Wędrówka szczytami Borżawy z kulminacją w Wielkim Wierchu

marcogor o gorach

Wędrówka szczytami Borżawy z kulminacją w Wielkim Wierchu

Moje pierwsze zetknięcie z pasmem Borżawy w Karpatach Ukraińskich zaowocowało piękną wędrówką przez kilka szczytów wznoszących się nad miasteczkiem Wołowiec, gdzie był nasz nocleg. Rozległe, połoninne szczyty przypominały mi nasze Bieszczady, ale w wersji makro. Bo wszystko tam jest większe, obszerniejsze, a widoki na bezkresną zdawać by się mogło górską dal, gdzie wszędzie leżą jakieś góry wyjątkowo cudne. Dobrze zagospodarowany region Borżawy okazał się mniej dziki, niż Gorgany, które przemierzałem wcześniej. Świadczyła o tym także dość spora jak na Ukrainę ilość miejscowych turystow, których mijałem na szlaku. A te są tu dobrze oznakowane i raczej nie sposób się zgubić. Z kolejki krzesełkowej na jeden ze szczytów korzystają również paralotniarze, których mogłem podziwiać z wierzchołków na mojej trasie. Borżawa, albo Połonina Borżawska to pasmo górskie na ukraińskim Zakarpaciu. Należy do Beskidów Połonińskich w łańcuchu Zewnętrznych Karpat Wschodnich. Pasmo Borżawy ma ok. 25 km długości, na zachodzie Połonina Borżawska graniczy z Połoniną Równą, na wschodzie – z Połoniną Czerwoną. Na północy oddziela ją od Bieszczadów i Gorganów obniżenie przełęczy Podobec. Połonina Borżawska dzieli się na trzy grzbiety: krótki zachodni ze szczytami Tomnatyk (1344 m n.p.m.) i Płaj (1334 m n.p.m.), nieco dłuższy południowy ze szczytami Pohar (792 m n.p.m.), Magura (1088 m n.p.m.) i z najwyższym szczytem całego pasma – Stohami (1677 m n.p.m.) oraz wielokrotnie dłuższy od nich grzbiet południowo-wschodni ze szczytami Magura Żydowska (1516 m n.p.m.) i Hrad (1374 m n.p.m.). Grzbiet ten w połowie długości jest przedzielony przełęczą Prislop (1142 m n.p.m. W jego końcowej części wyodrębnia się niekiedy małą Połoninę Kuk (kulminacje Kuk, 1361 m n.p.m. i Menczuł, 1247 m n.p.m.). Grzbiety zbiegają się na szczycie Wełykyj Werch (1598 m n.p.m.) w północnej części pasma. na Wielkim Wierchu Właśnie ten zachodni grzbiet z kulminacją w zwornikowym wierzchołku Wielkiego Wierchu był trasą mojej pierwszej wędrówki przez ten uroczy skrawek górski. Wyruszyłem z ekipą PTTK dokładnie z przełęczy nad wioską Hukliwe niebieskim szlakiem, by bardzo łagodnym podejściem dotrzeć szybko ponad las na pierwszy szczyt – Riapetską. Potem ścieżkami, bądź szeroką polną drogą wygodnie wędrowałem przez cudne połoniny Borżawy. Na Wielkim Wierchu nasz przewodnik objaśnił nam szerokie panoramy widoczne tego dnia z wierzchołka. Oprócz pobliskich pasm górskich na czele z Gorganami, czy Połoniną Krasną szczególnie dobrze widać było Pikuja, najwyższy szczyt Bieszczad, jak także polską ich część, z samą Tarnicą w centrum. szpiczaty Pikuj z prawej, w środku na lewo siodło Tarnicy Pasmo Połoniny Borżawskiej w swoich wyższych partiach ma charakter wysokogórski – szczyty są stożkowe, pokryte specyficzną dla Wschodnich Karpat formacją połoniny. Grzbiety są szerokie, doliny – głęboko wcięte. Poniżej linii 1200 m n.p.m. zbocza są pokryte lasami, głównie bukowymi, które jednak są w ostatnich dziesięcioleciach masowo wyrąbywane. Na połoninach prowadzi się wypas owiec. Połonina Borżawska nie jest objęta żadną formą urzędowej ochrony przyrody. Przez pasmo przebiega gazociąg. A ja powolutku spacerowałem sobie wśród bujnych traw i cudnej zieleni, szeroką drogą, najpierw na obszerny i spłaszczony wierzchołek Płaja, gdzie działają stacja meteorologiczna i przekaźnik radiowo-telewizyjny. Stoi tam też pomnik ukraińskiego poety, a obraz dopełnia gruz po jakiś zabudowaniach. na wierzchołku Płaja Coraz intensywniejszą w ostatnich latach turystykę górską ułatwia sieć pasterskich dróg i ścieżek. I jedna z nich doprowadziła mnie na kolejny szczyt – Tomnatyk, a potem była wspaniała graniówka wśród malowniczych skał, wyrosłych pośrodku zieleni, aż na szczyt bez nazwy z krzyżem. Właściwie to turyści, z racji podobieństwa, gdy się ogląda go z daleka nazwali Cyckiem i przyznaję, że to bardzo trafna nazwa. W końcu udało mi się wejść na jakiegoś cycka… Z wierzchołka jest świetny widok na rozłożone w dole miasteczko Wołowiec. Zejście z niego właśnie tam, to kolejny przyjemny spacer polnymi, lub leśnymi drogami, cały czas czerwonym szlakiem, który doprowadził w końcu całą naszą ekipę do centrum Wołowca. To właściwie jest osiedle typu miejskiego, leżące nad potokiem Wicza, na południowym stoku Wschodnich Bieszczadów, w obniżeniu między tym grzbietem a pasmem Połoniny Borżawy. Przez miasto przebiega główna zakarpacka linia kolejowa z Mukaczewa do Stryja. Wołowiec widziany z Cycka W mieście znajduje się cerkiew greckokatolicka z XVII / XVIII wieku. Świątynia ta, pod wezwaniem Opieki Bogurodzicy jest przykładem trójdzielnej konstrukcji z wieżą słupowo-ramową i izbicą. Turyści znajdą tu też turbazę Płaj posiadająca 120 miejsc noclegowych, ale PTTK korzysta z hotelu Wiktoria o dobrym standardzie w samym centrum osiedla. Tutaj to po zejściu z gór zakończyła się moja kolejna przygoda z tym rejonem Karpat. Trzecia ukraińska wyprawa była za mną, ale przecież następna miała być już wkrótce i niedługo o niej przeczytacie. Każde zetknięcie z tym dzikim, cudownym regionem górskim utwierdza mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych kierunków dla turystów pragnących ciszy, spokoju i braku tłumów na szlaku. Będę powracał na zieloną Ukrainę jak najczęściej. Przyciąga jak magnez mnogością przyjaznych pasm górskich. Na koniec zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wyprawy. Z górskim pozdrowieniem Marcogor [See image gallery at marekowczarz.pl] Podobne zdjęcia: [See image gallery at marekowczarz.pl]

