PODSUMOWANIE ROKU 2016

Traveler Life

PODSUMOWANIE ROKU 2016

POJECHANA

POJECHANY rok – podsumowanie 2016

Minął kolejny szalony rok- wypełniony podróżami po brzegi (byłam w podróży 10 miesięcy, podczas których odwiedziłam 13 krajów na 5 kontynentach), ale i pełen refleksji i szukania swojego miejsca- na ziemi i w życiu. Rok nowych wyzwań, ważnych decyzji i ogromnej pracy nad sobą (o czym jeszcze Wam nie wspominałam, ale zbieram się). Rok docierania się w związku i przecierania nowych zawodowych szlaków. Rok, w którym znów wiele rzeczy zrobiłam po raz pierwszy raz w życiu, z czego ogromnie się cieszę i rok, w którym zdecydowałam, że pewne rzeczy zrobiłam po raz ostatni. Rok, który przygotował mnie na nowy etap życia, który właśnie zaczynam na przedmieściach francuskiego Annecy, z głową pełną pomysłów i celów (nie tylko zawodowych) na nowy, 2017 rok. Ale po kolei, najpierw podsumowanie 2016 roku. Styczeń Domowy klimat i leniuchowanie w hamaku z ksiażką- tak mogłabym podsumować styczeń, kiedy to, po 5 miesiącach w podróży, postanowiliśmy trochę pomieszkać. Padło na Laos, gdzie wynajęliśmy bungalow nad rzeką i codziennie chodziliśmy do tego samego ulicznego baru na poranną kawę i kanapkę z jajkiem, a potem na ten sam sok ze świeżych owoców, by w końcu położyć się codziennie w tym samym hamaku. Potrzebowaliśmy zwolnić na chwilę, mieć sąsiadów i swoje miejsca, potrzebowaliśmy poczuć się gdzieś jak u siebie, szczególnie, że otwierały się przed nami nowe możliwości i szykował kolejny, bardzo intensywny okres. Luty W lutym spełniło się jedno z naszych największych marzeń: ktoś inny miał płacić za nasze podróże. Adrien dostał sponsoring Adidasa na swój paralpinistyczny projekt w Boliwii (co oznaczało nagłą zmianę w planach i zamiast podróży do Nepalu, szybkie przenosiny do Ameryki Południowej), a ja (dzięki Waszym głosom!) zostałam wybrana jako jeden z 30 blogerów z całego świata na dwutygodniową podróż po indyjskiej Kerali. Znacie to uczucie, gdy Wasza ciężka praca zostaje w końcu doceniona i marzenia się spełniają? Fajne, co? Marzec Marzec był wyjątkowo szalonym miesiącem, w którym byłam w pięciu krajach na trzech kontynentach i zaraz miałam lecieć na czwarty (nie to, żebym narzekała, oj nie). Odwiedziłam między innymi Zanzibar, gdzie pojechałam na wyjazd prasowy na zaproszenie biura podróży i linii lotniczych. Wpadłam też na chwilę w odwiedziny do Polski i Francji, by przepakować plecak i wsiąść w samolot do Ameryki Południowej. Kwiecień W kwietniu kupiliśmy samochód z namiotem na dachu i ruszyliśmy w ponad pół roczną podróż przez góry i pustynie Ameryki Południowej. Rozpoczęliśmy w Boliwii, gdzie odwiedziliśmy (między innymi) najpiękniejsze miejsce na naszej planecie, czyli srogi Eduardo Avaroa National Reserve. Było zimno, wietrznie, w oczy sypał kuch, energię odbierało rozrzedzone wysokością ponad 4000 metrów powietrze, a i tak było najpiękniej. To w kwietniu robiliśmy sobie śmieszne zdjęcia na Salar de Uyuni, kąpaliśmy się w gorących źródłach na Sajamie i weszłam na swój pierwszy pięciotysięcznik- wulkan Tunupa. Koniecznie zobaczcie Boliwię na 20 zdjęciach, które same spakują Wam plecak. Maj W maju, w ramach blogowych obowiązków, poleciałam na dwa tygodnie do Kostaryki uczyć się języka hiszpańskiego– jak ja kocham swoją pracę! Drugą połówkę miesiąca spędziłam w La Paz, gdzie miałam szczęście uczestniczyć w jednym z największych tamtejszych świąt: szeleszczącej falbanami kolorowych spódnic Fieście del Gran Poder. Już w drodze do Peru, odwiedziliśmy przeuroczą boliwijską Soratę i Copacabanę, która była moim największym podróżniczym rozczarowaniem 2016 roku. Czerwiec W czerwcu przenieśliśmy się do Peru zdobywać kolejne górskie przełęcze i szczyty. W drodze do Cordillery Blanca, odwiedziliśmy takie ikony peruwiańskiej turystyki jak Arequipa, Tęczowa Góra, Machu Picchu i Huacachina, by zatrzymać się na dłużej w Huaraz. To stąd wyruszaliśmy na coraz dalsze i wyższe szlaki, ciesząc się słońcem w w malowniczych dolinach (zajrzyjcie do wpisu o mojej ulubionej dolinie Ishinki) i śniegiem na szczytach. Lipiec W lipcu w dalszym ciągu deptaliśmy po Cordillerze Blanca, tylko poprzeczkę podnosiliśmy sobie (każdy swoją) coraz wyżej. Ja porwałam się z motyką na słońce, a raczej z czekanem na Ishinkę i… udało się! Stanęłam na położonym na wysokości 5534 metrów lodowym szczycie i szczęśliwie zeszłam do doliny. Było ciężko, było zimno, było pięknie. Ostatni odcinek do szczytu musiałam się wspinać po lodowej ścianie co podobało mi się najbardziej i już ostrzę zęby na kolejne góry, bo po raz kolejny przekonałam się, że niemożliwe jest gdzieś jeszcze wyżej niż mi się wydawało. Sierpień W sierpniu postanowiliśmy zmienić snute wcześniej plany i skorzystać z zaproszenia mojego znajomego z Chin, co oznaczało podróż do kraju, którego nie było na naszej liście- Ekwadoru. Nie wiedzieliśmy absolutnie nic o tym miejscu na ziemi, nie mieliśmy żadnych oczekiwań i… zakochaliśmy się do szaleństwa od pierwszego wejrzenia! Tak, to tu postanowiliśmy osiąść na stałe po zakończeniu naszej podróży i z tą myślą jechaliśmy dalej (nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jak szybko los nam rzuci pod nos inne rozwiązanie). Wyznaczyliśmy sobie nawet termin przeprowadzki: maj 2017. Wrzesień Wrzesień zaczęliśmy szalonym rajdem w… drugą stronę, czyli z północy Ekwadoru, przez całe Peru aż do Santiago de Chile, w którego okolicach spędziliśmy ostatnie tygodnie naszej podróży A&A dookoła świata. To tu żegnaliśmy się z naszym „domem” na kółkach, to tu witaliśmy się i żegnaliśmy z nowymi znajomymi (w tym z superowymi Polkami) i powoli przygotowywaliśmy się do pożegnania z naszym nomadzkim stylem życia (koniecznie przeczytajcie wpis 44 znaki, że Twój road trip przez Amerykę Południową trwa zbyt długo). Październik W październiku pożegnaliśmy się na dobre (choć mam nadzieję, że nie na zawsze) z Chile i Ameryką Południową, po czym zaczęłam prawdziwy maraton: tydzień we Francji u teściów, tydzień w Polsce u siostry, tydzień na Malcie na kursie angielskiego jeszcze się trochę dogrzać przed nadchodzącą zimą (moją pierwszą w Europie od 5 lat!), krótki przystanek na pastę i prosecco w Rzymie i… miesiąc uciekł. Listopad Calutki listopad spędziłam w Polsce. Ruszyłam z robotą aż furczało, podchodziłam z różnych stron do różnych swoich pomysłów, które pojawiały się w mojej głowie w tych beztroskich miesiącach podróży. Wiedziałam już, że Adrien dostał propozycję pracy we Francji, którą bardzo by mu było szkoda odrzucić. Wiedziałam, że możliwości zawodowe jakie stoją przede mną mogą mi pozwolić mieszkać gdziekolwiek zechcę, również we Francji, tylko muszę się spiąć. No to się spięłam i mam nową pracę i nowy dom. Grudzień   W grudniu pożegnałam się znów z przyjaciółmi i rodziną w Polsce, wysłałam pocztą kilka kartonów i przeprowadziłam się do Francji, gdzie wciąż jeszcze szukam idealnego domu do wynajęcia, samochodu, wybieram szkołę języka francuskiego, klub wspinaczkowy i wyglądam potencjalnego materiału na nowych znajomych. Poznaję francuską kulturę (spędziłam tu swoje pierwsze rodzinne od kilku lat święta Bożego Narodzenia) i kolejne słówka (które jak na złość, wciąż nie chcą zostawać w głowie). Wyglądam z utęsknieniem momentu, gdy będę znów miała swoją kuchnię, biurko do pracy, swoje nawyki i rytuały w tym starym/nowym kraju. I swojego powrotu na szlak też (już w styczniu jadę do Kambodży jako przewodnik) doczekać się nie mogę. I nie mam zamiaru rezygnować z żadnego z tych dwóch, z pozoru przeciwstawnych marzeń. I tego również Wam życzę- byście nigdy nie rezygnowali ze swoich marzeń, byście zawsze szukali do skutku satysfakcjonujących Was rozwiązań. I jeszcze umięjętności cieszenia się z małych rzeczy, tak jak ja ze spotkania dwóch borsuków kilka dni temu i kwaszonej kapusty na francuskim stole. I dużo odwagi i szczypty szczęścia, dzięki którym zrobicie sobie kolejny super fajny rok. Pamiętajcie, że nikt za Was tego nie zrobi! Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy. Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera! Post POJECHANY rok – podsumowanie 2016 pojawił się poraz pierwszy w Pojechana.

