie. Znowu ośmielam się prosić Was czytelników i fanów bloga o oddanie swego głosu na moją stronę w tegorocznym konkursie. Tym razem trafiłem do kategorii; Pasje i twórczość, co najlepiej oddaje profil mego bloga, gdzie są też recenzje wszystkiego co związane z górami, newsy ze świata ponad dolinami, ale przede wszystkim relacje z wycieczek, wiersze oraz  moje górskie przemyślenia, z punktu widzenia 25 lat wałęsania po górach Europy. Udało mi się odwiedzić już 50 pasm górskich w 6 krajach, zdobyć Koronę Gór Polski i wejść na niezliczoną ilość szczytów. Na mej stronie znajdziecie ponad czterysta opisów górskich wypraw i ponad dwieście albumów fotograficznych z gór, a także wielką ilość poezji górskiej. Mała Fatra, foto by wiktorbubniak.pl Liczę, że dzięki Wam blog górski zaistnieje w tym konkursie i wyróżni się na tle olbrzymiej konkurencji – 355 blogów w mej kategorii. Po przecież nasza górska pasja jest wspaniała, ale o tym nie muszę Was przekonywać. Proszę więc po raz kolejny o głos na mego bloga oraz polecanie znajomym mej strony, jako odskoczni choć chwilowej od problemów życia i również o zagłosowanie na mnie. Udostępniajcie więc wiadomość o konkursie dalej i pomóżcie jednemu z niewielu blogów górskich w sukcesie! Jak zawsze pieniądze zebrane podczas tygodniowego głosowania trafią na cele charytatywne. Tym razem zasilą konto Fundacji Dziecięca Fantazja. Środki uzyskane przez organizatora z głosowania SMS przekazane zostaną na realizację marzeń i potrzeb podopiecznych Fundacji. Sokolica, Pieniny, foto by wiktorbubniak.pl Koszt wysłania SMS-a to tylko 1,23 zł. Głosować można z terenu Polski tylko raz z każdego numeru. Głosujcie zatem na nr. telefonu: 7124, w treści wiadomości wpisując tekst: B11162 . Wszystko razem ( duże B i pięć cyfr łącznie). Z góry dziękuję za każdy głos i Wasze wsparcie. Głosowanie trwa od dzisiaj do 1.III, godz.12. Wtedy też poznamy skład finałowej dziesiątki, którą będzie oceniał juror konkursu. Tradycją konkursu jest to, że środki uzyskane przez organizatora z głosowania SMS przekazywane są na cele charytatywne. W tym roku zostaną powierzone Fundacji Dziecięca Fantazja na spełnienie marzeń i potrzeb dzieci zmagających się z nowotworami, wadami wrodzonymi i chorobami genetycznymi. Wielki Chocz, Góry Choczańskie, foto by wiktorbubniak.pl „W ciągu ponad 13 lat, dzięki darczyńcom udało się spełnić ponad 4500 marzeń i potrzeb naszych podopiecznych. Jednak na spełnienie wciąż czekają kolejne, w tej chwili ponad 1000. Ciężka choroba, ból, brak nadziei i osamotnienie. Wysokie wydatki związane z leczeniem dziecka sprawiają, że rodzinie (często niepełnej) nie wystarcza na podstawowe potrzeby. O marzeniach innych niż zdrowie nawet się nie wspomina… Tym bardziej jesteśmy wdzięczni za każdy głos oddany w konkursie – podaje Fundacja Dziecięca Fantazja.” W zeszłym roku organizatorzy zebrali ponad 63 tys. złotych. Warto pomagać tym maluczkim, a niejako przy okazji wesprzeć mnie swym głosem! Z górskim pozdrowieniem Wasz Marcogor   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zima w Bacówce nad Wierchomlą

marcogor o gorach

Zima w Bacówce nad Wierchomlą

Tegoroczna zima to nie zima. Raczej połączenie późnej jesieni i przedwiośnia. Śniegu mamy jak na lekarstwo. Ale pogoda także nie rozpieszcza, Prawie każdy weekend przynosi opady, albo huraganowe wiatry. Warunki pogodowe nieraz mogłem skwitować stwierdzeniem, że nawet psa by nie wygonił na pole. Mimo tego próbuje robić sobie chociaż krótkie spacery po małych górkach, aby nie stracić całkiem kondycji. Mimo tego forma spada, a człowiek popada w zimową depresję. Na szczęście są dni, że udaje się wyrwać z domu i naładować akumulatory. Tydzień temu zapowiadane okno pogodowe zaowocowało wyjazdem w Beskid Sądecki. Postanowiłem rozruszać kości podczas krótkiej wędrówki do Bacówki nad Wierchomlą. Udało mi się nawet wyciągnąć swoją gorlicką ekipę.  motto wycieczki, napis na drzwiach bacówki Pojechaliśmy popołudniem do Wierchomli Małej, licząc na efektowny zachód słońca, z widokiem na Tatry. Widoczki jakieś były, ale zachodzik został zniweczony przez niske chmury, które zepsuły całe widowisko. Spacer do bacówki czarnym szlakiem zajmuje tylko nieco ponad godzinkę. Powrót natomiast zrobiliśmy sobie wzdłuż drogi dojazdowej do bacówki, wracając do punktu wyjścia. Początek tego 10-kilometrowego marszu odbył się w miejscowości Wierchomla Mała. To znana od kilku lat nowoczesna stacja narciarska z 10 wyciągami, w tym najdłuższym w Polsce wyciągiem krzesełkowym (1600 m), czynnym także latem. Odbywają się tu liczne cykliczne imprezy sportowe – narciarskie, rowerowe, wyścigi psich zaprzęgów. poczatek szlaku przy potoku Mała Wierchomlanka Wierchomla Mała jest miejscowością turystyczną w Popradzkim Parku Krajobrazowym, pomiędzy Muszyną a Piwniczną-Zdrój. Inne atrakcje turystyczne przyciągające turystów do tego stale rozwijającego się letniska to stare połemkowskie chaty, liczne źródełka, jaskinie pod górą Pusta Wielka, grillowiska, pole