Fushimi Inari Taisha w Kioto

Gaijin w podróży

Fushimi Inari Taisha w Kioto

Co i gdzie jeść na Cyprze

wszedobylscy

Co i gdzie jeść na Cyprze

TROPIMY

Wszyscy jesteśmy Amerykanami – opowieści o amerykańskiej imigracji

Dlaczego ludzie zmieniają kraj zamieszkania? Co sprawia, że porzucają swoje dotychczasowe życie i ruszają na koniec świata, żeby zacząć wszystko od nowa? Czy zupełnie porzucają więź ze swoim krajem pochodzenia? Dlaczego niektórzy imigranci pielęgnują... Dzięki, że czytasz nas przez RSS! :) Przemek i Magda Post Wszyscy jesteśmy Amerykanami – opowieści o amerykańskiej imigracji pojawił się po raz pierwszy w TroPiMy.

Podróżnicze kalendarze i terminarze

POJECHANA

Podróżnicze kalendarze i terminarze

Od kilku lat, na chwilę przed Mikołajakami i Bożym Narodzeniem, pytacie mnie o kalendarze z najpiękniejszymi zdjęciami z Pojechanych podróży. W tym roku udało mi się je dla Was przygotować! Mam dla Was kalendarze wiszące w fromacie A3 z 13 najpiękniejszymi zdjęciami z podróży dookoła świata i terminarze, które mogą służyć za notatnik w podróży i w które zmieściłam aż 40 barwnych, innpirujących fotek. Terminarze są dodatkowo zapakowane w urocze pudełka ze świątecznym motywem. Zamawiać możecie już teraz! Kalendarz wiszący A3 kosztuje 36 zł (z kosztami wysyłki 40 zł, możliwy też odbiór osobisty w Warszawie po przedpłacie), jest też dostępny pakiet dwóch kalendarzy wiszących w cenie 60 zł (66 zł z wysyłką). Terminarz (wymiary 14×21) kosztuje 49 zł (z kosztami wysyłki 55 zł, możliwy też odbiór osobisty w Warszawie po przedpłacie). Aby otrzymać sPojechany kalendarz podróżnika, wpłać należność na moje konto, a następnie wyślij mi w mailu (blog@pojechana.pl) potwierdzenie przelewu i adres wysyłki (jeśli wybierasz tą formę dostawy). Mój numer konta w mBanku: Aleksandra Świstow 54 1140 2004 0000 3602 5468 4625   Zdjęcia w kalendarzu podróżnika Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy. Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera! Post Podróżnicze kalendarze i terminarze pojawił się poraz pierwszy w Pojechana.

Naples. Pizzeria Gino Sorbillo – in the temple of of Italian pizza

ITALIA BY NATALIA

Naples. Pizzeria Gino Sorbillo – in the temple of of Italian pizza

Friday night the middle of March, the very center of Naples. At the door, a waiter collecting records and dozens of people waiting for a table. The average time to stand in line it's an hour. Average daily quantity of pizza which is channeled directly from a traditional wood-fired oven on customers plates is 1200, and the components used in the product is high-quality products originating exclusively from the Campania region. Sauce made from ripe, juicy tomatoes, fresh mozzarella, fragrant basil, the best olive oil, and extremely thin and soft dough. But this isn't the only secret of the famous Neapolitan pizzeria. Here in for less than 4 euros Margherita will be prepared by the guy who trained the participants of the Italian and Australian MasterChef'a and won the Championship of Neapolitan Pizza in 2013. Come and sit at Pizzeria Gino Sorbillo. Source: Italia by Natalia