TROPIMY PRZYGODY

Perito Moreno. W patagońskiej krainie lodu

Niby to tylko lód, a jednak wielka atrakcja turystyczna. Bo to nie jest zwykły lód. Biały, a częściej niebieskawy, gigantyczny lód. Trzeszczy, stuka, a kiedy mały kawałek wielkości autobusu odrywa się wpada do wody ma się wrażenie, że gdzieś obok spada bomba albo zaczyna się właśnie przerażająca burza. Przed nami lodowiec Perito Moreno – jedna z największych atrakcji argentyńskiej Patagonii. Perito Moreno niczym 20-piętrowy budynek Kiedy się patrzy na Perito Moreno, wiadomo że jest wielki. Ale dopiero liczby, porównania i wyobraźnia pozwalają uświadomić sobie jego ogrom. No to po kolei: lodowiec Perito Moreno ma 5 kilometrów szerokości, 30 długości i […] Artykuł Perito Moreno. W patagońskiej krainie lodu pochodzi z serwisu Tropimy Przygody.

WOJAŻER

Supra, tamada i biesiada. O tym jak w Gruzji wznosić toasty

O sztuce gruzińskiego biesiadowania oraz wznoszenia toastów.

HANNA TRAVELS

My year 2016 and plans for 2017

Today I am happy. I am glad that 2016 is finally over because it was a very difficult year for me, but on the other hand I appreciate many things that happened during last 12 months, things I learnt lessons from. If I had to define 2016 in just one epithet, it would be a life […] Post My year 2016 and plans for 2017 pojawił się poraz pierwszy w Hanna travels.

Okazja! 3 dni w Rzymie za 123 PLN

Kulinarny Blog

Okazja! 3 dni w Rzymie za 123 PLN

Marzy Wam się podróż do romantycznego Rzymu? A może macie ochotę na pyszne espresso, czy przepięknie zrobione cappuccino, a może jednak macie ochotę na włoską pizzę? Znalazłem dla Was bardzo tani lot do Rzymu za 123 PLN od osoby, do tego nocleg w bardzo tanim hotelu, za 3 noce dla dwóch osób zapłacicie tylko 255 PLN. Lot do Rzymu i lot powrotny Bilety zarezerwujecie na stronie Ryanair.pl Lot z Warszawy do Rzymu Lot z Rzymu do Warszawy   Nocleg Hotel z Booking.com -> Hotel Antico Casale Jeśli jednak chcecie skorzystać z innego hotelu, to zapraszam na stronię Booking.com Podsumowanie Warszawa Modlin – Rzym Campino – 58 PLN Rzym Campino – Warszawa Modlin 65 PLN Nocleg – 255 PLN (2 osoby)   Skorzystacie? Post Okazja! 3 dni w Rzymie za 123 PLN pojawił się poraz pierwszy w Kulinarny Blog - wiesz jak gotować!.

Kami and the rest of the world

117 days of travels – good bye 2016!

I finish each year on the blog with a summary of past 12 months. I do it for myself in the first place, it’s a good way to reflect on the recent ups and downs and appreciate what I have and what I achieved. But the other day a friend of mine told me this […] Post 117 days of travels – good bye 2016! pojawił się poraz pierwszy w Kami and the Rest of the World.

Plecak i Walizka

Podsumowanie roku 2016 i plany na 2017

Dzisiaj jestem szczęśliwa. Chociaż z jednej strony cieszę się, że 2016 wreszcie się skończył, bo to był dla mnie dość trudny rok, to z drugiej doceniam, że wydarzyło się w ciągu tych 12 miesięcy wiele rzeczy, z których wyciągnęłam lekcje. Gdybym miała rok 2016 ubrać w tylko jeden epitet określający go, byłoby to życiowe doświadczenie. […] Post Podsumowanie roku 2016 i plany na 2017 pojawił się poraz pierwszy w Plecak i walizka.

dwa kółka i spółka

Inspiracja na 2017

2017... oby był lepszy od 2016 pod każdym względem.Żeby się udawało, żeby wreszcie nie było tak pod górę.Żebym wróciła do pełnej sprawności.Żebym rozgryzła zagadki dotyczące mojego zdrowia.I może zrzuciła w końcu te kilogramy, co się kilka lat temu nieproszone wepchały w moje życie gdy "zwolniło się w nim miejsce" ;) bo źle mi z tym i już.Żeby w pracy się ułożyło i żebym mogła wrócić na "poprzednie" stanowisko, bo teraz jestem pół szczebla niżej.Żeby ludzie tak łatwo mnie nie wyprowadzali z równowagi i nie psuli humoru. Żebym była bardziej asertywna, szczególnie w stosunku do tych, którzy są toksyczni. I żeby otaczali mnie Ci dobrzy.Żeby udało się pojeździć na moto -  w planach jest standardowo kilka zlotów i szkoleń, weekendowe pojeżdżawki, wschodnia ściana Polski, babski wyjazd do Kirgistanu, może ponownie Albania, tym razem już bez "przygód".Żeby udało się pojeździć na nartach (bo narty kocham bardziej niż moto).A Wam wszystkim życzę, żebyście wiedzieli czego chcecie i mieli odwagę o to walczyć. Każdego dnia.A tak zupełnie poza konkursem, to chciałabym, żeby mi się wyklarowało w głowie "co dalej" z Dwoma kółkami i spółką. Czuję, że gdzieś utknęłam, że formuła się wypaliła, że czegoś brakuje. Rozwijać to dalej? Może po angielsku? Może coś? Gdzieś? Nie chcę iść w komercję (i nawet nie mam w tej kwestii nic do zaoferowania), ale pisanie dla pisania może mija się z celem, a czas spędzony na tym może warto by zainwestować w coś innego?

idziemy dalej

Gdzie byliśmy i gdzie Idziemy Dalej w 2017

Gdy wracamy wspomnieniami do wpisu sprzed roku, w którym snuliśmy nasze podróżnicze plany, na naszych twarzach pojawia się szczery uśmiech. W ciągu ostatnich 366 dni udało nam się zrealizować bardzo wiele z tego co sobie wymarzyliśmy, choć mówiąc szczerze – nie pamiętaliśmy o wszystkich spisanych wtedy celach! Byliśmy w podróży ponad 30 dni i odbyliśmy 8 lotów. I choć był to pierwszy rok od początku istnienia naszego bloga, w którym nie wyjechaliśmy poza Europę, to i tak uważamy że rok 2016 był bardzo udany! Na dobry początek, w ramach prezentu urodzinowego, Asia porwała mnie na ptasie safari nad Biebrzą. Udało się nam „upolować” stada batalionów, żurawie, czarnego bociana, dudka, dzięcioły i wiele innych pięknych ptaków. Nie zabrakło też oczywiście spotkanie z łosiem, za to zupełnie nieplanowana była „kąpiel” na bagiennej łące, ale wspominamy ją z ogromnym rozbawieniem. W maju udało nam się zrealizować marzenie Asi i polecieliśmy na 2 tygodnie do Portugalii. Mimo że był to podobno najzimniejszy maj w tym kraju od 25 lat, wyprawa była naprawdę udana. Dotarliśmy do większości zaplanowanych miejsc i zakochaliśmy się w wybrzeżu Algarve. Przy okazji nabraliśmy też poważnych wątpliwości czy europejską kolebką bocianów jest Polska, czy może jednak Portugalia. W lipcu kolejny wyjazd w Polskę – tym razem „polowanie” na żubra w Puszczy Białowieskiej. Co prawda żubra nie spotkaliśmy, ale zobaczyliśmy kawałek magicznego Podlasia. W sierpniu w końcu mogłem zrealizować prezent od Mikołaja i spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń – polecieliśmy na Spitsbergen. Mimo że byliśmy tam zaledwie kilka dni, muszę przyznać, że był to jeden z najwspanialszych wyjazdów w moim życiu. Longyearbyen i okolice to urzekające tereny, do których z wielką radością kiedyś jeszcze wrócę. No i niemal na zakończenie roku, w listopadzie pojechaliśmy do Barcelony, co też było jednym z punktów naszej długiej listy pragnień na 2016 rok. I na mecz też poszliśmy! A co planujemy w 2017 roku? Przede wszystkim opuszczamy Europę i ruszamy na podbój… Azji! Tak – Azji, czyli kontynentu, który zawsze starałem się omijać szerokim łukiem. Nigdy nie ciągnęło mnie do Tajlandii, Laosu czy Indii. Jeśli już miałbym lecieć w tamtym kierunku to ewentualnie do Japonii i krajów typu Nepal, Turkmenistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. I tak właśnie będzie w 2017! W kwietniu planujemy podróż po Japonii śladami kwitnących wiśni, a w październiku lecimy do Baku – to kolejny szalony pomysł Świętego Mikołaja. Oczywiście mamy nadzieję, że w między czasie uda się zorganizować jakiś wypad w Polskę. Bardzo chcielibyśmy wybrać się na zimowe liczenie łosi w Biebrzańskim Parku Narodowym (to w lutym), a we wrześniu znowu pochodzić po bieszczadzkich szczytach. Asia woła z drugiego pokoju: I dopisz jeszcze city break w Sztokholmie! Więc dopisuję – może się uda. A Wam na nadchodzący rok również życzymy wielu pięknych podróży i wspaniałych wrażeń.