Sycylia. Gdzie zjeść w Trapani?

ITALIA BY NATALIA

Sycylia. Gdzie zjeść w Trapani?

W poprzednim poście pokazałam Wam Trapani, które - choć odwiedziłam trzy razy - dopiero ostatnio miałam szansę poznać i poczuć. Ty razem opowiem o trzech sprawdzonych przeze mnie miejscach, gdzie w Trapani można zjeść pysznie i niedrogo. Znakomita lodziarnia, oryginalna pizzeria i niesamowity bar z fast foodem. Że co? Ja polecam fast food? Na Sycylii? Tak! Jak to możliwe? Zapraszam! Source: Italia by Natalia

Gaijin w podróży

Bento, czyli magiczne pudełka z jedzeniem

Podczas gdy w Polsce mało kto wie czym jest bento, w Japonii ten ważny element kultury materialnej spotykany jest na każdym kroku. Japończycy nie wyobrażają sobie życia bez bento. Do czego służą pudełka, które zawładnęły Krajem Kwitnącej Wiśni? Pierwsze wzmianki o pakowaniu jedzenia w Japonii „na wynos” pochodzą już z V wieku. Kiedy mężczyźni wyruszali na polowania lub do miejsc pracy oddalonych od domu, zabierali ze sobą pakowany suszony ryż. W okresie Edo, pudełka stały się nawet nieodłącznym elementem wizyt w teatrze. Kupcy przygotowywali pięknie zdobione pudełka przeznaczone na ważne okazje np. ceremonie picia herbaty, czy uroczystości religijne. Dawniej pudełka tworzono z liści dębu, magnolii lub bambusa. Później zaczęto wytwarzać je z drewna. Co ciekawe, do dziś ta tradycja ma się dobrze. W niektórych japońskich restauracjach używa się bentoboxów do podania kaiseki ryori – tradycyjnej kolacji składającej się z wielu małych porcji dań. Dziś pojemniki z jedzeniem są niezwykle popularne wśród Japończyków. To nieodłączny towarzysz pikników i wycieczek. Zabiera się je do szkoły i do pracy. Te standardowe przeznaczone są na ryż, bardziej wymyślne pomieszczą wiele potraw jak np. ryby, warzywa, mięso, czy ciasta. Utrzymują one ciepło i są szczelnie zamykane, więc do pracy można zabrać nawet zupę. Japońskie bento Jako że w Japonii piękne podanie posiłku to ważny element ceremonii jedzenia, tworzy się najróżniejsze, często wymyślne bento. Jedne drewniane, inne metalowe. Są te w zachodnim stylu i całkowicie tradycyjne będące wręcz rękodziełami. Są nawet specjalne sklepy, które specjalizują się we wzornictwie bento. Zdecydowanie nie są to zwykłe pudełka. Bento mają wartość historyczną i są ważnym elementem kultury materialnej Japonii. Kultury, która zawładnęła już całym światem. Artykuł Bento, czyli magiczne pudełka z jedzeniem pochodzi z serwisu Gaijin w podróży.