marcogor o gorach

Najwyższy szczyt Węgier zdobyty, czyli na niebieskiej górze

Pomysł zdobycia najwyższej góry Węgier tlił się w mojej głowie od bardzo dawna. Od kilku już lat planowałem poznanie węgierskich gór. Zawsze jednak coś było ważniejsze, wyższe, bardziej atrakcyjne. W końcu w ten długi listopadowy weekend udało się jechać na Węgry i trochę poznać tamtejsze pasma górskie. To był bardziej rekonesans i krajoznawcza objazdówka, niż ostre chodzenie po górach. Ale dzięki temu wyrobiłem sobie zdanie i już wiem, że opinie jakoby nasi bracia Węgrzy nie mają gór są mocno przesadzone. Patrząc z perspektywy Niziny Węgierskiej, a nie od północy wyrastają one ponad płaski teren średnio o 700-900 m. A to już daje przewyższenia podobne do naszych Beskidów. Przekonałem się też, że tereny górskie są atrakcyjne widokowo i przyrodniczo, a przy okazji zawierają duże możliwości poznawcze bogatej historii tego kraju. Z racji, że tereny górskie są bardzo małe Węgrzy dbają o nie i infrastruktura jest bardzo duża. Turystów również nie brakuje, zwłaszcza na Kekesie, który to jest jedną z największych atrakcji turystycznych państwa węgierskiego. W trzy dni przedłużonego weekendu zjeździłem Góry Bukowe, Matrę i Góry Zemplinskie odkrywając wiele niezwykłych miejsc. Dziś przybliżę wam troszkę pasmo górskie Matry, najwyższe na Węgrzech. Góry mają wielkie znaczenie w turystyce węgierskiej. Każdy chce zdobyć ich kulminację choć raz, tam też turyści mogą zaznać zimowych uciech.  Leżą w Karpatach Zachodnich, na północ od Wielkiej Niziny Węgierskiej, na wschód od pogórza Cserhát i na zachód od Gór Bukowych. Piękne lasy bukowo – dębowe zamieszkane są przez znane w Polsce gatunki oraz muflony! Bardzo lubianym środkiem transportu w tych górach jest kolejka wąskotorowa. Startuje ona z Gyöngyös a jej trasy (jedna mająca 25 km, a druga 6 km) wiodą przez góry Mátra. Kekes widziany z łąk pod Vilagos Ja samochodem objechałem pasmo dookoła oraz górską trasą dotarłem do ich serca. Po drodze zwiedzałem liczne dobrze zachowane zamki i odwiedzałem wieże widokowe, w których Węgrzy się chyba lubują, bo można je spotkać wszędzie. Ale o tym innym razem. Na Kekes, czyli najwyższy szczyt Węgier najlepiej dostać się z miejscowości Mátrafüred, skąd wybiega droga przez środek Matry do miejscowości Paradsasvar. W samym Mátrafüred warto zobaczyć wieżę widokową Kozmáry. Z tej ponad 100-letniej kamiennej wieży widokowej rozpościera się przepiękny widok. Natomiast kilka kilometrów od Mátrafüred znajduje się jezioro Sástó. Obok niego wznosi się wieża widokowa o wysokości 40 m, która pierwotnie była platformą wiertniczą. góry Matra z Niziny Węgierskiej Ale ja ruszyłem autem przez góry, jak najwyżej się dało. Choć są tam szlaki turystyczne to wszyscy wyjeżdżają samochodami na parkingi w Matrahazie lub nawet wyżej. Matrahaza to takie centrum turystyki pod Kekesem, gdzie znajdują się restauracje i stoiska z pamiątkami. Poza tym wzdłuż całej drogi na szczyt znajdziemy całe mnóstwo hoteli i pensjonatów, gdzie można się zatrzymać na nocleg. I z tych ośrodków Węgrzy licznie korzystają. W końcu głównie tu mogą uprawiać sporty zimowe. W Matrahazie oddziela się droga asfaltowa już na szczyt, prawie pod samą wieżę telewizyjną. Oczywiście parkingi są poniżej, jak także na licznych bocznych uliczkach prowadzących do hoteli, czy sanatorium pod wierzchołkiem. jeden z wielu parkingów pod Kekesem Także jest to chyba jedna z najłatwiej zdobytych gór w moim życiu, choć warunki na drodze powyżej rozjazdu były już typowo zimowe. Dlatego wielu kierowców miało problemy z wyjazdem z parkingów, z mokrego śniegu. Tam też nastąpił niespodziewany atak zimy, podobnie jak w Polsce w sobotnią noc. Byłem znacznie zaskoczony, bo myślałem, że te trzysta kilometrów na południe Europy odnajdę złotą jesień. Udało mi się to tylko częściowo. Po zostawieniu bezpiecznie auta na jednym z dzikich parkingów udałem się na wierzchołek Kekesa. Nazwa góry wywodzi się z węgierskiego słowa kékes (niebieskawy), gdyż obserwowana jest najczęściej w tym odcieniu. Góra ma wysokość 1014 m, jako jedyna przekracza tę tysięczną barierę tutaj. Słynie z olbrzymiej wieży telewizyjnej, na którą można wyjść, a która oferuje wspaniałe panoramy na wszystkie strony świata. Obok stoi stara wieża kamienna, której przeznaczenia nie znam. prawie na szczycie Kekes Na wierzchołku funkcjonuje także wyciąg narciarski, a pierwszy w tym roku śnieg spowodował, że przybyło tu w tę niedzielę listopadową mnóstwo rodzin z dziećmi, aby skosztować zabaw na śniegu. W sezonie zimowym na amatorów białego szaleństwa czekają tu dwie nartostrady. Liczne są oczywiście restauracje i bary. Są nawet wypożyczalnie sprzętu narciarskiego, placówkę ma tutejszy GOPR. Ja odnalazłem obelisk postawiony w najwyższym punkcie tego rozległego wierzchołka. Był oblegany przez takich jak ja, chcących zrobić sobie pamiątkową fotkę. Ten kamień oznaczający najwyższy punkt Węgier wymalowany jest w barwy narodowe tego kraju. Obok znajduje