do gry w paintball, skałki do wspinania, szlaki turystyczne piesze i rowerowe, basen kryty, park linowy ze ścianką wspinaczkową, bacówka nad Wierchomlą, niedaleko schronisko na Hali Łabowskiej, trasa piesza i rowerowa na Jaworzynę Krynicką, skąd można zjechać koleją gondolową do Krynicy. W zimę narciarze mogą przemieszczać się systemem wyciągów do Muszyny – Szczawnika. Bywałem tutaj wiele razy i zawsze jestem zaszokowany jak szybo rozwija się ta mała wioska. Jak grzyby po deszczu powstają także knajpy, pensjonaty, wypożyczalnie sprzętu narciarskiego. spacer do bacówki stąd to niecała godzinka przyjemnego marszu Wieś położona jest w dolinie potoku Mała Wierchomlanka. Od północno-zachodniej strony wznoszą się zalesione szczyty Gaborówki (790 m) i Lembarczka (917 m ), od wschodniej i południowej grzbiet ciągnący się od Bacówki nad Wierchomlą po Pustą Wielką (1061 m). My zostawiwszy samochód na dole miejscowości musieliśmy przejść całą, by wejść na właściwy górski szlak. Najpierw czekała nas mokra przeprawa przez potok, a potem wędrówka zaśnieżoną ścieżką przez las, która wyprowadziła nas w końcu na widokową polanę poniżej grzbietu. Była to Polana nad Wierchomlą, leżąca na grzbiecie Runek – Pusta Wielka, będąca bocznym grzbietem Pasma Jaworzyny w Beskidzie Sądeckim. Polana nad Wierchomlą i pierwsze słabe widoki na Eliaszówkę Polana zajmuje partie grzbietowe oraz zachodnie stoki tego grzbietu opadające do doliny Małej Wierchomlanki i ciągnie się od Bacówki nad Wierchomlą w południowym kierunku, po niewielki pas zadrzewień oddzielający ją od następnej polany tego grzbietu – polany Długie Młaki, gdzie znajdują się wyciągi narciarskie. Jest jedną z ciągu kilku polan na tym grzbiecie. Dawniej były to pola uprawne i pastwiska Łemków zamieszkujących te tereny. W niektórych miejscach dostrzec można jeszcze stare drzewa owocowe pozostałe po Łemkach i resztki fundamentów domostw. pierwsze słabe widoczki na Tatry Łąki pokryły się gęsto wielkimi kopcami mrówek porośniętymi trawą, co widać fajnie w lecie. W górnej części Polany nad Wierchomlą w 1978 zbudowano schronisko turystyczne – Bacówkę nad Wierchomlą. Z polany przy tym schronisku rozciągają się rozległe widoki na Pasmo Radziejowej, Góry Lubowelskie i Tatry. I ono w dużej mierze przyciągaja tutaj rzesze turystów, zwłaszcza latem. Panorama Tatr należy do najsłynniejszych w całych Beskidach. Niestety, tym razem widoki były marne, nie tak jak w czasie mej wizyty trzy lata wcześniej, co możecie obejrzeć tu. górna część polany z widoczną bacówką Bacówka PTTK Nad Wierchomlą mieści się w przebudowanym spichlerzu, który przeniesiono ze Złockiego (stąd nietypowa dla bacówek architektura). Należy do „Klubu Bacówkarza” wraz z trzema innymi beskidzkimi bacówkami: Bacówką PTTK na Krawcowym Wierchu (Beskid Żywiecki), Bacówką PTTK na Rycerzowej (Beskid Żywiecki) oraz Bacówką PTTK na Maciejowej (Gorce). W pobliżu znajduje się rezerwat przyrody Lembarczek, w którym objęto ochroną buczynę karpacką. Ok. 1,5 km od bacówki znajduje się stacja narciarska „Wierchomla”. Przez swoje położenie noclegi tutaj mają duże obłożenie. Schronisko słynie z prawdziwie górskiego klimatu, pysznej szarlotki i czekolady na gorąco. Obok znajduje się drugi budynek noclegowy, jest też plac zabaw dla dzieci, szałas i miejsce do grilowania, a nawet sauna. Miejsce to jest też skrzyżowaniem wielu szlaków turystycznych, blisko stąd do serca Beskidu Sądeckiego. bacówka nad Wierchomlą Spotkaliśmy tutaj turystów, którzy wędrowali przez Beskidy z olbrzymimi plecakami wyprawowymi na nartach. Byliśmy pełni podziwu dla nich, gdy sami próbowaliśmy zarzucić ten ciężar na swe plecy. Wnętrze bacówki jest też bardzo klimatyczne, z boku stoi widokowa weranda, skąd można przy dobrej widoczności podziwiać Tatry. Każdy posilił sie tu i trochę zawiedzeni brakiem spektakularnego zachodu słońca rozpoczęliśmy odwrót do auta. Z drogi odbytej już nocną porą świetnie prezentowały się w oddali oświetlone wyciągi stacji narciarskiej Wierchomla. Zrelaksowani i dotlenieni, w doskonałych humorach wróciliśmy na parking przed hotelem Resort Ski. Jeden z kompanów całą trasę nawet przebiegł, w ramach swego planu treningowego. namiastka zachodu słońca Każda, nawet najkrótsza wycieczka jest dobrym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości. Ucieczka od  problemów i aktywne spędzenie czasu każdorazowo daje nam zastrzyk energii i nową siłę do walki z przeciwnościami losu. Bo bedąc na łonie natury, każde spotkanie z przyrodą jest lepsze niż siedzenie w domu. Mimo, że zima nie rozpieszcza, a chlapa i błoto, zamiast słońca i skrzypiącego mrozu pod stopami nie nastraja na wypady w góry, czasami trzeba się przemóc i ruszyć na spotkanie przygody. Ale tego nam, wędrowcom nie muszę chyba przypominać… Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wycieczki. A tu znajdziecie ślad wypadu w Endomondo. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Zimowy spacer do bacówki na Maciejowej