idziemy dalej

Gdzie byliśmy (2016) i gdzie Idziemy Dalej (2017)

Gdy wracamy wspomnieniami do wpisu sprzed roku, w którym snuliśmy nasze podróżnicze plany, na naszych twarzach pojawia się szczery uśmiech. W ciągu ostatnich 366 dni udało nam się zrealizować bardzo wiele z tego co sobie wymarzyliśmy, choć mówiąc szczerze – nie pamiętaliśmy o wszystkich spisanych wtedy celach! Byliśmy w podróży ponad 30 dni i odbyliśmy 8 lotów. I choć był to pierwszy rok od początku istnienia naszego bloga, w którym nie wyjechaliśmy poza Europę, to i tak uważamy że rok 2016 był bardzo udany! Na dobry początek, w ramach prezentu urodzinowego, Asia porwała mnie na ptasie safari nad Biebrzą. Udało się nam „upolować” stada batalionów, żurawie, czarnego bociana, dudka, dzięcioły i wiele innych pięknych ptaków. Nie zabrakło też oczywiście spotkanie z łosiem, za to zupełnie nieplanowana była „kąpiel” na bagiennej łące, ale wspominamy ją z ogromnym rozbawieniem. W maju udało nam się zrealizować marzenie Asi i polecieliśmy na 2 tygodnie do Portugalii. Mimo że był to podobno najzimniejszy maj w tym kraju od 25 lat, wyprawa była naprawdę udana. Dotarliśmy do większości zaplanowanych miejsc i zakochaliśmy się w wybrzeżu Algarve. Przy okazji nabraliśmy też poważnych wątpliwości czy europejską kolebką bocianów jest Polska, czy może jednak Portugalia. W lipcu kolejny wyjazd w Polskę – tym razem „polowanie” na żubra w Puszczy Białowieskiej. Co prawda żubra nie spotkaliśmy, ale zobaczyliśmy kawałek magicznego Podlasia. W sierpniu w końcu mogłem zrealizować prezent od Mikołaja i spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń – polecieliśmy na Spitsbergen. Mimo że byliśmy tam zaledwie kilka dni, muszę przyznać, że był to jeden z najwspanialszych wyjazdów w moim życiu. Longyearbyen i okolice to urzekające tereny, do których z wielką radością kiedyś jeszcze wrócę. No i niemal na zakończenie roku, w listopadzie pojechaliśmy do Barcelony, co też było jednym z punktów naszej długiej listy pragnień na 2016 rok. I na mecz też poszliśmy! A co planujemy w 2017 roku? Przede wszystkim opuszczamy Europę i ruszamy na podbój… Azji! Tak – Azji, czyli kontynentu, który zawsze starałem się omijać szerokim łukiem. Nigdy nie ciągnęło mnie do Tajlandii, Laosu czy Indii. Jeśli już miałbym lecieć w tamtym kierunku to ewentualnie do Japonii i krajów typu Nepal, Turkmenistan, Tadżykistan czy Azerbejdżan. I tak właśnie będzie w 2017! W kwietniu planujemy podróż po Japonii śladami kwitnących wiśni, a w październiku lecimy do Baku – to kolejny szalony pomysł Świętego Mikołaja. Oczywiście mamy nadzieję, że w między czasie uda się zorganizować jakiś wypad w Polskę. Bardzo chcielibyśmy wybrać się na zimowe liczenie łosi w Biebrzańskim Parku Narodowym (to w lutym), a we wrześniu znowu pochodzić po bieszczadzkich szczytach. Asia woła z drugiego pokoju: I dopisz jeszcze city break w Sztokholmie! Więc dopisuję – może się uda. A Wam na nadchodzący rok również życzymy wielu pięknych podróży i wspaniałych wrażeń.

lumpiata w drodze

276. Z okazji końca roku 2016

Po pierwsze to boli mnie głowa. Nie wiem, czy to od wczorajszego biegania w grubej czapce po słońcu (zgrzałam się jak debilka, #notetoself: kupić sobie coś lekkiego na głowę), czy od spacerowania potem z lekko wilgotnymi włosami po mrozie (tak, wiem, NIE KRZYCZ NA MNIE, ale byliśmy już spóźnieni), dość powiedzieć, że bolała mnie wczoraj wieczorem bardzo niefajnie, a dzisiaj nadal trochę ćmi. Po

Galeria obrazów i powozownia w Rogalinie

SISTERS92

Galeria obrazów i powozownia w Rogalinie

WEEKENDOWI PODRÓŻNICY

Podróżnicze 12 miesięcy na 12 zdjęciach

​Gdzie byliśmy, co widzieliśmy, jakie mamy plany? 2016 to nie był dla nas łatwy rok. Zdarzyło się wiele rzeczy, róźnych. Podróżniczo staraliśmy się za to trzymać fason. Wyjeżdżaliśmy daleko i blisko. Podróżą, której nigdy nie zapomnimy była dla nas z pewnością wyprawa do Iranu. Krainy zupełnie obcej, po której nie było wiadomo, czego się spodziewać. Po ponad 2 tygodniach spędzonych w tym miejscu już wiemy, że możemy ten kraj polecić każdemu. Bo to miejsce pełne serdecznych ludzi, wspaniałych zabytków i – co bardzo ważne – wciąż nie jest oblężone przez tłumy turystów. Aby spędzić świetny czas w Iranie, trzeba spełnić tylko jeden warunek – postawić na spontaniczność i dać się jej ponieść, jednocześnie ufając miejscowym. Zapewniamy was, że będzie warto i nie zapomnicie tej podróży do końca życia. Bardzo podobała nam się też Sycylia (o niej dopiero będzie można przeczytać na blogu) i to mimo tego, że z powodu szeregu wypadków losowych nie zobaczyliśmy kilku najważniejszych atrakcji tej wyspy. Na Sycylii spełnił się idealny scenariusz, bo znaleźliśmy tam miejsca tak piękne i klimatyczne, że zostały w nich kawałki naszych serc. W tym przypadku to np. Cefalu. Zachwycił nas także Kijów, w którym odkrywaliśmy uroki street artu. A także Mierzeja Kurońska – najbliższe Polski najpiękniejsze miejsce, gdzie w czasie naszej majówki nie ma tłumów turystów. Był to też rok prostych, z pozoru banalnych prawd. Że przecież niekoniecznie trzeba jeździć po świecie, bo i w Polsce są fantastyczne miejsca. Dotyczy to nawet niby dobrze znanych miejsc jak Tykocin, Hajnówka i Puszcza Białowieska. Zazwyczaj dość zatłoczona, ale odkrywana w niedzielę wczesnym popołudniem absolutnie magiczna, bo mieliśmy ją tylko dla siebie. Kilka miejsc bardzo nas zaskoczyło jak choćby Węgrów – kraina mistrza Twardowskiego, którą rekomendujemy na weekend wszystkim, gdy tylko zrobi się ciepło. Jaki będzie przyszły rok? Podróżniczo – nie wiemy. Na pewno pojawimy się w Armenii, myślimy też o jakichś dalszych eskapadach, ale na razie są one w fazie dalszego planowania. Na pewno będzie się dużo działo na blogu, bo jest jeszcze masa eskapad, których nie opisaliśmy. W Nowym Roku chcielibyśmy Wam życzyć wspaniałych podróży i niezapomnianych przeżyć. Ale przede wszystkim tego, żebyście nigdy nie zapomnieli, co jest w życiu najważniejsze. I zawsze pamiętali o swoich bliskich. O tych, których kochacie. A teraz zobaczcie, jak wyglądał nasz 2016 rok w obiektywie aparatu. Bratysława Kijów Bled Petrcane Chorwacja Ptuj Sierpc Litwa Mierzeja Kurońska Shiraz Bam Cefalu .view9_container:nth-last-child(3){ margin-bottom: 0 !important; padding-bottom: 0 !important; border:none !important; } .view9_container{ width: 100%; float:none; margin:-27px auto;; margin-bottom: 0px !important; padding-bottom: 44px !important; border-bottom: 0px dotted #010457; } .iframe_cont{ position: relative; width: 100%; height: 0; padding-bottom: 56.25%; } .view9_img{ display:block; margin: 0 auto; width: 100% } .new_view_title{ font-size:18px !important; color:#FFFFFF !important; ; text-align:left;; padding-left:5px; background: rgba(0,0,0,0.7) !important; } .new_view_desc ul{ list-style-type: none; } .new_view_desc{ margin-top: 15px; font-size:14px !important; color:#000000 !important; ; text-align:justify;; background: rgba(255,255,255,1) !important; } .video_blog_view{ position: absolute; top: 0; left: 0; width: 100%; height: 100%; } .paginate{ font-size:22px !important; color:#1046B3 !important; text-align: center; } .paginate a{ border-bottom: none !important; } .icon-style{ font-size: 18px !important; color:#1046B3 !important;; } .load_more { margin: 10px 0; position:relative; text-align:center; width:100%; } .load_more_button { border-radius: 10px; display:inline-block; padding:5px 15px; font-size:19px !important; color:#Load More !important; background:#5CADFF !important; cursor:pointer; } .load_more_button:hover{ color:#D9D9D9 !important; background:#8F827C !important; } .loading { display:none; } .clear{ clear:both; } .blog_img_wrapper{ position: relative; } Artykuł Podróżnicze 12 miesięcy na 12 zdjęciach pochodzi z serwisu weekendowi.pl.