się ciekawy symboliczny cmentarz motocyklistów, czegoś takiego także jeszcze nie widziałem. Pokręciłem się dookoła w tym tłumie i odnalazłem miejsce, skąd rozpościerały się widoki. Nie mogłem uwierzyć, gdy spojrzałem i zobaczyłem długie pasmo Niżnych Tatr, od Kralowej Holi po Chopoka, a za nimi zaśnieżone szczyty Tatr Wysokich! Myślałem, że to jakiś  miraż, ale inni turyści utwierdzili mnie w przekonaniu, że to naprawdę Tatry. Pogoda tego dnia dopisała, ale aż takich dalekich panoram się nie spodziewałem! te białe zaśnieżone to Tatry Na szczyt o zgrozo można dojechać autobusem z Budapesztu, trzy kursy dziennie, czy własnie wspomnianą kolejką do Matrafured i dalej pieszo, pokonując ponad 600 m podejścia w pionie. Natomiast z pobliskiego  Gyöngyös mamy ponad dziesięć kursów autobusowych dziennie. Ciekawy jest też ten parking publiczny poniżej szczytu. Jest on płatny tylko w wybranych godzinach, a poza nimi można po prostu zostawić auto lub nawet w nim spać bez problemów. Dodam jeszcze, że nie można zapłacić euro ani kartą, więc warto mieć kilka drobnych forintów. Na wierzchołku mamy wiele miejsc na urządzenie pikniku, stragany z pamiątkami oraz fantastyczny samoobsługowy bar dla wygłodzonych… Rozchodzi się stąd również wiele szlaków we wszystkie strony. Oznaczenia tychże to poziome paski, krzyżyki oraz pionowe paski – oczywiście wszystko w różnych kolorach, więc możliwych kombinacji jest wiele. najwyższy punkt Węgier na Kekesie Ale jak wspomniałem największa atrakcja to 176-metrowa wieża telewizyjna (Kékes TV-torony), w której jest taras widokowy i restauracja – wstęp to 480/350 forintów. Czynna codziennie od 9 rano do 16-18 w zależności od pory roku. Na taras widokowy wjeżdża się windą, ale ja zafundowałem sobie spacer po 140 schodach do góry, aby nie było, że wjechałem na te górę autem…Widoki na wszystkie strony, niestety przez szyby i tak wynagrodziły długą podróż tutaj. Doskonale widać było nie tylko Tatry, Niżne Tatry i inne słowackie pasma górskie na północy, ale zwłaszcza te pobliskie węgierskie góry, w przepięknej jesiennej szacie, jak Góry Bukowe, o których wkrótce przeczytacie u mnie. Natomiast na południu majaczyły jakieś odległe, chyba już rumuńskie pasma. Bo przed nimi rozpościerała się wielka równina… Wypiłem w barze kawę czekając na zachód słońca, który wkrótce nadszedł i jeszcze bardziej zauroczyłem się tym miejscem. Niby niewielkie góry, ale też można się zachłysnąć widokami. TV Kilato Jak pisałem oprócz drogi jezdnej na szczyt prowadzą liczne piesze i rowerowe szlaki turystyczne. Wybudowana w latach pięćdziesiątych XX wieku na rozległym, płaskim i porośniętym lasem wierzchołku wieża ze swymi widokami przyciąga rzesze turystów na okrągło przez cały rok. Byłem w szoku ilu ich tu spotkałem w tę listopadową, do tego zimową niedzielę. Pewnie tylko w lecie ta góra przegrywa z Balatonem. Węgrzy to aktywny turystycznie naród, spotykałem ich w polskich Tatrach, czy rumuńskich górach Bihor. Po nasyceniu oczu widokami pozostało mi tylko odnalezienie samochodu i zjazd w dół do Matrafured. Na zboczach góry świeciły się co kawałek światła hoteli i ośrodków wczasowych, które już przygotowały ofertę sylwestrową na tegoroczne zakończenie roku, bardzo popularną wśród Węgrów. kawiarnia na tarasie TV Kilato Sam muszę pomyśleć, gdzie w tym roku pożegnać stary rok. Do tej pory udawało mi się to czynić w górach. Może by pozwolić sobie w tym roku na odrobinę luksusu i pobyt w http://perlapoludnia.pl/. Położony w Roztoce Ryterskiej, w cudnej okolicy Beskidu Sądeckiego ośrodek pozwala odetchnąć i zapomnieć na chwilę o całym świecie. Fantastyczne okoliczności przyrody pozwalają na bliski kontakt z naturą, piękną tu o każdej porze roku. A do tego impreza sylwestrowa to może być strzał w dziesiątkę. A jeszcze jest bogata oferta SPA oraz sportu i rekreacji, a także posiłki wywodzące się z góralskiej kuchni… chyba trzeba tego spróbować! widok z wieży na kopułę szczytową Kekesu i zachód słońca Na koniec zapraszam do obejrzenia fotorelacji ze zdobycia Kekesu. Niektóre fotki, te na wieży robione są przez szybę, więc jakość jest gorsza, ale dają pogląd na „możliwości” tej niedocenianej góry. Wkrótce kolejne opowieści z węgierskich gór. Choć poznałem je dopiero pobieżnie z racji braku czasu, to już wiem, że w niektóre miejsca będę musiał powrócić, bo przekonałem się, że są na tyle piękne, że są warte bliższego poznania. Na pewno takowe są Góry Bukowe, choć Matra też ma wiele do zaoferowania. Pasma takie podobne do naszych Beskidów. Pomyślałem sobie, że będą odpowiednie na stare lata, ale chyba tyle nie wytrzymam, żeby tu powrócić. Konkludując Węgrzy też mają swoje góry warte eksploracji, a kto nie wierzy niech się przekona na własnej skórze. Do tego jeszcze dochodzi mnóstwo jaskiń do zwiedzania i oczywiście zabytków. Dziękuję koledze Danielowi za wspólne odkrywanie Węgier. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl]       Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