marcogor o gorach

Zimowy spacer do bacówki na Maciejowej

Początek tego roku zaowocował w pierwszy zimowy spacer odbyty w Gorcach. Jako, że dopiero po świętach zrobiła się prawdziwa zima mogłem w bardziej śnieżnych warunkach wybrać się w góry. Za cel obrałem sobie kultową bacówkę gorczańską na skraju tego pasma, niedaleko Rabki. Pogoda udała się piękna, a warunki niezbyt trudne, więc wycieczka była bardzo udana i relaksująca. Ale przecież nie zawsze góry muszą kojarzyć się z wyrypą. To miał być krótki rozruch po okresie świąteczno-noworocznym i taki był. Kilkugodzinny wypad pozwolił rozruszać ciało rozleniwione obżarstwem i świętowaniem. To było mi bardzo potrzebne, bo długi rozbrat z górskim szlakiem powoduje odrazu spadek formy i kłopoty kondycyjne w stosunku do młodszych kolegów, których zabrałem ze sobą. Wyruszyliśmy z centrum Rabki-Zdroju, gdzie w parku zdrojowym jest wiele parkingów do pozostawienia auta. Rabka- Zdrój to jedno z najpiękniejszych górskich uzdrowisk i ważny ośrodek leczenia chorób dziecięcych. Położona jest w Kotlinie Rabczańskiej, na wysokości 500–560 m n.p.m., u ujścia potoków Poniczanki, Słonki i Skomielnianki do Raby. Rabka nazywana jest „Miastem Dzieci Świata”. Tytuł ten w 1996 roku na wniosek Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu nadał miastu wojewoda małopolski. W tym samym roku utworzono w Rabce Muzeum Orderu Uśmiechu, obecnie znajdujące się na terenie rodzinnego parku rozrywki „Rabkoland”. kierunek Maciejowa, tuż nad Rabką-Zdrojem Tam też znajduje się Muzeum Rekordów i Osobliwości. Rabka ma własną scenę teatralną, jest nią Teatr Lalek „Rabcio”, a także pomnik Świętego Mikołaja stojący przed zabytkowym budynkiem czynnej stacji kolejowej, nazwanej wówczas Domem Świętego Mikołaja. Jedną z atrakcji miasta jest także fontanna przed Kawiarnią Zdrojową oraz uruchomione w czerwcu 2009 tężnie solankowe w Parku Zdrojowym. Jak widać tych ciekawostek zwłaszcza dla dzieci jest tutaj mnóstwo, ale to nie było moim celem tego dnia, bo nieraz zwiedzałem to urocze miasteczko ze swoją małoletnią kiedyś córką. zmrożona droga na szczyt Ciekawostką etnograficzną jest fakt, że niektórzy badacze miejscową ludność miejską określają jako: „Lud rabczański”. Jest ona specyficzna i nieco różna od innych grup góralskich. Pierwotnie ziemię rabczańską zamieszkiwała grupa górali zwanych „Kliszczakami”, lecz teraz na Rabkę-Zdrój duży wpływ ma kultura górali podhalańskich. Spora grupa osób uważa, że jest to północna podgrupa Podhalan. Z Rabki prowadzą szlaki piesze i rowerowe na okoliczne szczyty Gorców (Turbacz), Beskidu Wyspowego (Luboń Wielki) i Pasma Babiogórskiego (Babią Górę). W Rabce znajduje się również Stacja Centralna Grupy Podhalańskiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, w której mieści się pierwsze w Polsce Centrum Koordynacji Ratownictwa Górskiego. obelisk ku pamięci ukochanego konia przy szlaku My wybraliśmy czerwony szlak, który jest częścią Głównego Szlaku Beskidzkiego. Szybko wyprowadził on nas na łąki ponad miasto, gdzie prowadziła nas szeroka droga polna. Przy całej naszej trasie napotykaliśmy na wiele kapliczek, które potwierdzają religijność miejscowej ludności. Ale najbardziej zdumiał mnie fakt spotkania przy drodze obeliska poświęconego ukochanemu koniowi! Po dojściu do lasu ukazały się naszym oczom pierwsze widoki na szczyty Beskidu Wyspowego i potężny masyw Babiej Góry, które towarzyszyły nam już przez cały czas. Na jednej z polan w lesie dotarliśmy do górnej stacji wyciągu narciarskiego, aby potem iść już wygodnym, grzbietowym szlakiem, aż na sam szczyt Maciejowej. Niebawem naszym spragnionym oczom okazała się panorama Tatr, trochę za chmurami, ale i tak bedąca balsamem na całe zło… i widok na Tatry nie odstępował nas do samej bacówki. pierwsze spojrzenie na Tatry z grzbietu Szczyt Maciejowej jest zalesiony, ale widoki na Babią Górę, Policę i najwyższe wierzchołki Beskidu Wyspowego z polany przy tym małym schronisku są kapitalne! W dalszej perspektywie (przy dobrej pogodzie) widoczny jest łańcuch Tatr oraz słowackie góry Wielki Chocz i Mała Fatra. Samo miejsce jest niezwykłe, a sama bacówka bardzo klimatyczna, kto jeszcze tutaj nie był musi sam się o tym przekonać – magii tej miejscówki. To schronisko turystyczne PTTK położone jest dokładnie na polanie Przysłop, na grzbiecie odchodzącym od Turbacza do Rabki. Nazwa schroniska jest więc myląca, znajduje się ono bowiem około 1 km na południowy wschód od szczytu Maciejowej (815 m n.p.m.), na wysokości 852 m n.p.m. klimatyczna bacówka na Maciejowej Bacówka została wybudowana w 1977. Należy do „Klubu Bacówkarza” wraz z trzema innymi beskidzkimi bacówkami: Bacówką PTTK na Krawcowym Wierchu (Beskid Żywiecki), Bacówką PTTK na Rycerzowej (Beskid Żywiecki) oraz Bacówką PTTK nad Wierchomlą (Beskid Sądecki). Wnętrze schroniska ma oryginalny wystrój; ściany pokryte są rzeźbami wykonanymi przez absolwentów Liceum Sztuk Plastycznych im. A. Kenara z Zakopanego, również pozostałe detale wykończenia i sprzęt (krzesła, osłony grzejników i inne) są stylowe. Posiada miejsca noclegowe, bufet z ciepłymi posiłkami. Organizuje spotkania literackie, okolicznościowe imprezy, obozy i sylwestra. widok z polany na Babią Górę i pasmo Policy Inna nazwa polany na Maciejowej to właśnie Polana Przysłop, jest to duża polana zajmująca szczytowe partie grzbietu. Oprócz łąk i pastwisk znajdują się na niej pola uprawne. Jak już pisałem z Przysłopu roztacza się szeroka panorama, zarówno na stronę południową, jak i północną. W północnym kierunku widoki na Beskid Wyspowy, obejmują wiele szczytów, jak Luboń Wielki, Szczebel, Lubogoszcz, Śnieżnicę i Ćwilin, które miałem okazję już zdobywać nieraz. Od południowej strony horyzont zamyka łańcuch Tatr i to jest jedna z ładniejszych tatrzańskich panoram, jakie możemy zobaczyć z oddali. zbliżenie na Tatry spod bacówki Po wypiciu pysznej kawki z obowiązkową tutaj szarlotką i rozmowie z miejscową biegaczką, którą pozdrawiam ruszyliśmy w drogę powrotną, nadal delektując się fantastycznymi widokami i zimowymi pejzażami. Po chwili powrotu czerwonym szlakiem zboczyliśmy na czarny, by tym innym wariantem powrócić do Rabki. Mijaliśmy drugi wyciąg funkcjonujący w okolicy Maciejowej, by po przygodach na zalodzonym miejscami na całej szerokości szlaku dotrzeć do przysiólka Rabki- Plasówki. Moją uwagę zwrócił malowniczy, zamrożony w wielu miejscach potok. potok Poniczanka w Rabce Stąd pozostało nam tylko przemaszerować przez kilka ulic tego uzdrowiska, by dojść do samochodu na parkingu. Mogliśmy zatem pozwiedzać mimochodem trochę miasto. Zrewitalizowany niedawno park zdrojowy był naszym ostatnim przystankiem, gdzie zakończył się nasz krótki, a jakże owocny w doznania spacer. Bo wędrówka nie zawsze musi być wyczerpująca, aby dawać turyście satysfakcję. Wystarczy czasem kilka chwil oderwania się od szarej rzeczywistości i obcowania z czarowną naturą, by przynieść nam ukojenie i radość. Pewnie też tak macie… Dziękuję też wesołym kompanom za ich twórcze towarzystwo. ekipa GGG w komplecie pod bacówką Jako, że piszę tę opowieść w Walentynki to podzielę się z wami pomysłem na frapujący prezent. Mianowicie zamówiłem sobie fotoalbum ze zdjęciami, gdzie umieściłem pamiątki fotograficzne z wycieczek górskich i wakacji nad morzem. Zresztą możecie dodać do albumu co zechciecie i wszystko bez wychodzenia z domu, a album przyślą Wam do domu. Po prostu wystarczy wybrać fotki, wysłać na serwer danej firmy, która się tym zajmuje i stworzyć wirtualnie własny fotoalbum. Firma http://printu.pl/, bo o niej mowa daje nam do dyspozycji wiele różnych wariantów, czy szablonów do wyboru. Taki nietypowy prezent może się sprawdzić przy okazji różnych rocznic, świąt, czy np. nadchodzacego Dnia Kobiet. Możecie zaskoczyć swoich bliskich czymś nowym, gdzie znajdą się wasze wspólne wspomnienia. Wkrótce kolejna zimowa opowieść. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Przygoda życia w Alpach Kitzbühelskich