Czego nauczyłem się podróżując przez 3 lata? Czyli co zmienia się w człowieku podczas długoterminowych podróży

BACKPACKISTA

Czego nauczyłem się podróżując przez 3 lata? Czyli co zmienia się w człowieku podczas długoterminowych podróży

BANITA

Opowiedz mi o Brighton

Brighton w stanie East Sussex w Anglii to miasto nie za duże, ale też nie za małe. Bardzo malownicze, pełne zieleni, z wieloma atrakcjami i pięknymi miejscami. Turystów przyciąga przede wszystkim plażą i nocnym życiem. Mnie przyciągnął klifami. *** Opowiedz mi o Brighton, poprosiła przyjaciółka. Opowiedz, jak tam jest? Jak myślisz, co by mi się spodobało najbardziej? Spodobałaby Ci się droga, którą przemierzałam dwa, a czasami nawet […] The post Opowiedz mi o Brighton appeared first on B *Anita.

KOŁEM SIĘ TOCZY

Park Narodowy Doliny Dolnej Odry. Ta ścieżka rowerowa ma aż 628 km!

Szczerze mówiąc, trochę obawiałem się, że jadąc na tę kilkudniową wycieczkę rowerową wzdłuż Odry, nie będę miał o czym pisać. Oczywiście wiedziałem, że będą świetne widoki, że w pięknych okolicznościach przyrody pojeżdżę na rowerze, że wypocznę, jednak…  czy nie będę musiał ograniczyć się do foto-relacji po powrocie? Czy będę miał co opowiedzieć, kogo przedstawić, czy będę The post Park Narodowy Doliny Dolnej Odry. Ta ścieżka rowerowa ma aż 628 km! appeared first on Kołem Się Toczy.

Gdzie wyjechać

Gdzie wyjechać na wakacje samemu. 10 propozycji na łatwy urlop

Gdzie wyjechać na wakacje samemu. 10 propozycji na łatwy urlop Zbliżają się wakacje. Ostatni tydzień czerwca już mało kto uznaje za „normalny”. Wielu z Was. Ogrom osób pyta nas albo podpytuje o to gdzie wyjechać w lato poza Polskę. Czasami wszystko leci z głowy i wydaje się to już dla nas rutyną, ale pomagamy. Często odpowiedzi się powtarzają, wręcz podobne porady dajemy różnym osobom. A […]

Ciasto z truskawkami

SISTERS92

Ciasto z truskawkami

RUSZ W PODRÓŻ

Noc, która zmieniła Europę

23 czerwca 2016 to dzień, który zapamiętamy. Jedni będą się cieszyć, inni płakać. Większość pewnie nawet się nie przejmie, przynajmniej póki nie dostrzeże zmian, które będą jego efektem. 23 czerwca to koniec Europy jaką znamy. Europy powojennej, która żmudnie budowała pokój i jedność na kontynencie, którym od wieku miotały konflikty. Ostatnie lata w ogóle są […] Zobacz również: Gruzja – kraj winem płynący Od Rosji po Juta, czyli wycieczka po okolicy (Kazbegi) Nektar bogów, czyli dinner in the sky w Atenach

Gra o Dubrownik

OOPS!SIDEDOWN

Gra o Dubrownik

Znajkraj. Turystyka aktywna

Dookoła Trentino. Rowerem po Dolomitach

Prawie pięćset kilometrów na rowerze, cztery alpejskie przełęcze, w tym dwie terenowe, setki ciao i salve od i do włoskich kolarzy, dwie burze wysoko w górach. W urzekającej atmosferze włoskiego dolce vita, choć jednocześnie z trudnym do przywyknięcia riposo. Za to po nim - z pizzą, pastą, lodami i tiramisu - nawet na kolację.

W poszukiwaniu kurtki idealnej z Jack Wolfskin i e-horyzont

BAŁKANY WEDŁUG RUDEJ

W poszukiwaniu kurtki idealnej z Jack Wolfskin i e-horyzont

Muzeum w Fokarium na Helu

SISTERS92

Muzeum w Fokarium na Helu

lumpiata w drodze

268. Z okazji Dnia Ojca

Po powrocie do Polski miałam niecałe 13 lat. Myślałam po francusku, śniłam po francusku, przyjaźniłam się po francusku i z pewnością zakochiwałam się po francusku. Do polskiej szkoły poszłam jakoś w październiku, gdy okazało się, że Ecole Francaise de Varsovie jest jednak trochę za droga dla moich rodziców, szczególnie, że musieli płacić i za mnie i za moją siostrę.  Polska szkoła mnie szybko