KOŁEM SIĘ TOCZY

Nie daj się OKRAŚĆ ani ZJEŚĆ pod namiotem – Praktyczna Pogadanka 02

Czas na drugi odcinek z serii praktycznej, w której staram się pomagać początkującym, chcącym zacząć swoją przygodę z podróżami na własną rękę, a także doradzić nieco w tych kwestiach osobom już nieco doświadczonym. Zapraszam do drugiego odcinku o noclegach na dziko. Pierwszy odcinek możecie zobaczyć tutaj, a także polecam zerknąć do blogowego wpisu o nocowaniu pod namiotem The post Nie daj się OKRAŚĆ ani ZJEŚĆ pod namiotem – Praktyczna Pogadanka 02 appeared first on Kołem Się Toczy.

Neapol. Pizzeria Gino Sorbillo – w świątyni włoskiej pizzy

ITALIA BY NATALIA

Neapol. Pizzeria Gino Sorbillo – w świątyni włoskiej pizzy

Piątkowy wieczór w połowie marca, ścisłe centrum Neapolu. Pod drzwiami kelner zbierający zapisy i kilkadziesiąt osób oczekujących na stolik. Średni czas stania w kolejce to godzina. Średnia, dzienna ilość sztuk pizzy trafiająca wprost z tradycyjnego pieca opalanego drewnem na talerze klientów to 1200, a składniki używane do jej wyrobu to wysokiej jakości produkty pochodzące wyłącznie z regionu Kampania. Sos z dojrzałych, soczystych pomidorów, świeża mozarella, pachnąca bazylia, najlepsza oliwa z oliwek oraz ekstremalnie cienkie i miękkie ciasto. Ale to nie jedyny sekret słynnej, neapolitańskiej pizzerii. Oto za niecałe 4 euro margheritę przygotuje Wam facet, który szkolił uczestników włoskiego i australijskiego MasterChef'a oraz wygrał Mistrzostwa Pizzy Neapolitańskiej w 2013 roku. Zapraszam Was do Gino Sorbillo. Source: Italia by Natalia

BANITA

TRAMPki w Kuchni Spotkań IKEA

Jak wygląda Twoja podróż marzeń? – zapytałam. Gwar, jaki panował przy stole, ucichł. W tle rozbrzmiewała jedynie klimatyczna muzyka, a na ekranie dużego monitora migały kadry ze świata: z kanionów w Stanach, z Wyspy Wielkanocnej, Tajlandii, Madagaskaru, ale też z podróży po Polsce. W powietrzu też mieszały się zapachy świata: imbiru z zupy dyniowej, świeżej kolendry dodanej do guacamole, soczystego mango. Pierwsza zapytana odchrząknęła i nieśmiało powiedziała, że jest […] The post TRAMPki w Kuchni Spotkań IKEA appeared first on B *Anita.