marcogor o gorach

Przygoda życia w Alpach Kitzbühelskich

To było jak dar niebios, gwiazdka z nieba, potwierdzenie, że marzenia się spełniają, choć czasami nic tego nie wróży w naszym życiu. Warto więc wierzyć i walczyć o realizację swoich pragnień. Piszę tu o swoim wyjeździe w Alpy Kitzbühelskie. To była dla mnie górska przygoda życia, choć nie tylko. Nigdy wcześniej nie byłem w najwyższych górach Europy, a to nie był jedyny pierwszy raz podczas tego niespodziewanego wyjazdu. Miałem okazję zwiedzić malutki ich wycinek – region Saalbach-Hinterglemm i piękną górską dolinę Glemm i wykorzystałem to na maxa. widok z okna hotelu Sonnblick w Hinterglemm Przez te kilka dni starałem się poznać nie tylko okoliczne szczyty, ale także areały narciarskie, bo próbowałem swych sił na nartach, ale też urocze austriackie, śródgórskie wioski i miasteczka, które dotychczas znałem tylko z klimatycznych fotek z internetu. Te niezwykłe, przepiękne miejsca znajdziecie również w kraju salzburskim w Alpach Wschodnich, w pobliżu Zell am See, gdzie byłem, czyli właśnie tam, gdzie powstał jeden z największych w Europie ośrodków narciarskich, zwany Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang Fieberbrunn. wypoczynek przy schronisku Rosswaldhutte Po podróży lotniczej z Krakowa do Salzburga, z przesiadką w Wiedniu, co też było dla mnie nowością dotarłem w wymarzone Alpy dzięki Holiday-Shuttle-Service, która to firma transferuje pasażerów do wybranych centrów narciarskich. Widoki z samolotu na Tatry, czy Babią Górę, a potem oświetlone miasta nocą z lotu ptaka ( zwłaszcza olbrzymi Frankfurt n/Menem)  na zawsze zostaną już w mej pamięci. Dotarłem do hotelu Sonnblick w samym centrum Hinterglemm, gdzie czekało na mnie mnóstwo atrakcji. hotel Sonnblick w centrum Hinterglemm Między innymi bezgraniczna przyjemność szusowania – bez samochodu, ponieważ wyciągi wywożą narciarzy oraz snowboardzistów bezpośrednio z centrów miejscowości na wysoko położone stoki. Również szkółki dla początkujących adeptów narciarstwa znajdują się w centrum, a wypożyczalnie sprzętu za każdym rogiem. To była moja pierwsza oczywiście przygoda z narciarstwem zjazdowym, nie licząc zabawy w dzieciństwie. nauka jazdy w szkółce narciarskiej Alpin-Skischule Najnowocześniejsze wyciągi zapewniają szybki wjazd na stoki oraz komfort we wszystkich warunkach pogodowych. Bezgraniczne białe szaleństwo możliwe jest na ponad 270 km bajkowo przygotowanych tras. Począwszy od stoków z delikatnym spadkiem po czarne trasy mistrzowskie, od parków rozrywki poprzez odcinki wyścigowe na stokach z muldami skończywszy. Natura wspierana jest przez 900 armatek śnieżnych – i to na wszystkich głównych trasach – dzięki czemu nic nie stoi na przeszkodzie do pełnej przyjemności białego szaleństwa. tłumy narciarzy przy górnej stacji kolejki Westgipfelbahn Saalbach Hinterglemm Leogang to największy region narciarski w Austrii. Każdy znajdzie coś dla siebie – zarówno narciarze jeżdżący rekreacyjnie jak i lubiący szybkość narciarze z ambicjami, czy „karwingowcy”. W całym regionie istnieje 40 schronisk oferujących kulinarne przysmaki takie jak „Kaspressknödel“, „Kaiserschmarrn“ czy „Stelzen“. W dolinie natomiast darmowe, kursujące od godz. 9 do 17 pomiędzy poszczególnymi miejscowościami skibusy odwożą narciarzy z powrotem do punktu wyjścia. górska chata na stoku – Winkler Alm, gdzie podają pyszne jabłkowe strudle To raj niczym nieograniczony. Udało mi się odwiedzić kilka takich górskich chat i jedzenie jest tam naprawdę dobre, a każda praktycznie oferuje też możliwości wypoczynku, gdy potrzebujemy naładować akumulatory w trakcie szusowania. Po zachodzie słońca zabawa się nie kończy. Kto ma jeszcze siłę w nogach, może przedłużyć sobie dzień w parku rozrywki na oświetlonym stoku w Hinterglemm lub oświetlonym stoku przy wyciągu Schanteilift w Leogang. Kto woli zjeżdżać z góry na dwóch płozach, ma w regionie do wyboru pięć oświetlonych torów saneczkowych. jedna z głównych ulic Hinterglemm nocą Natomiast niezliczone bary w całym regionie zapraszają do miłego spędzenia wieczorów na tańcach i przy dobrym regionalnym piwie. Kto jednak preferuje spokój i romantykę może wybierać pomiędzy nocnymi wędrówkami z pochodniami, romantycznymi kuligami czy kondycyjnymi wędrówkami po zaśnieżonych trasach na biegowkach lub rakietach śnieżnych. pod jedną z popularnych dyskotek w centrum Hinterglemm Udało mi się odbyć taką nocną eskapadę po lokalach w Hinterglemm i rzeczywiście miejsc do dobrej zabawy tam nie brakuje. Już przy głównej ulicy jest kilka pubów i dyskotek, które umożliwiają imprezę do ostatniego gościa. Szczególnie w okresie świątecznym miasteczko wygląda cudownie oświetlone fajerwerkami i niezliczonymi światełkami, a właśnie mi się udało tam być w styczniu w okresie postnoworocznym. nocna sceneria w centrum Hinterglemm Samo miasteczko, gdzie mieszkałem to spokojna okolica, jedna z tych cudnych górskich miejscowości z widokówek. Nigdy nie sądziłem, że do takiej kiedyś trafię. W sezonie zimowym zapełnia się jednak ludźmi, także na stokach spotkamy tysiące miłośników sportów zimowych. Również w nocy życie rozrywkowe kwitnie, dzięki wielu ośrodkom apres ski. drogowskaz w samym środku miasteczka Jeżeli po wyczerpującym dniu na stoku będziemy chcieli kontynuować aktywności fizyczne to staniemy przed bardzo szerokim wyborem – pojeździmy tu na lodowisku, zagramy w curling, tenisa, czy squasha. Bardziej ambitnym narciarzom przypadnie do gustu tutejsze centrum fitness. A kiedy nasze mięśnie odmówią nam posłuszeństwa – możemy udać się na basen lub saunę, albo do fińskiej łaźni. Czyli żyć i nie umierać… jedna z wielu tras spacerowych w regionie Ludzie tu są bardzo przyjaźni, prawie każdy napotkany przy stole, czy w kolejce zagaja rozmowę. Łatwo więc tu rozpocząć nowe znajomości, czy po prostu podszlifować język. Możemy też poznać inną kulturę, ludzi z różnych zakątków świata, bo nie brakuje turystów z odległych części Europy. Miłośnicy kuchni poznają nowe smaki. w parku aktywności dla dzieci na hali Lindlingalm Muszę przyznać, że kuchnię preferują tutaj ostrą, jedzenie jest mocno przyprawione, ale smaczne. Po wizycie tu, do moich ulubionych dań będzie należał strudel z jabłkami na ciepło, podawany z sosem waniliowym ze szczyptą cynamonu, jak ten zpałaszowany przeze mnie w chacie Winkler Alm, na zboczu Zwölferkogela. A do tego pierwszy raz spróbowałem w swoim hotelu krewetki! strudel jabłkowy z sosem waniliowym i miejscowe piwo Region Saalbach-Hinterglemm stanowi też dobry wybór na letni urlop. Mam nadzieję, że uda mi się tu powrócić z rodziną w wakacje, żeby poznać bliżej turystyczne szlaki. Choć możliwości spedzania wolnego czasu jest tutaj znacznie więcej. Region słynie z setek kilometrów doskonałych tras rowerowych. Można trenować same zjazdy korzystając z trzech czynnych latem kolejek. górna stacja Schattberg-sprinter i panorama Alp Bardzo wiele jest zarazem tras spacerowych, np. dla pasjonatów nordic walking. Bardziej szaleni turyści mogą w rejonie Saalbach uprawiać kanioning, paralotniarstwo, jazdę na letnich sankach, czy hulajnogach, czy nawet łucznictwo. W sezonie letnim odbywaja się też festiwale muzyczne oraz festyny, które przyciągają tysiące turystów. różne zimowo-letnie atrakcje w krainie „Kodoka” Na dzieci czekają parki linowe, czy inne strefy aktywnego wypoczynku, jak te w Lindlingalm. Na pewno nikt nie będzie się tu nudził, a każdy, młody, czy starszy znajdzie coś dla siebie. Jak już pisałem miejsce jest piękne, cały region i jego górski klimat niesamowity i to wszystko tylko 100 km od Salzburga, gdzie miejscowe lotnisko oferuje połączenia z wielu krajami. Z Polski południowej, mojego domu to tysiąc kilometrów, ale warto było jechać zobaczyć takie cuda na własne oczy. Znaleźć się w takiej baśniowej krainie to naprawdę gwarantuje niezwykłe wrażenia, a przeżycia przywiezione  z tej wyprawy zostaną na zawsze w mej pamięci. górski duch Berg Kodok- atrakcja nie tylko dla dzieci Ten region owszem jest drogi dla przeciętnych turystów, ale możliwości narciarskie przewyższają wszystkie nasze polskie o kilka klas. Polaków też tutaj spotkałem, więc jednak można przyjechać tu na sielankowy, niezapomniany urlop, czy ferie zimowe. Marzenia warto spełniać, a zwłaszcza walczyć, jeśli chcemy choć na kilka dni trafić do raju. Na koniec zapraszam do obejrzenia ostatnich niepublikowanych jeszcze fotek z pobytu. Zobaczycie miasto, nartostrady i alpejskie pejzaże. Polecam również waszej uwadze do obejrzenia film zmontowany posród narciarskich tras i wyciągów. To już koniec alpejskiej trylogii, oby były kiedyś następne… Tu znajdziecie wcześniejsze części opowieści. Z górskim pozdrowieniem Marcogor    [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Nauka jazdy na nartach w Saalbach-Hinterglemm oraz wizyta na hali Lindling Alm