Podróże MM: 2016

Podróże MM

Podróże MM: 2016

Podsumowanie 2016 roku

dwa kółka i spółka

Podsumowanie 2016 roku

Zupełnie nie wiem jak podsumować ten rok. Amplituda wydarzeń i emocji była bardzo duża. Wspaniałe wyjazdy, choć mało kilometrów. Sporo nowych doświadczeń, choć mało kursów. Wiele się zdarzyło, choć sezon na moto był dość krótki, za sprawą złamanej ręki, która jeszcze nie wróciła do pełnej sprawności.Było kilka zmian - m.in. nowa praca, zaczynana na dwa razy. Było kilka nowości, jak na przykład tygodniowy pobyt nad Bałtykiem, żeby "popracować zza innego biurka" - fajnie, że moja praca to umożliwia. Było kilka eksperymentalnych wyjazdów. Było kilka nowych przyjaźni. I kilka "zakończonych".Było trochę kłopotów finansowych. Były problemy zdrowotne, nad którymi dalej pracuję, choć nie idzie to dobrze. O innych problemach, smutkach, jak i rzeczach, które się nie udały nie piszę, bo kto by chciał o nich czytać...Co zatem się udało w tym roku?Udało się troszkę pojeździć na nartach, mimo, że obecny sezon rozpocznę pewnie pod jego koniecUdało się pojeździć motocyklem po Polsce - nie za wiele, zdecydowanie mniej niż w poprzednim roku. Polska jest piękna...Udało się zdobyć trochę terenowego doświadczenia na kursie w Akademii Enduro. Wiem, że jeszcze mam trochę do zrobienia w kwestii techniki jazdy w offie, ale powoli, powoli :) jeszcze do tego dojdę :) Kiedyś. Może ;)Udało się kupić nowy, lekki, fajny motocykl... (Niestety udało się go też stracić zanim zdążyłam się nim nacieszyć... przejechałam 75 km i ktoś go sobie przywłaszczył... wg mnie lata nim teraz po polach w południowej Polsce - policja umorzyła sprawę, ale ja dalej mam prośbę o otwarte oczy...)Udało się pojechać do Albanii...(Niestety udało się też stamtąd wrócić zanim ją zwiedziłam, bo już w drugim dniu złamałam nadgarstek...)Udało się polecieć do Kolumbii i na małych motórkach w dwuosobowym składzie przejechać kilka kilometrów i odwiedzić piękne miejsca. Do Ameryki Południowej na pewno jeszcze wrócę (taki nieśmiały plan na początek 2018... - szukam towarzystwa ;) i sponsora ;) bo nie wiem, czy uda się na tyle odkuć finansowo, żeby pozwolić sobie na taki wyjazd... )Udało się przemierzyć najwyższe himalajskie przełęcze na motocyklu Royal Enfield Bullet 500, co było moim marzeniem od ładnych kilku lat. I to w jakim towarzystwie!Z innych rzeczy - udało się zakwalifikować do kolejnych etapów (tj. przejść przez wstępne etapy selekcji) w dwóch dużych motocyklowych eventach United Poeple of Adventure Touratecha i Ducati Globetrotter 90°. Szkoda, że konflikty terminów nie pozwoliły na udział w finałach wyłaniających uczestników wypraw na Madagaskar i dookoła świata. Może innym razem :)Sezon moto zakończyłam w sierpniu z wynikiem 13154 km, z czego na Olivierze 9112 km. Chciałoby się więcej. Dopisuję to do moich nieograniczonych marzeń.Tak jak napisałam na wstępie, nie wszystko się udało, a czasem z wielkiej radości wynikały ogromne smutki (nowe moto i jego kradzież; Albania i złamana ręka)... Jenak nie może być pozytywów bez negatywów... a negatywne rzeczy pomagają się rozwijać...

Żeby nadchodzący nie był gorszy. :))

PO PROSTU MADUSIA

Żeby nadchodzący nie był gorszy. :))

       I już tradycyjnie na zakończenie roku notka podsumowująca o takim samym zacnym tytule będącym zarazem najszczerszym życzeniem noworocznym. Osobiście bardzo się cieszę, że ten rok przeleciał bardzo szybko i że się już kończy, bo do najlepszych nie należał. Nie ma się jednak co oglądać za siebie, trzeba zrobić wszystko, żeby 2017 był lepszy. Pomysłów i planów mam sporo, zobaczymy co będzie z ich realizacją. ;) A na razie życzę Wam wszystkim z całego serduszka wszelkiej pomyślności w tym nowym roku i spełniania kolejnych marzeń! I zapraszam na krótkie podsumowanie ostatnich trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. :))z nadzieją w przyszłość. <3         Ten rok pod względem wyjazdów był zdecydowanie spokojniejszy, ale nie oznacza to, że nigdzie nie byliśmy i że nic się nie działo. W marcu odwiedziliśmy Włochy, a dokładniej Bolonię, w której odbywają się wielkie targi kosmetyczne Cosmoprof. Cztery dni takich targów to prawdziwy maraton, ale też i niesamowite przeżycie, którego ciągle jeszcze nie opisałam. Podobnie jak samej Bolonii, po której powłóczyliśmy się kilka godzin i która to spodobała mi się bardzo. :) I tutaj także wypiliśmy wreszcie dobrą kawę we Włoszech, bo wcześniej jakoś nigdy się ta sztuka nie udawała. ;)fot. W.S.fot. W.S.         Po Włoszech, na Wielkanoc wylądowaliśmy w absolutnie przepięknym miejscu, jakim jest Mierzeja Wiślana. Piaski leżące niemal przy samej granicy są zaś niezwykle uroczym zakątkiem, gdzie panuje spokój i cisza. Bajkowa sceneria - z jednej strony morze, z drugiej zalew Wiślany, mnóstwo miejsca na spacery i można jeszcze na plaży znaleźć bursztyny - serdecznie polecam każdemu! :)          Co muszę przyznać szczerze, to fakt, że w tym roku wyjątkowo mało hasaliśmy po górach. W Tatry dotrzeć nam się nie udało, ale za to zapoznaliśmy się ciut bliżej z Sudetami i zdobyliśmy kilka kolejnych szczytów należących do Korony Gór Polski (o których jeszcze też napiszę, bo na razie tylko Ślężę z tego grona opisałam), zdobyliśmy po raz kolejny Mogielicę w Beskidzie Wyspowym i cudne Trzy Korony w Pieninach. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się nieco więcej razy być na szczycie, bo to jest zdecydowanie niepowtarzalne uczucie. :)\Trzy Korony. :)Mogielica.Śnieżka.Ślęża.         Największe wyjazdy zanotowaliśmy w drugiej połowie roku, gdy w sierpniu polecieliśmy do Hiszpanii. Udało nam się zwiedzić Madryt, z którego udaliśmy się samochodem do Galicji, by spędzić tam ze znajomą hiszpańską rodziną kilka dni. Było to świetne przeżycie, zwłaszcza dla mnie, bo wszystkie te piękne miejsca widziałam po raz pierwszy, w przeciwieństwie do Tomasza. I chyba spokojnie mogę powiedzieć, że to właśnie Galicja była największym odkryciem tego roku - absolutnie urzekająca, pełna przepięknych krajobrazów i zupełnie inna niż stereotypowa Hiszpania. ;) Tak szalenie różna od uwielbianej przeze mnie Andaluzji, ale w tym tkwi właśnie jej urok - jest totalnie nieoczywista i zaskakuje na każdym kroku. :)Dolina Poległych nieopodal Madrytu.galicyjska plaża. ;)przylądek Finisterra.Plaża Katedr. ;)          Pod koniec września pojechaliśmy do Chorwacji, by spokojnie przez tydzień żeglować po jej wybrzeżu. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to idealne miejsce na wakacje i odpoczynek. Piękna pogoda, cały czas ciepło i te niesamowite widoki. Z pokładu jachtu wszystko wygląda zupełnie inaczej, szczególnie urzekające są zachody słońca. Generalnie, Chorwacją zachwycam się od samego początku, także i tym razem nie było inaczej.          I tyle tych wyjazdów było. :) Ten rok jednak był też wyjątkowy dla blogaska pod wieloma innymi względami - wróciliśmy do recenzji krakowskich knajp, a i samego Krakowa też zaczęło się więcej pojawiać, rozpoczęłam nowy cykl o książkach, który w przyszłym roku zamierzam zdecydowanie rozbudowywać, zaś największym wyczynem był grudniowy blogmas, gdy posty pojawiały się codziennie począwszy od pierwszego grudnia, a skończywszy na Wigilii. Co zaś najważniejsze - przez cały ten czas byliście ze mną, za co wszystkim serdecznie dziękuję i obiecuję, że cały czas będę dawać z siebie sto procent, żeby tylko blogasek dalej się tak fajnie kręcił i rozwijał. :) Wszystkiego dobrego w 2017!!! ;***2016 - no weź, już idź. ;p~~Madusia.

TROPIMY

Niech ten rok już się skończy!

Podsumowania roku miało nie być, ale jednak je piszę. Może przeglądając zdjęcia ze świata spojrzę na ten rok życzliwszym okiem. Dzisiaj rano leżałam w łóżku i patrzyłam na naszą „podróżniczą galerię”. Dwa miesiące temu... Dzięki, że czytasz nas przez RSS! :) Przemek i Magda Post Niech ten rok już się skończy! pojawił się po raz pierwszy w TroPiMy.