Himalaje 2016 - Dzień 14 - Orlice wylatują

dwa kółka i spółka

Himalaje 2016 - Dzień 14 - Orlice wylatują

16 sierpnia 2016 - wtorek17 sierpnia 2016 - środaNikomu się nie chce wyjeżdżać, ale niestety trzeba wracać do rzeczywistości. Niektóre Orlice jeszcze zostają dzień czy dwa, Ola czeka na "drugi turnus" - Orliczki - dziewczyny nieco młodsze motocyklowym stażem, które wrócą Enfieldami do Manali.  Ruszamy na lotnisko w Leh. Nie jest to takie proste, bo zanim wjedziemy na jego teren, kierowcy muszą uzyskać pozwolenie od mundurowych. W końcu jesteśmy na miejscu i zaczyna się zabawa...Na lotnisko wchodzi się rożnymi wejściami, odpowiadającymi gate'om. Są chyba trzy. Do jednego jest wieeelka kolejka. Do drugiego nikt nie stoi. Gdzieś dalej znowu stoją jacyś ludzie. Wejścia nie sa opisane i nie ma na nich informacji "za czym ta kolejka stoi". Jest kilka skupisk plastikowych krzesełek, połączonych ze sobą - taka poczekalnia pod chmurką.Podczas gdy cześć z nas rozładowuje bagaże z dachu taksówek, pozostałe próbują się rozeznać w sytuacji. Wielka kolejka "leci" na Goa. Więc to raczej nie my. W środkowej części przy wejściu jest mała tablica z ledwo widocznymi, wypisanymi kredą informacjami. I co ciekawe okazuje się, że to nasze wejście. No to wchodzimy. Zanim przejdziemy dalej chcemy jeszcze poczekać, bo ma podjechać ekipa, która zostaje w Leh, żeby nas pożegnać i upewnić się, że na pewno poleciałyśmy. Niestety jak już weszłyśmy, to nie możemy wyjść, tzn. z budynku możemy, ale nie ze strefy wyznaczonej przez plastikowe krzesełka, czego pilnuje uzbrojony pan w mundurze. Ance, która chce nas pożegnać to nie przeszkadza i przechodzi nad krzesełkami, żeby nas uściskać. Czas jednak nagli, więc przechodzimy dalej, by poddać się kontroli lotniskowej w wersji lokalnej...W środku budynku... ludzie ze wszystkich wejść i tak wchodzą do jednej hali. Najpierw musimy poddać nasze bagaże skanowaniu. Potem możemy przejść dalej, do stanowisk odpraw. Udaje nam się znaleźć to właściwe. Są osobne kolejki dla mężczyzn i kobiet - w męskiej jest milion osób, w damskiej przed nami zaledwie jedna. na stanowisku check-in wymieniamy główne bagaże na karty pokładowe i możemy iść do kontroli bezpieczeństwa. Tu też są osobne kolejki, ale w damskiej jest sporo więcej osób, w dodatku te najgrubsze hinduski i jeszcze grubsze muzułmanki przepychają się jeszcze bardziej niż dzieciaki z mojego klubu narciarskiego wieki temu w kolejce do krzesełka na  Goryczkowej... Kolejka przesuwa się wolno, bo i tak wszystkie podręczne bagaże idą na jedną taśmę i przez jeden skaner. W dodatku, właśnie zauważamy, że kobiety nie mogą wchodzić z plecakami i więcej niż jedną sztuką bagażu podręcznego (a niektóre z nas mają jeszcze kaski). Pani mundurowa tego pilnuje i coś się burzy, ale zignorowanie jej jest wystarczające, żeby problem już przestał istnieć. Jeśli już się uda wrzucić bagaż na taśmę, przechodzi się przez bramkę (faceci) i przez bramkę i kontrolę za kotarką (kobiety), po czym dostaje pieczątkę na karcie pokładowej. Teraz jest tylko walka o wyszarpanie  swojej własności i można zatopić się w tłumie we wspólnej dla wszystkich gate'ów poczekalni. Jest barek lotniskowy, więc kupujemy sobie samosy i jakieś picie na śniadanie. Musimy też wytężyć uwagę, żeby nie przegapić naszego lotu - komunikaty niby są , ale całkowicie nie do zrozumienia, a na monitorach nad gate'ami informację się wyświetlają, albo nie, więc też pełna dowolność. W końcu przychodzi czas na nasz lot. Stajemy w kolejce do bramki i... odbijamy się od niej, bo nie mamy odpowiedniej pieczątki czy znaczka wskazujących, że przeszłyśmy identyfikację bagażu. Wychodzimy więc bocznym wyjściem z poczekalni na płytę, gdzie widzimy setki toreb i walizek wywalone chaotycznie na podłogę. Uwijający się w tym wszystkim pan prosi o wskazanie bagażu każdą z nas. Po czym odkleja z zawieszki bagażu jakiś fragment i nakleja go sobie na przedramię, rysuje "ptaszka" na karcie pokładowej i mówi, że to już i możemy wracać do bramki... Na pytanie czy on to ogarnia odpowiada "się zobaczy". Przechodzimy przez bramkę i jednym z dwóch korytarzy (każdy dla innej linii lotniczej) wychodzimy na zewnątrz... na wspólny placyk ;) gdzie podjeżdżają autobusy przewożące pod samolot. Najpierw jeszcze kilka razy podjeżdża "nie nasz" biorąc spóźnialskich z innego lotu, aż w końcu nasz i zabiera nas pod samolocik. Wsiadamy i po chwili wylatujemy z Leh.Lot przebiega bez zakłóceń i mniej więcej rozkładowo lądujemy w Delhi. Tu również cześć grupy odbija w swoją stronę, na swoje loty. Ekipa lecąca do Polski ma samolot w środku nocy/nad ranem, więc mamy chytry plan na przeczekanie tych godzin. Zwiedzanie Delhi to słaby pomysł, zwłaszcza, że na lotnisku nie ma jak zostawić bagażu. GaGatek więc zorganizowała nam wypad wynajętym busem do Agry, żeby zobaczyć Taj Mahal.Przed lotniskiem czekał na nas człowiek, właściciel firmy przewozowej, który miał pokierować tą operacją. Przeszłyśmy w upale na parking, gdzie po długich minutach oczekiwania podjechał busik. Klimatyzowany. Bo jest nieznośnie gorąco. Surowy klimat Himalajów był o niebo lepszy :)Jak to w Indiach bywa, jeśli coś działa dobrze, to jest coś o czym nie wiesz. Szło za gładko. Tak więc nasz busik zepsuł się jeszcze zanim wyjechałyśmy z Delhi. W oczekiwaniu na następny, który "miał być za kwadrans" (no, zobaczymy) poszłyśmy zdobyć trochę picia i jakieś orzeszki na przegryzkę. Do Agry, gdzie coś zjemy, mamy ładne kilka godzin jazdy. Drobny shopping zasponsorował nam właściciel busikowej firmy - w ramach rekompensaty za niedogodności.Nowy busik był mniej komfortowy, ale jakby bardziej sprawny, więc jechałyśmy bez przeszkód.W Agrze poznałyśmy naszego przewodnika (niestety jego imię wyleciało mi z głowy), ale zanim nastąpiło zwiedzanie, poszłyśmy coś zjeść. Niestety do knajpy turystycznej, co widać było wyraźnie w cenach potraw, skądinąd bardzo dobrych.Gdy poziom cukru wrócił do normy, pojechaliśmy do Agry. Dostałyśmy kila rad jak się ustrzec przed złodziejami i naciągaczami, co wolno, a czego nie wolno wnosić na teren Taj Mahal a także ochraniacze na buty (bo do grobowca nie można wejść w butach, ale założenie na nie ochraniaczy załatwia sprawę ;)).W Agrze byłam w 2010 roku, podczas plecakowej podróży do Indii, ale niewiele się tu zmieniło - tłumy, tłumy, tłumy. Na szczęście nasz przewodnik miał dla nas już kupione bilety, więc nie musiałyśmy stać w wielkich kolejkach do kas, a potem nawet do kontroli bezpieczeństwa wprowadził nas na początek kolejki, ku niezadowoleniu lokalesów, ale za przyzwoleniem strażników.Nasz przewodnik bardzo ciekawie poopowiadał nam o historii tego miejsca, podając mnóstwo dodatkowych i interesujących informacji, co jak, gdzie, kiedy i dlaczego. W samym grobowcu poświęcił dłuższą chwilę na omówienie technicznych aspektów budowy obiektu i kamieni szlachetnych użytych do dekoracji. Po raz kolejny okazało się, ze jest jakimś VIPem wśród przewodników, bo strażnicy mu pomagali w demonstracjach przenikania światła przez marmur i niektóre kamienie, zamiast przeganiać - normalnie przechodzi się tam w kolejce ludzi, bez możliwości robienia zdjęć i zatrzymywania się. Akurat prowadzone są prace - piaskowanie minaretów, żeby przywrócić im jasny kolor. Zanieczyszczenie powietrza mocno dało im się we znaki. Od jakiegoś czasu w okolicy nie ma żadnego przemysłu, więc jest nadzieja, że po czyszczeniu zachowają biel na dłużej.Po zwiedzaniu musiały nastapić oczywiście rzeczy charakterystyczne dla postępowania z turystami w takich miejscach, czyli pod pretekstem przekazania dalszych informacji przewiezienie do sklepów. I tak trafiłyśmy do "potomków rodzin robotników, którzy budowali Taj Mahal", gdzie po demonstracji inkrustowania marmuru kamieniami tą samą metodą jak wieki temu, zaproszono nas do wielkiego sklepu, gdzie na przykład można było sobie zanabyć marmurowy stolik do gry w szachy ;) Kolejnym miejscem był sklep z biżuterią, gdzie najpierw mogłyśmy popatrzeć jak powstają wyszywane klejnotami makatki i inne wyroby z tkanin, a następnie posłuchać i popatrzeć na kamienie, które w różny sposób rozbłyskują gdy są oświetlone światłem i oczywiście zakupić je po "atrakcyjnych" cenach. Tu trochę miałyśmy już dość, więc po angielsku zmyłyśmy się ze sklepu.Nasz przewodnik zabrał nas jeszcze na targ z owocami, gdzie dopilnował, żeby nikt nas nie ponaciągał. Zrzuciłyśmy się na napiwek dla niego, bo było go warto posłuchać, a  "z urzędu" za nas dostawał jedynie 10 dolarów i pożegnałyśmy go, a same ruszyłyśmy busikiem z powrotem do Delhi.Koło północy byłyśmy na miejscu i mogłyśmy po raz kolejny rzucić się w wir odpraw. Zmęczone, ale zadowolone dotarłyśmy do poczekalni przed bramkami, gdzie spotkałyśmy znowu Jasinka i Reda, którzy wracali tym samym zestawem samolotów do Polski.Podróż, z przesiadką w Doha minęła bezproblemowo i w środę wczesnym popołudniem już byłyśmy w Polsce, gdzie na każdą z nas czekał jakiś mniejszy lub większy komitet powitalny. Szkoda się było rozstawać, po takim fajnym wyjeździe...