marcogor o gorach

Nauka jazdy na nartach w Saalbach-Hinterglemm oraz wizyta na hali Lindling Alm

Saalbach-Hinterglemm to tętniący życiem ośrodek narciarski położony w dolinie Glemm w ziemi salzburskiej. Tutejsze tereny narciarskie okresla się mianem „Skicircus”. Należą one do dziesiątki najlepszych w całej Austrii i to nie tylko ze względu na ilość i rozmaitość tras zjazdowych, ale również niezwykle bogatą ofertę apres ski. I właśnie w tym niezwykłym miejscu dane mi było ostatnio się znaleźć i po wielu latach przerwy przypominać sobie narciarskie szaleństwo. Żeby odważyć się ponownie na zjazdy musiałem pobrać lekcje jazdy w szkółce narciarskiej, których tam nie brakuje. Posiadają one łatwe i łagodne łąki do nauki i szlifowania umiejętności. Instruktorzy mówią także po angielsku, ale mojego mogłem zrozumieć obserwując nawet jego mowę ciała i powtarzając jego ruchy. ośla łączka przy wyciągu Unterschwarzach Na stokach otaczających dolinę Glemm od południa (Reiterkogel, Bernkogel, Kohlmaiskopf) przeważają nasłonecznione trasy. Po przeciwnej stronie doliny szczególnie atrakcyjne są trzy zjazdy: trasa północna ze szczytu Schattberg do Saalbach (tylko dla narciarzy o bardzo dobrych umiejętnościach), zjazd zachodni do Hinterglemm i rodzinna trasa kończąca się przy dolnej stacji kolejki na Schönleiten. Kolejką tą można dostać się do ośrodka narciarskiego Kohlmais, należącego do Saalbach. Wyzwaniem nawet dla wytrawnych narciarzy ze sportowym zacięciem będzie z pewnością trasa zawodnicza przy wyciągu Unterschwarzach w Hinterglemm, gdzie można przejechać na tyczkach slalom, slalom gigant, albo slalom równoległy. przy jednej z wielu wypożyczalni sprzętu w Hinterglemm Doskonałe warunki czekają w Saalbach-Hinterglemm również na snowboardzistów, kilka halfpipe’ów na Bernkogel i Turmwiese, oświetlony Flood-Lit Fun Park przy wyciągu Unterschwarzach i inne atrakcje. Narciarze biegowi także znajdą coś dla siebie, choć ilość tras jest raczej skromna. Są natomiast tutaj doskonałe warunki do uprawiania zimą turystyki pieszej. Wiele wyratrakowanych dróg sprzyja spacerom między schroniskami i zwykli turyści też mają możliwości podziwiania pięknych alpejskich widoków i opalania na leżakach przy górskich chatach. A przecież przygotowane trasy można wykorzystać też do spacerów w rakietach śnieżnych, które także dostaniemy w licznych wypożyczalniach sprzętu w regionie. Dużo pięknych i spokojnych tras ku temu znajdziemy zwłaszcza w górze doliny, np. w pobliżu Lindling Alm. szkółka narciarska w Hinterglemm Możemy również pojeździć tu na sankach, nawet wieczorami. Jeden z narciarskich stoków zjazdowych także jest oświetlony i przystosowany do nocnych szusów. Baza apres ski należy do najlepiej rozwiniętych w całej Austrii. Nawet najbardziej wybredni znajdą coś interesującego dla siebie. Miasteczko Saalbach jest najczęściej wybierane przez młodzież i urlopowiczów z upodobaniem do zabawy do białego rana. W pełni sezonu ulice Saalbach przybierają niemal miejski charakter. W Hinterglemm jest spokojniej i przytulniej. Nie ma również aż tylu pensjonatów, gospód i hoteli. Nie można sobie wyobrazić narciarskiego ośrodka w Austrii bez rozsianych tuż przy trasach przytulnych górskich gospód i chat narciarskich. Takowych także tu nie brakuje w Saalbach-Hinterglemm. kursanci z instruktorem już wyposażeni na stok Swoją naukę na nartach pobierałem na oślej łączce pod lasem, nieopodal wyciągu orczykowego Unterschwarzach, leżącej na wysokości od 1050 m do 1373 m. W sam raz na pierwszy raz poważnej jazdy w profesjonalnym sprzęcie z wypożyczalni Alpinskischule. Instruktor Casper okazał się bardzo komunikatywnym i wesołym młodzieńcem, dla którego nauka jazdy dla pary czterdziestolatków, bo także mojej partnerki stanowiła zapewne nie lada wyzwanie. Jego cierpliwość i zaangażowanie oraz dobry humor pozwoliły nam w cztery godziny przypomnieć sobie podstawy narciarstwa, które możemy teraz szlifować w Polsce. Po trzech godzinach zjeżdżałem już z samej góry bez strachu. Casper okazał się super nauczycielem i pozdrawiam go teraz serdecznie. Zresztą na stoku uczyli się nawet turyści z Japonii, czy małe dzieciaki, więc moje poranne obawy szybko prysły. ciuchcia na stoku pod wyciągiem Unterschwarzachbahn A narciarzy na stok podwoziła nawet kolejka jak w Dolinie Chochołowskiej. Blisko była też gospoda, co by móc uzupełnić pokłady energii. Muszę przyznać, że to bardzo energetyczny sport. Podsumowując region Saalbach-Hinterglemm oferuje około 270 km tras o różnych stopniach trudności i 2 trasy biegowe. A wszystko na wysokości 950 m – 2096 m. Sezon narciarski trwa od początku grudnia do połowy kwietnia. Wyciągi zaś czynne są od 9 do 16 godziny. Wszystkie areały narciarskie dostępne są dzięki systemowi 70 różnych kolejek i wyciągów. Prawie wszędzie można wjechać gondolą lub orczykiem, albo na kanapie. Kolejki są usytuowane bardzo blisko głównej drogi przebiegającej przez obszar „Skicircus”. Oczywiście przy każdej dolnej stacji wyciągu do dyspozycji gości jest także parking. najmłodsi adepci narciarstwa na kursie jazdy Po narciarskich szaleństwach i odpoczynku popołudniu wybraliśmy się jeszcze z przewodnikiem wgłąb doliny Glemm pochodzić na rakietach śnieżnych. A dokładnie poszliśmy w górę Glemmtal na uroczą halę Lindling Alm. Miejsce to jest ulubionym terenem rodzinnego spędzania czasu. Oprócz restauracji jest tu stajnia z końmi, w zimie można odbyć uroczą przejażdżkę saniami. Niedaleko znajduje się parki linowy i plac zabaw dla aktywnych dzieci. Uwagę turystów przyciąga olbrzymi wiszący stalowy most nad doliną, który prowadzi nas na spacerową, podniebną trasę prowadzącą po wysokich drewnianych pomostach. Wycieczka oferuje świetne widoki na okoliczne szczyty, na czele z wyniosłym Tristkogelem. w krainie krasnali, na hali Lindling Alm Dostępu do tych cudów broni mały troll w kasie, który sprzedaje bilety wstępu na te atrakcje. Zwiedzający otrzymują wraz z biletem gustowne kapelusze jakie noszą krasnale w bajkach. Był też z nami kolega Cosmin z Rumunii, w trójkę wyglądaliśmy niezwykle bajkowo, bo tak tu można się bawić i czuć! Powyżej zabudowań tego centrum rodzinnego wypoczynku stoi odosobniona kaplica, w regionalnym stylu. Poszliśmy jeszcze wyżej wgłąb doliny, by bliżej przyjrzeć się dostojnym szczytom zamykającym dolinę Glemm oraz licznym lodospadom na stromych szczytach. Dostrzegłem, że jest tu bardzo wiele różnorodnych dróg spacerowych, czy szlaków turystycznych dla miłośników aktywnego spędzania wolnego czasu. stalowy most nad doliną w Lindling Alm W lecie z hali kursuje turystyczna  kolejka „dziecięca” do ostatniego przystanku autobusowego, tzw. Talschlusszug. Miejsce jest cudowne i na pewno tutaj powrócę, by zobaczyć w lecie ukwieconą halę i wejść na stromiznę Tristkogela. Po intensywnym spacerze był jeszcze czas na wyborną kawę w restauracji w Lindling Alm i zjechaliśmy już na dół terenowym autem przewodnika Hansa, bo zbliżała się noc. Ale o życiu nocnym i samym Saalbach-Hinterglemm przeczytacie już w kolejnym wpisie. Na koniec zachęcam do obejrzenia fotorelacji z tego wyczerpującego dnia, bo działo się naprawdę dużo. Ale dla takich atrakcji jakie czekały tu na mnie warto było dawać z siebie wszystko. Z górskim pozdrowieniem Marcogor górska chata na hali Lindling Alm na końcu Glemmtal [See image gallery at marekowczarz.pl]     Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Pierwszy raz w Alpach, czyli odnalezienie raju w regionie Saalbach-Hinterglemm