Tanzania

RAINBOW TRACK

Tanzania

                Jest nieśmiała i rzadko pokazuje swe piękno. Widujemy  ją tylko wieczorami przy świetle zachodzącego słońca. Pomalutku wychyla się spod białej pierzyny. Nie na długo, może na pół godziny, odsłania swoje ośnieżone, najwyższe w tej części globu oblicze. Wychyla się na tle pól często uprawianych tutaj  słoneczników. Wyłania się niczym olbrzym spoglądający z góry na małe wioski i jej mieszkańców. Po raz pierwszy widzimy ją, nieświadomi że jest tak blisko, przemierzając uliczki małego, położonego wysoko w górach miasteczka. Odwiedzamy budki z jedzeniem, tutaj serwują frytki, tam jajko, dalej ciapaty, fasolę, poszukajmy jeszcze warzyw… „Oooooo!!! Patrz na to!”, mówi podekscytowany Michał. Oto i ona: wielka i piękna, niczym fototapeta w tle zapadającego powoli w mrok miasteczka. Kilimandżaro, najwyższa góra w Afryce, wakacyjny cel wielu żądnych pięknych przygód podróżników. Z  ośnieżonym szczytem spogląda na otaczający ją świat. Nie mogę oderwać od niej oczu. Wiem, że na nią nie wejdę, nie teraz, może kiedyś, ale widok z dołu jest imponujący. By zdobyć jej szczyt, potrzeba sześciu dni, to akurat mamy, ciepłe ciuchy – to można załatwić, lecz  tego, czego akurat nie posiadamy, to trzy tysiące dolarów, które trzeba zapłacić za naszą sympatyczną i uroczą dwójkę. Zdarza się. Kilka dni podróżujemy tak, by mieć ją w zasięgu naszego wzroku. Niekiedy wspinam się na słomiany dach, by posiedzieć u boku pana naprawiającego uszkodzone jego części i pogapić się oraz sfotografować odsłaniający się czubek tej niesamowitej afrykańskiej góry. Czasami zbaczamy z drogi, by w polu słoneczników zobaczyć, jak mówi nam dobranoc. Niekiedy obserwujemy ją z podwórka naszego małego lokalnego pensjonatu. Zawsze wygląda pięknie.                Od kilku tygodni jest zimno i na tyle wysoko, że komary nie kąsają nas w nocy. Nasz motor niesie nas przez rozległe sawanny. Przez długie kilometry obserwujemy Masajów wypasających swoje bydła. Owinięci w czerwone, niebieskie i fioletowe koce mkną na tle złocistej ziemi. Nareszcie jest. Afryka o jakiej marzyłam. Afryka z mojego obrazka. Afryka rozległa i piękna. Afryka która zapiera mi dech.                 Wysoko w górach mijamy piękne, gęste lasy. Ludzie, jak w całej Afryce, otwarci i przyjaźni. Miejsca, w jakich śpimy, to te z kategorii nie dla turystów. Są bardzo przyzwoite, czyste i najczęściej z własną łazienką. Tych bez łazienek staramy się unikać. Łazienka z jednej strony to wygodne błogosławieństwo, z drugiej, jak sami doświadczyliśmy, to śmierdzące z rur przekleństwo. Pamiętam noc, tę z cyklu „oby nigdy więcej”. Mała miejscowość. Dookoła nic, tylko droga i kilka budynków. Wśród nich jest nasz hotelik. Nie ma wyjścia. Niedługo zapadnie mrok. Zostajemy tutaj. Łazienka to po prostu dziura w podłodze, wiecie, dla „narciarzy”. Wody bieżącej brak. Nic nie szkodzi. Pani przyniesie wodę w wiaderku, to najczęściej praktykowany w Afryce sposób wieczornej toalety. Patrzę na wodę i zastanawiam się, czy w ogóle zamoczyć w niej rękę. Nie raz kąpałam się wodą z deszczu. Ta jednak wygląda jak klasyczna żabianka. Po jednym dniu z brudu nikt jeszcze nie umarł, myślę . Obchodząc żywnościowe straganiki, widzimy gotujący się ryż. Czy to nie ta sama żabianka co w mojej łazience z dziurą w podłodze? Nie zjem dzisiaj ryżu, frytki z jajkiem będą super. Siedzimy na plastikowych krzesełkach, dookoła piach, główna trasa pełna przejeżdżających powoli ciężarówek. Wielka kula zachodzącego słońca pomalowała niebo na czerwono. Ludzie nieśpiesznie popijają piwo. Czarne cienie ciężarówek, góry w oddali na czerwonym tle nieba, rozległe tereny i pustka dookoła sprawiają, że czuję się jak w meksykańskim filmie. „Ładnie”, myślę sobie. Jakby świat zwolnił. Sielanka kończy się po zmroku. Nasz niewinnie wyglądający pokoik zamienia się w siedlisko wyłaniających się z pod ziemi obrzydliwych, znienawidzonych przeze mnie stworzeń. Małe, wielkie, latające i te bez skrzydeł. Nie nadążam z zabijaniem. Z rur wydobywa się potworny smród. Cały hotel wypełnia się wieczornymi oparami ściekowych rur. Rozwieszamy moskitierę i wciskamy ją pomiędzy materac, tak by żaden wróg nie wylądował na naszej twarzy. W odróżnieniu od ostatnich, ta noc jest wyjątkowo duszna, co potęguje tylko narastający dyskomfort. Nie, okien nie mogę otworzyć. Jeszcze większa ilość niechcianych gości może przeciążyć moją nadwyrężoną już tolerancję. Nie jest dobrze, myślę sobie. Karaluchy, śmierdzi, duszno, niekończący się hałas przejeżdżających ciężarówek, brak wieczornego prysznica, nie ma dokąd uciec. Boże, przyspiesz czas, niech będzie już rano, myślę. Nie mogę spać. Chcę do toalety, ale przecież nie wysunę palca spoza moskitiery na pożarcie karaluchów gigantów. Wytrzymam do rana. Ok, włączę latarkę i poczytam. Tak, to dobry pomysł, myślę sobie. Jakiś  cień poruszył się i zniknął. Może mi się przywidziało. Na pewno tak. Nie! Nie przywidziało się! Na mojej poduszce jest karaluch! Giń, przepadnij, zdychaj! Tłukę wroga elektroniczną książką. Nie chcę już czytać. Wolę nic nie widzieć. O poranku, szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, jesteśmy zwarci i gotowi do dalszej drogi. Tanzanio, dobrze, że jesteś taka piękna i zrekompensujesz uraz ostatniej nocy.Ahoj, przygodo! Czas na spotkanie króla. Tanzański lwie, nadchodzimy!Pozdrawiamy Was serdecznie i do zobaczenia wkrótce.(korekta: Katarzyna Wolska)  Wielki Rów Afrykański