Muzeum Techniki Drogowej i Mostowej w Zamościu

SISTERS92

Muzeum Techniki Drogowej i Mostowej w Zamościu

Grudniowa Macedonia: Popova Sapka

BAŁKANY WEDŁUG RUDEJ

Grudniowa Macedonia: Popova Sapka

Podróże w Nowym Roku

Ale piękny świat

Podróże w Nowym Roku

Za kilka dni na ścianie powieszę nowy kalendarz, a na stole położę mapę. Czas pomyśleć o podróżach, które chcę zrealizować przyszłym roku. Do kilku z nich możesz się dołączyć! Wszystkie podróże zaczynają się od marzeń. Potem przychodzi czas na wodzenia palcem przez oceany i kontynenty wyrysowane na wielkiej płachcie papieru, którą nie wiadomo, jak później złożyć. Kilka wyjazdów już się klaruje, inne dopiero pączkują w mojej głowie... Jedziemy do Gruzji!Lubie podróżować sama. Pewnego razu Tomek Tułak z Om Tramping Klub zaproponował mi poprowadzenie wyprawy do Gruzji. - Przecież znasz Gruzję.- Znam. Nawet całkiem nieźle... I nie chodzi o litry wina, które wypiłam z Gruzinami wsłuchując się w ich historie, ile zjadłam szaszłyków, ani ile świątyń odwiedziłam. Bo szwendanie się samemu ma tę zaletę, że dużo łatwiej poznaje się ludzi, a przez to więcej widzi, słyszy, a co za tym idzie w nieco inne miejsca ostatecznie dociera. Podróż przebiega też znacznie intensywniej , dzięki czemu przywożę z nich mnóstwo opowieści.– Masz się czym dzielić.– Mam. – Trasę też znasz.Znam. Prowadzi przez najpiękniejsze miejsca Gruzji – moje ukochane Tbilisi, mistyczne David Gareja i tajemniczą Wardzię. Wespniemy się do najświętszej gruzińskiej cerkwi – Cminda Sameba. Kilka dni wypoczniemy w Borjomi, następnie w Batumi. Będzie też trekking w okolicach Mestii. No i odwiedzimy Uszguli – najwyżej położoną wioskę w Gruzji, która bardziej niż wysokością przemawia do mnie majestatycznymi wieżami. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat wyprawy, zajrzyj na stronę Om Tramping Klub → http://omtramping.pl/wyprawa/gruzja/Jedziemy do Gwatemali!Kilka miesięcy temu skontaktowała się ze mną Ilona z Superfemki – biura podróży prowadzonego przez kobiety dla kobiet. – Może chciałabyś podjąć z nami współpracę? – Zapytała.– Spotkajmy się – odpowiedziałamSpotkałyśmy się kilka dni później na Polach Mokotowskich. Przy stawie kupiłam pierwszą kawę. Tak, teraz mogłam zacząć rozmawiać.A temat był trudny.– Może napisałabyś dla nas projekt wyprawy?Tylko dokąd. W tym momencie zaświtała mi myśl – może to jest ta chwila, by podjąć decyzję o wyjeździe do Gwatemali? Byłam tam cztery lata temu, poznałam bardzo ciekawych ludzi o których można by niejedną książkę napisać. Jest wśród nich hiphopowiec, który śpiewa w maya, jest malarka z indiańskiej wioski malarzy, są muzycy rockowi, poeci...– Taka właśnie Gwatemalę nam pokaż! – Faktycznie, to byłaby wyprawa zupełnie inna niż wszystkie... - wtedy okazało się, że zatoczyłyśmy koło i znowu mijałyśmy ten sam wózek z kawą. Kiedy sączyłam drugą latte w głowie zaczynały powstawać zalążki trasy. Tak powstał program mojego autorskiego wyjazdu, który w całości przeczytacie tu → http://superfemka.pl/guatemaya-dorota-chojnowska-ukryty-swiat-majow/Program nie jest ostateczny. Za miesiąc pojadę do Gwatemali i wtedy dopnę wszystkie szczegóły. LibanLiban ma szczególne miejsce w moim sercu. To właśnie tam pojechałam w moją pierwszą samotną podróż. Tam pierwszy raz skorzystałam z Hospitality Club – przodka Couchsurfingu. W ten właśnie sposób poznałam Nancy. Nancy jest typową Libanką, czyli jest piękna, wykształcona, mówi przynajmniej w czterech językach i ciągle się śmieje. Po pierwszym spotkaniu już byłyśmy siostrami. Zobaczyłyśmy się jeszcze raz – w 2008 roku. Później pozostał tylko kontakt przez facebooka. Zatem śledzę jej profil. Raz Nancy wrzuca zdjęcia z Bejrutu, potem z Włoch, innym razem z Argentyny. Aż raz dostaję wiadomość: „Jestem w Zakopanym”.„Do kiedy?”„Do jutra?”„Czemu nie napisałaś mi kilka dni wcześniej? Stanęłabym na rzęsach, żeby do ciebie dojechać!”„Nie wiedziałam, że Zakopane lezy w Polsce...”Nie zobaczyłyśmy się. Jednak wymiana wiadomości zaostrzyła mi apetyt na Liban. I nagle kolejna informacja od Nancy na FB: „Rezerwujcie sobie czas 30 lutego”, a pod spodem wizerunek młodej pary. Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam. Po raz pierwszy od siedmiu lat. – Ty wychodzisz za mąż, a ja nic o tym nie wiem??? Kim jest wybranek!?– Hermanita, mira al dibujo otra vez! Pues la fecha no existe! – czyli siostrzyczko, spójrz jeszcze raz na obrazek, przecież ta data nie istnieje!Istnieje, czy nie – wtedy postanowiłam jednak zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby w te wakacje choć na tydzień pooddychać libańskim powietrzem!IranŻeby poznać Iran z roweru trzeba by spędzić w podróży kilka lat. Ja mam do dyspozycji raptem kilka tygodni. Choć tym razem naprawdę ciągnie mnie w jedno miejsce – na bagna przy granicy z Irakiem. Mieszkają tam mandejczycy, wyznawcy religii, której jedną z centralnych postaci jest Jan Chrzciciel. Co dalej? Nie wiem, prawdopodobnie oczy same poniosą. Może podczas tej wyprawy uda się połączyć siły z HUSA Bikes →https://www.facebook.com/husabikes/?fref=ts? A jakie są Twoje plany i podróżnicze marzenia? Liban, BeirutLiban, BeirutLiban, BeirutLiban, Dolina QadishyLiban, Dolina QadishyLiban, Dolina QadishyLiban, Dolina QadishyLiban, Dolina Qadishy   Gruzja, TbilisiGruzjaGruzjaGruzja, TbilisiGruzja, szaszłykiGruzja, David GarejaGwatemalaGwatemala, TikalGwatemala, TikalGwatemala, AntiguaGwatemala, Antigua

Rok 2016 w pigułce. O podróżach i blogowych sukcesach

wszedobylscy

Rok 2016 w pigułce. O podróżach i blogowych sukcesach

WOJAŻER

Kraków. Moje 7 miejsc na szybką i dobrą kawę w okolicach Rynku

Gdzie w Krakowie w okolicach Rynku wypić dobrą, szybką i tanią kawę. Zobaczcie krótki subiektywny przewodnik.

BANITA

Ulubione zdjęcia w 2016 roku – podsumowanie

„Pod koniec zeszłego roku wiedziałam, gdzie spędzę kolejne miesiące, dokąd i na ile pojadę. W tym roku, poza krótkim wypadem z mężem na Maltę – cisza. Na najbliższy rok mam nieco inne plany. Już w połowie roku postanowiłam, że w 2016 nie będę za wiele wyjeżdżać, a przynajmniej nie na długo. Zdecydowałam się postawić na rozwój osobisty, a więc będzie dużo pisania, czytania i fotografowania oraz podróży po Polsce. Najbliższy rok, mam […] The post Ulubione zdjęcia w 2016 roku – podsumowanie appeared first on B *Anita.

Himalaje 2016 - Extrasy

dwa kółka i spółka

Himalaje 2016 - Extrasy

O naszej wyprawie napisali tu i ówdzie nasi partnerzy medialni. Kilka z publikacji jest wg mnie wartych większej uwagi. Oto one :)Kilka słów napisał Ścigacz - można poczytać...http://www.scigacz.pl/Tylko,dla,Orlic,2016,kobiety,i,motocykle,w,Himalajach,29658.html... albo obejrzeć:Występ Oli i Odety w Radio dla Ciebie:http://www.rdc.pl/podcast/poludnie-z-animuszem-tylko-dla-orlic/Artykuł w Motocyklu (11/2016)Felieton Odety w magazynie "Flesz":Materiał w Dzień Dobry TVN:http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/polacy-marza-o-podrozach,217026.htmlArtykuł w Outdoor UAE:Artykuł w węgierskim MotoZin:Była też wzmianka o wyprawie w biuletynie PZM "Kobiety w motosporcie" - nr 11 (można pobrać pdf)No i oczywiście powstał też film!  Dziękujemy Studio Online!