marcogor o gorach

Pierwszy raz w Alpach, czyli odnalezienie raju w regionie Saalbach-Hinterglemm

Marzenia jednak się spełniają… ledwo zaczął sie rok, a już jedno z największych moich pragnień zrealizowało się! Od dawna chciałem zobaczeć Alpy na własne oczy i ta nierealna do niedawna chęć teraz urzeczywistniła się. Niespodziewany dla mnie wyjazd związany był bardziej z sezonem narciarskim w pełni, bo w końcu mamy środek zimy, ale przy okazji nauki jazdy na nartach w jednym z najlepszych alpejskich kurortów, mogłem poznać też okoliczne góry i klimat małych austriackich miejscowości zagubionych pośrodku Alp. Dolina Glemmtal w dole Pojechałem w Alpy Kitzbühelskie, do jednego z największych centrów sportów zimowych; Saalbach -Hinterglemm. Ta położona w Dolinie Glemmtal gmina ma do zaoferowania olbrzymi areał narciarski, zwany pod nazwą Skicircus Saalbach Hinterglemm Leogang Fieberbrunn ( narciarski cyrk ). Położona jest w kraju związkowym Salzburg, w powiecie Zell am See, na wschodnim krańcu Alp Kitzbühelskich. miasteczko Hinterglemm widziane ze szczytu Schattberg West Jest znaną bazą narciarską i rozległym ośrodkiem sportowym, który swoją światową sławę zawdzięcza organizacji tutaj w 1991 r.  Mistrzostw Świata w Narciarstwie Alpejskim. Od tego czasu rozwija się cały czas, modernizując infrastrukturę, by trzymać światowy poziom dla wymagających fanów zimowego szaleństwa. kolejka Reiterkogelbahn z centrum Hinterglemm Tereny narciarskie Saalbach-Hinterglemm połączone są przez tzw. schischaukel ( narciarską huśtawkę ) z terenami Schonleiten- Leogang w sąsiedniej dolinie. Należą one do dziesiątki najlepszych w całej Austrii i to nie tylko ze względu na ilość i rozmaitość tras zjazdowych, ale również niezwykle bogatą ofertę apres ski. Do możliwości dla narciarzy jeszcze powrócę, ale pora narazie wrócić do początku mej wycieczki… Hinterglemm widziane z gondoli Westgipfelbahn Po przebyciu tysiąca kilometrów dotarłem do hotelu w centrum Hinterglemm korzystając z usług przewoźnika, który transferuje turystów z lotniska w Salzburgu. Na miejscu miała się rozpocząć moja szalona i niezwykła przygoda z Alpami. Pierwszy dzień przeznaczyłem na poznanie najbliższego regionu, a zwłaszcza szczytów okalających Dolinę Glemmtal oraz możliwości narciarskich. biegowo-spacerowa trasa u podnóży wierzchołka Reiterkogela na biegówki i nie tylko Posłużyły mi w tym bardzo dziesiątki kolejek i gondoli, którymi mogłem się szybko i sprawnie poruszać dzięki karnetowi na cały dzień na wszystkie kolejki. Zwiedzanie miałem ułatwione przez obecność przewodnika, który zaplanował dla mnie trasę eskapady. Dodam tylko, że warunki do uprawiania turystyki pieszej są tu równie znakomite. A to dzięki utrzymaniu wielu kilometrów tras dla narciarstwa biegowego, które umożliwiają też wygodne spacery po górach i dolinach. schronisko Rosswaldhütte, baza dla narciarzy i turystów Wyciągi są w Hinterglemm na wyciągnięcie ręki, więc skorzystałem z najbliższego, czyli Reiterkogelbahn, by szybko dostać się na górską drogę prowadzącą u podnóża szczytów. Już po wyjeździe na wysokość 1451 m mogłem podziwiać pierwsze panoramy na okoliczne wierzchołki gór, okalające Saalbach-Hinterglemm. Przy górskich chatach Sportalm oraz Wieseralm przewodnik poprowadził mnie na wygodną drogę, którą spacerowym tempem, cały czas podziwiając nieziemskie widoki dotarliśmy do schroniska Rosswaldhütte. dolna stacja kolejki Reiterkogelbahn w Hinterglemm Po drodze spotkałem ciekawą rzeźbę Berg-Kodoka, tj. miejscowego ducha gór. Przy bardzo ładnym schronisku, o typowym dla tego regionu góralskim wyglądzie dochodziła z góry nartostrada, którą sunął nieprzerwany sznur narciarzy. I fanów narciarstwa miałem tego dnia oglądać już bez końca, bowiem wszędzie pojawiały się kolejne trasy zjazdowe, a obok nich następne kolejki. jedna z wielu nartostrad obok schroniska Rosswaldhütte Z tego miejsca zeszliśmy skrajem nartostrady do przysiółka Kolling, gdzie wsiedliśmy w kolejną gondolę, tym razem Zwölferkogel-Nordbahn, która wywiozła nas na szczyt Zwölferkogel o wysokości 1983 m. Ten bardzo popularny wierzchołek posiada oczywiście na swoim czubku metalowy krzyż, przy którym odbyła się obowiązkowa sesja fotograficzna. Stoi tam interesujące urządzenie, zwane Snapshot, służące robieniu sobie samodzielnie fotek. wierzchołek Zwölferkogela -1983 m z panoramą Alp Kitzbühelskich Jest też oczywiście zaplecze dla narciarzy. Po długiej obserwacji rozległych panoram, nie tylko Alp Kitzbühelskich, ale nawet masywu Wysokich Taurów, na czele z Großglocknerem zjechaliśmy kolejną gondolą do schroniska Die Winkler Alm na lunch. Ta górska chata na przełęczy na wysokości 1553 m oferuje bardzo smaczne jadło, jak też smakołyki, jest zatem oblegana przez aktywnych turystów i narciarzy. górska chata Die Winkler Alm na przełęczy – mekka narciarzy Zjadłem tu pyszny strudel z jabłkami w sosie wanilowym z cynamonem jako dodatek do kawy i odzyskawszy energię postanowiłem zaliczyć kolejny szczyt. Po zjeździe, tym razem kolejką Zwölferkogelbahn do Hinterglemm pożegnałem się z przewodnikiem, Panem Hansem Ederem, którego serdecznie pozdrawiam i postanowiłem samodzielnie dostać się nastepną kolejką na wierzchołek Schattberga West, mierzący 2096 m. panorama Alp ze szczytu Schattberg West -2096 m Wykorzystałem tu kolej Westgipfelbahn, by zdążyć przed końcem dnia jeszcze raz podziwiać alpejską panoramę szczytów. Jako, że szczyt wyższy to i widoki były rozleglejsze. Dzięki bardzo dobrej tego dnia pogodzie zobaczyć mogłem góry w promieniu około trzydziestu kilometrów. Tylu wyniosłych, olbrzymich szczytów nie widziałem nawet w Tatrach. Ale to nic dziwnego, bo przecież Alpy są kilkukrotnie rozleglejsze od naszych największych gór. genialne widoki na alpejskie szczyty z wierzchołka Schattberga West Obowiązkowa była oczywiście sesja na szczycie z krzyżem i klimatyczną ławeczką nastrajającą do długiej delektacji niesamowitymi widokami. Była ze mną też dzielna towarzyszka mej eskapady Amelka. Do pobliskiego schroniska Westgipfelhütte nawet nie chciało nam się wchodzić, żeby nie uronić nic z boskich widoczków i zbliżajacego się zachodu słońca. Jako, że kolejka kursowała tylko do 16 godziny musieliśmy jednak zjechać z powrotem do Hinterglemm, ale to nie był jeszcze koniec naszej przygody. O następnych wydarzeniach, a także więcej o areałach narciarskich przeczytacie w kolejnej części mej alpejskiej opowieści. schronisko Westgipfelhütte na zboczach Schattberga West Jednego byłem już pewien po tym pierwszym zetknięciu z Alpami, że trafiłem do raju… Na własne oczy przekonałem się o magii takich miejsc, alpejskich górskich dolin, z zagubionymi tam wioskami i morzem szczytów dookoła. A wszystko to okraszone wszystkimi wygodami i pełną infrastrukturą, jaką potrzebują narciarze, czy turyści, chcący przeżyć tu bajkowy urlop, nie martwiąc się o nic. Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia fotorelacji z wypadu. A tam mnóstwo alpejskich panoram i widoków nartostrad. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Z Łabskiej Boudy przez Śląski Grzbiet na Przełęcz Karkonoską