KOŁEM SIĘ TOCZY

[PKST 005] Historie przelotne #3: Mirlan i Bilgun, który uratował nas przed wilkami

Czas na kolejną odsłonę historii nieopisanych, spontanicznych, przelotnych. Przypadkowych spotkań po drodze, niby zwyczajnych, prostych, jednak z różnych powodów na długo zapadających w pamięci. Ostatnio pisałem o Wadimie i Tigranie, który ubił Azera, a także kaznodziejach z Omanu i piechurze Rasulu. Dziś chciałem Wam opisać kolejne dwa spotkania z Azji, jednak tym razem nie skupiać się na The post [PKST 005] Historie przelotne #3: Mirlan i Bilgun, który uratował nas przed wilkami appeared first on Kołem Się Toczy.

Karlskrona i okolice na rowerach

wszedobylscy

Karlskrona i okolice na rowerach

Dlaczego warto odwiedzić Expo Park Osaka

Gaijin w podróży

Dlaczego warto odwiedzić Expo Park Osaka

HANNA TRAVELS

Round the world without money!

Is it time for round the world journey? Yes!!! Without a plan and without (big) money. A journey I’ve always dreamed of. It’s time to fulfill this dream finally! I’m leaving in 45 days. When I was in high school 10 years ago, I dreamed of a great adventure somewhere in the world. No, sorry, I dreamed just to be on […] Post Round the world without money! pojawił się poraz pierwszy w Hanna travels.

Plecak i Walizka

Wielka podróż dookoła świata bez pieniędzy!

Podróż dookoła świata? Tak!!! Bez planu i (wielkich) pieniędzy. Taka, o której zawsze marzyłam. Czas wreszcie spełnić to marzenie! Do wyjazdu zostało 45 dni. Kiedy byłam w liceum, czyli jakieś 10 lat temu, marzyłam o wielkiej przygodzie gdzieś w świecie. Chociaż nie, ja marzyłam po prostu, żeby cały czas być w drodze. Ale szczerze? Kiedy […] Post Wielka podróż dookoła świata bez pieniędzy! pojawił się poraz pierwszy w Plecak i walizka.

Sistersowe polecajki #50

SISTERS92

Sistersowe polecajki #50

Dyplomacja przy barbecue

United States of America-lovers

Dyplomacja przy barbecue

WHERE IS JULI+SAM

5 rzeczy, które zachwycają na Sulawesi

Jedzenie, kultura, przyroda i ludzie. Wszystko tu jest fajne i może to właśnie powinien być kierunek na Twoje następne wakacje? Sulawesi. Wiecie, gdzie to? Nie jest to pierwsze miejsce, które kojarzy się Indonezją. Obstawiam, że na liście przoduje Bali, pewnie też Jawa i Komodo, kawałek dalej Lombok oraz Borneo… Może to właśnie dzięki temu Sulawesi […] The post 5 rzeczy, które zachwycają na Sulawesi appeared first on Where is Juli + Sam.

Sicily. Trapani seeing by heart

ITALIA BY NATALIA

Sicily. Trapani seeing by heart

Some say third time lucky. Same was with me and Trapani. First time I visited the city in June 2012, and after two hours, a cursory sightseeing with relief I left blistering Centro Storico escaping to a pleasantly cool Erice. The second time, in September 2014 was much shorter and basically limited only to visit the fish market and to buy mussels and quickly run to the apartment with a kitchen in Custonaci to cook. Just when I visited the city for the third time and spent four full days there, deliberately, traversing the same streets, Trapani stole my heart. In this post I'll show you Trapani seen not only with the eyes, but also - and perhaps most of all - heart, my heart. Source: Italia by Natalia

TROPIMY PRZYGODY

Otavalo – targ rozmaitości Ekwadoru

Nie wiem po co tam pojechaliśmy. Chyba tylko po to, żeby mnie zdenerwować. Wszak największy targ z rzemiosłem w Ekwadorze to miejsce, w którym mogłabym wydać majątek. Sęk w tym, że majątkiem nie dysponowałam i, tym bardziej, miejscem w plecaku na te wszystkie piękne rzeczy. A jednak pojechaliśmy do Otavalo. Tu piękne hamaki, obok tysiąc łapaczy snów we wszystkich odcieniach tęczy, a tam plecione torby w wielokolorowe wzory. Pomiędzy jeszcze pledy, kubki, długopisy, szachy, paski, figurki lam, poszewki na poduszki, kapelusze, biżuteria i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. A moja w takich miejscach pragnie wiele! Uwielbiam andyjskie wzory, mogłabym całe […] Artykuł Otavalo – targ rozmaitości Ekwadoru pochodzi z serwisu Tropimy Przygody.