Najlepsze w 2016

URLOP NA ETACIE

Najlepsze w 2016

Miejsca, książki, filmy, seriale, gadżety podróżnicze, gadżety psie i stuff zupełnie od czapy – czyli wszystko co rządziło w 2016 u MacUlskich. Ostatnio przekopując internet w poszukiwaniu pomysłów na nowe kierunki wyjazdów, ciekawe książki, czy seriale raz po raz trafiałam na takie właśnie zestawienia. Niektóre były naprawdę inspirujące. No więc pomyślałam, że też zbierzemy do kupy wszystko to, co umilało nam czas w 2016 i puścimy dalej w świat. Może coś wpadnie Ci w oko i trafi na Twoją listę „do zobaczenia”, „do zrobienia”, albo „do przeczytania” w 2017? Lecimy! Upodobania członków naszej rodziny uporządkowanych alfabetycznie. Aleks (będę na stówę bardziej się rozwodzić niż Lu, czy Michał) MIEJSCA 2016 Moje ulubione to nasza zielona kanapa. Ale nie będę jej tutaj wymieniać, bo to żadna inspiracja jest. Swoją kanapę możesz lubić lub nie i nijak nie wpłynę na łączącą Was więź mówiąc, że moja jest całkiem spoko. Musi być chemia miedzy Wami. To COŚ. No więc na serio zaczynam dopiero TERAZ. Przyczepa – jeśli myśl o domu na kółkach kołacze Ci się w głowię – go for it! Nie będziesz żałowała. Dolomity – hit naszej letniej podróży. Na luzie porównywalne do Lofotów. Bornholm – idealny na wyjazd z psem. Mały, kompaktowy, urozmaicony i psiolubny. Tratwy na Biebrzy – niezapomniane doświadczenie i przygoda na miarę Tomka Sawyera. Choszczówka – a konkretnie tereny leśne Choszczówki, które odkryliśmy  już jakiś czas temu, ale dopiero w tym roku jeździliśmy tam regularnie. 15 min autem od domu. Szczególnie jesienią jest przepięknie. KSIĄŻKI 2016 Mało czytam książek podróżniczych. Lubię książki przygodowe, literaturę górską, kryminały, ale też romansidła i biografie. Lubię jak fabuła mnie wciąga, „coś” się dzieję, jest jakiś punkt kulminacyjny. A najbardziej lubię, gdy książka jest MEGA (duh? kto nie lubi?!) i do tego ma kilka tomów. Do rzeczy więc: Trylogia Tatiana i Aleksander – Paullina Simons. Tom pierwszy „Jeździec miedziany” zarządził totalnie. Drugi w sumie też był ok. Trzeci najsłabszy, ale i tak łyknęłam. Służące – Kathryn Stocket. Książka i film – MEGA!!! Wszystko za Everest – Jon Krakauer. Trafiłam na nią przez film, ALE zanim film obejrzałam. Bardzo wciąga. Krawędź wieczności – Ken Follet. Trzeci tom Trylogii Stulecia. Cała bardzo fajna. Podobnie jak jego Filary Ziemi. FILMY I SERIALE 2016 Czasem mam wrażenie, że obejrzeliśmy już wszystkie najlepsze seriale ever. Więc jak już mam kryzys odświeżam sobie niektóre evergreeny i tak też było w tym roku.  Seriale w większości oglądamy razem, chociaż czasem mam ochotę na coś całkowicie dziewczyńskiego i wtedy Michał odmawia współpracy. Filmy oglądamy zdecydowanie rzadziej, a w kinie to już w ogóle raz na ruski rok. W tym roku byliśmy chyba tylko trzy razy. Ceny mnie przerażają. Gilmore girls – odświeżałam. Kocham teksty z tego serialu. Nowych odcinków jeszcze nie widziałam. Gra o tron – czy muszę uzasadniać? Most nad Sundem – dwie serie obejrzeliśmy. Pierwsza zdecydowanie rządziła. Prawo ulicy – w tym roku obejrzeliśmy tylko pierwszy sezon i był naprawdę w porzo. Początek drugiego zupełnie nas nie wciągnął. A jest ich 5. Younger – króciutkie odcineczki, typowo dziewczyńskie. A teksty na miarę Gilmore, tylko trochę bardziej na czasie. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – jak są zwierzęta to kocham. Film bardzo w moim stylu. Tak, Harrego też czytałam i oglądałam. Uwielbiam. Everest – czad. Dressmaker – z Kate Winslet. Klimatem przypomniał mi trochę Roztańczonego buntownika Baza Luhrmana. Almost famous – polskie tłumaczenie to chyba „U progu sławy” – to jest jeden z moich ulubionych filmów (zaraz obok Love actually i About a boy), a nie widziałam go już ze sto lat. Zdecydowanie się stęskniłam, więc w tym roku była wałkowany i film, i ścieżka dźwiękowa. Crazy heart – Jeff Bridges i ścieżka dźwiękowa – pozamiatali na równi. Oczywiście mam już listę kolejnych filmów i seriali na 2016. Przebieram nogami na 3% i The Crown, nową Jane Austen z Kate Beckinsale i jakiś dobry horror. To plan na styczeń. JEDZENIE 2016 Pizza i wino. Czerwone, wytrawne. Nie tylko w 2016, ale ZAWSZE. MUZA 2016 Naszej roadtripowej muzy możesz posłuchać TUTAJ. Generalnie SPOTIFY  to jest moje odkrycie roku. Nie wiem jak mogłam żyć bez niego. Do codziennego słuchania ‚w tle’ uwielbiam listy Quiet evening, Hanging Out and Relaxing, The Nu-modern i Dinner with friends. Z nowości (jak dla mnie) w tym roku lubiłam słuchać albumu Early in the Morning Jamesa Vincenta McMorrow, Chaos and The Calm Jamesa Bay. Pod koniec roku odkryłam Alabama Shakes i ich utwór Don’t wanna fight, ale całego albumu nie zdążyłam jeszcze przesłuchać. Z kalsyków w 2016 jak zawsze była grana Janis Joplin, Jagged Little Pill Alanis, Hozier, pierwszy album No doubt, Jimi Hendrix, Doorsi, ACDC, czy Florence. Lubię też bardzo klasyki Heya, Kultu, czy T. Love. GADŻETY 2016 Gadżetem 2016 staje się dla mnie definitywnie Kindle! (Dzięki Monia za namówienie! <3) Zero pamiętania o bibliotekowych terminach i rezerwowania obleganych tytułów! Zero wydawania kupy hajsu na sprowadzenie książek, które chce przeczytać w oryginale! I zero dodatkowych walizek z książkami, gdy jedziemy na urlop! Kocham Kindla miłością absolutną. To (oprócz przyczepy) najlepiej zainwestowana kasa w tym roku. Do tego dochodzi moje nowe biurko, które kupiliśmy za jakieś grosze na OLX. I powiem tak – nie ma to jak własne biurko, z własnymi gadżetami i własnym nieporządkiem. Tak, stół w kuchni jest spoko. Na wspólnym biurku też się da pracować, ale wtedy trzeba dość mocno dbać o porządek i nie rozstawiać wszędzie kubków i lakierów do paznokci. I tysiąca długopisów i kolorowych pisaków. I jeszcze miliona żółtych karteczek. Więc swój kącik do pisania jest najlepszym pomysłem ever. Tam możesz położyć absolutnie WSZYSTKO. Nawet jeśli na początku obiecujesz sobie, że będzie ascetycznie. BLOGI I STRONY WWW 2016 (OPRÓCZ psich i podróżniczych. Bo z tych nie umiałabym wybrać obiektywnie.) W 2016 najczęściej zaglądałam na: meteo.pl (czekając, aż w końcu zmieszczą satysfakcjonującą mnie prognozę); getpocket.com – mega użyteczne narzędzie do zapisywania linków „na później”. Lista jest dostępna z każdego urządzenia. IMDb  – jakoś bardziej pasuje mi niż Filmweb; Kiedyś Pani Korektor, teraz po prostu Ula Łupińska – bardzo fajny blog. Treściwie, krótko i na temat; Upolujebooka.pl  Miasto książek – mój niedościgniony wzór w ilości pochłanianych książek <3 (K)Lusiek MIEJSCE 2016 Plaża i mooooooorze To było zdecydowanie TO dla Lu w tym roku. Najszczęśliwszy pieseł. Chociaż opalać średnio się chciała… GADŻETY 2016 Badyle – always and forever Kapok – dobra, bardziej mój gadżet, niż Lu. Ale wygodny, lekki i bezpieczny. Na głęboką wodę idealny! Piesek z lumpka za 2,40 PLN. Być może ze względu na podobieństwo. Żadna inna zabawka nie przebiła go w tym roku. Michał Nie chciałem pisać ostatni,  bo zawsze jest, że ściągam. MIEJSCA 2016 Tre Cime – tak pięknie, że zdjęcie mam w tle na fb (whoa!). Tratwy – moje najlepsze wyjazdowe wspomnienie mijającego roku. DLA OKA 2016 Sam Toft i jego musztardowa para z pieskiem – mamy już kalendarz na przyszły rok i plakat na ścianie. Józef Korolkiewicz – sportowiec, malarz. Jego konie wydają się malowane trochę od niechcenia, po prostu ciach i jest koń. DLA UCHA 2016 „Cook With Honey” Judy Collins – przezaje piosenka, po pierwsze dlatego, że jej nie nigdy nie słyszałem (a piosenek Judy słyszałem sporo), po drugie sprawia, że myślę o wiośnie i dobrych ludziach. GADŻETY 2016 AeroPress – robi NAJ-LE-PSZĄ kawę jaką pijam i co najważniejsze można go zabrać wszędzie ze sobą. Widziałem w Tchibo. Volcano – i wydało się – Michał to fashion-freak. Polska marka outdoorowa, która ubierała nas w ciepłe kurtki, bluzy i kamizelki w 2016. Zanim pomyślisz sobie, że z tego powodu znaleźli się na ekskluzywnej liście Michała, to muszę Ci przerwać. Za Volcano stoją fajni ludzie, którzy mają super pomysł na ciuchy i promocję. To właśnie oni sprawili, że moja parka, w której byłem na studniówce spoczęła w tym roku na wieszaku w szafie. Raspberry Pi – bo to super uczucie napisać program, który wyświetla choinkę z hashów, ale napisać program, który zapala diodkę w drugim pokoju, to już inna historia. Albo dwie diodki – ISTNE SZALEŃSTWO (zawsze jak to mówię, to przypomina mi się Phoebe z Przyjaciół – „This is madness!”). Daj znać, czy coś wpadło Ci w oko / ucho! The post Najlepsze w 2016 appeared first on makulscy.com.