marcogor o gorach

Z Łabskiej Boudy przez Śląski Grzbiet na Przełęcz Karkonoską

Opisując moją ostatnią wędrówkę przez Karkonosze, zostawiłem was drodzy czytelnicy w Łabskiej Boudzie. Pora wrócić do tej górskiej opowieści, która rozpoczęła się w czeskim miasteczku Szpindlerowym Młynie. Chciałem tam powrócić, więc musiałem kontynuować swoją wycieczkę zaplanowaną pętelką. Po wielu pozytywnych wrażeniach wyniesionych z Doliny Łaby ruszyłem podgraniowym zielonym szlakiem w stronę Martinovej Boudy. Wędrując pośród cudownych pejzaży dostrzegłem też wiele innych budynków (boudy), których jest znacznie więcej niż po polskiej stronie Karkonoszy. Pogoda była wyśmienita, więc nie mogłem się powstrzymać, aby co chwilę nie pstrykać fotek zmieniającym się krajobrazom. Wkrótce dotarłem łagodnym, wygodnym chodnikiem z kamieni do mego kolejnego celu, czyli Martinovej Boudy. Martinova Bouda – położona na 1288 m To schronisko położone jest na zboczu Wielkiego Szyszaka przy węźle szlaków turystycznych na wysokości 1288 m. Czeska buda należy do najstarszych w Karkonoszach. Jego poprzednik został założony w tym miejscu w roku 1642 i chronił uciekinierów wojennych podczas wojny trzydziestoletniej. Schronisko odnowił w roku 1785 Martin Erlebach, od którego zyskało swą nazwę. Schronisko jest (według niektórych źródeł) miejscem urodzin i lat dziecięcych Martiny Navratilovej. Ot taka ciekawostka dla fanów tenisa. Wnętrze budynku jest bardzo klimatyczne, o ciekawym wystroju, tak, że nie chciało mi się go opuszczać, tym bardziej, że spotkała mnie tam wielka niespodzianka, czyli spotkanie na żywo z wirtualną znajomą górołazką z Sieradza! na zielonym szlaku Trzeba było w końcu ruszyć dalej, bo cudne przestrzenie czekały na mnie, aż do końca dnia. Po krótkim podejściu znalazłem się na Czarnej Przełęczy, leżącej już na głównym karkonoskim grzbiecie. Ponownie znalazłem się na pięknej i widokowej grani Śląskiego Grzbietu. Wyraźne siodło przełęczy oddziela masyw Śmielca od Czeskich Kamieni. Otoczenie przełęczy stanowi obszerna górska polana porośnięta kosodrzewiną. Jest też tu obszerna zadaszona wiata turystyczna, gdzie można awaryjnie przenocować oraz ławki i stoły dla utrudzonych turystów. Niedaleko przełęczy stoi pomnik czeskiego dziennikarza Rudolfa Kalmana, który zmarł tragicznie w tym miejscu w zimie 1929. Ja byłem wypoczęty i najedzony więc poszedłem dalej w kierunku pobliskich Czeskich Kamieni. otoczenie Czarnej Przełęczy Czeskie Kamienie to szczyt i grupa skał o tej samej nazwie. Wraz z leżącymi na wschodzie Śląskimi Kamieniami tworzą rozległą kulminację grzbietu. Nieopodal szczytu, na jednym z głazów wykuta jest data 14 stycznia 1929 r., upamiętniająca śmierć w czasie burzy śnieżnej dziennikarza Rudolfa Kalmana. Wierzchołek porośnięty jest kosodrzewiną, poza skałkami na szczycie w masywie występuje kilka innych grup skałek. Nie musze chyba dodawać, że widoki z niego dookoła to miód dla duszy i balsam dla oczu spragnionego estetycznych wrażeń turysty. Czeskie Kamienie Leżący nieopodal masyw Śląskich Kamieni także zbudowany jest z karkonoskiego granitu. Ta grupa skał wydała mi się jeszcze ładniejsza z racji finezyjnych, niezwykłych kształtów. Na niektóre skałki na szczycie można się wspiąć. Ciekawa legenda mówi o śmierci młodej dziewczyny w miejscu Śląskich Kamieni – stąd czeska i niemiecka nazwa Dívči kameny/Mädelsteine (Kamienie Dziewczęce). Zszedłem stąd do Petrovej Boudy, a raczej do tego co z niej zostało… Historia tego czeskiego schroniska górskiego w rejonie Hutniczego Grzbietu sięga roku 1790. Po pożarze w 2011 r. planowana jest jego odbudowa do roku 2019. Pozostałości obecnych ruin tego tętniącego kiedyś życiem miejsca robią przygnebiające wrażenie. Dlatego uciekłem stamtąd szybko, by wkrótce dotrzeć na Przełęcz Dołek. Śląskie Kamienie To wyraźne obniżenie w połowie Śląskiego Grzbietu składa się z dwóch przełęczy. Pierwszą od zachodu i głębszą (1178 m n.p.m.) jest właśnie Przełęcz Dołek, a za Ptasim Kamieniem, na wschód znajduje się Przełęcz Karkonoska o wysokości 1198 m n.p.m., do której zarówno od czeskiej, jak i od polskiej strony prowadzi asfaltowa droga. W Czechach całe siodło (oba obniżenia) nosi nazwę Slezské sedlo. Na Dołku odnalazłem krzyż, upamietniający śmierć tutaj turysty. Po chwili zadumy nad ludzkim losem wspiąłem się szybko na ostatni tego dnia wierzchołek – Ptasi Kamień. Przez ten niezbyt wybitny szczyt w środkowej części Śląskiego Grzbietu dotarłem do końca swej całodziennej wędrówki przez niezwykle urocze tereny najwyższego pasma Sudetów. okolice nieistniejącej Petrovej Boudy Właśnie na Przełęczy Karkonoskiej planowałem zakończenie wytyczonej sobie trasy, choć była też opcja schodzenia na nogach asfaltem do Szpindlerowego Młyna, gdzie zostawiłem auto. Bardzo dobrze utrzymana droga jezdna z Czech wykorzystywana jest jednak do połączeń autobusowych z miasteczkiem poniżej. Dzięki temu udało mi się zaoszczędzić nogi i zdążyć do punktu wyjścia przed nocą. Nieco nad przełęczą znajduje się polskie schronisko Odrodzenie oraz niżej czeski hotel Špindlerova bouda o standardzie 3 gwiazdki, zaś na samej przełęczy stoi dawny budynek straży granicznej. Po czeskiej stronie, około 300 metrów niżej od Špindlerovej boudy mieści się także wojskowy ośrodek wypoczynkowy VS Malý Šišak, który powstał w okresie międzywojennym. W pobliżu, przy drodze prowadzącej do Szpindlerowego Młyna, znajduje się jeszcze kilka innych obiektów turystycznych. okolice Przełęczy Karkonoskiej z widocznym Małym Szyszakiem Jako ciekawostkę dodam, że droga od polskiej strony wykorzystywana jest przez cyklistów i należy do najstromszych podjazdów w Polsce. Polski odcinek jest bardzo zniszczony i zamknięty dla ruchu motorowego. Biorąc pod uwagę różnice nachyleń, która od dołu podjazdu z Podgórzyna (347 m n.p.m.) na przełęcz wynosi 891 m (na długości 12,44 km), jest to najtrudniejszy asfaltowy podjazd w Polsce. Jej nachylenie miejscami dochodzi do 29%, a średnia najbardziej stromego odcinka – 16%. Kto się zmierzy? Tutaj nawet zawodowcy schodzą z rowerów. Natomiast ze Szpindlerowego Młyna 8-kilometrową drogą kursuje autobus na samą przełęcz, dojazd samochodem jest ograniczony. Jest to jakaś alternatywa dla bardziej leniwych turystów. Szpindlerova Bouda z prawej i dawny budynek straży granicznej Widoki z przełęczy choć ograniczone są bardzo ładne, zwłaszcza jesienią, ze względu na kolorowe trawy. A moja wyprawa odbyła się właśnie jesienną porą. Udało mi się złapać więc ostatni autobus i wygodnie zjechać do samochodu na parkingu. Druga część mej eskapady, którą opisałem, przebiegająca głównie grzbietem Karkonoszy była bardzo przyjemna i niewymagająca. Nie było, gdzie się zmęczyć… ale czy zawsze jest to konieczne? Miałem jeszcze czas na zwiedzanie wspaniałego, klimatycznego miasta -Szpindlerowego Młyna. Na koniec mej opowieści zapraszam jak zwykle do obejrzenia galerii zdjęć z wycieczki. Dzięki genialnej pogodzie fotki w pełni oddają piękno, jakie było moim udziałem w czasie tego wypadu. Oby więcej tak świetnych i widokowych wypraw. Z górskim pozdrowieniem Marcogor okolice przełęczy Dołek [See image gallery at marekowczarz.pl]   Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