Kwiecień, maj

Tu i Tam

Kwiecień, maj

POJECHANA

Jak się jest młodym, zdrowym i bogatym…

Leżę w namiocie i skręcam się z bólu. Zaczął się gdzieś w okolicy żołądka, na drodze do Arequipy i skrętem kiszek przeszedł do podbrzusza, skąd promieniuje na plecy. Nie mogę się ruszyć, nie mogę nawet zaczerpnąć głębszego oddechu- tak boli. Leżę, po policzkach płyną mi łzy, a ja modlę się do wszystkich bogów, o których słyszałam (mimo że jestem niewierząca) by to była „tylko” przypominająca o sobie endometrioza (o której pisałam już TU kilka lat temu i wiem, że mój coming out pomógł kilku z was się zdiagnozować, co mnie ogromnie cieszy, bo z tą mendą walczyć trzeba). Przy endometriozie, na którą choruję od lat, to normalka, że zwijasz się z bólu. To normalka, że skręca ci kiszki, że zdarza ci się ocknąć na podłodze toalety, po tym jak zemdlałaś z bólu czołgając się by zrobić siku. Endometriozę udało mi się odrobinę wyciszyć (nie wyleczyć, bo jak do tej pory, jest chorobą nieuleczalną), ale nie że bez poświęceń. Wypadające garściami włosy i starczy trądzik, który pozostawił głębokie blizny na mojej twarzy, to tylko niektóre ze skutków ubocznych terapii, przez którą przeszłam. Więc czy to moje „forever with you” choróbsko się odzywa, czy może guz na jajniku, nad którym lekarze chwilę zanim poleciałam do Ameryki Południowej debatowali, czy wytrzyma jeszcze kilka miesięcy, czy nie. A może mam wrzody? W sumie by mnie to nie zdziwiło biorąc pod uwagę jakim nerwusem jestem (jak chyba większość osób z syndromem DDA- o tak, dzięki tato!). No więc leżę tak skręcając się z bólu, po policzkach płyną łzy, przez ciało co i raz przechodzi dreszcz i myślę sobie (poza zaklinaniem wszystkich bogów i boginek by mnie ten ból na stół operacyjny pilnie nie zaprowadził) o tych z was, którzy kierują do mnie (w mailach i komentarzach) słowa, że jak się jest młodym, zdrowym, bez kredytu, to można sobie tak beztrosko ruszać w świat i o spełnianiu najbardziej szalonych marzeń się wymądrzać. I o tych, którzy pytają mnie skąd ja mam „na to wszystko” pieniądze lub skąd oni je mają wziąć. Hmm… Zdrowie Jak już zapewne zorientowaliście się z powyższego, rozpaczliwego i przydługiego wstępu, okazem zdrowia to ja nie jestem. I co, podróżuję? Zapuszczam się w wysokie góry i na rozległe pustynie, gdzie ewentualnie szaman kurzym jajkiem może mnie próbować uzdrowić jak będę potrzebowała lekarza. Ktoś powie, że nie powinnam, że to nie odpowiedzialne… Może nie powinnam, ale chcę, bardzo chcę. A Ty? Kredyt Ale to nie koniec, uwaga! Majtki w dół! Mam kredyt na mieszkanie. I to we frankach. Czy biorąc go myślałam o tym, że zakładam sobie na szyję smycz na (nie uwierzycie…) 30 lat? Czy znałam ryzyko wynikające ze zmian kursów walut? Nie. Byłam po prostu młodą  dziewczyną zmęczoną dziesięcioletnią tułaczką z jednego wynajmowanego mieszkania do drugiego, miałam dość nieprzyjemnych właścicieli i współlokatorów, którzy wyjadali mi jedzenie z lodówki, zapychali kibel i nie zmywali po sobie naczyń. Chciałam mieć dom. Za to pragnienie (i trzydziestojedno metrowe mieszkanie) przyszło mi słono zapłacić. Nawet wynajęte samo się nie chce cholerstwo spłacać. I co? Mam się przypiąć łańcuchem do kaloryfera i zapłakać? Pewnie, że łatwiej by się podróżowało bez konieczności pilnowania rachunków za prąd, bez zdalnego poszukiwania kolejnych lokatorów, bez konieczności „wykopywania spod ziemi” dodatkowych kilku stówek co miesiąc. Ale wzięłam ten kredyt, kupiłam to mieszkanie i nie da się tego cofnąć. A podróżować chcę, bardzo. A Ty? Młodość Tu mnie trochę macie, bo ze swoimi niemal 34 latami co prawda nie zaliczam się już do młodzieży, ale wciąż do młodych. Tylko, że ludzie w moim wieku, w naszej kulturze, są na etapie wybierania kafelków do nowej łazienki i imion dla dzieci (i to raczej drugich), a nie kraju włóczęgi. I jakbym nawet o tym swoim odstawaniu od rzeczywistości na chwilę zapomniała, to mi zaraz ktoś, kogo to w oczy kole przypomni. Że mam 34 lata, nie