idziemy dalej

Gdzie warto zjeść w Barcelonie

Jeden z popularnych blogerów podróżniczych napisał ostatnio, że nie wie o co chodzi z tym polecaniem knajp. Ja też się zastanawiam i mam od pewnego czasu mieszane uczucia, bo łatwo wpaść w „pułapkę“ i zamiast odkrywać swoje miejsca, podąża się tropem polecanych przez innych restauracji. Ale też z drugiej strony czasem można nie mieć szczęścia i przegapić naprawdę znakomite lokale, a dla osób, które cenią dobre jedzenie, może być to spora strata. Osobiście złoszczę się okrutnie, jeśli wchodzę do jakiejś restauracji i jedzenie okazuje się paskudne, bo jest to dla mnie ważny element każdej wyprawy. Lubię poznawać nowe smaki, próbować nowych dań i poznawać w ten sposób inne kultury. Dlatego zostawiamy tu nasze rekomendacje, zachęcając jednocześnie do własnych poszukiwań. NA ŚNIADANIE Brunch & Cake Zdecydowanie nasz numer jeden, jeśli chodzi o rekomendacje. Jest co prawda nie lada wyzwaniem, żeby znaleźć tam wolny stolik – bo kolejki ustawiają się od rana, a rezerwacja miejsca w zasadzie jest niemożliwa – ale warto odstać swoje, a później delektować się pysznym jedzeniem. Śniadania (brunche) są nie tylko duże i zdrowe, ale również przepięknie podane. Każdy zestaw wygląda na talerzu jak małe dzieło sztuki, można dosłownie jeść oczami. W Barcelonie znajduje się 6 filii tej kawiarni i każda – oprócz menu podstawowego – ma inny motyw przewodni, który jest inspiracją dla pozostałych dań. I tak np. w TRAVEL & CAKE znajdziemy zestawy śniadaniowe z różnych stron świata, a w CUP & CAKE kolorowe babeczki i naleśniki. Są też sałatki, koktajle pełne witamin, gofry z sadzonymi jajkami, tosty i mnóstwo innych pyszności. Gdy patrzy się na serwowane przez kelnerów dania naprawdę nie wiadomo na co się zdecydować. Zobaczcie zresztą jakie cuda tam serwują, a zrozumiecie fenomen tego lokalu. Federal Cafe Klimatyczne miejsce w rozkwitającej dzielnicy El Raval. W menu królują przede wszystkim jajka, podawane na wszystkie możliwe sposoby. Piękne, jasne wnętrze, świeże kwiaty, duży stół na dole, niezobowiązująca atmosfera. Czego chcieć więcej gdy ma się ochotę na leniwe śniadanie? NA OBIAD / KOLACJĘ / TAPAS Casa Deflin Historia tego miejsca zaczyna się ponad 100 lat temu. Znajdował się tu wówczas bar, do którego przybywali przede wszystkim robotnicy a także kupcy odwiedzający sąsiadujący market. Restauracja była czynna 24h na dobę i zasłynęła z serwowania tradycyjnych dań kuchni katalońskiej. W 2007 roku miejsce zostało odnowione, ale właścicielom zależało by zachować jak najbardziej autentyczne menu. Dlatego jeśli macie ochotę na prawdziwie hiszpańskie jedzenie – zajrzyjcie do Casa Deflin, a nie będziecie rozczarowani. CAFE DE L’ACADEMIA Bardzo przytulny lokal położony nieopodal stacji metra Jaume I. Doskonała i prosta kuchnia. Restauracja w porze lunchu oblegana jest przez pracowników ratusza. Za to wieczorem można zjeść tu bardzo romantyczną kolację. Tapas24 Jeden z najbardziej obleganych tapas barów w stolicy Katalonii. Mówi się, że właściciel restauracji, Carles Abellan, zrewolucjonizował sposób myślenia o tapas, gdy w 2001 roku otworzył swoją pierwszą restaurację Comerc 24. Jego odwaga i niekonwencjonalne podejście do tapas otworzyły zupełnie nowy rozdział w hiszpańskiej gastronomii. Ceny niestety nie należą do najniższych, ale raz można zaszaleć, bo dania, choć niewielkie, są naprawdę intrygujące i pyszne. ZDJĘCIE: HTTP://WWW.CATEDRALBCN.ORG/ Parilla Alfonsina Zdecydowanie najlepsze steki w Barcelonie. Co prawda nie próbowaliśmy steków w innych miejscach, ale byliśmy w Argentynie i wiemy co to znaczy dobry stek. Te serwowane w Parilla Alfonsina są rewelacyjne! A poza tym z restauracją wiąże się dość zabawna – z perspektywy czasu – anegdota. Pierwszego wieczoru gdy odwiedziliśmy to miejsce (kierując się odległością od domu, a mieszkaliśmy dosłownie w budynku na przeciwko, po drugiej stronie ulicy) zamówiliśmy sałatkę i empanady. Oboje tuż przed wylotem przeszliśmy grypę żołądkową, więc postawiliśmy na lekki posiłek, bo widok steka przyprawiał nas o mdłości. Kelnerka z pewnym niedowierzaniem dopytywała nas dwukrotnie czy to na pewno wszystko i czy na pewno nie chcemy zamówić już nic innego i była wyraźnie zdziwiona naszymi wyborami. Gdy wróciliśmy tam kilka dni później i spróbowaliśmy argentyńskiej wołowiny – zrozumieliśmy od razu o co chodziło. Pójść do tej restauracji i nie zjeść steka to grzech! Meson Barceloneta Niezobowiązujące miejsce w nadmorskiej dzielnicy Barceloneta. Dobre na popołudniowy lunch i na wieczorne tapasy. Duży wybór paelli – z owocami morza, z kurczakiem, wołowiną lub wegetariańskie. La Cassola Rodzinna, niewielka restauracja w Barri Gotic, serwująca tradycyjne dania kuchni katalońskiej. To tu mieliśmy okazji spróbować pa amb tomaquet, czyli chleba posmarowanego oliwą, czosnkiem i przetartymi pomidorami, czy butifarry, czyli kiełbasy z orzechami piniowymi podanej z białą fasolą. Specjalnością restauracji jest paella z owocami morza. Przy sąsiadujących stolikach siedzieli przede wszystkim Hiszpanie, a to zawsze dobry znak. I choć nie zostaniemy raczej miłośnikami tradycyjnej kuchni katalońskiej – polecamy odwiedzić to miejsce. NA SŁODKO Eyescream & Friends Chcemy być uczciwi więc nie możemy napisać, że lody są szczególnie dobre. Są bardzo przeciętne. Ale koncept nas rozczulił. Eyescream, czyli lody-stworki, przygotowywane są specjalną techniką, która pozwala na nakładanie ich płatami tworzącymi właśnie kształt potworków z oczami. Do wyboru jest kilka smaków i dodatki. Punkty przyznaję głównie za identyfikację wizualną. La Donuteria Dla miłośników polskich pączków i amerykańskich donutów. Codziennie powstaje 10 różnych smaków, a niektóre połączenia są naprawdę zaskakujące. La Pallaresa Choć nie mieliśmy zbyt miłych doświadczeń, jeśli chodzi o tę knajpkę, wspominamy o niej, bo to jedna z najbardziej tradycyjnych czekoladziarni w Barcelonie. To tu mieszkańcy przychodzą na popołudniową porcję słodyczy – czyli churrosy i czekoladę. W grudniowe przedświąteczne wieczory kolejka podobno ustawia się na zewnątrz, ale warto poczekać i poczuć atmosferę tradycyjnej pijalni czekolady.