marcogor o gorach

Doliną Łaby do Łabskiego Wodospadu i jej źródeł oraz Łabskiej Budy

Po weekendzie spędzonym w Karkonoszach z noclegiem w Śląskim Domu na płaskowyżu pod Śnieżką postanowiłem przenieść się z akcją górską na czeską stronę tych uroczych gór. Polskie oraz graniczne szlaki poznałem już dość dobrze, co opisałem ostatnio tutaj i tu, pora więc była najwyższa na zaznajomienie się z atrakcjami czeskich Karkonoszy. Najwyższy szczyt Czech, czyli Śnieżkę zdobywałem już kilka razy, ale przecież góry skrywają wiele innych cudów. Za cel obrałem sobie klimatyczne czeskie miasteczko, czyli Szpindlerowy Młyn, skąd zamierzałem zrobić górską pętelkę.                                                                                                                                            Hotel w Karpaczu, gdzie spędziłem ostatnią noc pozwolił mi dobrze wypocząć. Pisałem już o tym noclegu, który oferuje komfortowe warunki w centrum miasta, posiada nawet saunę i basen z jacuzzi, co otwiera drogę do super relaksu po górskiej wyrypie. Dobre zaplecze noclegowe, gdzie można zregenerować siły w trakcie kilkudniowej wyprawy to podstawa. Spędzając kilka dni w Sudetach musiałem o to zadbać i znalazłem ten świetny obiekt. widok na Dolinę Łaby spod schroniska Ale wracając do konkretów Szpindlerowy Młyn to największy ośrodek narciarski w Czechach. Tutaj również ma swoją główną siedzibę Horská služba. Miasto jest odpowiednikiem Karpacza po czeskiej stronie granicy i również skupia główny ruch turystyczny regionu. Wychodzi stąd mnóstwo szlaków w góry. Na północny-zachód od miasta ma swoje źródło Łaba. I to właśnie mnie zaciekawiło najbardziej, w końcu to jedna z największych rzek Europy. Postanowiłem zwiedzić cudowną, jak się sam przekonałem Dolinę Łaby, której źródła są wysoko w górach, blisko głównego grzbietu tego pasma. A dokładnie źródła Łaby znajdują się na Łabskiej Łące, poniżej Łabskiego Szczytu, na wysokości 1387 m n.p.m. Potem płynie ona na wschód tworząc na początku cudną dolinę górską. Największymi jej ozdobami są wodospady i liczne kaskady, czy bystrzyny na wartkim, początkowym nurcie strumyka, a później coraz większej rzeki. Mały Łabski Wodospad Wybrałem zatem niebieski szlak pozostawiwszy auto na parkingu przy aquaparku w górze miejscowości. Prowadzi on  początkowo po dnie doliny, po tzw. Harrachowej Drodze wybudowanej już w 1896 r. Jej górne zakończenie stanowi dopiero początek właściwej ścieżki wysokogórskiej, tutaj kończy się też Labský důl, czyli najstromsza część doliny.   Cała ta polodowcowa dolinka ciągnie się na długości 8km. Jest wcięta między Śląskim Grzbietem od północy a niewielkim grzbietem Karkonosz (czes. Krkonoš), stanowiącym część Czeskiego Grzbietu (czes. Český hřbet), od południowego zachodu i południa. Stanowi fragment Sedmídolí, czyli systemu siedmiu dolin. Charakteryzuje się stromymi skalnymi ścianami dochodzącymi do 300 m wysokości, po których spływają źródliskowe cieki Łaby, tworząc długie ciągi kaskad i wodospadów, co dla turysty idącego bardzo długo wzdłuż biegu Łaby stanowi nie lada gratkę. Dno doliny usłane jest głazami moreny dennej oraz bocznych. kopczyki w Dolinie Łaby Idąc w górę doliny i podziwiając stale różne wodne atrakcje nie sposób było nie zauważyć także olbrzymich lawinisk składających się z ogromnych głazów. Im dalej, tym było piękniej, rzeka coraz węższa zamieniła się w szemrzący wartkim nurtem górski potok. Dalej dolina rozszerza się i skręca ku zachodowi. Północne zbocze jest łagodniejsze i porośnięte lasem. Południowe jest skaliste. Znajduje się tu Kocioł Harracha lub Harrachowy Kocioł (Harrachova jáma) oraz liczne zerwy skalne. Najwspanialszym miejscem jest Mały  Łabski Wodospad. Wędrując wyżej, po wyjściu ponad las z oddali widzimy natomiast Pančavský vodopád (Wodospad Panczawy) o wysokości 148 m – najwyższy wodospad Karkonoszy oraz Czech. Całkowita wysokość wszystkich jego kaskad wynosi 250 m. Niedaleko zobaczyć można słynną tzw. Głowę Krakonosza. A blisko mojej trasy widoczne były też Łabskie Kaskady, spadające z nieokiełznanym hukiem. kaskady Łaby Dolina ponownie rozszerza się i skręca na północ. Jej wschodnie zbocze jest strome, sterczą z niego pojedyncze skały i grzędy skalne. Zbocze zachodnie jest bardzo strome, skaliste. Znajduje się tu Naworski Kocioł (Navorská jáma) i Łabski Wąwóz (Labská rokle), otoczony skalistymi ścianami. Właśnie w tej roklinie spada wysoki 20-metrowy Łabski Wodospad (Labský vodopad). Całkowita wysokość kaskad wynosi 50 m. Możliwe jest dojście na skraj urwiska, żeby zobaczyć próg wodospadu. Umożliwia to zainstalowana tam platforma widokowa. Z tego miejsca rozpościera się już także szeroka panorama na czeską krainę. Całość mieści się w pobliżu Łabskiej Budy, czyli jednego z najbardziej znanych karkonoskich, czeskich schronisk. Łabski wodospad Olbrzymi gmach „Labskiej boudy” widoczny był już w trakcie podchodzenia do wodospadu. Wygodna ścieżka pozwoliła mi na skupieniu się na coraz piękniejszych karkonoskich krajobrazach. Schronisko położone jest nad górnym obrzeżem doliny Labský důl i posiada obecnie 120 miejsc noclegowych w 79 pokojach. Do dyspozycji gości są 2 restauracje, sauna i siłownia oraz sprzęt do uprawniania sportów, jest też możliwość skorzystania z internetu. Zjadłem tu ciepły posiłek, delektując się widokami z tarasu. Niestety wielkość tego budynku w żaden sposób nie pasuje do górskiego otoczenia, architekci przesadzili, ale cóż poradzić… W odległości 1 kilometra znajdują się źródła rzeki Łaba (stąd nazwa obiektu) i na dojściu tam się skupiłem. studzienka symbolizująca źródła Łaby Miejsce łatwo odnaleźć przy zielonym szlaku, bo zrobiono tam studzienkę z tablicą informacyjną. Poza tym niczym się nie wyróżnia, ale zaliczyć trzeba było, bedąc tak blisko. Powróciłem z powrotem do schroniska na pyszną kawkę, aby skierować się w przeciwną stronę, nadal malowniczym zielonym szlakiem, pośród urokliwej scenerii, cudnej przyrody kontrastującej z zimnymi głazami. Moim kolejnym celem była Martinova Bouda, ale o tej wędrówce przeczytacie już w kolejnej opowieści. Na koniec jak zawsze zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wycieczki. Z górskim pozdrowieniem Marcogor olbrzymi gmach schroniska Łabska Bouda widoczny z podejścia doliną [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Emocje w górach, a nawet miłość

marcogor o gorach

Emocje w górach, a nawet miłość

Dziś troszkę inaczej o górach. Z humorem, czy też powagą, zależy zapewne od naszej wyobraźni. Bo, że góry to miejsce magiczne, cudowne i niezwykłe na całym swiecie, w każdym miejscu naszego globu to wie każdy turysta. Nie muszę przekonywać, że górska kraina wyzwala w nas niesamowite uczucia, zachwytu, emocji, tęsknoty, zadumy, oczarowania. Ile to razy zachłysnęliśmy się nieodgadnionym klimatem gór, będąc w jednym, czy drugim pasmie górskim? Jak często magia, czar, urok tego świata, jakby z bajki, ale też czasami bardzo realnego, aż ocierającego nas o śmierć oczarowało nas bez pamięci? Jak wiele razy towarzyszyło nam w górach cierpienie, wysiłek, aż do utraty tchu, zniecierpliwienie, ból z wycofu, albo odwrotnie nadzieja i moc, która pozwalała przezwyciężyć wszystkie nasze słabości i dodawała sił. Nieraz górski szlak łączy nawet dwie spokrewnione dusze na całe życie. górski szlak nieraz łączy dwie spokrewnioje dusze, w Karkonoszach też Ludzkie uczucia są więc nierozerwalnie związane  z górami, bo tam życie także toczy się naprawdę, choć nieraz po przekroczeniu ich granic wydaje się nam, że wstąpiliśmy na scenę jakiejś baśni, w której gramy główne role i zakończenie musi być pozytywne. W świecie gór również uczucie miłości może się pojawić z nienacka i zawładnąć naszym sercem na długo. Piękna sceneria, wyluzowanie i pozytywne nastawienie do świata sprzyja przecież otwarciu się na drugą osobę i kontakty z bliźnimi. Już powiedziałem kiedyś w wywiadzie, że góry to doskonałe środowisko do zakochania się i znalezienia swej drugiej połówki. Bo tutaj nikt niczego nie udaje, pozostaje sobą, na inne zachowania i gierki po prostu nie ma się sił. Ja swoją miłość także odnalazłem w górach, bo tu możemy spotkać przecież osobę o podobnej pasji. A nic tak nie łączy jak wspólne zainteresowania… Uczucie zwykle spada na nas, jak grom z jasnego nieba, a to górskie niebo bywa wyjątkowe! A na deser dziś przygotowałem dla was erotyk górski znakomitego autora Lecha Kamińskiego: w bajkowej krainie każdy może się zakochać, w jesiennych Karkonoszach także Zapomniałem Twoje imię była przecież miłość dla mnie najważniejsza zdarzyło się i była gdyż góry i las potok pstrągami szumiał gdzieś w doliny pośpiesznie po drodze kamienistej daleko wśród gór wysokich byłaś ty jak ułuda czy zjawa a przecież się zdarzyło wbrew sobie wbrew nam czar lasu i gór kto zawinił że zapanowały zmysły że rozsądek i umysł się zapodział zasnęła wola świadomość sex szalony zapomniałem twoje imię pozostałaś gdzie potok i las pozostał na zawsze czar z sobą cząstkę zabrałem zachowałem twoje imię… wiem górska droga, tutaj karkonoska czasami może być wspólna dla drugiego wędrowca Na koniec jeszcze jedna sprawa. Jeśli ktoś niestety uległ wypadkowi, np. w górach i ma problem z wypłatą odszkodowania, lub sprawa się przeciąga może skorzystać z usług w zaprawionej w takich bojach Kancelarii Lex, którą znajdziecie tutaj http://www.polisolokaty.com/. Czasem warto skorzystać z pomocy prawnej, gdy wydaje się nam że już wszystko stracone. Firma poprowadzi też nam wiele innych spraw związanych z walką z silniejszymi zazwyczaj potentantami, polecam ich usługi. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]