mam „nic” i mieszkam w samochodzie. Ale ja chcę tak, bardzo podróżować chcę. A Ty? Dzieci Ktoś z was powie, że nie mam dzieci to mi łatwiej. Jasne, że łatwiej! Ale posiadanie  dzieci (lub nie) też jest wyborem. Poza tym, powiem wam, że spotykam tylu podróżujących z dziećmi (od kilkumiesięcznych do takich w wieku szkolnym, które rodzice sami uczą), że ten „dzieciowy” argument też mam czelność (choć odrobinę mniejszą) wyśmiać. Pieniądze I w końcu nadszedł czas a mój ulubiony argument/zarzut/wymówkę. Pięniądze! Skąd ja je biorę, skąd wy je macie wziąć? Oj powiem wam, że zanim zaczęłam przygodę z blogowaniem podróżniczym, nigdy tak dużo o pieniądzach mówić nie musiałam… No więc uwaga, uwaga! Usiądźcie wygodnie, bo to będzie wiekopomne odkrycie! Pieniądze na podróże trzeba… zarobić! Eureka! No choćby skały srały, manna z nieba nie spadnie. Z tegoż to powodu nie zaczęłam wielkich podróży u progu dwudziestki, a niemal dziesięć lat później. Teraz owszem, blog zdobył popularność i zdarza się, że nie muszę płacić za hotel, za bilety lotnicze, za różne atrakcje (nie muszę płacić pieniędzmi, ale płacę swoją pracą), ba, czasem to mi za pojechanie gdzieś płacą, ale to się zdarza raz na jakiś czas, za zdecydowaną większość swoich podróży, noclegów, jedzenia muszę płacić pieniędzmi, które muszę wcześniej zarobić. A jak się pieniądze zarabia? Najlepiej i najprościej wykorzystując swoje umiejętności. Ja na przykład umiem całkiem nieźle pisać, mówię biegle po angielsku, jestem dobrym mówcą, mam duże zdolności organizacyjne i znam się trochę na zarządzaniu projektami.  A Ty? Nie mam pojęcia. Sam musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. I po co to wszystko? I czemu ja to wszystko piszę? Bo mnie najzwyczajniej w świecie wkurza takie myślenie na łatwiznę w stylu „jemu się udało bo miał łatwiej, mi nie wychodzi bo mam trudniej”. A może za słabo się starasz? Może chcesz zjeść ciastko i mieć ciastko? A nawet jak ktoś miał łatwiej, to co? To masz tanią wymówkę, żeby odłożyć swoje marzenia na półkę „nigdy nigdy”? Nawet jak ktoś dostał ten spadek po mitycznej cioci z Ameryki, wyszedł bogato za mąż i za to podróżuje, to co? To jego podróże są gorsze? To Ty możesz wrosnąć tyłkiem w kanapę, bo Tobie się tak nie poszczęściło? No możesz, wszystko możesz, pytanie tylko czy tego właśnie chcesz. Jeśli nie, to dupa w troki i jazda! Skończ z wymówkami, staraj się mocniej, pracuj ciężej na swoje marzenia. No właśnie: na swoje! Bo z podróżami jest trochę jak z seksem w trójkącie- niemal każdy o tym fantazjuje, ale tylko część naprawdę tego chce, a jeszcze mniejsza grupa wciela swoje fantazje w życie. Czy Ty naprawdę chcesz podróżować? Czy jesteś w stanie poświęcić na ten cel swoją wygodę, poczucie bezpieczeństwa, bliskość przyjaciół i rodziny? Nie? No i świetnie! Przecież nie ma przymusu podróżowania, nigdzie nie zostało napisane, że odwiedzenie Machu Picchu musi się obowiązkowo znaleźć na liście naszych marzeń. Tak się składa, że mam młodszą siostrę, która nigdy nie była za granicą (serio). I jest super szczęśliwą, wspaniałą osobą (love you sis!). Ma świetną rodzinę, wspaniałe córki, piękny dom, spokojne, poukładane życie. Ma wszystko to, czego nie mam ja, a ja mam wszystko to, czego nie ma ona. I każda z nas żyje sobie swoim życiem, swoim szczęściem, które sama wybrała i kibicuje drugiej na tej jej zupełnie innej ścieżce. Bo czy jakieś szczęście jest lepsze? Lepsze niż nasze? To po cholerę komuś jego własnego szczęścia zazdrościć? Przecież tylko my sami możemy zbudować sobie swoje własne. Złożone z naszych osobistych, unikalnych klocków, tego na czym nam naprawdę zależy, a nie przelotnych fantazji i zachcianek, na poczet których nie potrafimy nic poświęcić. Ja bardzo chcę podróżować. A Ty? Aaaaa! I już czuję się lepiej! Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy. Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera! Post Jak się jest młodym, zdrowym i bogatym… pojawił się poraz pierwszy w Pojechana.