Muzeum Fotografii w Zamościu

SISTERS92

Muzeum Fotografii w Zamościu

Positano, Amalfi, Ravello. The charm of empty beaches, or Amalfi Coast at low season.

ITALIA BY NATALIA

Positano, Amalfi, Ravello. The charm of empty beaches, or Amalfi Coast at low season.

Amalfi Coast and its colorful towns, scenic beaches hidden in small coves and the famous Costiera Amalfitana, one of the most panormic roads in Europe, in the season terribly crowded, from autumn to spring almost empty and eagerly awaiting for visitors. Today I will tell you why you should visit the Amalfi Coast during low season and what it's like to have a famous beach in Positano almost exclusively for us. Come and see for yourself! Source: Italia by Natalia

Park Narodowy Sutjeska: śladami partyzantów Tito z polskim akcentem

BAŁKANY WEDŁUG RUDEJ

Park Narodowy Sutjeska: śladami partyzantów Tito z polskim akcentem

Muzeum Prusa i Żeromskiego w Nałęczowie

SISTERS92

Muzeum Prusa i Żeromskiego w Nałęczowie

Rajska Malta może cię rozczarować. 15 porad jak uniknąć zawodu

WEEKENDOWI PODRÓŻNICY

Rajska Malta może cię rozczarować. 15 porad jak uniknąć zawodu

Travelling Mexico: Business and Pleasure

Picking the Pictures

Travelling Mexico: Business and Pleasure

Mexico is one of the most interesting countries in the world to visit. Whether it's enjoying the country's attractive beaches, coral reefs, its colorful culture, jungle, or visiting historical sites, Mexico offers something for everyone the choices of admired holidays are truly never ending and there are plenty of online options to plan for these holidays. Beautiful scenery, comfort, and a thrilling experience are the keys to a perfect spot for all travellers and the countless exclusive deals for a luxury holiday in Mexican destinations all across the globe. SourceThis big Central American country has many areas that are deliberately designed to cater to the needs of the day tripper, or for a family on a package holiday. As well as Mexico's holiday sparkling beaches, the relevant resorts will also offer visitors shopping centres and parks to enjoy. Historical sites in Mexico are also well positioned for tourists to explore.Because Mexico has a growing economy, it's also a country to consider regarding business opportunities. Finding the best package that suits your taste for a Mexican holiday trip, that allows you to balance a holiday with looking for business opportunities, would be ideal.Using information gathered from a holiday can also prove to be a spark to starting up a business in Mexico. The type of business could be aimed at English-speaking tourists, for instance. Because of the demand to see some of the notable Aztec and Mayan sites in the country, providing guides to see these historical hot spots is one business idea to consider. Providing general tourist guides is also another.SourceMexico's location close to the United States makes it a good base for a business financially because it's cheaper to start a business there than in the US and Europe. Mexico is also currently the only country that has Free Trade Agreements with both of those economic zones. Mexico's infrastructure means that travelling to Europe is also not a problem, as it's a country well equipped with international airports, and is proof that not everything revolves around the capital, Mexico City.Whether its coastal resorts looking over the Pacific Ocean in the west, or the Caribbean Sea to the east, or its fascinating towns and cities inland, Mexico’s holiday is a great tourist destination and a land of opportunity for business among savvy tourist and business traveller enthusiast.

Na Giewont pójdę

marcogor o gorach

Na Giewont pójdę

Listopad to miesiąc nostalgii. Wtedy odwiedzamy cmentarze, także te symboliczne w górach i oddajemy się zadumie jak kruche jest ludzkie życie. Więc uważajcie na siebie w nowym sezonie zimowym, bo stuprocentowi górołazi nie robią sobie przerwy od górskich wędrówek nawet w zimie. A niektórzy z nas czekają na nią, jak na najlepszą porę roku, bo wtedy szlaki są puste i mamy prawie całe góry dla siebie. Listopad to też miesiąc odzyskania niepodległości, więc odwiedzamy cmentarze wojenne i myślimy o tych, dzięki którym żyjemy tu, gdzie żyjemy. Ja bardzo lubię zwiedzać takie miejsca, a mam ich w Beskidzie Niskim, gdzie mieszkam całe mnóstwo, pozostałość po obu wojnach światowych. To taki specjalny miesiąc, który nastraja nas troszkę inaczej… więcej może w naszym życiu przemyśleń i planowania przyszłości. Nie brakło w nim czasu na górskie eskapady, choć dużo czasu poświęcam już na robieniu planów na nowy rok. Wkrótce kolejne opisy mych wycieczek i nowych, niespodziewanych tras, które było dane mi odkryć. Dziś nostalgicznie zapraszam Was do kącika poezji górskiej, do lektury wspaniałego wiersza o górze, którą zna każdy Polak i która doskonale pasuje do nastroju listopadowej myśli. Zachęcam do poddania się chwili i proszę przysyłajcie swe górskie poezje, a będą publikowane na mym blogu! Na Giewont pójdę, bo tam stoi Krzyż Twój, o Panie, taki prosty jak skał tych wielkich zadumanie Jak orłów niewidzialne loty. Na Giewont pójdę i gdy chmury Oddalą mnie od bólu Ziemi, Cicho jak obłok się rozpłynę W łzach… Z których każda się przemieni W perełek czystych wielkie wieńce Osłonią Ciebie przed rozpaczą I może: kres przyniosą męce. Bo Bóg się, Ojciec, ulituje I z miłosiernej jasnej toni Spłyną na Ziemię chwile Łaski I Słońce chmury złe przegoni. I ludzie się przemienią wreszcie W istoty dobre, jasne, Boże, I będą co dzień Ci przynosić Miast skarg, uwielbień ciche Morze… ( Alina Karpowicz ) nasza narodowa góra-Giewont PS. A przy okazji polecam wszystkim miłośnikom akwarystyki sklep http://www.plantica.pl/ . Ten akwarystyczny sklep internetowy to miejsce, w którym mogą Państwo zrobić zakupy każdego dnia, 24 godziny na dobę. Bogaty asortyment składający się z ponad 5000 produktów dostępny jest w jednych z najniższych cen na rynku. Sami mówią o sobie, że najważniejszy jest klient i to w zgodzie z Jego wymaganiami przygotowują ofertę, pozwalając mu znaleźć wszystko czego potrzebuje w jednym miejscu. Bodźcem do powstania firmy Plantica, obecnej na rynku od 5 lat, była akwarystyka, a konkretnie pasja do niej. Zdobywaną przez lata wiedzę postanowili przełożyć na usługi, z których mogą Państwo skorzystać za pośrednictwem ich sklepów. Z górskim pozdrowieniem Marcogor  Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Helsinki Christmas Market 2016

Zastrzyk Inspiracji

Helsinki Christmas Market 2016

To już 24 lata!

SISTERS92

To już 24 lata!

Mój własny Kraków: idealny sposób na zimę wg Mr. Pancake.

PO PROSTU MADUSIA

Mój własny Kraków: idealny sposób na zimę wg Mr. Pancake.