idziemy dalej

Gdzie dobrze zjeść w Barcelonie

Jeden z popularnych blogerów podróżniczych napisał ostatnio, że nie wie o co chodzi z tym polecaniem knajp. Ja też się zastanawiam i mam od pewnego czasu mieszane uczucia, bo łatwo wpaść w „pułapkę“ i zamiast odkrywać swoje miejsca, podąża się tropem polecanych przez innych restauracji. Ale też z drugiej strony czasem można nie mieć szczęścia i przegapić naprawdę znakomite lokale, a dla osób, które cenią dobre jedzenie, może być to spora strata. Osobiście złoszczę się okrutnie, jeśli wchodzę do jakiejś restauracji i jedzenie okazuje się paskudne, bo jest to dla mnie ważny element każdej wyprawy. Lubię poznawać nowe smaki, próbować nowych dań i poznawać w ten sposób inne kultury. Dlatego zostawiamy tu nasze rekomendacje, zachęcając jednocześnie do własnych poszukiwań. NA ŚNIADANIE Brunch & Cake Zdecydowanie nasz numer jeden, jeśli chodzi o rekomendacje. Jest co prawda nie lada wyzwaniem, żeby znaleźć tam wolny stolik – bo kolejki ustawiają się od rana, a rezerwacja miejsca w zasadzie jest niemożliwa – ale warto odstać swoje, a później delektować się pysznym jedzeniem. Śniadania (brunche) są nie tylko duże i zdrowe, ale również przepięknie podane. Każdy zestaw wygląda na talerzu jak małe dzieło sztuki, można dosłownie jeść oczami. W Barcelonie znajduje się 6 filii tej kawiarni i każda – oprócz menu podstawowego – ma inny motyw przewodni, który jest inspiracją dla pozostałych dań. I tak np. w TRAVEL & CAKE znajdziemy zestawy śniadaniowe z różnych stron świata, a w CUP & CAKE kolorowe babeczki i naleśniki. Są też sałatki, koktajle pełne witamin, gofry z sadzonymi jajkami, tosty i mnóstwo innych pyszności. Gdy patrzy się na serwowane przez kelnerów dania naprawdę nie wiadomo na co się zdecydować. Zobaczcie zresztą jakie cuda tam serwują, a zrozumiecie fenomen tego lokalu. Federal Cafe Klimatyczne miejsce w rozkwitającej dzielnicy El Raval. W menu królują przede wszystkim jajka, podawane na wszystkie możliwe sposoby. Piękne, jasne wnętrze, świeże kwiaty, duży stół na dole, niezobowiązująca atmosfera. Czego chcieć więcej gdy ma się ochotę na leniwe śniadanie? NA OBIAD / KOLACJĘ / TAPAS Casa Deflin Historia tego miejsca zaczyna się ponad 100 lat temu. Znajdował się tu wówczas bar, do którego przybywali przede wszystkim robotnicy a także kupcy odwiedzający sąsiadujący market. Restauracja była czynna 24h na dobę i zasłynęła z serwowania tradycyjnych dań kuchni katalońskiej. W 2007 roku miejsce zostało odnowione, ale właścicielom zależało by zachować jak najbardziej autentyczne menu. Dlatego jeśli macie ochotę na prawdziwie hiszpańskie jedzenie – zajrzyjcie do Casa Deflin, a nie będziecie rozczarowani. CAFE DE L’ACADEMIA Bardzo przytulny lokal położony nieopodal stacji metra Jaume I. Doskonała i prosta kuchnia. Restauracja w porze lunchu oblegana jest przez pracowników ratusza. Za to wieczorem można zjeść tu bardzo romantyczną kolację. Tapas24 Jeden z najbardziej obleganych tapas barów w stolicy Katalonii. Mówi się, że właściciel restauracji, Carles Abellan, zrewolucjonizował sposób myślenia o tapas, gdy w 2001 roku otworzył swoją pierwszą restaurację Comerc 24. Jego odwaga i niekonwencjonalne podejście do tapas otworzyły zupełnie nowy rozdział w hiszpańskiej gastronomii. Ceny niestety nie należą do najniższych, ale raz można zaszaleć, bo dania, choć niewielkie, są naprawdę intrygujące i pyszne. ZDJĘCIE: HTTP://WWW.CATEDRALBCN.ORG/ Parilla Alfonsina Zdecydowanie najlepsze steki w Barcelonie. Co prawda nie próbowaliśmy steków w innych miejscach, ale byliśmy w Argentynie i wiemy co to znaczy dobry stek. Te serwowane w Parilla Alfonsina są rewelacyjne! A poza tym z restauracją wiąże się dość zabawna – z perspektywy czasu – anegdota. Pierwszego wieczoru gdy odwiedziliśmy to miejsce (kierując się odległością od domu, a mieszkaliśmy dosłownie w budynku na przeciwko, po drugiej stronie ulicy) zamówiliśmy sałatkę i empanady. Oboje tuż przed wylotem przeszliśmy grypę żołądkową, więc postawiliśmy na lekki posiłek, bo widok steka przyprawiał nas o mdłości. Kelnerka z pewnym niedowierzaniem dopytywała nas dwukrotnie czy to na pewno wszystko i czy na pewno nie chcemy zamówić już nic innego i była wyraźnie zdziwiona naszymi wyborami. Gdy wróciliśmy tam kilka dni później i spróbowaliśmy argentyńskiej wołowiny – zrozumieliśmy od razu o co chodziło. Pójść do tej restauracji i nie zjeść steka to grzech! Meson Barceloneta Niezobowiązujące miejsce w nadmorskiej dzielnicy Barceloneta. Dobre na popołudniowy lunch i na wieczorne tapasy. Duży wybór paelli – z owocami morza, z kurczakiem, wołowiną lub wegetariańskie. La Cassola Rodzinna, niewielka restauracja w Barri Gotic, serwująca tradycyjne dania kuchni katalońskiej. To tu mieliśmy okazji spróbować pa amb tomaquet, czyli chleba posmarowanego oliwą, czosnkiem i przetartymi pomidorami, czy butifarry, czyli kiełbasy z orzechami piniowymi podanej z białą fasolą. Specjalnością restauracji jest paella z owocami morza. Przy sąsiadujących stolikach siedzieli przede wszystkim Hiszpanie, a to zawsze dobry znak. I choć nie zostaniemy raczej miłośnikami tradycyjnej kuchni katalońskiej – polecamy odwiedzić to miejsce. NA SŁODKO Eyescream & Friends Chcemy być uczciwi więc nie możemy napisać, że lody są szczególnie dobre. Są bardzo przeciętne. Ale koncept nas rozczulił. Eyescream, czyli lody-stworki, przygotowywane są specjalną techniką, która pozwala na nakładanie ich płatami tworzącymi właśnie kształt potworków z oczami. Do wyboru jest kilka smaków i dodatki. Punkty przyznaję głównie za identyfikację wizualną. La Donuteria Dla miłośników polskich pączków i amerykańskich donutów. Codziennie powstaje 10 różnych smaków, a niektóre połączenia są naprawdę zaskakujące. La Pallaresa Choć nie mieliśmy zbyt miłych doświadczeń, jeśli chodzi o tę knajpkę, wspominamy o niej, bo to jedna z najbardziej tradycyjnych czekoladziarni w Barcelonie. To tu mieszkańcy przychodzą na popołudniową porcję słodyczy – czyli churrosy i czekoladę. W grudniowe przedświąteczne wieczory kolejka podobno ustawia się na zewnątrz, ale warto poczekać i poczuć atmosferę tradycyjnej pijalni czekolady.

KOŁEM SIĘ TOCZY

Mapy, nawigacje i inne przydatne i NIEPRZYDATNE aplikacje w podróży – Praktyczna Pogadanka 04

Czas na kolejny odcinek Praktycznej Pogadanki, dziś będzie o nawigacjach i mapach, które polecam, a także o kilku innych niesamowicie ciekawych aplikacjach i stronach internetowych bazujących na mapach, na jakie niedawno wpadłem. Zapraszam do oglądania, a jeśli ktoś nie może, napisałem także transkrypcję nagrania. Transkrypcja poniżej. Na początek chciałbym nieco pogadać o tych bardziej przydatnych The post Mapy, nawigacje i inne przydatne i NIEPRZYDATNE aplikacje w podróży – Praktyczna Pogadanka 04 appeared first on Kołem Się Toczy.

Gaijin w podróży

Nowy rok w Japonii

1 stycznia Japończycy bawią się w rodzinnym gronie, modlą się w świątyni żegnając stary rok i prosząc o szczęście w nowym. Po 108 uderzeniach świątynnych dzwonów przeszłość zostaje wypędzona wraz z wszelkim nieszczęściem i nieporządkiem. Japończycy hucznie wkraczają w Nowy Rok. Jak w większości państw, w Japonii Nowy Rok jest świętem narodowym. To nie tylko czas wspólnych zabaw i spotkań w gronie rodzinnym, ale przede wszystkim szansa na pozamykanie starych spraw i otwarcie się na nowe doświadczenia. Przygotowania do święta trwają już kilka dni przed Nowy Rokiem. Japończycy sprzątają swoje mieszkania, co ma symbolizować czyszczenie ze złych wspomnień. Przygotowywane są też tradycyjne potrawy, a przed domem stawia się kado-matsu – ozdobę z trzech ostro przyciętych bambusów związanych słomą ryżową i przystrojonych gałązkami sosny. Według wierzeń, jest to miejsce zamieszkania Toshigami, bóstwa zapewniającego dobrobyt i urodzaj. Nie można zapomnieć o ofiarach składanym bóstwom. Są to zazwyczaj suszone daktyle, nasiona sosny, ryby, mandarynki, czy kwiaty. Noworoczny poranek wygląda nieco inaczej niż w wielu europejskich krajach, gdzie setki ludzi leczy się po hucznej nocy. Japończycy poranek spędzają na modlitwach przed domowymi ołtarzami. Obchody Nowego Roku trwają nawet do początku lutego. Japończycy bawią się na licznych festiwalach i podczas rodzinnych spotkań. Japoński Sylwester to święto pełne symboli, bez których nowy rok nie miałby znaczenia. Bo jak tu witać przyszłość z nieuporządkowaną przeszłością. Artykuł Nowy rok w Japonii pochodzi z serwisu Gaijin w Podróży.