BANITA

West Pier – ulubione miejsce w Brighton

Są takie miejsca, w które nieustannie chce się wracać, które przyciągają i nie dają o sobie zapomnieć. Są takie miejsca, które chce się fotografować na okrągło, o różnych porach dnia i roku. W Brighton dla mnie takim miejscem jest West Pier, nazywane też Old Pier. Brighton Pier, czyli nowe molo przyciąga miejscowych i turystów, którzy chcą się rozerwać i pograć na automatach w „Pałacu uciech”, spotkać się ze znajomymi […] The post West Pier – ulubione miejsce w Brighton appeared first on B *Anita.

Hiszpania - Benidorm

MAGNES Z PODRÓŻY

Hiszpania - Benidorm

Benidorm był na mojej liście marzeń za sprawą serialu komediowego o takim właśnie tytule. Ów serial oglądałam w hotelu podczas delegacji w Anglii. Wydał mi się zabawny i po powrocie obejrzałam wszystkie sezony i stwierdziłam, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane stanąć na hiszpańskiej ziemi, to koniecznie muszę zobaczyć miasto, w którym rozgrywała się akcja tego serialu. Marzenia się spełniają!Z Alicante pojechaliśmy do Benidormu tramwajem. Koszt takiego przejazdu to 6,40 euro w dwie strony od osoby. My wyruszaliśmy ze stacji Mercado, a Benidorm był stacją końcową. Bilet zakupiliśmy na stacji w automacie, który wydaje resztę, ale uwaga, jeśli skończą się drobne, to wtedy drukuje paragon, z którym idzie się do obsługi i oni wydają należność. Jedzie się około godziny, a trasę umilają nam widoki na morze, plaże, malownicze domki, sady z mandarynkami.Pierwsze wrażenie - szok! Totalnie inne miasto jak Alicante. Miasto wieżowców. Co chwilkę przystawaliśmy i liczyliśmy piętra. Każdy kolejny budynek miał ich więcej. W Benidormie głównie chcieliśmy plażować. Na pierwszy rzut poszła plaża Lavante. Ze stacji do plaży kawał drogi. W słońcu, z torbami i jeszcze brakiem mapy  w telefonie, bo "GPS signal is lost", ubogim oznakowaniem trochę to trwało, ale w końcu udało się dotrzeć i powiem szczerze, z ręką na sercu, jedna z piękniejszych plaż, jakie widziałam! Piasek miękki, delikatny, gdzieniegdzie palmy, leżaczki, cudowna woda i widok z jednej strony na morze, a z drugiej na potężne wieżowce.  Pogoda była wymarzona. Opaliliśmy się, wykapaliśmy w morzu, a właściwie twardo walczyliśmy z falami. Zjedliśmy obiad w jednej z nadmorskich knajpek i poszliśmy przez miasto na kolejną plażę, tym razem Poniente. Nasza skóra miała już dość słońca i wody, pospacerowaliśmy tylko brzegiem morza, odpoczęliśmy w parku znajdującym się przy plaży. Spotkała mnie tutaj mała przygoda. Otóż zmarnowana słońcem i spragniona poprosiłam towarzyszy o coś do picia. Staliśmy wtedy na takim murku, który odgradzał plażę od części, gdzie zaparkowane były jakieś małe łódki, skutery wodne, itp. Brat stwierdził, że jest tylko piwo. Mini buteleczka, niewiele większa od spinacza. Myślałam, że umrę, wyschnę jak wampir, więc wzięłam ją i piję, delektuję się, kiedy podjeżdża straż i gwiżdże i woła mnie. Coś czuję, że A zakaz picia alkoholu, B murek to dla nich falochron. Uciekłam z resztą ekipy dość żwawym krokiem w myśl zasady: nie słyszę, nie widzę, mnie to nie dotyczy. Nie pochwalam zachowania. Uczcie się na błędach! Karma sprawiedliwa, za karę pomyliliśmy kierunki i do stacji szliśmy przez miasto w palącym słońcu z dwie godziny! W końcu dotarliśmy na stację i odjechaliśmy do Alicante. Plusem tramwaju jest też to, że odjeżdża i przyjeżdża w Benidormie zawsze na ten sam peron, nie trzeba nigdzie przechodzić, po prostu konduktor przesiada się z przodu na tył i następuje zmiana kierunku jazdy. 

RUSZ W PODRÓŻ

Historia przypadku, czyli o tym jak pojechałam na Madagaskar

Zbliżały się moje trzydzieste urodziny. Znajomi w Polsce robili huczne imprezy, rodzina wydzwaniała, żeby przyjechać do Polski na święta, a ja zastanawiałam się jak spełniać marzenia. Trzydziestki w końcu nie obchodzi się co roku, trzeba było wymyślić coś ekstra.   Rozmowa z kolegą stacjonującym wówczas na Wyspach Kanaryjskich. Wspominam o urodzinach, braku pomysłu, o tym, […] Zobacz również: Czując się jak gówno, czyli „pomoc” w wersji afrykańskiej