          Ostatnie dni nie były łatwe, a od wczoraj jest jeszcze gorzej. Nasza świnka Nataszka wylądowała u weterynarza i została tam na noc, a dopiero za kilka godzin będziemy wiedzieli co jej się dzieje. Jeśli nie jest strasznie źle to będzie to tylko infekcja, jeśli będzie źle to kamień i czeka ją operacja. W ramach wsparcia dla Nataszki u weterynarza została też nasza druga świnka Kluska i strasznie smutno i cicho zrobiło się nam w mieszkaniu. Szczególnie dało się to odczuć rano, gdy robiłam Tomaszowi śniadanie do pracy i nikt się nie darł, gdy otwierałam lodówkę. A uwierzcie, Kluska drzeć się potrafi jak wyczuwa potencjalną możliwość zjedzenia czegoś dobrego. ;) Dobrze, że nie gustuje w tym co my, bo mielibyśmy wczoraj ogromne wyrzuty sumienia, ponieważ wracając od weterynarza postanowiliśmy skorzystać z okazji, że jesteśmy w centrum Krakowa i wybrać się na jakiś szybki obiad. A że ostatnio czytałam o pewnej knajpie, to nie wahaliśmy się długo i skierowaliśmy naszego kroki w stronę ulicy Dolnych Młynów i miejsca o nazwie Mr.Pancake Kraków / Bifor.  I powiem Wam, że była to naprawdę dobra decyzja i jedyny jasny punkt wczorajszego dnia. :)      Już po samej nazwie miejsca można się domyślić, że króluje tutaj kuchnia amerykańska i tamtejsze naleśniki, swojsko nazywane przez nas pankejkami. Jako że pod pewnymi względami jestem upośledzona kulinarnie, to polski naleśnik w życiu mi nie wyszedł, zaś pankejki już tak. Ale po wizycie tutaj okazało się, że moje twory to właściwie potwory i są zdecydowanie bardzo ubogim krewnym tych serwowanych  na Dolnych Młynów. ;)      Wnętrze knajpy jest bardzo przyjemne, urządzone w stylu nowoczesnym, który ostatnio dominuje w większości nowych miejsc tego typu, ale mnie osobiście zupełnie to nie przeszkadza. Byliśmy tutaj po godzinie czternastej, więc poza nami było niewiele osób, raptem trzy stoliki były zajęte, w tym jeden przez studentów prawa zawzięcie powtarzających gospodarcze i handlowe. ;)        Siedliśmy sobie przy wysokim stoliku na wysokich krzesełkach (bo z powodu mojego wzrostu od zawsze mam słabość do barowych krzeseł i jak tylko mam okazję, to się na nich rozsiadam), ale normalne stoliki, krzesła i kanapy też są. Do wyboru, do koloru. ;)        Przychodząc tutaj już właściwie wiedzieliśmy na co mamy chęć, bo na stronie można sobie spokojnie przejrzeć menu. Które tak nawiasem nosi obecnie nazwę "fuck winter" i faktycznie takie jest. ;p Dominuje wszystko to, co kojarzy nam się z zimą - czekolada, bita śmietana i duuużo kalorii. I to właśnie lubimy, mimo wszechpanującej mody na bycie fit, pro i w ogóle. Każdy czasem lubi sobie wsunąć takiego pankejka ze sporą ilością dodatków. Myśmy też na takiego postawili, bo zamówione przez nas cudo miało dużo solonego karmelu, precelki, orzeszki, lody, Snickersa i krem czekoladowy z masłem orzechowym. To wszystko w cenie 26 zł, a że akurat był to wtorek to w ramach dziennej promocji (od poniedziałku do piątku jest inna, a każda fajna, sprawdźcie sobie) do każdego pankejka można było wziąć sobie za 10 zł gorącą czekoladę. Oczywiście nie omieszkaliśmy spróbować i zamówiliśmy do kompletu czekoladę z Nutellą, kremem Oreo i bitą śmietaną. Jak "fuck winter" to po całości, a co! ;p       Zamówiliśmy przy barze i czekolada miała być do odbioru za kilka chwil, zaś na gwiazdę miejsca musieliśmy chwilę poczekać, a jej nadejście miał nam zwiastować brzęczący krążek, który dostaliśmy do stolika (a który przyprawił nas prawie o zawał ;p). Siedząc przy naszym stoliku było widać jak pan barman przygotowywał czekoladę. I sam ten proces już sprawiał, że nie mogliśmy się jej doczekać. I nagle pojawiła się - w wielkim słoiku po Nutelli, z ogromną czapą z bitej śmietany obsypaną kolorową posypką. Wyglądała pięknie, aż żal było jej próbować. Po tych kilku sekundach, gdy ten żal odczuwaliśmy, bo szybko nam przeszedł, zatopiliśmy się w konsumpcji. Pyszniejszej nie piliśmy, serio. Jak stwierdził Tomasz, była to "nutella wymieszana z oreo", czyli obecnie dwa jego ulubione smaki. I faktycznie tak właśnie smakowała. Była absolutnie fantastyczna, gorąca, rozgrzewająca i totalnie słodka. I gdy tak się nią rozkoszowaliśmy, na czerwono zabipczał nam krążek i można było iść po pankejki. ;)napój bogów. ;)      Dawno nie widziałam Tomasza z takim skupieniem niosącego cokolwiek do stolika. Z daleka porcja robiła wrażenie, z bliska było nawet jeszcze lepiej. Trochę się zastanawialiśmy czy jedna porcja dla dwojga to dobry wybór, ale okazało się, że tak, bo dwóch byśmy nie przejedli. Dostajemy bowiem na talerzu pięć puszystych pankejków z mnóstwem dodatków, o których pisałam już powyżej. Wszystko dosłownie rozpływa się w ustach i fajnie się ze sobą komponuje. Tutaj już tak strasznie słodko nie było, bo jednak precelki, orzeszki i solony karmel fajnie ją przełamywały. Była to prawdziwa uczta i dosłowne "fuck diet", które znajdowało się na małej fladze wetkniętej na czubek tej mini góry pankejków. I powiem Wam, że tak się tym najedliśmy, że po powrocie do domu musieliśmy koniecznie uciąć sobie drzemkę (jedni krótszą, drudzy dłuższą) i w sumie nie zjedliśmy tego dnia nic więcej (dobra, poza jajkiem sadzonym i śledziem około 22 ;p).omnomnom.w połowie dekonstrukcji talerza.krajobraz po bitwie.        Powiem tak: jeśli kiedyś będziecie w okolicy, pogoda będzie brzydka (a w Krakowie teraz brzydko będzie pewnie aż do kwietnia), będzie Wam smutno, źle i w ogóle beznadziejnie, będziecie potrzebować czegoś na poprawę humoru albo po prostu będziecie mieli ochotę na coś pysznego, idźcie na Dolnych Młynów 10 i zjedzcie pankejka z gorącą czekoladą. Nie ma się co przejmować kaloriami, każdemu czasem się należy odrobina szaleństwa. Polecam z całego serduszka! :)niepozorne miejsce, a takie pyszności czają się za drzwiami. ~~Madusia.

WOJAŻER

Nowy Kraków. Szlakiem nowoczesnej architektury i współczesności

On zawsze po prostu był. Klejnot szlifowany przez wieki, który w minionym, dwudziestym wieku, uniknął losu większości polskich miast. Przetrwał wojnę, a przetrwawszy ją opierał się potem architektonicznej fantazji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jednocześnie pozwalając jej na rozwój nowego organizmu poza swoją główną, zabytkową tkanką. Tak dotrwał Kraków do czasów szalonej wolności lat dziewięćdziesiątych, której ledwo się opierał. Udało się i oczyściwszy niedawno ścisłe z centrum z nachalnej, reklamowej zarazy, dotarł do czasów współczesnych w stanie prawie idealnym. Stanąwszy przed nowymi wyzwaniami, musi teraz ciągle odpowiadać na pytania: dokąd pójść, na co sobie pozwolić, jak ingerować w tą swoją cenną tkankę, a jak nie, aby się za nadto nie uszkodzić. Większość z tych, którzy przybywają do Krakowa na dzień, dwa lub kilka, pamięta potem, i wspomina jeszcze długo, Rynek Główny, ulice Floriańską i Grodzką, Wawel czy Kazimierz. We wspomnieniach przetaczają się pocztówkowe ujęcia z dorożkami w tle, z kawiarniami wypełniającymi wąskie ulice starego miasta, obrazy z pięknymi kościołami, których dzwony rozbrzmiewają w mieście. Wszyscy wiedzą, jaki jest Kraków a ci, którzy tego nie wiedzą, którzy nie znają …

Cypr z dzieckiem. Atrakcje dla najmłodszych

wszedobylscy

Cypr z dzieckiem. Atrakcje dla najmłodszych

Płock - stolica polskiej secesji.

Wandzia w podróży

Płock - stolica polskiej secesji.

Adršpach z psem

URLOP NA ETACIE

Adršpach z psem

Migawki z Lublina

SISTERS92

Migawki z Lublina

HANNA TRAVELS

Gratitude! 100 days on the road and 6th birthday of my blog

100 days of my trip have passed and I don’t even know when. 100 days since when I have left Poland with one-way ticket for a trip around the world. It is true that I sum up each months regularly on YouTube but this post will be different. This post is out of gratitude. Because […] Post Gratitude! 100 days on the road and 6th birthday of my blog pojawił się poraz pierwszy w Hanna travels.

TROPIMY PRZYGODY

Argentyńskie noce: Marcel de Buenos Aires

Wybierając miejsce do spania zazwyczaj kierujemy się ceną. A jak wiadomo, niska cena rzadko idzie w parze z jakością. Po wielu nocach spędzonych w tanich i paskudnych miejscach, potrzebowaliśmy w końcu odrobiny luksusu. Padło na Buenos Aires, w którym chcieliśmy zabawić trochę dłużej. To, gdzie spędzimy noc naprawdę nie ma dla nas większego znaczenia w podróży, szczególnie że zazwyczaj i tak większość dnia spędzamy poza miejscem noclegowym, więc jesteśmy w nim tylko i wyłącznie w nocy. A do tego potrzebujemy jedynie łóżko i łazienkę (najlepiej chociaż z ciepłą wodą, bo o ogrzewaniu w zimnych Andach mogliśmy tylko pomarzyć). Luksusy nie […] Artykuł Argentyńskie noce: Marcel de Buenos Aires pochodzi z serwisu Tropimy Przygody.

Plecak i Walizka

Wdzięczność! 100 dni w podróży i 6 lat bloga

100 dni w podróży minęło nawet nie wiem kiedy. 100 dni od kiedy wyjechałam z Polski z biletem w jedną stronę, w podróż dookoła świata. Co prawda regularnie robię podsumowania miesiąca, ale ten post będzie inny.  Ten post będzie z wdzięczności. Bo – jak powiedział Walt Disney – jeśli możesz coś sobie wymarzyć, to możesz […] Post Wdzięczność! 100 dni w podróży i 6 lat bloga pojawił się poraz pierwszy w Plecak i walizka.

Positano, Amalfi, Minori. Urok pustych plaż, czyli Wybrzeże Amalfi poza sezonem

ITALIA BY NATALIA

Positano, Amalfi, Minori. Urok pustych plaż, czyli Wybrzeże Amalfi poza sezonem

Kolorowe miasteczka amalfitańskiego wybrzeża, malownicze plaże ukryte w małych zatoczkach oraz słynna Amalfitana, jedna z najbardziej panormicznych dróg w Europie, w sezonie niemiłosiernie zatłoczone, od jesieni do wiosny niemal puste i z utęsknieniem oczekujące na przyjezdnych. Dziś opowiem Wam, dlaczego warto odwiedzić Wybrzeże Amalfi poza sezonem i jak to jest mieć słynną plażę w Positano niemal wyłącznie dla siebie. Zapraszam! Source: Italia by Natalia

Wzdłuż wybrzeża: Hamallaj, rezerwat Divjaka-Karavasta, Apollonia, Vlora i Orikum

BAŁKANY WEDŁUG RUDEJ

Wzdłuż wybrzeża: Hamallaj, rezerwat Divjaka-Karavasta, Apollonia, Vlora i Orikum